Kryształtowa Mistrzyni. Fragment książki „Dzieci nieporządku"

Data: 2026-05-22 10:41:02 | Ten artykuł przeczytasz w 28 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję idealnego społeczeństwa. Pod powierzchnią kolorowej rzeczywistości jak ze snu sączą się jednak niepewność i paranoiczny strach. W zapomnianym uzdrowisku na obrzeżach cywilizacji rodzi się plan, który ma wstrząsnąć posadami obu światów.

Kiamand, zmuszona do noszenia w sobie setek obcych, bolesnych wspomnień. Lori i Elad, desperacko poszukujący przyjaciółki, którą system uwięził we własnym dzieciństwie. W świecie, w którym manipulacja masowo zawiera sojusz z tyranami biedniejszych narodów, a przerażająca siła spoza granic ludzkiego pojmowania budzi się do życia, ich ścieżki wkrótce się przetną. 

Dzieci nieporządku - grafika promująca książkę

Niepokojąca, brutalna i piekielnie wciągająca książka. Dzieci Nieporządku odzierają fantastykę z baśniowych złudzeń. Tu nikt nie jest niewinny, a każdy sekret ma swoją cenę. Zapraszamy do lektury! W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dzieci Nieporządku. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Gdy mężczyzna słuchał opowieści Watry, w jego głowie pojawiło się wspomnienie sprzed dziesięciu lat. Mijał właśnie trzeci dzień roku szkolnego i Elad czuł, że nienawidzi życia. Nie zmieniał tego odczucia fakt, że przedwczoraj skończył jego dwunasty rok. Nie zmieniała go również przyjemna, ciepła bryza znad ciemnobłękitnego Wielkiego Morza, szelest grubych, szmaragdowych listków na drzewach o białych pniach rosnących wzdłuż nadmorskiej promenady, sok z mrożonego mango ani zmierzchające niebo, które zaczynało właśnie przybierać rdzawy kolor.

Starczyły ledwie trzy dni, by wszelkie jego plany o byciu normalnym i znalezieniu przyjaciół okazały się niedorzecznymi mrzonkami. Nikt go nie lubił. A on sam nie robił tego, co sprawiało, że ludzie się lubili, na przykład zaproszenie kogoś na chodzenie po sklepach czy na smażonego kurczaka z budki wydawało mu się rzeczą równie dziwną, odległą i nieosiągalną jak sterowanie machiną powietrzną. Jedyne, co potrafił, to wdawać się w długie i podszyte rozpaczą dysputy z nauczycielami na tematy historyczne, podczas których oglądał się na pozostałych członków klasy, z goryczą i nadzieją, że jego najlepsze żarty, które pieczołowicie szlifował całymi godzinami podczas nudnych wieczorów w swoim pokoju, wywołają coś więcej niż co najwyżej niepewne, ostrożne uśmieszki. Gdy jednak w idiotyczny sposób potknął się, uderzając czołem o framugę drzwi, to było co innego: wówczas śmiechom nie było końca. Był dziwny, był śmieszny; nigdy nie będzie im równy. Odstawił resztę soku z mango, czując, że jego nogi robią się ciężkie od rozpaczy wzbierającej gdzieś w podbrzuszu. Ze zdumiewającą jasnością uświadomił sobie, co się teraz stanie: zacznie płakać, i ktoś to zobaczy.

Nie zrobił tego jednak. Promenadą z naprzeciwka nadchodziły dwie dziewczyny z jego klasy. Pierwsza szła Nenno, piękność o kasztanowych włosach i szarych oczach, tak ładna, że gdy na nią patrzył, ogarniało go dziwne uczucie, które trudno było nazwać, coś jak ból, który nie był nieprzyjemny. Była znana, chłopcy szeptali o niej na przerwach, a był to ten szczególny spocony, rozchichotany szept, który wzbudzał w Eladzie obrzydzenie, nauczyciele odzywali się do niej z rezerwą i podziwem, niektórzy także z uwielbieniem lub niechęcią. Elad czuł, że nienawidzi jej najbardziej ze wszystkich za ten swobodny, bezmyślny urok, który sprawiał, że wszyscy bez zastanowienia akceptowali ją jak swoją, że cokolwiek nie zrobiła, w każdym towarzyskim kółeczku, w każdym rombie posadzki, w każdej minucie była u siebie, była wśród swoich. Obok niej szła Lori, czarnoskóra dziewczynka o kręconych, ciemnoniebieskich włosach i w ogromnych okularach, cicha i nieśmiała, do której Nenno przysiadła się na pierwszych zajęciach. Jej również Elad nienawidził, właśnie za to.

Wpatrywał się nie tyle w morze i metalowe dachy rezydencji położonych nad bielutką plażą, co przed siebie, usiłując przybrać wyraz wyniosłego zamyślenia. Skoncentrował się na tym, licząc, że dzięki temu zdoła się nie rozpłakać.

– …a w ogóle ten gość jest szalony. Naprawdę. Jak wszyscy wyszli z klasy, to mówił do siebie, dasz wiarę? I to jakieś wariactwa. „Dalibóg, pies to walił”, mało nie posikałam się ze śmiechu… – opowiadała Nenno. Śmiała się głośno i szczerze, tak, jak potrafiły tylko szczęśliwe dzieci, które otaczały Elada od trzech dni.

Nagle urwała. Chłopiec poczuł, że serce mu przyspiesza. Nie mogła go rozpoznać, z całą pewnością nie…

– Ej! – Musiała mówić do niego, choć wydawało się to niemożliwością, nie do pojęcia… – Ty jesteś Elad, no nie? Halo?

Dopiero teraz zdołał na nią spojrzeć. Zamachała mu przed oczami ręką, przemknęło mu przez głowę, że wykonywała ten żartobliwy, ostrożny, jednocześnie przyjazny i szyderczy gest tak naturalnie, tak swobodnie. Jakby robiła to co rano. Jakby nie było nic prawdziwszego na świecie. Jej szare oczy błyszczały jak światełka na drugim krańcu bezbrzeżnego mroku między nimi.

– Ty jesteś dobry z historii, nie? No, bo właśnie rozmawiałyśmy z Lori, że za nic nie wiemy, o co chodziło z tą Bezkrwawą Rewolucją…

Odpowiedział stekiem bzdur i niedorzeczności, które miały w zamyśle być śmieszne i które potem wywoływały w nim na przemian wstyd i jakąś dziwną rozkosz. Jego serce zapomniało o jednym uderzeniu, a może o kilku. Lepiej od niego wiedziało, że cisza dobiegała końca i że nic już nigdy nie miało być takie samo jak przedtem, jak przed odnalezieniem go przez tą dziwną, cudowną dziewczynkę, która mieszała wszystkim w głowach, a która przy tym wydawała się jedyną znaną Eladowi osobą potwierdzającą istnienie niedorzecznego banału określanego przez dorosłych mianem dobrego serca.

***

Watra urwał, widząc grymas bólu, który pojawił się na twarzach kobiety i mężczyzny, gdy mówił o tym, że nie wie, co Groń później robił z dziewczynką, która przypominała mu Nenno. Wziął głęboki oddech.

– I odlecieliśmy potem od żelu. A jak się ocknęliśmy, to tej dziewczynki już nie było. Poszła sobie.

– Poszła? – Kobieta nachyliła się nad nim. – Jak?

Watra zawisł na linkach, wyczerpany.

– No… Nie wiem, jak wyszła, bo drzwi były zamknięte. Na łańcuch. Może przez okno albo… – Pokręcił głową.

– Kiedy? Kiedy to było?

– Więcej niż tydzień temu. Dziesięć dni.

– I nie masz oczywiście pojęcia, dokąd mogła pójść?

– Skąd mam wiedzieć?

Przyglądali mu się w ciszy. Watra nie mógł powstrzymać dygotania.

– Chyba naprawdę nie wie – mruknął mężczyzna. A potem bez ostrzeżenia uniósł dziryt szokowy. Trzask pękającego szkła rozległ się ponownie, i przed oczami Watry zapadła ciemność.

***

– Myślisz, że przeżyje?

Elad był tak zmęczony, że słyszał głos Lori dobiegający, jakby spod powierzchni wody. Spojrzał na nią – zdążyła zamienić elegancką sukienkę na zielony ubiór podróżny. Nadal oddychała szybko, a jej oczy były rozbiegane. Zerkała na Elada z niedowierzaniem, jakby chciała zapytać: czy my to właśnie zrobiliśmy?

– Możliwe. Bardzo możliwe, że przeżyje – odparł Elad. Choć odeszli od piwniczki ledwie kilka kroków, krzyki zamkniętego w skrzyni na narzędzia Watry nie wydawały się głośniejsze od szelestu gałązek. – Pewnie w końcu ktoś go znajdzie. W jakim stanie, to inna sprawa. Czy to ważne?

Lori wzruszyła ramionami.

– Pospiesz się.

Mężczyzna pokiwał głową i zaciągnął się papierosem, czując, jak opuszcza go napięcie ostatnich strasznych godzin. W ciszy słyszał wyraźnie kapanie kropelek zimnej wilgoci z gałązek krzewów. Spomiędzy rzadkich drzew i ścian drewnianych domków na obrzeżach Czerniny wynurzał się blady, złotawy poblask. Wstawał świt. Drugi świt ich poszukiwań. O tej porze na szczęście na ulicach Czerniny nie było nawet włóczęgów. Elad pomyślał, że oboje z Lori z całą pewnością rzucają się w oczy. On, ze swoją podłużną twarzą i szarą cerą arystokraty ze Wschodu, okryty szykownym, lecz bardzo znoszonym płaszczem i z papierosem w dłoni, Lori ze swoimi mieniącymi się granatem i srebrem włosami, które sprawiały, że na każdej ulicy zwracały się na nią spojrzenia wszystkich przechodniów.

Watra pewnie długo będzie ich pamiętać. O ile po dzisiejszej przygodzie coś zostanie z jego nieszczęsnego umysłu. Tak czy owak, nikt raczej nie przejmie się jego losem, może poza kolegami, o których mówił… o ile rzeczywiście istnieli. Na ich szczęście łatwo wpadł w zastawioną przez nich pułapkę. Lori sama zaproponowała ryzykowny plan, w którym przypadła jej rola przynęty. Posłużyła się świetlną bombą i dzirytem szokowym na tyle sprawnie, że Elad był jej właściwie niepotrzebny. Był pod wrażeniem jej odwagi, zimnej krwi i determinacji. Gdy znali się jako dzieci, również była od niego dzielniejsza – nie bała się ściągać w najbardziej ryzykownych momentach i z kamienną twarzą bezczelnie kłamać nauczycielom w żywe oczy.

– Słyszysz coś? – Elad wytężył słuch. – Chyba przestał krzyczeć?

– Pewnie się zmęczył – westchnęła Lori. – Trzymaj się, Watra.

Kryształowa Mistrzyni

Miasto Stołeczne

Pewnego bezimiennego dnia Hal założył maskę potwora. Otwory na oczy były zasłonięte przepaską z gęstej siatki.

– Ta przepaska – powiedział stłumionym, chropowatym głosem, odczepiając ją – ona nie była ze mną konsultowana.

Czuł, jak gdzieś w głębinach ciała mocno tłucze mu serce, całkiem oszalałe od adrenaliny, głośno domagające się wysłuchania.

– Coś mówiłeś? – zapytał sekundant, który w praktyce przede wszystkim dbał o to, by na parkiet spłynęło wystarczająco dużo krwi, nim walka dobiegnie końca.

– Chyba nic takiego – odparł Hal, widząc, że poruszył niewłaściwą strunę.

– Właśnie. – Sekundant wskazał kciukiem na widownię, z której dobiegały ich coraz głośniejsze wrzaski, wycia i klaskanie. Pijana, optymacka młodzież szarpała za barierki i uderzała butelkami o rozpadające się stoliki, a część z pewnością wolała użyć swych delikatnych dłoni do uniesienia wysoko kryształów, tak by objęły jak najlepszy obraz widowiska. – Wiesz, niespodzianki to część spektaklu. Musisz być autentyczny. Zrobisz nam świetny pokaz! Sam zobaczysz. – Zaśmiał się chytrze, a jego wzrok błądził wśród publiczności, wśród setki czarnych, szklistych owali: ulubionych zabawek próżniaczej klasy społeczeństwa. Hal wiedział skądinąd, że były to groźne zabawki. Ale powstrzymał się od komentarza. – Będą cię pokazywać przez wiele dni.

 Znajdowali się w charakteryzatorni. Było tu mnóstwo pudeł z najróżniejszymi ubraniami i rekwizytami, mnóstwo luster, przeszywających pomieszczenie ostrymi lancami odbitego światła, było mnóstwo kurzu oraz mnóstwo bardzo nerwowych, młodych ludzi obsługujących dzisiejszy spektakl.

– Powiedz mi – opiekun wydarzenia dotknął włochatego naramiennika Hala – lubisz to, prawda? – W jego głosie zabrzmiała chyba nutka aprobaty. Gwałtownym ruchem chwycił w dwa palce skórę na jego nagim ramieniu i mocno ją wykręcił. – Inni proszą o żel lub inne znieczulenie, a ty nigdy ani słowa. Nie bierzesz żelu, bo prawie nie czujesz bólu, prawda? – Kiwnął głową na sekundanta. – To chyba problem, żyć w taki sposób? No nie wiem, powiedzmy, że skręcisz kostkę. I nawet sobie nie zdajesz z tego sprawy.

– Jakoś daję radę – odparł Hal. Na pewno miewał gorsze problemy.

Opiekun był mężczyzną o orlim nosie i długich włosach, zaczesanych modnie do tyłu. Wśród jednych budził szacunek, wśród innych odrazę; Hal jakoś nie mógł się zdecydować.

– Spokojnie, nie musisz wyjaśniać. Wszyscy mamy tajemnice. – Pogładził jego zaczerwienioną od uszczypnięcia skórę. – Dzięki temu doskonale nadajesz się na potwora. – Znów zmierzył go zadowolonym wzrokiem od stóp do głowy. – Napnij mięśnie.

Hal wolał jednak nie zakłócać pracy charakteryzatorek, które nacierały jego ciało błyszczącym, gęstym olejkiem.

– No, nie wiem – powiedziała jedna z nich, kobieta o zasuszonej twarzy i bardzo jasnych włosach spiętych w koński ogon. W świetle odbijającym się od luster wydawały mu się jaśniejsze od słońca. – Dlaczego nie mogła to być prawdziwa małpa? To wydaje się bardzo głupie.

– W ostatniej chwili ktoś włożył kij w szprychy. – Opiekun wzruszył ramionami. – Poszło o jakieś stare prawo dotyczące ochrony zwierząt. To w końcu magazyn celny, chwytasz? Po co nam kłopoty? – zapytał jeszcze retorycznie i lekkim krokiem wspiął się na scenę.

Miejsce, w którym przebywali, w istocie zazwyczaj służyło za magazyn w strefie celnej. Bywały jednak szczególne noce, zwane „Nocami Syreniego Śpiewu”, kiedy zaprzyjaźniony stróż zapominał je zamknąć o umówionych porach. Wtedy przez masywne, żelazne wrota przewijała się wielce osobliwa procesja eleganckich, dostojnych gości, radosnych i śmiejących się ciepło Optymatów, wymieniających plotki i dowcipne uwagi. Goście następnie przechodzili do dawnych kwater dyrektorów, gdzie pili złociste wino i jedli wykwintną kolację przy akompaniamencie gry na harfie i śpiewu chórków, zazwyczaj wypożyczanych z Akademii Mowy Uosobionej. Zgodnie informowali przy tym siebie nawzajem, że nie mogą się już doczekać pokazu. Potem wrota zamykały się z trzaskiem i ponownie spinano je łańcuchem, by nikt nie zakłócił gościom najważniejszej części spektaklu.

Otwierano je dopiero tuż przed świtem, by pracownicy placówki zdążyli zebrać z ziemi pieniądze i potłuczone szkło, zetrzeć krew i wynieść połamane meble.

– Waleczne serducho – zapowiadał tymczasem na scenie opiekun dzisiejszego przedstawienia. – Ciężkie łapy. Nieludzka wytrzymałość. Oto Bestia z Nadmorza, gotowa na spragnionych przygód!

Trysnęły fontanny iskier, wydobywające się z żelaznych rur. Uderzono w bębny, Hal czuł dudnienie w całym swoim ciele, czuł, jak łączy się ono z biciem jego serca i serc widzów.

– To jakaś pochodna białego fosforu – powiedział z uśmiechem sekundant do charakteryzatorki. – Piromancja. Nowinka techniczna. Wygląda nieziemsko, a tania jest jak sól.

– Kurwa – mruknął do siebie Hal, który ze swojej służby we Flocie dobrze pamiętał jej inne zastosowania. Interwencja Optymatów na Wschodzie, w okolicach miasta Ardamad: chodziło w niej o utrzymanie pokoju i stabilności, i biały fosfor najwyraźniej dobrze nadawał się do tego celu. Szczególnie zapadła mu w pamięć perłowa biel kości, wyglądająca spod purpurowych oparzeń na ciałach kobiet i mężczyzn, których wyławiał z wody pokrytej oleistą cieczą. Tych walczących i tych niezaangażowanych w wojenne działania, dowództwo nieczęsto bowiem zawracało sobie głowy podobnymi rozróżnieniami. Nowinka techniczna zadawała ból zdolny sprawić, że wszelkie dotychczasowe życie i otaczający świat przestają mieć jakiekolwiek znaczenie.

Jak zawsze naszła go sekunda miłego, czystego zdumienia, że kiedyś był kimś innym, chyba kimś lepszym.

Gorący blask oblizał mu twarz i dłonie, po czym zgasł, żegnany owacją. Świat wydał się przez parę następnych chwil ciemniejszy, cichszy. Martwy.

Zawiązał opaskę. Właściwie jej założenie nie robiło mu większej różnicy. Nie przychodził tu, żeby zwyciężać.

***

W zachodnim skrzydle głównego budynku Akademii Mowy Uosobionej znajdował się ośmiokątny pokój o lustrzanych ścianach. Był wypełniony jasnym, zimnym światłem i stały tam tylko meble, które były absolutnie konieczne. Dziekanka akademii siedziała nieruchomo na pozłacanym krześle stojącym na środku tego pokoju. Z uwagą studiowała ulotkę zachęcającą do wstąpienia w szeregi apokaliptycznego kultu z Bursztynu, podczas gdy dwie służki, które przybyły tu zza Morza, splatały, układały i spinały jej długie, gęste, kasztanowe włosy.

– Spinkę z motylem, pani Nefeli? – zapytała jedna z nich.

– Czemu nie. – Mistrzyni cmoknęła. – Podaj mi teraz swój kryształ.

Służka wzdrygnęła się lekko, oddając w ręce szefowej coś tak intymnego i nieobliczalnego jak kryształ. Nefeli była świadoma tych uczuć, ale je ignorowała. W pewnym sensie bowiem wszystkie kryształy były jej dziełem.

– Cały czas patrzy na te okropne walki – rzekła dziewczyna, spuszczając wzrok.

– To już norma – odparła cierpko Mistrzyni, biorąc do ręki instrument, gładki i chłodny, jedno z jej dzieci. Ukazywał mężczyzn, duszących się i okładających kijami na scenie ku uciesze rozszalałych widzów. Jeden z nich miał na sobie dziwaczny strój: pióra, zęby i pazury. – One wszystkie uwielbiają… to. – Zaśmiała się sucho. – Ale nie tracę nadziei na zmianę. Kryształy są przecież starsze niż przemoc. – Mistrzyni w swym pałacu miała ponad setkę kryształów i przez przynajmniej osiem godzin, każdego dnia, słuchała ich pytań, szemrzących sugestii, błagań i obietnic, zastanawiając się, jak dotrzymać kroku coraz szybciej zmieniającemu się światu. – Dużo starsze.

Była ich wynalazczynią; mimo tego czuła, że role zaczynają się odwracać. To ona – i wraz z nią cała ludzkość – są przedmiotem badania kryształów. Ich eksperymentem. Uczą się nas, trenują na naszych emocjach, lękach, pragnieniach: i szykują jakiś wielki eksperyment. Nie miała co do tego wątpliwości. Za każdym razem, gdy o tym myślała, nachodziło ją uczucie podobne do tego, jak gdy patrzyła w lustro, widziała zmarszczki i zastanawiała się, jak to będzie w którymś momencie umrzeć i przestać istnieć.

Po prostu nie znosiła tej myśli i musiała coś z tym zrobić.

Lśniące złociście serce instrumentu pokazywało zwycięzcę walki. We włosach pozlepianych potem i krwią dostrzegła nieliczne srebrne nitki. Przyjrzała się bliżej jego twarzy, spodziewała się tych zmian: zestarzał się i widać na niej było ślady wyniszczającego życia, które prowadził przez ostatnie miesiące. Lecz nadal był pięknym mężczyzną, roztaczającym silną, wyrazistą aurę.

– Potrzebuję pomocy. – Teraz kryształ ukazywał twarz mężczyzny: szeptał więc do niego, może licząc, że ktoś go usłyszy. – Nie chcę wracać do siebie.

– No dobrze, pracujcie dalej. Myślę że wkrótce będziemy miały gościa. – Nefeli w odpowiedzi na pytające spojrzenia służek dodała: – Słyszałyście przecież, jak prosił o pomoc. Jestem w końcu jego patronką. No, myślę, że o tym przynajmniej nie zapomniał.

– To pan Hal! Coś podobnego! – wykrzyknęła dziewczyna. Poznała go jako zupełnie innego człowieka.

– Przyjdzie – stwierdziła kategorycznie Mistrzyni. – Zawsze przychodzi.

Lata temu Hal współpracował z Akademią. Zajmował się wtedy logistycznym wsparciem grup optymackich badaczy, poszukujących złóż kryształu poza krawędziami większości map. Mężczyzna, pracując na wojennych okrętach, poznał dobrze zdradliwe wody Wschodu, więc sponsorzy jej badawczych wypraw przymykali oko na jego skromne pochodzenie. Budząc zdumienie i podziw wśród nielicznych wtajemniczonych, kilkukrotnie nurkował w podziemnych jeziorach w pobliżu złóż kryształu i wyławiał z nich starożytne artefakty, które trafiały następnie na aukcje i do muzeów. Dla większości ludzi wysokie stężenie minerału obecne w głębinach byłoby śmiertelne; Hal wracał z wypraw w najgorszym razie z kilkudniowym bólem głowy.

Nefeli była już wówczas Mistrzynią Nauki, pierwszą, która połączyła światło oraz informację, filary rzeczywistości, w jeden prosty do powielenia instrument, uwięziony w wydobywanym z głębi ziemi minerale. Dlatego zaczęto ją nazywać Kryształową Mistrzynią. Nie miała wtedy nawet trzydziestu lat, a elity Optymatów, oszołomione skalą jej odkrycia, natychmiast obsypały ją deszczem złota i zaszczytów.

W coraz bardziej niespokojnych czasach, w których kryształy zdawały się żyć swoim życiem i podburzać biedne masy do buntu przeciw zastałemu porządkowi, to właśnie do niej sypały się prośby Optymatów o pomoc w okiełznaniu instrumentów. Któż bowiem miał większą wiedzę o ich działaniu niż Kryształowa Mistrzyni? Kto poznał je lepiej? Kto może zrozumieć i powstrzymać nadchodzący chaos?

– Zgaś to. – Mistrzyni oddała służce kryształ. Nie była szczególnie sentymentalna, ale nawet jej z trudem przychodziło spoglądanie na tego mężczyznę, znajdującego się teraz w tak opłakanym stanie. Był jej skarbem. Jej tajemnicą.

***

Hal wsadził głowę pod odkręcony, mosiężny kran i trzymał ją tam długo, potem spojrzał w lustro. I wzdrygnął się. Nie chodziło o odniesione obrażenia, lecz o to, że wcale ich nie czuł. Zdawał sobie już sprawę, że jego skóra, jego oddech, a przede wszystkim jego świeże, wspaniałe rany nie należały do niego.

Należały do czegoś obcego, czegoś, co niedługo zwróci się ku niemu całym swoim istnieniem: węchem, smakiem, łzami i potem, włosami, paznokciami, zębami… W snach nadal czuł jej dotyk, słyszał głos. Nawet teraz: słyszał dochodzące z mieszkania ponure, nieustępliwe wezwanie.

Poprzez seks całe obrzydzenie, lęk i pogarda, które odczuwał, znikną. I tego nie mógł sobie wybaczyć.

– Potrzebuję pomocy. – Jego wargi nie zetknęły się przy wypowiadaniu tych słów ani razu, a z ust wyciekło sporo krwi zmieszanej ze śliną. Powiedział to do siebie lub do kogokolwiek. Może do kryształu, który przyglądał mu się ciekawie z pokrytej różową wodą posadzki. Prawie przy tym zapłakał i prawie poczuł się lepiej.

Jego kryształ znał go już na tyle dobrze, by nie zawracać mu głowy propozycją skorzystania z usług specjalistów.

– Wracaj szybko do siebie – poradził mu głosem imitującym jego własny. – Nie zatrzymuj się. Prosto jak strzała.

Na dłoniach i plecach Hal miał zdartą przez kolczaste bicze skórę pokrytą lepką krwią. Wiedział, że musi się spieszyć, by dotrzeć do domu, gdy to wszystko jeszcze jest świeże i będzie dobrym pokarmem. Przecież o to mu właśnie chodziło?

Spodoba jej się.

– Nie chcę wracać do siebie – odparł.

Była to półprawda, bo mniej więcej połowa jego umysłu ciągnęła go do mieszkania. Słyszał wezwanie: „Kto mnie wykarmi?”. Druga połowa kazała mu natomiast uciekać.

Tak było od jakiegoś czasu.

Przeciskając się ku wyjściu, Hal mijał eleganckich, starszych gości, którzy przyglądali mu się ciekawie i chciwie, lecz unikali jego wzroku i się nie odzywali. To było typowe. Tak zazwyczaj reagowali na niego ludzie, nie tylko zepsuta arystokracja, ale też jego sąsiedzi, personel akademicki, a nawet studenci jego patronki.

W tym samym czasie pijana młodzież w pięknych ubraniach klepała go po plecach i ramionach, serdecznie zapraszała do wzięcia udziału w „przyjęciu z dziewczynami”, przy czym koniecznie powinien przyjść w przebraniu potwora.

Odmówił. Spieszyło mu się. Do mieszkania. Lub dokądkolwiek.

Wyszedł tylnymi drzwiami magazynu. Czarne morze chlupotało cicho o marmurowe schody nabrzeża. Noc przemykała wokoło, ustępując porannej łunie. Zielone światła poranka zaczynały wypełniać miejski horyzont, ukazując wysokie wieże – kamień, który przybierał kolor światła księżyca lub słońca, ogromne okna z błękitnego szkła zdobione złotem, misterne, eteryczne konstrukcje mostów łączących uszlachetnione ogrodami płaskie dachy. Smukłe, srebrzyste sylwetki lamp słonecznych dogasały nierównomiernie: światło, którego nabrały podczas dnia, zwykle kończyło się długo przed świtem.

Chwiejny krok za chwiejnym krokiem, ostrożnie oddychając i przełykając krew, przekroczył długi na prawie kilometr most, nazwany Córką Morza. Okrążył główny plac, potocznie określany jako Szachownica. Minął wykuty w skale Sąd Auliczny i odrestaurowaną siedzibę Trybunału Wód. Dysząc z wysiłku, wspiął się na Drabinę do Nieba: dwustustopniowe schody wiodące do czystego i radosnego serca Stolicy. Żelazne balkony wysokich kamienic nierzadko przyozdobione były tu osobliwymi rzeźbami, co krok zaskakiwały intrygującymi eksperymentami z oświetleniem.

Od kiedy wynaleziono kryształy, na świecie szybko zaczęło przybywać pieniędzy i wszystkiego, na co można je wydawać: usług, rozrywek, dzieł sztuki. Mnożyły się teatry, muzea, restauracje, kwitła działalność dobroczynna. Nie przybywało tylko mieszkań. Ich budową i sprzedażą zajmowały się wyłącznie powiązane z rządzącymi, rodzinne konsorcja, które lubiły sobie wybierać ambitnie brzmiące nazwy, jak dominująca w stolicy „Przystań – Horyzont”. By móc kupić najmniejszą klitkę w tej ogrodzonej wysokim murem dzielnicy, nie wystarczyło zapłacić niedorzeczną cenę. Należało przy tym z powodzeniem przejść szereg testów psychologicznych, przedstawić list polecający podpisany przez Optymatę oraz uzyskać aprobatę dla swego życiorysu, wydaną przez zespół Rewizorów. Hal naturalnie nie spełniał żadnego z tych warunków: zamieszkał tu dzięki małżeństwu. Wreszcie zdał sobie sprawę, że nie poszedł do siebie, i z ulgi zakręciło mu się w głowie.

Zapukał do innych, znanych mu drzwi.

– Mój ulubiony klient – powitała go Nefeli, czyli ktoś pomiędzy jego współpracowniczką i właścicielką: był to typowy układ w Stolicy, nazywany istotnie „klientelą”. W chudej, białej dłoni kobieta trzymała elegancką lufkę do palenia tytoniu, zrobioną z jadeitu i szkła. Jej twarz wydawała się zatroskana, wychudła, napięta. Nie zdziwiło go, że tak wczesnym rankiem nie tylko nie śpi, ale jest też nienagannie ubrana i uczesana. Mistrzyni nigdy nie lubiła marnować czasu na sen. – Długo się nie odzywałeś. Widziałam cię w krysztale. Wiesz, byłam pewna, że nadal poszukujesz przygód. Nie możesz bez nich żyć. Nie możesz też bez nich umrzeć. Ale przyznaję, że i tak udało ci się mnie zaskoczyć.

Zamrugał i natychmiast zwrócił uwagę na pieśń, której wysokie tony spłynęły nagle z okien jej kamienicy. Znał ją, nosiła tytuł O wyzwoleniu z pęt. Pasowała nastrojem do dystyngowanej Mistrzyni. Może Nefeli również wypożyczyła sobie jakiś chórek specjalnie na tę okazję.

– Wybacz mi – odparł. – Nie chciałem cię niepokoić. – Wiedział, że brzmi to idiotycznie, ale miał do tego prawo, bo wiele razy solidnie oberwał po głowie i nie słyszał swojego oddechu ani swoich myśli, tylko szum krwi i dzwonienie.

– Jestem twoją patronką. – Gdy patrzył na nią bez zrozumienia, dodała: – Potrzebna ci pomoc, czyż nie? To mój obowiązek.

Krew powoli wsiąkała w świeże bandaże. Szlachetna Mistrzyni nie wydawała się przejęta reputacyjnym ryzykiem, z którym musiała wiązać się rozmowa z poharatanym pięściarzem, jeszcze nie tak dawno mającym na głowie niedorzeczną maskę potwora. Hal, który przez lata służył w siłach wczesnego rozpoznania Floty i wojsk lądowych, podświadomie niemal zanotował, że co najmniej sześć okien sąsiednich kamienic rozwarło się dyskretnie, firanki poruszyły: wiele par oczu zwróciło się z podnieceniem ku kolejnej tajemnicy sławnej, ekscentrycznej sąsiadki. „Jest patronką tego czegoś! Niesamowite” – syknął ktoś. A może mu się tylko zdawało.

– Posłuchaj, mam pewien dylemat: myślę, że muszę wyjechać. – Ledwo słyszał swoje słowa. Bardzo głośno dzwoniło mu w uszach.

– Pooddychaj – rzekła i dała mu chwilę, półotwartymi wargami i ruchami wolnej od lufki dłoni demonstrując proponowany rytm oddechu. – I powiedz. Dlaczego robisz to coś? Nie wiem nawet, jak to nazwać.

Nie był z początku pewien, o co pytała. Dopiero po chwili uznał, że musi chodzić o walki w magazynie, a nie o to, czym zajmował się po nich.

– Czego się nie robi dla pożywienia – odparł i pomyślał, że prawdziwe znaczenie tych słów wymknie się nawet Mistrzyni.

***

– Jeśli będzie trzeba, wydam ci rozkaz – powtórzyła Nefeli, gdy po blisko godzinie rozmowy Hal zaczął się wahać. Podniosła ku niemu najpierw głowę, a później szmaragdowe oczy. – Umowa, którą ze mną podpisałeś, obowiązuje jeszcze dziesięć lat. Mogę cię wezwać do pracy w każdej chwili. Zrobię to. Zrobię wszystko, żeby ci pomóc.

Wyciągnęła go z nizin społeczeństwa, z jakiegoś powodu nazywając niezwykłym dzieckiem. Załatwiła mu stypendium i szkołę; w zamian ślubował jej lojalną służbę. Gdyby jej nie posłuchał, jednym skinieniem palca mogła pozbawić go praw, statusu, dochodów, mieszkania. Na tym polegała klientela.

A przecież w mieszkaniu trzymał wszystko, co miał, i wszystko, co miało jego.

Należało do Aidy, żony, z którą się rozstał, która umarła wkrótce potem i którą próbował zastąpić czymś innym, tracąc po drodze jeszcze więcej.

– Muszę się namyślić – powiedział, zmagając się z paniką. Chciał wstać, wrócić do mieszkania, zostać w nim. Do kolejnego Syreniego Śpiewu.

– Nie dam ci się namyślić – oznajmiła. – Nie pozwolę na to, bo widzę, że to nie skończy się dobrze. Zgadzam się z tobą, że musisz wyjechać, i akurat mam na to pomysł. Miejsce, w które cię wyślę, na pewno ci się spodoba. A ja potrzebuję w nim kogoś o twoich talentach – dodała i skrzywiła się lekko. – Jest piękne. A może, może nawet znajdziesz tam właśnie to, czego ci potrzeba. Czymkolwiek to jest. Pomożemy sobie nawzajem. Pomyśl o tym jak o terapii.

Jeśli to zrobi, jeśli wyjedzie, straci bezpowrotnie złudzenie, które trzymało go przy dawnym życiu. Co wtedy? Kim wtedy będzie?

– Mam kłopoty – powiedział Hal i poczuł, że w jego duszy powoli, niczym burza, zbiera się ponownie płacz, prawdziwy i szczery, taki, którego nie zaznał od dawna.

– Nie każde kłopoty to coś złego. – W uśmiechu Nefeli błysnęły szelmowskie iskierki, które zapamiętał z dawnych czasów. Niech to, Mistrzyni nigdy się nie myliła. Zawsze wiedziała, co dla niego dobre. Tym właśnie była, to właśnie robiła. Dźwigała pół świata na swoich chudych barkach. – Ale… widzę, że te są raczej złe. Posłuchaj mnie więc.

– W porządku – powiedział w przypływie nadziei. – Wydaj mi rozkaz. To może wystarczyć.

– Oto gdzie potrzebuje cię Akademia. – Mistrzyni wypowiedziała te podniosłe słowa nieco prześmiewczym tonem, a potem wyciągnęła z sakiewki osobliwe, staroświecko wyglądające ogłoszenie.

Przedstawiało coś jakby baśniowy pałacyk, krajobraz jak z bajki dla dzieci, wstęgi z wykaligrafowanymi hasłami, które brzmiały sekciarsko i nie miały dla niego wiele sensu. „Świat się zmienia! Wkrótce wszystko będzie zupełnie inne. Dołącz do zgromadzenia Bursztynu. Błagamy czas, żeby przestał płynąć i zawrócił, aż wymażemy błędy tysiącleci. Zstąpimy do kolebki ludzkości i naprawimy zepsuty świat”.

– To miejsce, które od dawna spędza mi sen z powiek. Jest dobrze znane w niektórych kręgach moich optymackich przyjaciół… Co nie daje mi spać jeszcze dotkliwiej. Pamiętasz nasze wyprawy? Pamiętasz, czego szukaliśmy? – Hal doskonale pamiętał wykopaliska, pustynie, dziesiątki robotników pracujących prawie niewolniczo dla oszalałej ze szczęścia Mistrzyni. Umowy o zachowaniu tajemnicy, podziemne jeziora napromieniowane od kryształowych złóż, starożytne płaskorzeźby i malowidła na ścianach jaskiń, później wystawy, bankiety, spotkania ze sponsorami, mnóstwo górnolotnych słów od tych, którzy mieli władzę i pieniądze. – Okazuje się, że są ludzie, którzy również szukali tajemnicy kryształów, przez ten cały czas. I mogli zajść jeden krok za daleko.

– Chcesz, żebym został twoim siepaczem. – Hal zaśmiał się gorzko i zakaszlał krwią. – Przekazującym przyjacielskie ostrzeżenie. Ciekawa terapia. Jakieś twoje kolejne odkrycie?

– Nie ujmując nic twojej zastraszającej aurze… – Nefeli również się zaśmiała, również gorzko – mam ludzi, którzy zrobiliby to lepiej. Nie. Nie będę nadwyrężać twojego wrażliwego serduszka. Wygląda mi, że wycierpiało już dość. Nie chcę, żebyś ich zastraszał. Chcę, żebyś do nich dołączył.

Książkę Dzieci Nieporządku kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dzieci Nieporządku
Paweł Król, Maciej Król0
Okładka książki - Dzieci Nieporządku

Kryształy widzą wszystko. Twoje myśli. Twoje kłamstwa. Twoje najskrytsze marzenia. I uczą się ciebie. Optymaci rządzący Mniejszym Światem stworzyli iluzję...

Wydawnictwo
Recenzje miesiąca Pokaż wszystkie recenzje