Przewrotna opowieść o losach rodziny opisanej poprzez przydarzające się w niej śmierci. Awans społeczny i klasowość, śmierć i przemijanie, starość, a także społeczne role kobiet, naszych matek i babek, pozwalają wejrzeć w intymny mikrokosmos różnorodnych doświadczeń i relacji, jakie kształtują życie głównej bohaterki i jej bliskich.
Joanna Mizielińska napisała niezwykłą rzecz o umieraniu. Odtwarzając biografie bliskich osób ludzkich i zwierzęcych, dała odpór ich znikaniu ze świata. Przytrzymała ich obecność, zwróciła się do nich. Przez uważne, drobiazgowe analizowanie więzi, uczuć, zdarzeń uzyskała efekt portretów życio-pośmiertnych, alternatywnej sagi. Nie unikała konfrontacji z niewygodną prawdą, z własnym bólem. Rytuały pożegnalne stały się w tej książce przestrzenią zrównania: najbardziej kochani, jak babcia oraz kotka Cykorka, dostali szczodrą opiekę. Wszyscy inni, odleglejsi lub trudni w relacjach, także. Autorka zbudowała piękną, mądrą lekcję troski.
Inga Iwasiów
Joanna Mizielińska napisała elegię. Księga umarłych to tekst żegnającej się wnuczki. Przejmująca opowieść o więzi, która łączyła dziecko i dorosłą kobietę, i o tym, jak z biegiem czasu ich role się odwracały.
Śmierć stała się wehikułem opowiadania o życiu. Wszystko jest tu na miejscu, mimo że tęsknota nigdy nie zostanie zaspokojona.
W tekście pada pytanie: ,,Czy pisanie o śmierci ma sens?". Jak widać - ma. Wielki. I nie tylko dla tych, którzy piszą. Bardzo się cieszę, że ta książka wreszcie trafia do naszych rąk. Czekaliśmy na nią od dawna.
Mikołaj Grynberg
Wydawnictwo: Agora
Data wydania: 2025-10-15
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 312
Myśl feministyczna w Polsce jest nadal niedoceniana, a znajomość teorii queer niewielka - taką tezę formułuje we wstępie autorka. Jej monografia stawia...
Opis: Publikacja jest wynikiem trzyletniego projektu badawczego zatytułowanego ,,Rodziny z wyboru w Polsce" dotyczącego życia rodzin nieheteroseksualnych...
Przeczytane:2026-01-15, Ocena: 5, Przeczytałam, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2026 roku, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2026,
Sięgając po „Księgę umarłych” Joanny Mizielińskiej, nie byłam przygotowana na to, jak głęboko ta książka we mnie wejdzie. Spodziewałam się literackiej refleksji nad śmiercią — być może intymnej, być może bolesnej — ale nie sądziłam, że stanie się ona aż tak osobistym doświadczeniem czytelniczym. To jedna z tych lektur, które czyta się powoli, z przerwami, czasem z odkładaniem książki na kolana i długim patrzeniem w przestrzeń, bo emocje nie pozwalają przejść dalej bez namysłu.
„Księga umarłych” nie opowiada o śmierci w sensie spektakularnym. Nie ma tu dramatycznych zwrotów akcji ani fabularnych fajerwerków. Jest za to coś znacznie trudniejszego — codzienność umierania i pamiętania, wpisana w życie rodziny, w relacje, w drobne gesty i milczenia. Mizielińska pisze o śmierci tak, jak rzeczywiście jej doświadczamy: nie jako jednorazowego wydarzenia, lecz jako procesu, który zostaje z nami na długo po pogrzebie, w drobiazgach, zapachach, w nieoczekiwanych wspomnieniach.
Najmocniej poruszyło mnie to, jak bardzo ta książka jest kobiecą opowieścią — nie w sensie deklaratywnym, ale egzystencjalnym. To narracja osadzona w doświadczeniu córek, matek, babek; w przekazywaniu pamięci, opiece, ciele i emocjach, które często są niewidzialne dla oficjalnych narracji o śmierci. Autorka pokazuje, że to właśnie kobiety najczęściej zostają strażniczkami pamięci, archiwistkami rodzinnych historii, tymi, które pamiętają daty, szczegóły, choroby, słowa wypowiedziane tuż przed odejściem. Czytając te fragmenty, wielokrotnie odnajdywałam w nich własne doświadczenia — rozmowy z babcią, obserwowanie starzenia się rodziców, lęk przed nieuchronnością.
To, co szczególnie cenię w tej książce, to brak sentymentalizmu. Mizielińska nie idealizuje zmarłych, nie tworzy cukierkowych portretów bliskich osób. Wręcz przeciwnie — pokazuje ich z całym bagażem sprzeczności, trudnych relacji, niedopowiedzeń. Śmierć nie wygładza charakterów ani krzywd, nie zamienia ludzi w świętych. I właśnie ta uczciwość sprawia, że „Księga umarłych” jest tak przejmująca. Autorka zdaje się mówić: pamiętamy nie tylko to, co było dobre, ale też to, co bolało — i jedno bez drugiego nie istnieje.
Forma książki również zasługuje na uwagę. To tekst fragmentaryczny, momentami przypominający zapiski, notatki, katalog wspomnień. Ten wybór formalny wydaje mi się niezwykle trafny, bo żałoba rzadko bywa linearna. Wspomnienia nie układają się w logiczną narrację — wracają falami, czasem bez zapowiedzi, czasem wbrew naszej woli. Czytając „Księgę umarłych”, miałam poczucie, że ta struktura doskonale oddaje chaos emocjonalny związany z utratą.
Ważnym wątkiem książki jest również relacja między pamięcią a tożsamością. Mizielińska pokazuje, że zmarli w pewnym sensie nas współtworzą — poprzez historie, które o nich opowiadamy, poprzez lęki i wzorce, które po nich dziedziczymy. Śmierć nie zamyka relacji, ona ją przekształca. Zaczynamy żyć z nieobecnością, która paradoksalnie bywa bardzo intensywna. Ten motyw szczególnie mocno wybrzmiewa w fragmentach dotyczących dorastania i konfrontacji z własnym pochodzeniem, klasowością, rodzinnymi traumami.
Nie jest to książka łatwa. Są momenty, które czytałam z wyraźnym ściskiem w gardle, fragmenty, które bolały swoją prawdziwością. Autorka nie oszczędza czytelnika — zmusza do konfrontacji z własnym lękiem przed śmiercią, starzeniem się, utratą bliskich.
Jednocześnie jednak „Księga umarłych” nie jest książką przytłaczającą w sensie nihilistycznym. Jest w niej dużo czułości, uważności, a nawet — paradoksalnie — życia. Śmierć staje się tu tłem, na którym jeszcze wyraźniej widać, jak bardzo chcemy kochać, pamiętać, trwać.
Ogromnym atutem tej książki jest jej uniwersalność, mimo bardzo osobistego tonu. Nie trzeba dzielić doświadczeń autorki, by odnaleźć w tej narracji coś własnego. Każdy, kto kiedykolwiek stracił kogoś bliskiego — człowieka czy zwierzę — znajdzie tu fragmenty, które rezonują z własnymi emocjami. To lektura, która nie daje gotowych odpowiedzi ani pocieszeń. Zamiast tego proponuje wspólne bycie w trudnych pytaniach.
Po zakończeniu lektury długo nie mogłam się od niej odciąć. „Księga umarłych” zostawiła mnie z poczuciem, że pamięć jest formą odpowiedzialności — że opowiadanie o zmarłych to nie tylko gest nostalgii, ale też sposób mierzenia się z własnym życiem. To książka, która uczy uważności i pokory wobec czasu. I choć nie jest to lektura, do której wraca się dla przyjemności, wierzę, że jest to jedna z tych książek, które zostają z czytelnikiem na długo — cicho, bez patosu, ale bardzo głęboko.