Warcross

Wydawnictwo: Młodzieżówka
Data wydania: 2019-05-22
Kategoria: Dla młodzieży
Kategoria wiekowa: 15-18 lat
ISBN: 9788365830630
Liczba stron: 460
Tytuł oryginału: Warcross
Język oryginału: Angielski

Tom 1 cyklu Warcross

Ocena: 4.75 (4 głosów)

Tagi:

Kup książkę Warcross

Sprawdzam ceny dla ciebie ...

Zobacz także

Opinie o książce - Warcross

Kac książkowy, wywołany przez „Hazel Wood”, spowodował, że pochłonięcie pierwszych pięćdziesięciu stron „Warcrossa” przypominało istną batalię. Dopiero wraz z postępującą historią, z coraz głębszym wnikaniem w wykreowany przez Marie Lu cyberpunkowy świat, zaczynałam odczuwać coraz mocniejsze zainteresowanie, które nie opuściło mnie aż do samego końca lektury. Ale po kolei!


NIGDY NIE WIESZ, KIEDY COŚ, CO SPRAWIA CI PRZYJEMNOŚĆ, MOŻE STANOWIĆ KLUCZ DO TWOICH PROBLEMÓW


Z olbrzymią przyjemnością zatapiałam się w tę fascynującą rzeczywistość, coraz mocniej wypieraną przez cyberprzestrzeń. Z każdym kolejnym rozdziałem moja ciekawość rosła w siłę, dlatego też obserwowanie poczynań głównej bohaterki, wrzuconej na głęboką wodę, niemal przeistaczało się w tlen, bez którego nie zdołałabym funkcjonować. Dzielnie towarzyszyłam Emice – brutalnie wyciągniętej z pieniężnego dołka – starającej się odnaleźć w nowym dla siebie otoczeniu. A to było nie lada wyzwanie, kiedy na ramionach spoczywała odpowiedzialność za tajne zadanie, gdzie wystarczyłby jeden nieprzemyślany ruch, by uruchomić lawinę niechcianych pułapek. Wraz z nią przemieszczałam się po barwnych wirtualnych rejonach, gdzie ani jedna z „wycieczek” nie należała do spokojnych. Za każdym razem działo się coś, co sprawiało, że oddech przyśpieszał, a serce dudniło, jak oszalałe. Nieraz pragnęłam przeskakiwać po parę akapitów, aby dowiedzieć się, kto i co czyha za kolejnym fabularnym rogiem, jednakże...

… mało co zdołało mnie zaskoczyć. Nie da się ukryć, że przez większość czasu mruczałam pod nosem: „Phi, wiedziałam, że tak będzie...”. Jednak to nie sprawiło, że poczułam się rozczarowana cyberświatem wykreowanym przez autorkę. W końcu pojawiały się te momenty, gdzie naprawdę przecierałam oczy ze zdumienia, bo właśnie takiego scenariusza nie przewidywałam. To były takie klapsy dla wyobraźni, gdzie dotąd ręka wymierzającego uderzenia trafiała jedynie w przestrzeń. Wszystko to sprawiało, iż jeszcze z większą przyjemnością odkrywałam kolejne zakamarki tej wirtualnej krainy przenikającej prawdziwą, gdzie marzyłam o tym, by sama choć na chwilę stać się jego częścią. Rozczarowanie przyszło dopiero wraz z zagłębieniem się w sprawę panoszącego się antagonisty, gdzie ten coraz śmielej sobie poczynał. Jego zagrywki dodawały dynamiki i tak pędzącej na piątym biegu historii, jednak moje przedwczesne odkrycie jego tożsamości odebrało jakąś cząstkę radości. Nie wiem jak inni, ale mi wystarczył jeden wątek, abym go rozszyfrowała. Co więcej, autorka niespecjalnie zacierała ślady, by zmylić tropy. A szkoda, bo może gdyby spróbowała wodzić za nos, to jeszcze bym się wahała nad ostatecznym werdyktem.

Jak literatura młodzieżowa, to nie można było obyć się bez wątku miłosnego, który – jak dla mnie – jest zbędny. Marie Lu chciała ukazać niesamowitą historię, gdzie dwójka młodych ludzi pochodzących z różnych światów pokazuje, że żadne bariery nie istnieją, jeżeli płonące uczucia prowadzą ich przez życie, ale moim zdaniem wyszło z tego coś na poziomie przeciętnych romansideł. Gdyby jeszcze autorka inaczej to przedstawiła… Gdyby spróbowała ukazać tę relację w mniej schematyczny, przerysowany sposób… Albo, gdyby zrobiła zwrot o sto osiemdziesiąt stopni, wybierając głównej bohaterce zupełnie inny obiekt westchnień... Wtedy sama kibicowałabym naszej Emice, by nikt i nic nie przeszkodził jej w drodze do upragnionego szczęścia, na które zasługiwała. A tak pozostaje ogromny niesmak, zawód, i gdybanie. Ach, kolejny potencjał utopił się w Oceanie Cierpkich Schematów.


OD ZERA DO MILIONERA? NIE.. OD ZERA-HAKERA DO PARTNERKI MILIARDERA? ALE W JAKIM KONTEKŚCIE?


Emika po stracie najbliższej osoby była zdana wyłącznie na siebie. Każdy kolejny dzień przypominał batalię o pewne jutro, co wreszcie doprowadziło do tego, że nastolatka niekiedy zdobywała niezbędne środki do życia w dość nielegalny sposób. Jedyną pociechę odnajdywała w Warcrossie, który pewnego dnia również stał się celem jej hakerskich sprawek, lecz finał tego wyzwania totalnie ją zaskoczył. Dotąd niedostrzegana, pilnie strzegąca swojej tożsamości, wystawiła się na pożywkę mediów. A sam Hideo dołożył do tego swoją cegiełkę, umożliwiając jej uczestnictwo w Międzynarodowych Mistrzostwach. Bałam się, że ta gwałtowna zmiana sprawi, że Emice uderzy sodówka do głowy i zapomni, kim jest naprawdę i z czym wiąże się jej „sława”, jednak – na całe szczęście – nastolatka (choć widać było, że ta otoczka coraz bardziej jej się podoba) dalej pozostawała sarkastyczna i gotowa zrobić wszystko, aby pokazać swój profesjonalizm. I właśnie te działania sprawiły, że sam twórca gry, pan Tanaka, się nią zainteresował. Już samo pojawienie się na tamtym meczu spowodowało, że wzbudziła w nim niemałą fascynację, a każde kolejne spotkanie owocowało coraz to śmielszymi pogawędkami. Szkoda tylko, że Hideo – moim zdaniem – nic sobą nie reprezentował. Małomówny, dbający o swoją prywatność miliarder, który niczym szczególnym się nie wyróżniał. To już nasz Antagonista, choć „nieznany”, swoimi poczynaniami sprawiał, że miałam ochotę, by dano mu więcej możliwości do wykazania się i pokazywania, iż z nim nie warto zadzierać. Nasz Tanaka to taki marnej jakości kisielek, który ma wysoką cenę tylko dlatego, że jego opakowanie zdobi logo rozchwytywanej firmy.

Na większą uwagę od naszego „wspaniałego” również zasługiwali członkowie ekipy Warcrossowej, do której dołączyła Emika. Asher na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie gbura, który wiecznie zadziera nosa. Hammie zdawała się nieszczera w swych intencjach. Tak samo pełen ciepła Roshan, stający w obronie słabszych. Każda z tych osób wydawała mi się szemrana, lecz pozory potrafią ładnie mylić. Niejednokrotnie udowadniali, że pomimo narzucanych przez fanów masek, dla swoich przyjaciół są w stanie poświęcić dosłownie wszystko. Dopiero przy nich Emika na nowo poczuła się chciana i akceptowana, co mnie ogromnie radowało. Pozbawili ją czegoś, czego sama nie umiała się wyzbyć: samotności. A oto, w chwilach, gdy elektronika rządzi światem, dosyć trudno.

Marie Lu zdarzało się potykać o własne nogi. Choć wykreowała wielobarwną, a zarazem przesiąkniętą mrokiem rzeczywistość, gdzie prawie każdy element zapiera dech w piersi, bezwzględnie wyłożyła się na wątku miłosnym. Zdążyłam omówić to znacznie wcześniej, dlatego nie będę tego powtarzać. Powiem jednak za to, że poprzez „Warcross” ukazuje ona problem, jakim jest uzależnienie od wszelakich gier i innych elektronicznych ustrojstw. Możemy machać na to ręką i udawać, że nic się nie dzieje, ale spójrzmy prawdzie w oczy – nie bylibyśmy w stanie sobie bez nich poradzić. Prawie że zastępują one ludzkość i dosłownie niewiele brakuje, by całkowicie przejęły nad nami kontrolę. A kto wie, czy pewnego dnia ktoś nie postanowi wykorzystać tego do swoich niecnych celów?

Błędy, błędy, błędy. Zdarzają się dosłownie każdemu, jednak w przypadku tej nowości czytelniczej przeszły one na kolejny poziom. Słynne literówki czy zjadanie fragmentów słów to nic w porównaniu z powtarzającymi się wersami. Niejednokrotnie wpadałam w osłupienie. Myślałam, że to ja fiksuję i czytam dane frazy podwójnie, ale po przyjrzeniu się poszczególnym zdaniom odkrywałam, iż ze mną jest wszystko w porządku (phi!). Przykład: „[…] Będzie im się wydawać, że popełniliśmy błąd, gdy przyjęliśmy cię do zespołu z numerem jeden, popełniliśmy błąd”. Można poczuć się nieswojo, nieprawdaż?


Podsumowując. Nie obyło się bez niemiłych niespodzianek, które wywoływały lekki niesmak na mojej twarzy. Pomijając jednak te drobne mankamenty, „Warcross” przyprawił mnie o istny rollercoaster wrażeń. To przesiąknięty cyberniespodziankami świat, przy którym czas upływa w zastraszająco szybkim tempie, dlatego warto uważać, nim się przysiądzie do tej książki – kto wie, o jakiej godzinie zdoła cię wypuścić ze swoich sideł?

Link do opinii

Bardzo dobra książka. Szybka akcja, delikatny wątek romantyczny, zaskakujące zakończenie. Czekam na kolejny tom.

Link do opinii

Świat oszalał na punkcie Warcross – gry, która przenosi użytkowników do wirtualnej rzeczywistości. Dla Emiki, nastoletniej hakerki i łowczyni nagród, jest ona też sposobem na życie, bo właśnie w niej łapie graczy obstawiające nielegalne zakłady. Licząc na szybki zarobek, włamuje się do meczu otwarcia Mistrzostw Warcross. Nie spodziewa się jednak, że za sprawą usterki zostanie przeniesiona do świata gry. Emika szybko staje się znana na cały świat, a zainteresowany nią jest nawet twórca gry.
Na początku muszę wspomnieć o czymś, co boli mnie najbardziej. W książce znajduje się sporo błędów. Są powtórzenia, poprzekręcane imiona, nieprzetłumaczone skróty, połączone wyrazy. Bardzo mnie to irytowało i rozpraszało. Częściowo przez to trudno było mi wgryźć się w fabułę. Nie mogłam się wciągnąć w stworzony przez Marie Lu świat, który jest przecież bardzo ciekawy. Wirtualna rzeczywistość? To przecież uczta dla wyobraźni, bo tylko ona jest granicą w tej książce. Jednak autorka wybrała przedstawianie świata ponad akcję, co skutkowało właśnie tym, że trudno było mi się wciągnąć. Nie czyta się źle, ale mało się dzieje. Za to w drugiej połowie książki tempo akcji zdecydowanie przyśpiesza i zaczyna się jazda bez trzymanki.
A raczej byłaby taka jazda, *głos Maryli Rodowicz* ale to już było. W trakcie czytania ciągle miałam wrażenie, ze skądś to znam. Główna bohaterka oczywiście jest żyjącą w biedzie nastolatką, życie jej nie oszczędzało. Jednak znajduje czas na to, by być super hiper uzdolnioną hakerką, której żadne włamanie nie sprawia problemu. Mało? Zainteresował się nią On, bogaty nastoletni geniusz. Oczywiście jego przeszłość też nie jest bez skazy. Ciągle Wam mało? Początek ich znajomości nie sugerował romansu, bo przecież on był nieprzychylnie do niej nastawiony. Jeszcze więcej? Główna bohaterka zostaje do wykonania niemal niewykonalne zadanie, oczywiście musi działać w pojedynkę. A to zadanie ma uratować niejedno życie, a może i nawet cały (nie zgadniecie) świat! Teraz to już musi brzmieć znajomo.
Podobne do innych książek z tego gatunku były także zwroty akcji. Wiele podobieństw miały szczególnie te pod koniec. Były przewidywalne do bólu. Przewidziałam je kilkaset stron przed ich wystąpieniem.
Muszę jednak sprostować kilka rzeczy – to nie jest zła książka. Po prostu jest wtórna. Fabuła i zwroty byłaby dla mnie dużym zaskoczeniem, gdybym nie znała innych powieści z gatunku. Bohaterowie nie są źle wykreowani, powiem nawet, że są bardzo dobrze skonstruowani. Z zaciekawieniem obserwowałam przemianę Emiki czy poznawałam kolejne postacie. Wiele emocji wzbudzała we mnie obserwacja rozwijającej się relacji między główną bohaterką a twórcą gry. Jedynym minusem bohaterów jest właśnie schematyczność.
Za to zdecydowanym plusem powieści jest to, ze w dobry sposób pokazuje uzależnienie ludzi od technologii i do czego może ono doprowadzić. Czy wiedząc, że odbiera ona wolność, ludzi byliby w stanie z niej zrezygnować? Ja nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie.
Jest to dobra książka, dobrze się przy niej bawiłam. Gdybym była młodsza bądź czytała mniej powieści z gatunku to byłabym oczarowana. Jednak tak nie jest, przez to książka jest dla mnie odgrzewanym kotletem. Polecam zainteresowanym.

Link do opinii
Recenzje miesiąca
Manhattan Babilon
Lech Majewski
Manhattan Babilon
Nigdy nie będziesz mną
Anna M. Brengos;
Nigdy nie będziesz mną
Orangeboy. Masz u nas dług
Patrice Lawrence
Orangeboy. Masz u nas dług
Mały manipulator
Bartosz Sztybor;
Mały manipulator
Westerplatte
Jacek Komuda
Westerplatte
Harem
Alex Vastatrix, Waldemar Bednaruk
Harem
Zabójstwo na cztery ręce
Karolina Morawiecka;
Zabójstwo na cztery ręce
Pokaż wszystkie recenzje