Ewelina ma dwadzieścia cztery lata i studiuje historię sztuki, a jej serce bije szybciej na myśl o starożytnej Grecji. Gdy pewnego dnia pomaga w przeprowadzce osiemdziesięcioletniej pani Zofii, znajduje fotografię karty dań z cypryjskiej restauracji. Odkrycie natychmiast rozbudza jej ciekawość.
Menu pochodzi z 1974 roku – czasu tureckiej inwazji na Cypr. Przed laty znaleziono je w plecaku małej dziewczynki, która w tajemniczych okolicznościach trafiła do domu dziecka we Wrocławiu. Nigdy nie odnaleziono jej rodziny.
Zaintrygowana Ewelina wyrusza na wyspę, by odkryć historię sprzed lat. Wśród ruin, wąskich uliczek i cypryjskich tawern natrafia na ślady zawiłej przeszłości i z pomocą Jorgosa, urzekającego Cypryjczyka, zbliża się do poznania prawdy.
Prawdy, która może na zawsze odmienić nie tylko jej spojrzenie na świat, lecz także… ją samą.

Cypryjskie meze Jolanty Kosowskiej to poruszająca opowieść o pamięci, utraconych korzeniach i niezwykłych miejscach, które z czasem uczymy się nazywać domem. Do lektury zaprasza Wydawnictwo Zaczytani. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Cypryjskie meze:
Hanka
Rzęsisty deszcz przeszedł w ulewę. Wycieraczki z trudem zgarniały wodę. Boczne ulice zaczęły przypominać rwące potoki, które rozlewały się na szerszych arteriach komunikacyjnych, tworząc mazistą, szarobrunatną mieszaninę wody i błota. Silne podmuchy wiatru raz po raz szarpały samochodem. Ciepły głos wokalistki w radiu nijak nie pasował do aury za oknem. Dochodziła północ. Wyłączano już sygnalizację świetlną na większości skrzyżowań, gdzieniegdzie zgasły też latarnie. Tu na przedmieściu nocą paliła się zwykle co druga. Pojedyncze samochody sunęły powoli, wzbijając fontanny wody zmieszanej z błotem. Minęłam ostatnie większe skrzyżowanie, skręciłam w lewo i wjechałam w plątaninę wąskich uliczek jednej z najspokojniejszych dzielnic Wrocławia. Potężne wille stały w zadbanych ogrodach, a obowiązek sadzenia w okresie międzywojennym drzew iglastych spowodował, że do dzisiaj dzielnica wyróżniała się olbrzymią ilością zieleni. O tej porze domy tonęły w ciemnościach, a ich bryły wyglądały posępnie.
Niedawno zaburzono harmonię tej części miasta, stawiając tu kilka dwupiętrowych bloków, składających się na osiedle mieszkaniowe z rodzaju tych ekskluzywnych, przerażająco drogich i strzeżonych. Właśnie tutaj od niedawna mieszkałam. Nowe lokum, jak i wiele innych rzeczy, miało odciąć mnie od wszystkiego, co wiązało się z przeszłością. To była rada mojej przyjaciółki Anety. Ewelina też uważała, że to świetny pomysł. Nowe otoczenie, nowi sąsiedzi, żadnych skojarzeń i mniej wspomnień. Zupełnie nowe miejsce, a w nim inna ja. Taka pogodniejsza i mniej skomplikowana wersja dawnej Hanki. Nawet zdążyłam tę nową już polubić.
Zatrzymałam się na zjeździe do podziemnego garażu. Wsunęłam rękę do torebki, szukając pilota. Palce błądziły w czeluściach obszernej listonoszki. Nie udało mi się namacać miniatury holenderskiego buta, czyli breloczka do klucza od bramy. Po chwili całą zawartość torebki wysypałam na siedzenie pasażera. Góra mniej lub bardziej potrzebnych przedmiotów zaścieliła siedzenie.
– Gdzież on się podział? – jęknęłam.
Pierwszy raz szybko, drugi raz już powoli przerzuciłam dziesiątki przedmiotów. Było tu wszystko: portfel, dokumenty samochodu, dwie pomadki, cienie do powiek, puder, róż do policzków, konturówka, perfumy, dwa grzebienie, trzy paczki chusteczek, dwa długopisy, magnes z wyjazdu służbowego do Bolkowa, notatnik, kalendarz, nawet rękawiczki lateksowe, komplet igieł i nici, kilka gumek, Ibuprofen oraz Paracetamol na ewentualny ból głowy, plaster w pszczółki i dziesiątki paragonów z różnych zakupów, wśród których królowały te za kawę na Orlenie. Wśród drobiazgów znajdowały się też klucze z pracy i klucze od domu. A pilota do bramy garażowej nie było. Zgarnęłam wszystko z powrotem do torebki. Potrząsnęłam nią energicznie, żeby wrzucone bez ładu przedmioty ułożyły się chociaż odrobinę. Z trudem zapięłam zamek.
– Niech to szlag! – mruknęłam pod nosem. – Muszę wysiąść!
Strugi deszczu biczowały samochód, jakby ktoś chlustał wiadrami wody. Raz po raz czerń nieba rozświetlały błyskawice. „Mam pecha” – pomyślałam. „Dzisiaj nawet pogoda mi nie sprzyja”. Otworzyłam samochód, zaczęłam się gramolić i potok zimnej wody spadł mi na ramiona. Porywisty wiatr chciał wyrwać z mojej ręki samochodowe drzwi. Woda wdzierała się do środka.
– Niech to diabli! – syknęłam.
Zanim wygramoliłam się z auta, już czułam, jak woda ścieka mi po plecach. To nie były pojedyncze krople, to był cały strumień, który płynął w dół w kierunku bielizny. Manualne otwarcie bramy zajęło mi kilkadziesiąt sekund. Tyle czasu potrzebowałam, żeby wpisać kod i pociągnąć za dźwignię. Kiedy wsiadałam do samochodu, byłam już zupełnie mokra, krople ściekały mi z włosów, przemoknięte na wylot ubranie przylegało do ciała, a na siedzeniu pojawiły się mokre plamy. Odczekałam moment. Ciężka brama unosiła się powoli, jakby leniwiej niż zwykle. Po chwili wjechałam do ciemnego garażu.
– Co jest, do cholery?! – mruknęłam pod nosem.
Zwykle światła zapalały się pod wpływem ruchu wjeżdżającego pojazdu i oświetlały drogę w tym ponurym labiryncie. Garaż rozciągał się pod całym osiedlem. Najpaskudniejszy z paskudnych, szczególnie nocą.
Rozgałęział się na wiele bocznych, węższych korytarzy, gdzieniegdzie poprzedzielanych plątaniną kolumn i schowków. Wjeżdżało się do niego i wyjeżdżało przez tę samą bramę, ale z bocznych korytarzy prowadziły wyjścia do klatek schodowych w poszczególnych budynkach. Szum wentylatorów powodował, że nie słyszało się własnych myśli. Droga z zajmowanego przeze mnie miejsca parkingowego do przejścia prowadzącego na moją klatkę schodową zwykle powodowała u mnie przyspieszenie akcji serca i rozbudzenie zmysłów. Najpierw musiałam minąć kilka rzędów stojących w półmroku samochodów, potem dotrzeć do pierwszych drzwi. Otwierały się z trudem i były koszmarnie ciężkie, wpuszczały do śluzy, która ponoć zabezpiecza przed wtargnięciem spalin do wnętrza budynku. Potem trzeba sforsować jeszcze drugie drzwi i znajdujący się za nimi długi, wąski korytarz prowadzący do windy. Zawsze kiedy czekałam na windę, to odżywały w mojej pamięci wszystkie mrożące krew w żyłach sceny z horrorów – te, kiedy z windy wypada trup, i te, kiedy wychodzi z niej psychopatyczny oprawca, a bohater ma odciętą drogę ucieczki. Uspokajałam się dopiero wtedy, kiedy byłam już w środku i drzwi się za mną zamknęły. Wtedy zaczynałam oddychać z ulgą. Ciekawe, ile osób przeżywało podobne tortury, parkując samochód w tym naszym ekskluzywnym, strzeżonym garażu. Ponoć w całych podziemiach był monitoring, ale odkąd ukradziono mi wycieraczki i kamery niczego nie zarejestrowały, przestałam wierzyć i w niego, i w rzetelność pilnujących osiedle ochroniarzy.
Dzisiaj wszystko wyglądało jeszcze gorzej. Z niewiadomego powodu zapaliło się tylko jedno ze świateł, i to w bocznym korytarzu, w sporej odległości od mojego miejsca parkingowego. Kiedy minęłam ten korytarz, światło zgasło. „To przez tę burzę” – uspokajałam się w myślach. „Burzom często towarzyszą braki prądu”. Panującą ciemność rozświetlały tylko światła moich reflektorów. Oświetlały drogę przede mną, przesuwały się po zaparkowanych ciasno autach i nagle oblały światłem coś dziwnego przykrytego czarną płachtą. Poczułam serce w gardle.
– Ja pierniczę! – jęknęłam.
To coś miało kształt ludzkiego ciała.
– Niech to diabli – szepnęłam. – Trup.
Książkę Cypryjskie meze kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
