Nad brzegiem Raduni, rzeki skrywającej sekrety minionych lat, zaczyna się opowieść o winie, miłości i odwadze. Gdy w przeddzień ślubu zostaje zamordowany Ignacy Dobrowolski, życie trzech kobiet zmienia się nieodwracalnie. Pogrążona w żałobie Antonina, by ratować rodzinny majątek, musi podjąć decyzje, które nie są zgodne z tym, co podpowiada serce. Matylda buntuje się przeciw narzuconym rolom i coraz wyraźniej czuje, że śmierć Ignacego nie była przypadkiem. Rozalia dźwiga złamane serce i tajemnice, które mogą zniszczyć je wszystkie. W cieniu pruskich reform, narastających napięć narodowych i nadchodzącej wojny dawne lojalności pękają, a granica między tym, co słuszne, a tym, co konieczne, staje się coraz mniej wyraźna.

Zanim wróci echo win to pierwszy tom nowego cyklu Na Pomorzu autorki bestsellerowej trylogii Pewnego razu w Wolnym Mieście. Marlena Wittstock z niezwykłą delikatnością snuje historię o kobiecym doświadczeniu wojny, straty i samotności. Kreśli portrety kobiet szukających własnej drogi w czasie, gdy upada stary świat.
Do lektury zaprasza Wydawnictwo Szara Godzina. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Zanim wróci echo win. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Tamtego ranka świat był jeszcze prosty – pachniał świeżym chlebem i kalmusowym zielem. Biała suknia uszyta przez najlepszą krawcową w Gdańsku czekała na stojaku w sypialni, obrączki w skórzanym pudełku, a w oknach paliły się świece. A potem ktoś z twarzą pobladłą jak kreda przyniósł wiadomość i wszystko się skończyło.
Stukot kopyt wyrwał ją z zamyślenia. Drgnęła, gdy dźwięk rozbrzmiał w porannym powietrzu. Odwróciła się i osłoniła dłonią oczy, by lepiej widzieć. To Seweryn, zarządca, który codziennie rano objeżdżał ziemie należące do jej rodziny. Surowa sylwetka w siodle wyraźnie odcinała się na tle łagodnego błękitu nieba. Nie zwolnił, choć jego spojrzenie na chwilę spoczęło na niej.
– Panno Antonino. – Zarządca zatrzymał konia kilka kroków od niej, ściągnął kapelusz i pochylił głowę w geście powitania. Ciemne włosy opadły mu swobodnie na czoło. – O której ruszacie do kościoła? – Jego głos jak zawsze był opanowany. Seweryn rzadko okazywał emocje.
Nina przycisnęła szal do ramion.
– Dzień dobry – odpowiedziała uprzejmym, stanowczym tonem, choć w myślach wciąż rozbrzmiewały smutne wspomnienia.
– Niedługo. Czekam jeszcze, aż panienka Matylda się przygotuje.
Mężczyzna zmarszczył czoło. Antonina pomyślała, że twarz zarządcy zdradza, że nie wszystko w życiu przychodziło mu łatwo: delikatne zagłębienia przy oczach i gęsta, ciemna broda otaczająca mocny zarys szczęki nadawały mu wyraz dojrzałości, ale nie surowości. Był od niej o dobre dziesięć lat starszy, ale czas odcisnął na nim ślad bardziej doświadczeniem niż zmarszczkami.
– Czy ojciec panienki…? – Wydawało się, że chce coś dodać, ale się zawahał. Przesunął dłonią po brodzie, jakby ważył słowa.
Odwróciła wzrok i spojrzała jeszcze raz na rzekę.
– Nie wiem. – Jej głos zabrzmiał cicho, niemal obco. – Wczoraj nie był w najlepszej kondycji. Kto wie, co będzie dzisiaj…
– Rozumiem.
Seweryn rzeczywiście rozumiał więcej niż inni. Widział, co działo się z panem na Raduniewie, zanim jeszcze ktokolwiek odważył się nazwać to chorobą. Wszystko zaczęło się osiem lat temu, zaraz po śmierci pani Brzezińskiej. Zmarła w połogu, po urodzeniu syna. Długo wyczekiwanego dziedzica. Chłopiec odszedł kilka dni później. Po tej tragedii ojciec przestał interesować się domem, ziemią, córkami. Jakby wszystko, co pozostało, nie miało już znaczenia. Zobojętniały na otaczający go świat, snuł się po polach albo zamykał na całe dnie w swoich pokojach, pogrążony w ciszy, której nikt nie śmiał zakłócać.
Nina nie miała wyboru – jeśli nie przejęłaby sterów, wszystko, na co pracowały pokolenia, zostałoby zmarnowane. Miała wtedy niespełna szesnaście lat, a już musiała wejść w rolę matki, ojca, zarządcy i opiekunki młodszej o kilka lat siostry. Stanisław Brzeziński nie dostrzegał ciężaru, który na nią spadł – a może po prostu nie chciał go zauważyć. Gdy jednak zorientował się, że córka radzi sobie doskonale, przestał się wtrącać.
Zdarzało się, że ojciec na chwilę przebudzał się ze swojego odrętwienia i wracał do żywych. Wzywał wtedy zarządcę, podejmował decyzje, wydawał polecenia, interesował się majątkiem. Przez moment wszyscy wierzyli, że dawny pan na Raduniewie odzyskuje siły.
Ale te przebłyski nigdy nie trwały długo. Po kilku dniach, czasem tygodniach, na nowo zamykał się w swoim świecie, jakby powrót do rzeczywistości go wyczerpywał. I wtedy znów wszystko spadało na Ninę. I znów musiała być silna – czy tego chciała, czy nie. Od początku mogła jednak liczyć na Seweryna. To on, cierpliwie i bez cienia protekcjonalności, wprowadzał ją w tajniki upraw, uczył rozpoznawać jakość gleby, wyznaczać dobę siania i oceniać zbiory, jeszcze zanim dojrzewały. Tłumaczył wszystko prosto, ale nigdy z pobłażaniem – jak równy z równym. Był jej przewodnikiem, nauczycielem i oparciem w chwilach, gdy cały świat zdawał się chwiać w posadach. Wspierali ją wtedy także wierni przyjaciele z pobliskich majątków ziemskich – Friedrich, lojalny do granic, z lekkim cieniem sarkazmu w spojrzeniu, i Ignacy, pełen pasji, pomysłów i radości życia, który po latach wspólnych zabaw i dorastania stał się dla niej kimś więcej niż tylko przyjacielem.
Seweryn milczał przez chwilę. Jego koń poruszył uszami, wyczuwając napięcie.
– Będziemy musieli porozmawiać. – Mężczyzna spojrzał na nią uważnie. – Ale może to poczekać do jutra – dodał po chwili, jakby nie był pewien, czy w ogóle chce poruszać ten temat.
– Niech zgadnę… Chcą wykupu ziemi? – rzuciła z goryczą, choć odpowiedź była oczywista.
Zarządca skinął głową.
– Piszą z urzędu w Gdańsku. Tym razem zbyt oficjalnie, by to zignorować. Nie chcę jednak psuć panience świąt – powiedział krótko.
– Dobrze, Sewerynie. Porozmawiamy jutro. Będę miała czas się zastanowić, co im odpowiedzieć.
Mężczyzna założył kapelusz i ruszył w kierunku dworu. Panienka patrzyła za nim, aż zniknął za gęstymi krzakami, po czym westchnęła i niechętnie skierowała się w tę samą stronę. Po drodze kucnęła i ostrożnie poprawiła jedną z gałązek, która przechyliła się, jakby chciała uciec spod miękkiej ziemi. Chłopi ustawiali je przy drogach i polach, by strzegły upraw przed burzami, przyciągnęły urodzaj i odgoniły wszelkie nieszczęścia. Z okazji Zielonych Świątek cała wieś stroiła się zielonymi gałązkami i ziołami – kalmus kładziono na progach, brzozowe witki wtykano w ogrodzenia, a dzieci plątały się wśród liści, śmiejąc się, że w ten sposób odpędzą burze. Nina pamiętała, że dawniej ojciec osobiście pilnował, by gałązki stanęły także wokół dworu, tak jak wokół chat, bo wierzył, że bez tego nie będzie urodzaju.
Książkę Zanim wróci echo win kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
