Bohaterka powieści, młoda Amerykanka, jest piękna, chuda, świetnie wykształcona i zamożna. Na pierwszy rzut oka powinna być też szczęśliwa, ale nie jest. Mamy rok 2000, początek nowego tysiąclecia, gospodarka kwitnie i wszystko mogłoby się układać idealnie, jednak tylko długi odpoczynek i odcięcie się od rzeczywistości dają bohaterce nadzieję na dalsze normalne życie.
Mój rok relaksu i odpoczynku to opowieść o niemożliwej do przezwyciężenia samotności i braku radości życia pomimo tego, że na pozór wszystkie okoliczności sprzyjają dobrej i wygodnej przyszłości bohaterki tej historii. W ciągłej pogoni za kimś lub za czymś, co da nam szczęście, warto się zatrzymać na chwilę i zastanowić nad sobą. Może hasło ,,szczęście jest w nas" choć banalne, jest zwyczajnie prawdziwe?
Wydawnictwo: b.d
Data wydania: 2019-08-08
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 272
Tytuł oryginału: My year of rest and relaxation
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Buchalski Łukasz
Niezwykle naturalistyczna powieść, której bohaterka balansuje na skraju depresji i schizofrenii (chociaż nie pada na ten temat ani jedno słowo, to tak to w moich oczach wygląda). Jakże życie potrafi dać czasem w kość, mimo że posiadamy wiele. Bagaż psychiczny, jaki fundujemy sobie sami i obarczają nas nim inni potrafi jednak dokopać. Główna bohaterka kapryśnie wkurzająca, jej przyjaciółka - pozytywnie zakręcona, ale z kompleksami i wreszcie parodia lekarki psychiatry - najlepsza w całej powieści.
"Mój ro relaksu i odpoczynku" to wciąż dosyć popularna i budząca dyskusję książka i to pomimo tego, że została wydała już dobrych kilka lat temu. Powieść ta zbiera zupełnie skrajne opinie i rozumiem dlaczego jednym się podoba, a drugim nie.
Książka opowiada o młodej, bardzo atrakcyjnej i wykształconej kobiecie cierpiącej na depresję, którą męczy otaczający świat i ludzie. Marzy o tym, aby zapaść w niekończący się sen, co umożliwia jej lekarz psychiatra, która przepisuje jej bezrefleksyjnie niezliczone ilości tabletek o różnych nazwach, po których główna bohaterka ma nawet zaniki pamięci.
Doceniam tę książkę, bo uważam, że to co przeżywa bohaterka jest bardzo prawdziwe i zostało dobrze pokazane przez autorkę. Widzimy też, że dzieciństwo i rodzice mają gigantyczny wpływ na nasze zachowania w dorosłym życiu. Bohaterka miała matkę alkoholiczkę i prawdopodobnie nigdy nie była wystarczająco kochana, co pewnie wpłynęło na pojawienie się choroby, Przyczynił się do tego również toksyczny związek, w który była uwikłana. Bezskutecznie szukała miłości, której nie zaznała od rodziców.
Odrażająca jest postać pani doktor. Kobieta powinna stracić uprawnienia, albo stanąć przed sądem za szkody wyrządzane pacjentom.
Kolejna irytująca postać w tej książce to ta niby najlepsza przyjaciółka. Kobieta ze wszech miar pusta, dla której liczyła się tylko szczupła, sylwetka i dobre ciuchy, a nie pomoc koleżance.
Co mi się jeszcze nie podobało? Z pewnością zakończenie i wulgarne opisy seksu, które były zupełnie niepotrzebne.
No i rzecz najważniejsza przez którą obniżyłam ocenę tej książki, a mianowicie strasznie mnie zdołowała. Rozumiem, że opisuje depresję, ale spodziewałam się jednak jakiejś nadziei.
Polecam przeczytać. Warto, choć nie będzie to doświadczenie przyjemne.
Podoba mi się w jak łatwy i przystępny sposób były ukazane myśli, uczucia bohaterów. To jacy byli normalni i jak każdy z nich miał ukazane swoje wady. Główna bohaterka jest typem obserwatora, doszukuje się szczegółów przez co jest nam dane lepsze zrozumienie jej wyborów. Zresztą każdy w tej książce miał świetnie rozpisany zarys psychologiczny, co jest moim zdaniem wielkim plusem. Ta lektura przyznam, że była dla mnie zaskoczeniem bo nie spodziewałam się wiele, ale dobrze mi się ją czytało i koniec końców jestem naprawdę pod wrażeniem jej całokształtu.
Przeczytane:2026-03-29, Ocena: 5, Przeczytałem,
Mam na imię "BRAK"
Mówi się, że pieniądze szczęścia nie dają; dla bohaterki Otessy Moshfegh odziedziczone po zmarłych rodzicach fundusze zapewniają byt (na dobrym poziomie), dzięki którym może swobodnie rozpoczynać swój projekt "rok relaksu i odpoczynku" - równie ekstrawagancki i ambitny, co nonsensowny i obłąkany. Wydaje się, że dla pisarki, która od początku swojej zawodowej drogi zajmuje się w swojej twórczości tematem inności, odmienności, zaserwowanie czytającym efektu "wow" będzie proste jak bułka z masłem. I faktycznie tak jest: szok przychodzi szybko i pozostaje na długo w trakcie lektury.
Moshfegh dokonała tu jednak czegoś o wiele większego. Wysnuła historię psychicznej degrengolady i miażdżącej samotności rozedrganej duszy ze smutku i braku skumulowanego przez lata w ciele i psyche dziecka-dziewczynki-dziewczyny-młodej kobiety, której nikt nie pokazał, nie powiedział, nie dał odczuć, czym jest miłość i jakie wartości mają być (powinny być) dla niej azymutem w życiu. Brak fundamentów prawdziwego istnienia w postaci miłości rodziców powoduje szereg psychologicznych konsekwencji dla bohaterki, która nie widzi żadnej radości, chęci ani powodu, by żyć pełnią życia i czerpać z niego to, co najlepsze. Zamiast tego kroczy konsekwentnie po równi pochyłej, kombinując na rozmaite sposoby, jak doprowadzić swój autodestrukcyjny projekt do końca.
Gdy codzienne pożywienie złożone jest z paraliżującego wszelkie działania niby-nieoczywistego smutku; gdy brak sensu istnienia; gdy oziębłość i obojętność jest metodą odgrodzenia się od możliwości zranienia; gdy jedynymi osobami od których chce się "coś" dostać jest nieodpowiedzialna pani psychiatra i skrajnie toksyczny facet... cyniczna obserwatorka życia, nawet w przyjaźni nie do końca szczera, niepotrafiąca zbudować autentycznych relacji, ma tylko jeden cel: spać, by przeczekać najgorsze; dotknąć dna, by sprawdzić, czy jest tam iskierka nadziei - dla niej.
Zapewne nie będę jedyną czytelniczką, która otwierała oczy ze zdumienia i podziwu dla żołądka bohaterki, który zniósł to farmaceutyczne disco ponad wszystko. Fizyczne przetrwanie nie byłoby jednak pełnym zwycięstwem, gdyby nie dopełniła go wewnętrzna przemiana. Świat bez wartości i życiowego kompasu, w którym do tej pory żyła bohaterka Moshfegh, totalny brak akceptacji siebie, radykalnie niskie poczucie własnej wartości, ustępują miejsca świadomej zgodzie, by zacząć żyć od nowa. I tylko ten może zbudować swój świat na nowo, kto przeżył ból otchłani, martwotę duszy, bezsilność pustki. I już wie, że uciec można przed wszystkim, ale nie przed sobą.