"W kolekcji DC Deluxe ukazują się najwybitniejsze albumy komiksowe wydane przez DC Comics na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Wśród nich ważne miejsce zajmuje Nowa granica. Sześciozeszytowa seria, wydana po raz pierwszy w USA w 2004 roku, opowiada o początkach najważniejszych superbohaterów DC: Supermana, Batmana, Wonder Woman, Hala Jordana - Green Lanterna oraz mniej znanych postaci, takich jak: Marsjański Łowca Ludzi, Straceńcy czy Pogromcy Nieznanego. Akcja rozpoczyna się u schyłku II wojny światowej, a kończy w latach 60. XX wieku. Forma graficzna albumu wyraźnie nawiązuje do stylu publikacji komiksowych sprzed lat. Darwyn Cooke (Strażnicy - Początek, t. 1, Gwardziści. Jedwabna Zjawa), jeden z najlepszych współczesnych twórców komiksowych, fantastycznie opowiada o czasach zimnej wojny, pierwszych spotkaniach i wspólnych akcjach popularnych herosów. Album obsypany wszelkimi branżowymi nagrodami. "
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 2015-12-09
Kategoria: Komiksy
ISBN:
Liczba stron: 520
Największy wróg Batmana to wcale nie Joker, czy Pingwin. To ktoś kto jest o wiele bliżej niż przypuszcza Mroczny Rycerz... Kto? Batman musi stawić...
Przedstawiamy pierwszy z czterech albumów nowego cyklu Strażnicy - Początek. Każdy z nich poświęcony jest wydarzeniom poprzedzającym historę znaną...
Przeczytane:2026-03-07, Ocena: 5, Przeczytałem, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2026, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2026 roku,
Co jeśli cofnąć się do USA przełomu lat 50. i 60? Ameryki nieco innej, pełnej optymizmu i rozkwitu klasy średniej, a jednocześnie z wygasającą drugą czerwoną paniką. Świata, który jest jednak nieco inny od naszego, bo istnieją w nim bohaterowie, a jednocześnie dotykają ich ówczesne problemy, jak komisja McCarthy'ego. Krótko mówiąc: Darwyn Cooke oferuje nam pastisz (hołd) na srebrną erę komiksów zanurzony w realiach historycznych.
Komiks jest bardzo przystępny i z racji na otrzymaną wolność artystyczną D. Cooke może nie zważając na kontinuum wykorzystywać postacie. Ta wolność wychodzi komiksowi na dobre, bo część superbohaterska zostaje bardzo skutecznie zintegrowana z ówczesnymi wydarzeniami – tymi prawdziwymi i ze świata DC.
Również te wydarzenia są zintegrowane – komisja McCarthy'ego zmusiła bohaterów do odejścia na emeryturę, ujawnienia tożsamości lub się ukrycia się. Bo jak wiadomo – jeśli ukrywasz twarz, to jesteś komuchem. Jednak czasy się zmieniają i nawet dwójka rządowych superbohaterów – Wonder Woman (WW) i Superman – sama zaczyna wątpić w system.
Choć trójca WW, Superman i Batman już działają, a Justice Society of America istniało w tym śmiecie (zostało rozwiązane), to historia skupia się na nowych bohaterach: na ich narodzinach i rozwoju. Na pierwszym planie mamy zatem Hala Jordana (Zieloną Latarnie), Johna Jonsa (Marsjanina) i Barry'ego Allena (Flash).
To na nich skupia się historia, a raczej na pierwszej dwójce. To Hal ciągle podąża za swoim marzeniem o zostaniu pilotem i być może poleceniu w kosmos. Z kolei Marsjanin musi odnaleźć się na Ziemi, gdy odkrywa, że nie ma jak wrócić do domu.
Mimo że historia najwięcej pochyla się na tej dwójce i tak naprawdę postacie nie są w niej najważniejsze, to potrafi dać każdej wystarczająco miejsca. Sceny, w których pojawia się Batman, mają znaczenie nie tylko dla głównego wątku, ale także wywołują przemianę w Mrocznym Rycerzu. Może nie każdy błyszczy, ale na pewno dostaje w podobny sposób nieco miejsca.
W samym komiksie pojawiają się także nieznane większości postacie, które pozostały w srebrnej erze komiksów. W porównaniu z takim „JLA. Gwóźdź” „Nowa Granica” stara się pochylić nad całą epoką, a nie tylko do niej nawiązać. Dlatego też komiks zaczyna się na zagubionej wyspie na oceanie właśnie tak:
To włączenie w historię jednego z niszowych komiksów z lat 50. Jednak to, co uderza najbardziej na tej stronie, jest kadrowanie. A raczej to, że jeśli spojrzymy na większość stron, dostaniemy bardzo podobny widok – trzy kadry w układzie horyzontalnym.
Możnaby zapewne napisać, że historia jest bardzo sztampowa, że ma swoje momenty i jest przyjemna, ale tak naprawdę moim zdaniem najlepszym elementem „Nowej Granicy” jest forma.
Te stałe trzy kadry w myśl Eisnerowskiego tempa („Theory of Comics & Sequential Art”), pozwalają D. Cookowi niezwykle sprawnie je kontrolować. Jeden z trzech kadrów zostaje pocięty? Mamy przyspieszenie tempa. Mamy splash (jednostronicowy rysunek) tempo zwalnia. W ten sposób zmiany tempa są zwyczajnie namacalne.
W drugą stronę przez stały rytm kadrów i kontrolę D. Cooke'a dużo łatwiej czuć, gdy w ramach tego potrójnego kadrowania tempo zmienia się w ich ramach. Cooke nie ogranicza się jednak tylko do tego.
Czerpie on dużo inspiracji z komiksów dalekowschodnich (mang), które zaczęły inspirować zachodnich twórców najwcześniej w latach 80. Z tego powodu, mimo stylizacji komiksu na srebrną erę komiksu (1956-1970) D. Cooke może sobie pozwolić na rozszerzenie arsenału.
Na tych dwóch stronach Flash biegnie. D. Cooke, by podkreślić jego szybkość, zachowuje trzy horyzontalne kadry, ale rozciąga je wszerz na 2 strony. Jednak jeszcze nie to jest mangowe, a 2 inne elementy.
Po pierwsze przejścia kadrowe: przedstawiają one ten sam bieg, ale z innej perspektywy. Takie przejścia są rzadsze w komiksie zachodnim. O przejściach między kadrami i ich proporcjami mówi Scott McCloud w swoim „Zrozumieć komiks”.
Po drugie prędkość subiektywna. Pierwszy kadr przedstawia Flasha wybiegającego z miasta. Natomiast dwa pozostałe przedstawiają nam Flasha i rozchodzące się od niego linie przedstawiającą jego subiektywną prędkość. Ten sposób przedstawiania prędkości był właśnie charakterystyczny dla mang, ale jak widać już nie.
Wszystkie te elementy łączą się w jeden spójny komunikat – Flash jest szybki. Można do tego zapewne dodać narrację słowną albo smugę, ale to typowe przedstawienia prędkości. Jednak D. Cooke pokazuje coś nowego i bardziej namacalnego. Pozwala czytelnikowi bardziej odczuć szybkość Flasha, w ten sam sposób, jak pozwala odczuć tempo i rytm komiksu.
Sama fabuła „Nowa Granica”, którą zostawiłem wcześniej, ma bardzo prostą, ale wielowątkową fabułę, która mocno przypomina „JLA. Następny gwóźdź” Alana Davisa, czy nawet finał „Authority” Warrena Ellisa lub początek „Avengers” Jamesa Aarona, jeśli bawić się w wyliczanki. Jak widać, nie jest to oryginalne, a komiks Alana Davisa (również pastisz na srebrną erę komiksu) jest zwyczajnie lepszą drużynówka. Jednak to nie tu leży siła „Nowej Granicy”.
„Nowa Granica” jest przede wszystkim jakaś. Choć jego zbiór z „Batman. Ego” niezbyt mi się podobał, to tamtejsze historie też były bez wątpienia jakieś, z wieloma eksperymentami formalnymi. Nie jest to jednak szaleństwo „Promethei” Alana Moore’a. Lektury Eisnera i McClouda pozwoliły mi jednak tym razem bez wątpienia docenić formę „Nowej Granicy”.
Jest ona też historią autora, który chciał oddać hołd komiksom czytanym za swojej młodości. Historią, która w spójny sposób integruje niszowe komiksy i bohaterów w jedną spójną narrację. Która oddaje hołd zarówno srebrnej, jak i poprzedzającej ją złotej erze. Na pewno świat magiczny został przedstawiony tu lepiej niż w „JLA. Następny gwóźdź”.
Jednocześnie komiks ten ma jasny przekaz polityczny, który przekazuje już sam tytuł, a potwierdza zakończenie. To drugie przedstawia fragment przemówienia Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (JFK), który mówi o tym, że po podboju Dzikiego Zachodu Ameryka musi odkryć nową granicę, którą może przekroczyć i zdobyć. Tym razem miałaby to być granica moralna (emancypacja kobiet i niebiałych), która jest oczywiście dużo trudniejsza.
Nie bez powodu jedną z najbardziej emocjonalnych sekwencji i historii w „Nowej Granicy” jest ta Johna Henry'ego. Był on ojcem, który stracił rodzinę z rąk Ku Klux Klanu, i został mścicielem.
D. Cooke nawiązuje zatem do klasycznego liberalizmu, którym często przesiąknięta jest kultura Amerykańska. Jeśli chcesz wolności, walcz o wolność dla wszystkich. Jeśli chcesz wolności, wywiązuj się ze swoich obowiązków. Jednak przede wszystkim, jeśli chcesz wolności, reaguj, gdy ktoś ją ogranicza (jak np. komisja McCarthy'ego). Fakt, że ten komiks powstał w kontekście Wojny z Terroryzmem, raczej nie jest przypadkiem.
Dzięki swojej spójności „Nową Granicę” może czytać każdy bez kontekstu. Sama historia jest prosta, choć wielowątkowa, i potrafi być bardzo przyjemna. Ma naprawdę dramatyczne i emocjonujące momenty jak ten z Johnem Henrym czy finałową walkę. Jednak dzięki artyzmowi D. Cooke'a najważniejsze są tu jego eksperymenty formalne i przekaz, na które wg. McClouda mogą sobie pozwolić tylko prawdziwi geniusze. Autor „Nowej granicy” raczej do nich należał.
Komiks czytany dzięki życzliwości Biblioteki na Koszykowej (Biblioteki Głównej Województwa Mazowieckiego).