Akcja #książkanawakacje: „Jak upolować pisarza?"

Autor: Sławomir Krempa
News - Akcja #książkanawakacje: „Jak upolować pisarza?

W ramach naszej akcji #książkanawakacje polecamy Wam lektury, które warto zabrać w podróż – niezależnie od tego, czy wybieracie się na dwutygodniowe wczasy all inclusive na drugim końcu świata, czy do gospodarstwa agroturystycznego pod Kutnem (my wybieramy tę drugą opcję :)) Dziś prawdziwa gratka dla wszystkich miłośniczek (i miłośników – mamy w końcu równouprawnienie!) powieści obyczajowych – książka Jak upolować pisarza? Sally Franson, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Znak i ma być odpowiedzią na powieść Diabeł ubiera się u Prady. 

Bezwzględna, bezczelna, przebojowa – taka jest Casey Pedergast, główna bohaterka powieści, dyrektorka kreatywna w agencji reklamowej. Tym razem szefowa stawia przed nią karkołomne zadanie: ma pozyskać najpopularniejszych (a przynajmniej: najgorętszych) pisarzy do kampanii reklamowych. Czy literaci sprawdzą się w świecie reklamy? Patrząc na ostatnie sukcesy na tym polu Szczepana Twardocha – jak najbardziej. Ale czy Casey uda się znaleźć równie dobrego pisarza-celebrytę? I czy okaże się on wyłącznie kandydatem do udziału w reklamie, czy zacznie również odgrywać ważną rolę w życiu Casey? O tym przekonacie się podczas lektury. Na razie mamy dla Was pierwszy rozdział powieści. Jak Wam się podoba? 

1

Marki, marki, marki!

Cała ta historia rozpoczęła się chyba wtedy, gdy przypięliśmy zdjęcie twarzy Ellen Hanks do naszej tablicy wizualizacyjnej i zaczęliśmy się zastanawiać, jak zrobić z niej markę. Ellen Hanks była największą gwiazdą reality show Prawdziwe żony z Minneapolis, która kilka dni wcześniej skontaktowała się z People’s Republic Advertising w kwestii zintegrowania tożsamości swoich marek. People’s Republic była najlepszą butikową agencją reklamową w mieście, a Ellen potrzebowała naszej pomocy. Wypuściła na rynek kilka produktów sygnowanych swoim nazwiskiem – niskokaloryczną wódkę, przekąski białkowe i bieliznę modelującą o nazwie Shape UP – ale miała wrażenie, że wszystkim tym markom brakuje inter-, intra- i metaspójności. Powiedziała, że nie odzwierciedlają, jak to określiła, „najważniejszych dla niej wartości”. Zatrudniła nas do tak zwanego spójnego zarządzania marką, żeby nie tylko poszerzyć grono swoich konsumentów, ale także poprawić jakość życia każdej dziewczyny, która zechce być jak Ellen Hanks. I właśnie dlatego Annie, Jack, Lindsey i ja, największa petarda wśród ekip, które kiedykolwiek pracowały w People’s Republic, w tamten posępny marcowy dzień wytężaliśmy mózgi nad wielką głową Ellen i wszystkim, co się z tym wiąże.

Tego dnia wypadały akurat idy marcowe – zawsze mieliśmy sentyment do dni, w których zamordowano kogoś sławnego – i z tej okazji założyłam spodnie kroju palazzo, licząc, że dzięki nim będę wyglądać bardziej europejsko. Choć było potwornie zimno, założyłam też buty z otwartym czubkiem w myśl zasady, że trzeba się ubierać na pogodę, jakiej się pragnie, a nie taką, jaką serwuje ci Minnesota. Moja najlepsza przyjaciółka Susan powiedziała kiedyś, że mój optymizm graniczy z obłędem, na co ja odparłam, że o Gandhim mówiono pewnie to samo. Prychnęła i stwierdziła, że wątpi, a ja odpowiedziałam jej parafrazą cytatu z Pinteresta: wielcy ludzie tego świata zawsze z początku wydają się obłąkani. Myślałam o tym czasem, gdy pisałam w swoim pamiętniku.

W czwórkę wyglądaliśmy jak reklama luksusowego, miejskiego życia młodych wilków branży reklamowej: trzy piękne, stylowe kobiety i przystojny gej. Choć przykro mi to mówić, Annie nie ma klasycznej urody, ale kiedy postawiło się ją przy Lindsey i mnie, to z rozpędu można ją było uznać za bardziej atrakcyjną.

– Cześć, królowo – zagadnął Jack, kładąc swoją do perfekcji wypielęgnowaną dłoń na tkaninie kraciastej koszuli, tuż pod muszką. – Wyglądasz bosko. – Był starszym dyrektorem artystycznym: innymi słowy miał za zadanie stworzyć „wizualny etos” dla wszystkich obszarów (druk, internet, wideo) w kampanii marki.

– Mhm – powiedziała Annie, kiwając głową. – Otóż to. – Annie, dwudziestotrzylatka o młodziutkiej buźce, pracowała jako copywriterka. Nosiła dużo swetrów i była bardzo skrupulatna. Ciężko pracowała – dużo ciężej niż reszta z nas. Miała na tyle oleju w głowie, by wiedzieć, że jest utalentowana, ale nie aż tak: strach, że jest niegodna swojej pracy, wywoływał u niej niemal niepokojące zaangażowanie. Przeczytałam jednak wystarczająco dużo książek o kobietach sukcesu, by wiedzieć, że ludźmi dokonującymi prawdziwego postępu nie rządzi strach, a inspiracja, wzięłam więc Annie pod swoje skrzydła, komplementowałam jej swetry, chwaliłam pracę i udzielałam rad, o które nie prosiła, ale które moim zdaniem mogły się jej kiedyś przydać. Annie odwzajemniała się za to oddaniem, co tylko wzmagało moją życzliwość. Nie miała też nic przeciwko, by podczas naszych długich zespołowych spotkań grać rolę widza, podczas gdy reszta zespołu toczyła zwyczajowe wojny.

– Oto, co musimy zrobić – powiedział Jack. – Reklama na całą stronę w jakościowym magazynie, typu „O” albo „Us Weekly”, zrobimy retusz twarzy, dodamy wiatr we włosy, a na dole umieścimy jej imię i nazwisko razem z logo. – Za pomocą kciuków i palców wskazujących narysował w powietrzu blok nagłówka. – ELLEN HANKS…

– Ellen Hanks – powtórzyłam. – A pod spodem podpis: „Żony nie biorą jeńców”, czy coś w tym stylu.

– Casey, starczy tych podpisów. Nie potrzebujemy podpisów – burknął Jack. Tego ranka potwornie łatwo było go zirytować. Jego shih tzu miał przejść operację oka.

– Chyba jednak przyda się podpis – powiedziała Lindsey, kuląc się w sobie. Robiła tak za każdym razem, gdy mówiła coś kontrowersyjnego. Skończyła prestiżową Rhode Island School of Design, gdzie malowała maleńkie laleczki na por- celanowych spodkach. Rok czy dwa po ukończeniu studiów, gdy stało się dla niej jasne, że z samego sklepu na Etsy się nie utrzyma, zwróciła swoje wielkie jak u lalki oczy ku reklamie. Ostatnimi czasy Lindsey interesowała się, jak to sama nazywała, „sztuką uzdrawiania”. Piła dziwne breje ze słoików i zawsze podtykała mi jakieś kryształy do potrzymania lub rzeczy do powąchania.

– Masz – powiedziała, podsuwając mi małą brązową buteleczkę, gdy zaczęłam się skarżyć na zmęczenie. – To na podniesienie energii.

– Tak jak i to – odpowiedziałam wtedy, opróżniając do dna swoje americano.

– Nie potrzebujemy podpisu – powtórzył ze zniecierpliwieniem Jack. – My tylko kreujemy rozpoznawalność marki.

Wzięłam się pod boki.

– Tak, ale ludzie nie zrozumieją, czego ta reklama dotyczy. Jack też wsparł dłonie na biodrach.

– No to na dole umieścimy nazwy linii produktów.

Gdy się tak sprzeczaliśmy, biedna Annie przeskakiwała między nami spojrzeniem, jak gdyby była kotem, który próbuje nadążyć za punktem lasera. W takich chwilach część mnie, która potrzebowała publiczności, czuła się usatysfakcjonowana. Jack i ja zachowywaliśmy się w ten sposób przez dłuższą chwilę, głównie dla sportu. Nuda zakradała się nam pod skórę jak czarne plamy pod brzegi starych zdjęć i dla dobra naszego zdrowia psychicznego musieliśmy uważać, żeby nie pozwolić się jej zagnieździć.

– Nie możemy użyć jedynie jej twarzy, Jack – upierałam się. – Sama jej twarz nic nie znaczy.

– Co ty wygadujesz? – oburzył się Jack. – Jej twarz to cała tożsamość marki!

W końcu wtrąciła się Lindsey.

– Hej – powiedziała, nadal kuląc się w sobie. – Poważnie, wyluzujcie na moment.

– Dobra. Idziemy z tym do okien! – rzuciłam i wyszłam z sali.

People’s Republic zajmowało najwyższe piętro jednego z wieżowców w centrum miasta i pierwszym, co zwykle zauważali odwiedzający nas klienci, były okna sięgające od podłogi do sufitu, a przy nich miejsca do siedzenia i dekoracyjne poduszki. „Idziemy z czymś do okien” w naszym firmowym żargonie oznaczało, że robimy przerwę od wszelkich ziemskich problemów lub sporów, które nas męczą w danej chwili. Przy oknach znajdowały się półki z organicznymi przekąskami i pod koniec dnia często tam wspólnie siadaliśmy i raczyliśmy się kieliszkiem wina z dobrze zaopatrzonej lodówki. A lodówka, poduszki i przekąski – nie wspominając o kanapach, tarczach do gry w rzutki (na mojej ulubionej było napisane „Lubię cię”), odgłosie odbijania piłeczek tenisowych o betonową podłogę przez pogrążonych w myślach ludzi oraz spontanicznych gryzmołach na białych tablicach – stanowiły część zamysłu, że w pracy powinniśmy się czuć jak w domu. Albo że nie ma różnicy pomiędzy domem i pracą – że praca jest przyjemna! Uwielbialiśmy się tym chwalić naszym znajomym, którzy ugrzęźli na mniej ekscytujących posadach i mozolili się nad arkuszami w Excelu czy streszczeniami spraw albo mordowali się z przestarzałym oprogramowaniem w organizacjach non profit, co gdy się miało dwadzieścia dwa lata, było czymś szlachetnym, ale gdy się ich miało dwadzieścia osiem, trąciło smutkiem i brakiem kasy. My mogliśmy pracować w artystycznie podartych dżinsach, notować różne rzeczy na karteczkach samoprzylepnych i przyczepiać zdjęcia gwiazd telewizyjnych do ruchomych ścian filcowych. I jeszcze nam za to płacono! Właściwie to płacono nam za to bardzo dużo. Gdy Lindsey, Jack i ja chodziliśmy po pracy na drinka, żartowaliśmy, że się sprzedaliśmy, i takie żarty – i picie – zdarzały się nam dość często. Chyba woleliśmy sami powiedzieć to głośno, niż czekać, aż ktoś nas ubiegnie, bo wszyscy się tego baliśmy. Dla mnie tym kimś była moja najlepsza przyjaciółka Susan. Obie studiowałyśmy literaturę angielską i poznałyśmy się w akademiku, i nawet teraz, prawie sześć lat po skończeniu nauki, jej oskarżenia tłuką mi się po głowie. „Coś takiego! – powiedziałaby, wpatrując się we mnie tymi swoimi nieustępliwymi, niebieskimi oczami. – Coś takiego! Co noc siedziałyśmy do trzeciej nad ranem, rozmawiając o teorii marksistowsko-feministycznej, a ty tworzysz teraz reklamy majtek wyszczuplających?” Susan miała to do siebie, że wystarczyło, by powiedziała „majtki” w odpowiedni sposób, a ja skręcałam się na podłodze, kwicząc ze śmiechu. Kochałam ją nad życie. Zanim się poznałyśmy, miałam nieustanne wrażenie, że nie do końca pasuję do swoich znajomych. Nie żeby to było takie oczywiste – jako nastolatka byłam popularna, miałam mnóstwo koleżanek, chłopaków na pęczki – ale gdy otaczali mnie ludzie, w uszach słyszałam szum, taki jak w radiu. Czasem nawet anulowałam plany, udając chorobę, żeby zostać w domu, poczytać i pokręcić trochę anteną w głowie dla złapania lepszego sygnału. Bywało, że ten tępy syk zostawał ze mną na całe dni, a nawet tygodnie. Ustawał (albo mój mózg potrafił prawidłowo zestroić się ze światem) tylko wtedy, kiedy spacerowałam lub czytałam. Innymi słowy, kiedy byłam sama.

No trudno, myślałam sobie wtedy, trochę lipa, że potrafię jasno myśleć wyłącznie w samotności. Inni nie mają tego problemu. Dziwadło ze mnie. Najlepiej będzie udawać, że ten szum nie istnieje. To było mniej więcej w tym samym czasie, gdy zaczęłam chodzić na imprezy i cały czas ćwiczyć.

Ale kiedy poznałam Susan, to przysięgam, gdzieś z jej klatki piersiowej dobiegało ciche wibrowanie, które brzmiało dokładnie jak moje. Miałam osiemnaście lat i po raz pierwszy zrozumiałam, jak to jest mieć prawdziwą towarzyszkę. Dotyczy to także życia wewnętrznego, nie tylko obecności fizycznej. Jest mi smutno, kiedy sobie uświadamiam, jak późno się to wydarzyło i że przez całe swoje życie byłam samotna i nawet o tym nie wiedziałam. Ale jest się też z czego cieszyć – wręcz cieszyć jak dziecko. Bo to tak, jakby po całym dniu zabawy na dworze wbiec do domu i wypić duszkiem szklankę wody. Pierwsza myśl byłaby wówczas taka: „Jezu Chryste, jak mogłem pozwolić, żeby tak strasznie zaschło mi w gardle?”. A druga: „Ale ulga!”.

– Założę się, że Ellen to sucz – powiedział Jack. Leżał na plecach na ławeczce przy oknie z dłońmi złożonymi na brzuchu i na przemian rozkładał i łączył kolana. – W programie straszna z niej sucz.

– Co ty mówisz? – odparłam. – Nie jest suką, tylko nie ma cierpliwości do kretynów!

– Nie sądzę, żeby byli kretynami. Po prostu są zagubieni – włączyła się Lindsey. Usiadła, krzyżując nogi, na jaskrawej niebieskiej otomanie i otwarła kolejną butelkę kombuczy. – W sensie kulturowym. – Upiła łyk. – Czekajcie, to ta z New Jersey, prawda?

Annie od razu pojaśniała na twarzy, bo znała odpowiedź na to pytanie.

– Mhm. Przyjechała tu, bo jej były mąż dostał stanowisko prezesa w…

– Bla, bla, bla – wcięłam się ze zniecierpliwieniem. – Rozwiedli się, ale mieli intercyzę, więc ona nie dostała ani grosza, ale dzięki ciężkiej pracy, urodzie i intelektowi odbiła się od dna i wdrapała się na szczyt. – Nie wiedziałam, jak to możliwe, że ktoś nie zna historii Ellen Hanks. Pomijając kilka mniej znanych gwiazd, które postanowiły przenieść się do Minneapolis po tym, jak przeszły kurację odwykową w ekskluzywnym ośrodku na przedmieściach, nie było tu zbyt wielu ambitnych ludzi. Nikt nie wiedział o tym lepiej niż ja. A skoro pracowałam w tej agencji, starałam się wkupić w łaski ich wszystkich. Niejednemu się nawet narzucałam.

Ellen była wyjątkiem, może dlatego, że często latała do Nowego Jorku i Los Angeles, czy gdzie tam podróżują ludzie, którzy woleliby mieszkać gdzie indziej. Nigdy nie widziałam jej na mieście, co trochę mnie dołowało, bo po obejrzeniu dwóch sezonów jej show zaczęłam się w niej trochę jakby bujać – to dziwne uczucie, kiedy zdaje ci się, że chcesz dotknąć włosów drugiej kobiety, przycisnąć policzek do jej policzka i wyjawić jej wszystkie swoje sekrety, a jednocześnie delikatnie ją całować i może nawet więcej, przycisnąć swoją twarz do jej piersi… ale z drugiej strony może nie, nie wiem, trudno powiedzieć.

– Wiesz, ty i ona jesteście do siebie nawet podobne – powiedział Jack. Przeglądał Facebooka, bezwiednie lajkując co poniektóre posty.

– No stary! – oburzyłam się. – Przed chwilą nazwałeś ją suką!

– Ty też jesteś suką – odparł.

Wydałam z siebie bezgłośny jęk, choć nie byłam ani trochę oburzona. Jack uniósł głowę, żeby na mnie spojrzeć.

– Kochaną suką.

– Nie sądzicie, że Casey nadawałaby się do telewizji? – zapytała Lindsey. Kombucza pomagała jej odzyskać przytomność. Wyprostowała się na otomanie.

– Jeszcze jak – westchnęła Annie.

– Oj, przestańcie – rzuciłam, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że chcę, żeby mówili dalej.

– Poważnie! – Lindsey nie dała się zniechęcić. Uwielbiała mówić ludziom miłe rzeczy. To była jedna z jej najlepszych cech, ale, co dziwne, także jedna z najbardziej irytujących. Chyba myślała, że dzięki temu będziemy ją bardziej kochać. Miała trudne dzieciństwo, okrutnego ojczyma i zdawała się myśleć, że jej pełnoetatową pracą jest sprawianie, żebyśmy wszyscy byli szczęśliwi. Jasne, uwielbiałam drobne upominki, karteczki z odręcznie wypisanymi życzeniami i komplementy płynące dwadzieścia cztery godziny na dobę, czasem jednak było to wyczerpujące. Momentami miałam ochotę odciągnąć ją na bok i powiedzieć: już dobrze, Lindsey, nie widzisz, że i bez tego bardzo cię kochamy? Ale Lindsey nie można było mówić takich rzeczy. Łatwo ją było zasmucić.

– Poważnie – powtórzyła. – Obie jesteście megazabawne, megaseksowne, mega… mega…

– Przesadzasz – wtrąciłam.

– Megasukowate – dokończył zdanie Jack.

– Miałam zamiar powiedzieć „ambitne” – poinformowała Lindsey i upiła kolejny łyk kombuczy.

Nie wymyśliliśmy zbyt wielu nowych rzeczy, które moglibyśmy przedstawić Ellen na popołudniowym spotkaniu. Nie miało to jednak znaczenia. Wkraczaliśmy na nowe terytorium – o poradę brandingową prosiła nas osoba, nie firma – więc najważniejszą rzeczą było sprawienie, by Ellen poczuła się u nas jak w domu. By ona mogła poznać nas, a my ją. Jak mogliśmy stworzyć kampanię brandingową dla kogoś, kogo w ogóle nie znamy? A przynajmniej tak to sobie tłumaczyliśmy, podjadając to i owo, plotkując i unikając pracy poprzez przeglądanie Facebooka, Twittera i Instagrama, co nazywałam przerwą na papierosa XXI wieku. Nie wymyśliłam tego sformułowania, skądś je ukradłam, ale nie przyznawałam się do tego publicznie, bo fajnie jest uchodzić za osobę, która ma same dobre pomysły.

Celeste Winter, moja szefowa i założycielka People’s Republic, zwykle aprobowała to, co przychodziło mi do głowy. W firmie mówiono o mnie – nie bez złośliwości – że jestem jej pupilką. Na co ja – też nie bez złośliwości – odpowiadałam, że nie mam nic przeciwko, bo sympatia szefowej to bezpośredni rezultat mojej ciężkiej pracy, nie wspominając o niespotykanym talencie. Celeste należała do tego rodzaju szefowych, które notorycznie trudno było zadowolić i które czerpały z tego faktu wielką przyjemność. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych była w Nowym Jorku młodą laseczką od public relations, ale zniszczyła ją kokaina. Przyjechała do Minneapolis na odwyk, ale została na dłużej i rozpoczęła swoją karierę na nowo.

Fakt, że Celeste trudno było zadowolić, sprawił, że jeszcze bardziej chciałam dla niej pracować. Uznałam, że to przez moje dzieciństwo. Ludzie w moim wieku bardzo interesują się tym etapem życia. Mamy swoim rodzicom sporo do zarzucenia. Próbujemy uporać się z przeszłością i zwalić winę na matki i ojców, uciekając się w tym celu do psychoterapii, poradników samopomocowych i lekkiego lub umiarkowanie radykalnego buddyzmu serwowanego przez aplikacje i filmiki medytacyjne w internecie. Próbując osiągnąć samopoznanie, zrozumiałam, że choć moja matka Louise nie była alkoholiczką, to jej matka tak, a takie sprawy kapią w rodzinach z pokolenia na pokolenie jak woda w starych budynkach. Na przykład kiedy babcia nie piła, dostawała obsesji na punkcie sprzątania, do tego stopnia, że kazała mojej matce chodzić na palcach po krawędziach dywanów, żeby nie zniszczyła pasów zaczesanych szczotką od odkurzacza. Moja mama nie była taka zła, ale w każdą sobotę rano wywlekała mnie z łóżka, żebym wzięła się do domowych obowiązków, i kazała mi godzinami sprzątać, aż stan domu spełniał jej oczekiwania. Przekonałam się dzięki temu, że między umiejętnościami dziecka a wymogami matki istnieje wielka przepaść – przepaść, która w moim wypadku, mimo że dorosłam, jeszcze się nie zmniejszyła.

Zgłosiłam się do tej pracy zaraz po studiach. Kiedy podczas rozmowy kwalifikacyjnej Celeste siedziała na krześle z rękami skrzyżowanymi na piersi i rozczarowaną miną, choć jeszcze nic nie powiedziałam, w ogóle mnie to nie poruszyło. Poczułam się jak w domu. Mamusiu! Przypominało to eksperyment, o którym czytałam w podręczniku do psychologii. Kiedy małe szympansy, rozdzielone z matkami zaraz po urodzeniu, dostają w laboratorium druciane wieszaki na ubrania z przymocowanymi do nich butelkami, natychmiast utożsamiają je ze swoimi matkami. To dość urocze – całą noc je przytulają, bawią się z nimi i tak dalej. Ciekawe jest jednak to, że nawet kiedy naukowcy odłączą butelki od drucianych wieszaków i przymocują je do wygodniejszych, pokrytych tkaniną, małe szympansy wolą te druciane. Co więcej, wolą je do tego stopnia, że są gotowe zagłodzić się na śmierć.

Tak czy inaczej podczas rozmowy o pracę, zamiast opowiadać o moich kwalifikacjach, które, jak uznałam, zrobiłyby na Celeste takie samo wrażenie jak szympansiątko na wieszaku, zaryzykowałam małe emocjonalne jiu-jitsu. Celeste była odporna na mój urok, a ja chciałam ją odblokować. Tylko jak? W jiu-jitsu przeciwnika pokonuje się jego własną energią. Jeśli Celeste była jak kamień, to ja musiałam być… dynamitem, który rozsadza skałę podczas nie do końca kontrolowanej detonacji.

Postanowiłam wykorzystać element zaskoczenia. Zamiast wymieniać ponadprogramowe zajęcia, w których wzięłam udział, albo swoje cele na najbliższe pięć lat, zaczęłam opowiadać strumieniem świadomości o ostatnim odcinku Ryzykantów. Powiedziałam, że gdybym to ja występowała w programie, na samym początku zawiązałabym sobie bandanę w miejsce stanika od kostiumu kąpielowego, żeby nikt nie brał mnie poważnie.

– Ale po jakimś czasie – powiedziałam, nachylając się w jej stronę – kiedy wszyscy zaczęliby robić się dla siebie mili i tracić czujność, bo kto by się tam mną przejmował, przecież i tak zostanę wyeliminowana: BUM! Zdobyłabym immunitet w konkurencji sportowej, bo dzięki intensywnym treningom interwałowym jestem w świetnej formie, i wykorzystałabym wszystkie słabości przeciwników przy tworzeniu sojuszów. Gdy skończyłam tę pełną emocji tyradę, Celeste rozprostowała ręce i zaczęła lekko stykać ze sobą opuszki palców.

– Fascynujące – powiedziała niskim tonem, który, jak teraz wiem, oznacza, że zwęszyła forsę. – Powiedz, jak byś opisała samą siebie.

– Jestem jak buldożer! – odparłam.

Celeste zatrudniła mnie od ręki. Powiedziała, że będziemy udoskonalać tę cechę i czerpać z niej zyski. Tak właśnie się stało. W ten sposób zostałam najmłodszym dyrektorem kreatywnym w People’s Republic. Słowa „autentyczność” i „innowacyjność” właśnie stawały się modne, a ja najwyraźniej miałam ich pod dostatkiem. Żeby odblokować tak zwaną wewnętrzną siłę, moi koledzy z pracy jeździli do ośrodków medytacyjnych, zatrudniali coachów rozwoju osobistego i chodzili na siłownię jak do kościoła. Z kolei ja miałam w kwestii jej zablokowania tyle samo powodzenia, ile Zeus próbujący powstrzymać Atenę przed wyskoczeniem mu z głowy. Przypływ inspiracji był dla mnie czymś nieproszonym, czasem bolesnym. Bardzo często jedynym, co mogłam zrobić, było jak najszybsze złapanie za kartkę i długopis, żeby zapisać dany pomysł, zanim kolejny przetoczy mi się po synapsach niczym kula armatnia i chwilę później wystrzeli spod czaszki.

Nie minęło wiele czasu, nim zaczęło przynosić mi to korzyści w People’s Republic. Niedługo po objęciu przeze mnie stanowiska pozyskaliśmy klienta, który sprzedawał sprzęt ogrodowy i trampoliny. Trampoliny od lat cieszyły się złą sławą w czasopismach dla rodziców, więc firma zamówiła kampanię kierowaną do wymagających mam, zwracającą uwagę na rozrywkowe zalety produktu. Coś zadziornego, ale z klasą. Pomysły krążące wśród zespołu były banalne aż do bólu. „Wykonaj pierwszy skok”, „Skacz i sięgaj gwiazd” – bezpłciowy, inspiracyjny bełkot. A wtedy powiedziałam:

– Może coś w stylu: „Dla twoich szybkich i wściekłych”? – Wszystkie pary oczu zwróciły się w moją stronę.

Wkrótce przejęłam tego klienta, podobnie jak wielu innych. Komplementowano moją „świeżość”. Szybko stałam się jak torpeda samonaprowadzająca i zgarniałam zlecenie za zleceniem. Nie było trudno co chwilę trafiać w cel, ponieważ, jak się okazało, przemysł reklamowy był pełen ludzi, którzy ugrzęźli w jakimś okropnym czyśćcu pomiędzy ekspresją a represją, i choć wielu z nich bardzo się starało odblokować swoją moc, inni wydawali się zadowoleni, żyjąc tylko na pięćdziesiąt procent, wykonując swoją robotę na odwal i czekając na lepsze czasy. Choć ci drudzy zawsze są bardziej skomplikowani, niż się nam wydaje.

Usłyszałam dźwięk windy i podniosłam wzrok znad komputera. Przeglądałam akurat media społecznościowe, strony poświęcone zdrowemu odżywianiu, minimalistycznym wystrojom i wiosennym nowościom modowym, które koniecznie muszę mieć w swojej szafie. Wrzuciłam na Instagrama zdjęcie, na którym pokazujemy z Lindsey swoje buty – ta sama marka, różne modele – i dodałam mnóstwo hasztagów, ale jak na razie w serduszko kliknęły tylko trzy osoby. Trzy osoby! Taki brak uwagi to po prostu świństwo. Te aplikacje specjalnie zaprojektowano tak, żebyś się od nich uzależnił. Jak każdy uzależniony nienawidziłam mojego nałogu, a równocześnie rozpaczliwie potrzebowałam kolejnej „działki”. Odświeżałam stronę co kilka sekund, miotając się pomiędzy rozpaczą, że nikt mnie nie lubi, a nadzieją, że wkrótce się to zmieni i być może dzięki algorytmowi mój post wdrapie się na niebiański szczyt feedu. Pewnie, ta emocjonalna huśtawka była nieco męcząca, ale co innego można robić o wpół do czwartej we wtorkowe popołudnie?

Z windy wysiadły Celeste i Ellen – dwie niezbyt wysokie brunetki w niebotycznych szpilach. Różnica między nimi polegała na tym, że Ellen wyglądała jak wprost z reality show. Jej włosy były mocno wymodelowane na szczotce – niewykluczone, że miała doczepy – i nawet z oddali widziałam na jej oczach i ustach warstwy starannie nałożonego makijażu. Wszystkie jej ciuchy były obcisłe: dżinsy, jedwabna bluzka i skórzana kurtka – obudowa dla jej spiętego wnętrza. Spiętego w zabawny sposób, jak pistolet w kreskówce, który wystrzeliwuje z lufy bukiety kwiatów zamiast kuli. Była tak chuda, że jej głowa wyglądała, jakby pochodziła z innej rozmiarówki. Podobnie jak jej skórzana torebka wielkości namiotu.

Za to Celeste miała włosy ufarbowane na tak ciemny odcień brązu, że wyglądały na prawie czarne. Jej ubrania, powłóczysta tunika i dopasowane spodnie, też były czarne. Włosy, których nigdy nie suszyła suszarką, założyła za uszy, a na twarzy nie miała ani odrobiny makijażu. Może kiedy odniesiesz wielki sukces, możesz przestać aż tak się przejmować tym, jak wyglądasz – chyba że odniosło się sukces dzięki temu, jak się wygląda, jak w przypadku Ellen. Tym, co warto było wiedzieć na temat Celeste, był fakt, że codziennie nosiła prostokątny złoty wisiorek, który tak naprawdę był nożem sprężynowym. Dźgnęłaby każdego, kto by z nią zadarł, nie miałam co do tego wątpliwości. W sensie metaforycznym obserwowałam to codziennie.

Jack, Annie, Lindsey i ja siedzieliśmy przy swoich biurkach – tak naprawdę jednym, długim, błyszczącym stole, na którym stały nasze komputery. People’s Republic nie uznawała hierarchii, prywatności ani przestrzeni osobistej. Jedyną osobą, która miała prawdziwe biuro, była Celeste, ale nawet ono miało szklane ściany. Podobał mi się otwarty plan agencji – sprawiał, że czułam się tu jak część czegoś większego. Trochę jak w redakcji gazety z jakiegoś filmu, gdzie wszyscy siedzą na blatach biurek z jedną nogą na podłodze, w spodniach khaki zaprasowanych w kant i z podwiniętymi rękawami koszul, zastanawiając się, jak załatwić jakąś grubą rybę. Różnica pomiędzy tymi filmami a moim biurem była taka, że my mieliśmy dużo ładniejsze meble, nikt nie założyłby tu takich spodni nawet z lufą przy skroni, a grubym rybom oddawaliśmy to, co w nas najlepsze.

Celeste dała nam znak, nie spoglądając w naszą stronę – podniosła tylko rękę i pstryknęła – i już wiedzieliśmy, że mamy zebrać nasze rzeczy i spotkać się z nimi dwiema w pokoju konferencyjnym. Właściwie wcale nie był to pokój, a tylko obszar oddzielony nieoheblowanymi drewnianymi belkami, które wyglądały jak rama ścianki działowej. Pomieszczenie wyposażone było w sofę, kanciaste fotele i stolik kawowy z desek z odzysku. Kiedy tam dotarłam – a szłam marszobiegiem, jak w szkole podstawowej, zaraz po otrzymaniu reprymendy od nauczycielki, że nie wolno biegać po korytarzach – zobaczyłam Ellen, która zawzięcie wstukiwała coś w telefon.

– Ellen! – powiedziałam. – Jestem Casey Pendergast, dyrektor kreatywna, wielka fanka Prawdziwych żon i jeszcze większa fanka Shape UP. – Uniosłam nieco bluzkę, żeby pokazać, że mam tę bieliznę na sobie. – Wielka fanka wszystkiego, co robisz. I tak dla jasności, gdyby Monica przyszła do mojego domu i oskarżyła mnie o to, że chcę ją rozdzielić z Jacqueline, to też rzuciłabym się na nią z pazurami.

Ellen podniosła wzrok.

– Jezu Chryste, w końcu! – powiedziała z akcentem z New Jersey. – W końcu ktoś, kto patrzy na sprawę z mojej perspektywy!

Okazało się, że Ellen jest dokładnie taka sama jak ja: potrafi rozmawiać z obcymi tak, jakby znała ich od lat. Zanim Jack, Lindsey i Annie zebrali się w sali, a Celeste wróciła z jakąś wymyślną kawą ze Starbucksa na parterze budynku, Ellen i ja obrobiłyśmy Monice tyłek i ponarzekałyśmy na producentów, którzy na etapie montażu mogli robić z programem, co im się żywnie podobało.

– Przysięgam – powiedziała Ellen. – Przysięgam na grób mojej matki, to Monica pierwsza mnie popchnęła. Wierzysz mi? To nie była moja wina. Każdy ci powie, że dziewczyny z Jersey się nie popycha. Czego ona chciała, traktatu pokojowego?

Ellen paplała w najlepsze, a ja czułam na sobie spojrzenie Celeste. Miałam wrażenie, że jest zadowolona z tego, jak sobie radzę. Gdyby Ellen mnie polubiła, może nawet skomplementowałaby mnie po spotkaniu. Dostać komplement od szefowej to jak gdyby Czyngis-chan powiedział jednemu ze zdobywców, którymi się wysługiwał, że aż tak źle się nie spisał, kiedy podpalał jakąś wioskę. Komplementy od osoby tego pokroju wiele znaczyły – dlatego, że w jej ustach były rzadkością, oraz dlatego, że ktoś o takiej władzy mógł cię zwyczajnie zabić.

– No dobrze, do rzeczy – powiedziała Celeste, kiedy Lindsey wróciła do sali ze swoimi kryształami, których zapomniała zabrać za pierwszym razem. Widziałam, jak gładzi je dla otuchy w kieszeni żakietu, choć dla mnie nie miało to absolutnie żadnego sensu. Aż mnie korciło, żeby jej powiedzieć, że nie da się wycisnąć miłości z kamienia. Ale Lindsey, jak już mówiłam, była nadwrażliwa. Raz, kiedy zażartowałam, że jej torebka chrzęści jak marakasy, bo nosi w niej tyle suplementów, Lindsey powiedziała, że musi iść do łazienki, i została tam ze dwadzieścia minut. A kiedy w końcu wróciła, miała czerwone oczy i nie odezwała się już do końca dnia. Dręczyły mnie takie wyrzuty, że wieczorem wysłałam jej SMS-a z przeprosinami. Zachowałam się głupio – napisałam. – Za dużo kawy, za dużo nerwów. Lindsey, jak to Lindsey, nie tylko natychmiast mi wybaczyła, ale też następnego dnia miała dla mnie fiolkę czegoś, co nazywała „lekarstwem ratunkowym”.

– Na twoje stany niepokoju – powiedziała wtedy.

– Ellen, poznaj wszystkich. Wszyscy, poznajcie Ellen. Już przywitałaś się z Casey, a to są Jack, Annie i Lindsey – powiedziała Celeste, po kolei wskazując wszystkich za stołem. – Starszy dyrektor wizualny, copywriterka, dyrektor wizualna. Aha, a to Simone.

Simone, asystentka Celeste, której nienawidziłam z całego serca, stanęła za fotelem biurowym, który moja szefowa przywlekła tu za sobą, bo siedzenie na kanapie najwyraźniej byłoby dla niej ujmą. Simone była wysoka jak ja, ale dwa rozmiary szczuplejsza, bo na lunch jadła rodzynki i popijała je colą light.

– Bardzo mi miło – powiedziała. Jej głos miał w sobie słodycz gnijącej brzoskwini. Pochodziła z bogatej rodziny, przez co była nieostrożna i niefrasobliwa. Nie obchodziły jej wypłaty i było to widać. Z nieznanych mi powodów sprawiało to, że Celeste lubiła Simone, a ja tym bardziej miałam ochotę ją zniszczyć. A na dodatek Simone miała okropny nawyk wchodzenia do kuchni dokładnie wtedy, kiedy ja w sekrecie próbowałam zjeść coś niezdrowego.

Celeste założyła kosmyk za ucho.

– Nie będę się zbytnio rozwodzić. Ellen ma kolejne spotkanie, ja też jestem zajęta, zresztą i tak na tego typu zebraniach efektywnie pracuje się tylko przez pierwsze trzydzieści minut. – Wskazała ręką w naszą stronę. – Przedstawcie swoje pomysły. Wiem, że minęło dopiero kilka dni, ale ciężko pracowaliście. – Spojrzała na Ellen. – Wszystkie moje dziewczyny ciężko pracują. Jeśli mają z tym problem, to mogą odejść.

Jack otworzył usta, żeby się odezwać, ale pochwyciłam jego spojrzenie. „Zostaw to mnie”.

– Ellen – powiedziałam. – Jesteśmy przeszczęśliwi, że stworzymy dla ciebie tę kampanię. Naprawdę przeszczęśliwi. PRZE--SZCZĘŚ-LI-WI. Nawet nie wiem, ile godzin poświęciliśmy rozmyślaniom o twojej marce, ale pewnie setki. Jak na razie jesteśmy w stu procentach pewni, że chcemy wykorzystać w kampanii twoją twarz. Twoja twarz na Time Square, twoja twarz na Mulholland Drive. Na cały bilbord. Twoja twarz na tylnej okładce „Us Weekly”. Ellen Hanks, Ellen Hanks – gdziekolwiek spojrzeć, wszędzie ty. Ludzie nie mogą przed tobą uciec, wpatrujesz się w nich, mierzysz ich wzrokiem, otaczasz ich ze wszystkich stron, jesteś jedynym, co widzą. Jesteś wszędzie, nie mogą ci uciec, ale też nie mogą się na ciebie napatrzeć.

– Hmm – odparła Ellen. – Słucham dalej. – Nachyliła się w naszą stronę i skrzyżowała nogi odwrotnie niż do tej pory.

– To, co ich przyciąga, to ta twarz. Twoja twarz. Twoja twarz staje się czymś więcej niż tylko powszechnie znanym nazwiskiem… to znaczy czymś powszechnie znanym, bo twarze nie mają przecież nazwisk… Tak czy inaczej, staje się jeszcze sławniejsza, niż jest. Im bardziej znajoma się staje, tym bardziej ludzie ją lubią, tym bardziej się do niej przyzwyczajają, zapominają, że złamałaś Monice nos…

– Ledwie! Ledwie złamałam – zaprotestowała Ellen.

– …i zostałaś skazana za przekręty podatkowe. A wtedy… – Zrobiłam przerwę na oddech. Zmyślałam to wszystko na bieżąco, podążając za głosem intuicji, bo zwykle w ten sposób działam najlepiej. – Wtedy połączymy i dopracujemy wszystkie logo twoich produktów: wódki, odżywek, bielizny modelującej i innych…

– Halo! I jeszcze kosmetyków do twarzy!

– Racja. Produkty do twarzy. W każdym razie wszystkie marki się uzupełniają. Nie znam nikogo, kto maiłby lepsze oko niż Jack – wskazałam kolegę – ale przede wszystkim on jest zdeterminowany, ZDE-TER-MI-NO-WA-NY, żeby dać ci coś lepszego niż dziewczęce literki pisane kursywą, stosowane przez inne żony. Logotypy marek znajdą się w rogach strony albo bilbordu, jakby zdjęcie było kartą do gry. Drobnym drukiem na dole wymienimy nazwy sklepów oferujących twoje produkty. Po prostu uważamy, że jesteś taka piękna – powiedziałam, nachylając się do niej i spoglądając jej w oczy – i taka popularna, że inne rzeczy zwyczajnie by przeszkadzały.

Ellen uśmiechnęła się odruchowo, tak jak zwykle uśmiechają się ludzie, gdy ktoś mówi im coś, o czym już wiedzą.

– Ale musimy wymyślić tag – powiedziałam. – Coś, co da klientom do zrozumienia, że sprzedajemy nie tylko markę: że sprzedajemy ciebie. Ponieważ, halo, ludzie chcą być tacy jak ty, chcą być twoimi przyjaciółmi. A naszym zadaniem jest sprawić, żeby uwierzyli, że to możliwe. Więc cokolwiek wymyślimy, to hasło musi oddawać, kim naprawdę jesteś. Informować o tym, co jest w tobie takiego wyjątkowego, że ludzie powinni nie tylko kupować twoje rzeczy, ale i cię naśladować. Wiemy już, że jesteś fantastyczną bizneswoman, sexy MILF-em, gwiazdą reality show i hardkorową dziewczyną z Jersey. Niektórym ludziom może to wystarczyć. Ale czego pragną pozostali? – Opadłam na oparcie kanapy, wyciągając ręce jak na powitanie. – Ciebie. Prawdziwej ciebie. Autentycznej Ellen Hanks. Tej wersji ciebie, której Prawdziwe żony z Minneapolis nie pozwalają im zobaczyć. Jesteśmy przekonani, że jeśli uda się nam przekazać to klientom, będziemy mieć nie tylko lukratywną bazę fanów, ale i bazę marki.

Czasem zaskakiwało mnie, jaka potrafię być porywająca. Aż dostawałam gęsiej skórki. W tamtej chwili czułam się tak, jakby przydzielono mi bardzo istotne zadanie – nie tylko ze względu na Ellen, ale i ze względu na całe społeczeństwo. Pomagając Ellen zastanowić się nad najważniejszymi dla niej wartościami, w pośredni sposób pomagaliśmy robić to samo wszystkim kobietom. Wszędzie widziałyby jej twarz i to wywołałoby u nich przypływ mocy sprawczej. Będą sobie myśleć, że kobiety przejmują świat. Tak, to, co robiliśmy, było niezwykle istotne. Kwestia upodmiotowienia kobiet bardzo leżała mi na sercu.

– Więc powiedz – odezwała się Lindsey. Przestała gładzić kryształy i wyciągnęła rękę, żeby ująć dłoń Ellen, zakończoną akrylowymi paznokciami. – Kim naprawdę jesteś?

Jej słowa na moment zawisły w powietrzu. Annie, spisywała wszystko, co mówię, na niewygodnej klawiaturze swojego iPada. Jack poprawiał muszkę, kręcąc nosem. Pewnie był urażony, że nie miał szansy się odezwać. Uważał, że tylko dlatego, że był prześladowany w liceum, na spotkaniach miał prawo miażdżyć nas, dziewczyny, jak każdy inny facet. Przez ostatnich kilka lat systematycznie korygowałam to jego przeświadczenie.

W końcu Ellen zwróciła się do Celeste i powiedziała:

– Jasna cholera, zaraz się poryczę. – Sięgnęła do torebki po chusteczkę i delikatnie otarła kąciki oczu. – Płaczę jak głupia i nawet nie wiem dlaczego. Rewelacja! Jesteście niesamowici. Jesteście cholernymi geniuszami. Do dzieła! Myślałam, że zwyczajnie chrzanisz, kiedy mówiłaś, jak bardzo angażujecie się w zlecenia, ale teraz wiem, że naprawdę tak jest. – Wydmuchała nos. – Naprawdę tak jest.

Celeste spojrzała na mnie i niemal niezauważalnie skinęła głową, co w wolnym tłumaczeniu oznaczało „dobra robota”. Jakby urosły mi skrzydła! Czułam się tak jak zawsze w takich momentach – jak gdyby ofiarowano mi rzadki diament, co w sumie by się zgadzało, bo nie ma chyba niczego bardziej unikatowego niż uznanie osoby, która właściwie go nie okazuje. Dawno temu, gdy byłam w liceum, dowiedziałam się, że rodzice koleżanki dają jej dwadzieścia dolców za każdą otrzymaną piątkę. Dało mi to do myślenia, a nawet zaczęło dręczyć. Postanowiłam porozmawiać z mamą.

– Dlaczego ja nie dostaję nagród za dobre stopnie? – zaczęłam się użalać. – W zeszłym semestrze miałam piątkę z każdego przedmiotu z wyjątkiem plastyki.

Na co Louise, nawet nie podnosząc wzroku znad rąk, w które wsmarowywała krem, odpowiedziała:

– Bo dobre stopnie są tym, czego od ciebie oczekujemy. Zapadłam się głębiej w fotel i śniłam o przyszłości, w której

Celeste przedstawia mnie klientom jako swoją protegowaną i co tydzień zabiera mnie na lunch. „Tylko ty i ja”, powiedziałaby, zapraszając mnie na wspólny posiłek.

Annie dalej stukała w iPada, a Ellen zaczęła opowiadać historię swojego życia z trafnością i dokładnością obrzyna. Ta część należała do Annie – copywriterki: wyciągnąć klienta nie do końca jasne, na wpół uformowane pomysły i upleść z nich spójną historię – historię, z której będzie się dało wydestylować hasło reklamowe. Słyszałam to i owo o dzieciństwie Ellen („Rodzice się nienawidzili, ale oczywiście się nie rozwiedli, nie mieli pieniędzy, co innego mogli zrobić?”), jej młodości („Szczerze mówiąc, nie pamiętam zbyt wiele. Dużo papierosów, dużo”) i jej małżeństwie („Przeklęty sukinkot. Gdyby nie zakaz zbliżania, podpaliłabym mu dom”).

Ona opowiadała, a ja śniłam na jawie i słuchałam jej jednym uchem. Aż nagle usłyszałam, jak Celeste stuka palcem w zegarek, na znak, że Ellen musi już jechać na kolejne spotkanie. Wszyscy wstaliśmy, wykonaliśmy dziwny taniec, kiedy nie wiadomo, czy na koniec masz tylko podać rękę, uściskać drugą osobę czy pocałować ją w policzek. Osobiście poszłam w uścisk i buziaka, bo nie każdego dnia poznaje się Ellen Hanks. W porównaniu z moim jej ciało przypominało szkielet, ale czułam iskrzącą w niej energię, jakby przeszywał ją prąd.

– Jesteś gwiazdą rocka – powiedziała do mnie, gdy się obejmowałyśmy. – Prawdziwą gwiazdą. Hej, Celeste – zwróciła się do mojej szefowej, która wyszła z pomieszczenia, żeby uniknąć zwierzęcych rytuałów obowiązujących przy pożegnaniach. – Wiesz, że ona jest gwiazdą, prawda?

– Pewnie, że wiem – odpowiedziała Celeste. – Dlatego ją zatrudniłam.

Kiedy Ellen i Celeste ruszyły w stronę wind, Jack, Lindsey, Annie i ja pogratulowaliśmy sobie dobrej roboty.

– Świetnie, że robiłaś notatki, Annie. – Przytuliłam ją i widząc, że czubek jej małej główki sięga mi tylko do podbródka, poczułam przypływ matczynych uczuć. Wzięłam Lindsey za ręce i z taką powagą, na jaką tylko było mnie stać bez podsycania mojego poczucia ironii, powiedziałam: – Byłaś dla niej taka życzliwa. Aż czułam emanującą od ciebie pozytywną energię.

– Naprawdę się starałam! – zapewniła mnie z absolutną szczerością Lindsey.

– I Jack – powiedziałam, kładąc dłoń na jego kraciastej koszuli. – Wiem, że nie dałam ci nic powiedzieć, ale mam nadzieję, że rozumiesz, że to było dla dobra firmy. Bo wiesz… – uśmiechnęłam się potulnie – …wiesz, że cię kocham. Że cię bardzo cenię.

– Oj, przestań – prychnął Jack, ale tylko na wpół żartobliwie. – Ja też cię kocham.

To była prawda, a przynajmniej w takim stopniu, w jakim można kochać ludzi, których się za dobrze nie zna. Było ledwie po szesnastej, a Susan i ja miałyśmy się spotkać dopiero o osiemnastej, ale postanowiłam, że zaskoczę ją i przyjadę po nią do pracy. Pracowała w studiu fotograficznym na przedmieściach i asystowała właścicielowi, wykonującemu głównie zdjęcia maturalne i portrety rodzinne, tandetne jak z supermarketu. Twierdziła, że nienawidzi tej roboty, ale zawsze uważałam, że to dla niej idealny sposób na opłacenie rachunków, ponieważ jednocześnie pracowała nad swoją książką. Miała kontakt z ludźmi, mogła się bawić z dziećmi… Zresztą cała ta praca była równie anachroniczna co Susan. Kto by pomyślał, że nadal istnieje popyt na fotografie szkolne, skoro nastolatki strzelają sobie setki selfie dziennie?

– Widzimy się jutro, prawda? – powiedziałam do kolegów i koleżanek z pracy, jednocześnie szukając szminki przy swoim stanowisku. Gdy ją znalazłam, zarzuciłam sobie torebkę na ramię i posłałam wszystkim po buziaku. – Jesteście najlepsi.

– Ty jesteś najlepsza – rzuciła Lindsey, odsyłając mi buziaka. Siedziała przy swoim komputerze, pewnie przed Photoshopem albo Illustratorem. Za pomocą tych dwóch programów młodsza dyrektor artystyczna Lindsey realizowała tak zwane wizje Jacka, ale często zostawała po godzinach i wykorzystywała je przy własnych twórczych projektach. Ostatnio zajęła się odnawianiem starych domków dla lalek i robieniem zdjęć pokoikom przed i po tym, jak potraktowała je żyletkami i ogniskami z zapałek. Myślę, że gdyby Lindsey miała żyć swoim wymarzonym życiem, to osiadłaby w odrestaurowanej stodole w jakiejś wiosce, gdzie całymi dniami oddawałaby się zajęciom wymagającym precyzji i delikatności. Ale Lindsey miała kredyt studencki na sto czterdzieści tysięcy dolarów, który sam się nie spłaci.

– Nie, to ty jesteś najlepsza! – odkrzyknęłam.

– Wszyscy jesteśmy najlepsi – powiedziała Annie zza swojego komputera.

Miała w planach długi wieczór w biurze, pewnie po to, żeby wymyślić jakieś hasła reklamowe. Czasem robiło mi się smutno z jej powodu, bo tak ciężko pracowała, a często nie miała się czym pochwalić, ale nie mogłam się zbytnio koncentrować na sytuacji innych ludzi. To zaburzało moją równowagę. Właśnie dlatego przestałam oglądać wiadomości. Uchodźcy, wojny, strzelaniny – jak ludzie mogą to znosić? To znaczy, patrzeć na to w telewizorze, a co dopiero w tym żyć. Nie mówię, że odwracanie wzroku to najlepsza metoda, ale czasem niektórzy z nas muszą utrzymać głowę nad powierzchnią, by rząd był stabilny, bielizna wyszczuplająca sprzedawała się w najlepsze, a handel kwitł.

– My jesteśmy najlepsi – powiedział Jack, pokazując na siebie, Lindsey i Annie. – A ty jesteś zajebista.

– Fakt – powiedziałam lekkim tonem i ruszyłam w stronę wind.

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wydawnictwo
Reklamy
Recenzje miesiąca
Escape book
Ivan Tapia
Escape book
Post scriptum
Milena Wójtowicz
Post scriptum
Takeshi. Taniec tygrysa. Tom 2
Maja Lidia Kossakowska
Takeshi. Taniec tygrysa. Tom 2
O Chinach
Henry Kissinger
O Chinach
Pokaż wszystkie recenzje