Cena za zdradę jest wysoka, nawet jeśli... zdrady nigdy nie było. „Organista z martwej wsi" Danuty Chlupovej

Data: 2020-11-24 12:06:30 Autor: Piotr Piekarski

Czasami zbieg okoliczności obraca wniwecz czyjeś życie, a człowiek jest zmuszony ugiąć się przed wiatrem historii. Bywa też tak, że najlepsze intencje wobec kobiety sprowadzają nieszczęście zamiast pomóc…

Teodor, wiejski organista i nauczyciel w polskiej szkole na Zaolziu, jest szczęśliwym człowiekiem – mimo niesprzyjających okoliczności politycznych zajmuje się ukochaną muzyką, tworzy szczęśliwe małżeństwo z piękną żoną, wychowuje utalentowanego syna, w którym pokłada wielkie nadzieje. Na idealnym obrazie jego życia widnieje jednak rysa – są lata pięćdziesiąte, a Teodor nie jest komunistą, dodatkowo wcale się z tym nie kryje. Kiedy w wyniku tragicznego wypadku zostaje oskarżony o spowodowanie śmierci, nie ma nikogo, kto stanąłby po jego stronie. Odtąd życie Teodora i jego rodziny stanie się drogą przez mękę. W jaki sposób może je zmienić spotkanie z autystycznym, muzycznie uzdolnionym chłopcem?

Obrazek w treści

Do lektury powieści Danuty Chlupovej Organista z martwej wsi zaprasza Wydawnictwo Novae Res. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment tej książki: 

Dwory, 1953

Ta sytuacja stała się normą. Kiedy w czwartek wieczorem, po zajęciach w Domu Kultury, Teodor wracał do rodziny, niemal za każdym razem spotykał pijanego Henryka idącego z gospody w Domu Robotniczym. Sąsiad z jakiegoś nieznanego mu powodu upijał się czwartego dnia tygodnia.

„Obaj mamy swoje czwartkowe hobby” – pomyślał Teodor ironicznie, gdy po raz kolejny wyprzedzał na rowerze zataczającego się i klnącego pod nosem mężczyznę.

Wanda… Przed jego oczami stanęła twarz sąsiadki. Ostatnio zdarzało się to coraz częściej. Brązowe oczy, wąski nos, lekko falujące, spięte spinkami włosy. A potem wyobraźnia podsuwała mu jej kształtną, szczupłą sylwetkę, której regularne linie zaburzały jedynie lekko odstające łopatki.

Ten obraz był tak intensywny, że niemal przesłaniał mu drogę. Gdyby z zakrętu wyskoczył jakiś pojazd, Teodor w ogóle by go nie zauważył.

Nie chciał w ten sposób myśleć o Wandzie. Miał przecież żonę, którą kochał. Tak samo piękną, choć o nieco ostrzejszych rysach twarzy, z jaśniejszymi, gęstymi włosami. To Henryk był winien, że Teodor zaczął traktować Wandę inaczej niż dotąd. Początkowe współczucie powoli przeradzało się w niechcianą fascynację.

Z poczuciem winy, a zarazem z wdzięcznością pomyślał o Lidce. Zawsze, gdy ją poprosił, aby szła do sąsiadki i pomogła jej stawić czoła pijanemu mężowi, słuchała go, choć to była bardzo niewdzięczna misja. Dzisiaj ponownie zamierzał ją tam wysłać.

Ale w momencie, kiedy podjechał pod swój dom, zdał sobie sprawę, że tym razem nie może liczyć na żonę. Choć zapadał już zmrok, w żadnym z okien nie paliło się światło. Teodor przypomniał sobie, że Lidia zamierzała po południu pojechać z Adasiem do swoich rodziców, którzy mieszkali we Frysztacie, a właściwie w Karwinie, bo przed kilkoma laty oba miasta połączono w jedno. Zapowiedziała, że wrócą dopiero wieczornym autobusem.

Nie namyślał się długo. Schował rower do szopy i z ociąganiem poszedł do domu Henryka. Poczeka na niego na dworze. Gdyby sąsiad zastał go u swojej żony, najpewniej by go zabił. Teodor wiedział, że Henryk stał się chorobliwie zazdrosny. Podobno zaczął pić dlatego, że zżerała go zazdrość o Wandę. Pił, aby o tym zapomnieć, a równocześnie alkohol umacniał jego urojone podejrzenia. To było błędne koło, z którego nie potrafił się już wyrwać. Był przekonany, że jego żona, jeżeli nie sypia, to przynajmniej flirtuje z każdym facetem, który jej się nawinie. To, że pracowała w przedszkolu, w kobieco­dziecięcym środowisku, wcale go nie uspokajało. Wystarczyło, by któreś dziecko odbierał ojciec, a nie matka, a Henryk od razu nabierał podejrzeń, że ów facet chodzi do przedszkola specjalnie ze względu na Wandę.

Teodor westchnął. Właściwie żal mu było Henryka. Podczas wojny obaj wpadli w sidła gestapo. Postawiono ich przed sądem za rozpowszechnianie ulotek nawołujących do walki zbrojnej z okupantem. Wtedy byli bliskimi przyjaciółmi, mieli te same cele, myśleli tak samo. Ale traf chciał, że u Teodora Niemcy znaleźli tylko jedną ulotkę, wobec czego mógł twierdzić, że przypadkowo wpadła mu w ręce, że wcale nie był dystrybutorem tych materiałów.

U Henryka przechwycili cały stos. Szynderowi się upiekło, natomiast Woźnica spędził kilkanaście miesięcy w więzieniu w Mysłowicach. Niewykluczone, że jego dalszą stacją – prawdopodobnie końcową – byłby obóz koncentracyjny, gdyby nie to, że nadeszło wyzwolenie.

Teodor mocno przeżył uwięzienie przyjaciela, a jeszcze mocniej śmierć ojca w Dachau. Ale zamknął za sobą rozdział pod tytułem „Wojna” i ruszył dalej, przed siebie, z zapałem i optymizmem młodego człowieka. Henryk, choć także miał życie przed sobą, bardzo się zmienił. Podczas przesłuchań gestapowiec złamał mu nos. Ten zrósł się krzywo i odtąd szpecił Henrykowi twarz, a także utrudniał oddychanie. Mężczyzna stał się zamknięty w sobie, burkliwy, a zarazem wybuchowy. Od wyjścia z więzienia lubił wypić, ale do nałogu było mu jeszcze daleko. Poturbowany nos sprawił, że cierpiał na kompleks niższości.

Kiedy taka ładna dziewczyna, jaką była Wanda, zgodziła się wyjść za niego, początkowo uważał to za cud. Po ślubie zmienił się na lepsze, nabrał większej pewności siebie, stał się bardziej pogodny. Ale już po upływie pierwszych lat małżeństwa jego kompleksy ponownie dały o sobie znać.

***

– A ty co tu robisz, do cholery?!

Teodor był przygotowany na takie powitanie. Sąsiad trzasnął bramką i stanął na chwiejnych nogach dwa metry od niego.

Zaciśniętą pięścią machnął Teodorowi przed nosem. – Byłeś u mojej żony?!

– Po co miałbym do niej chodzić? Czekam na ciebie.

– Cyganisz, to pewne! Ty… Ty… – Henrykowi zaczął się plątać język.

– Uspokój się, Heniu. Wejdźmy razem do środka.

– Ani się waż wchodzić do mojego domu! Idź sobie do łóżka z własną babą!

– Mam taki zamiar, jak wróci od rodziców. A tymczasem dopilnuję, aby u was był spokój. Lidka mnie o to poprosiła.

– Ta twoja Lidka to niezła suka – wysapał Woźnica i splunął na ziemię. – Ostatnio podejrzanie często u nas bywa. Po co pakuje nos w nie swoje sprawy? No po co? Po co? Po co?

Odurzony alkoholem mężczyzna zaciął się jak katarynka. Bezmyślnie powtarzał wciąż to samo pytanie. Teodor popchnął go w stronę wejścia. Wanda z pewnością słyszała ten hałas, bo zaraz uchyliła drzwi i zapaliła światło na ganku. Widok sąsiada wprawił ją w zakłopotanie, a widok męża obudził strach. Teodor zdał sobie sprawę, że prawdopodobnie wcale jej nie pomoże swoją obecnością, tylko pogorszy sprawę. Zawahał się, czy wejść.

Nim podjął decyzję, Henryk krzyknął:

– Wynocha stąd! Zaraz! Won! A jeżeli jeszcze raz cię spotkam w moim domu, to cię… To cię zabiję, ty skurwielu!

– Idź – szepnęła Wanda. – Idź, bardzo cię proszę… Jakoś sobie z nim poradzę.

W głębi domu rozległ się płacz dziecka. Teodor ze współczuciem spojrzał na kobietę. Nie chciał jej tu zostawić. Najchętniej zabrałby ją do siebie, a razem z nią małą Halinkę. Bardzo chciał wziąć je pod swoją ochronę.

– Co wy tu, u diabła, tak krzyczycie?!

Wszyscy odwrócili się w stronę bramki. Stał za nią dyrektor szkoły. Bartoń mieszkał jakiś kilometr dalej, pod samym lasem. Wracał tędy do domu.

– A ty byś się nie złościł, gdyby ci sąsiad chciał odbić żonę? – Henryk, który w międzyczasie nie bez wysiłku ściągnął na ganku buty, teraz w samych skarpetach poczłapał do bramki przez podwórze grząskie po niedawnym deszczu.

– Karol nie ma przecież żony! – zawołał za nim Teodor. Nie wiedzieć czemu, uśmiechnął się złośliwie. Miał nadzieję, że Bartoń nie zauważył w ciemności jego miny. Ale ganek był oświetlony.

– Na razie nie mam żony – powiedział lodowato Karol. Już dwa razy omal się nie ożenił, ale miał pecha. Jego pierwsza narzeczona zrezygnowała ze ślubu na dwa miesiące przed terminem, drugą nakrył w niedwuznacznej sytuacji z innym mężczyzną.

– Nareszcie wiem, z kim Wanda się puszcza. Mam go tutaj, skurwiela. I pomyśleć… Pomyśleć, że to był kiedyś… Mój… Mój przyjaciel. – Wściekłość Henryka nagle zmieniła się w pijacki szloch.

Teodor podszedł do stojących przy bramce mężczyzn, zostawiając upokorzoną, zawstydzoną Wandę na ganku.

– Karol, mam nadzieję, że nie wierzysz w te jego bzdury. Rano wytrzeźwieje i sam zrozumie, że gadał brednie.

Bartoń wzruszył ramionami.

– A skąd mam wiedzieć, kto tu mówi prawdę? Dlaczego akurat tobie miałbym wierzyć? – Na chwilę zamilkł, a potem dodał drwiąco: – Chyba że znów powołasz się na to, że byliśmy ochrzczeni w tym samym kościele? A może dorzucisz jeszcze, że obaj byliśmy ministrantami?

– Bez obaw – burknął Teodor. Odepchnął chwiejącego się Woźnicę i wyszedł z podwórza.

Zrozumiał, że Karol Bartoń nie będzie jego sojusznikiem.

***

– W przedszkolu jest jakaś pani na zastępstwie, Wanda podobno zachorowała.

Słowa Lidki sprawiły, że palce Teodora, które właśnie miały spocząć na klawiaturze, zawisły w powietrzu, aby po chwili opaść bezwładnie na kolana.

– Zachorowała? – spytał z powątpiewaniem. Poczuł nagły ucisk w gardle. Zaczęło mu brakować powietrza. Miał wrażenie, że Henryk złapał go za kark na odległość.

Kobieta rozpięła sweter, a potem pomogła Adasiowi się rozebrać. Chłopiec od razu podbiegł do pianina. Bez ładu i składu, z werwą zaczął uderzać w klawisze. Teodor mechanicznie wziął do rąk nuty, w których szukał właśnie jakichś nowych utworów, odpowiednich dla swoich uczniów. Nie zareagował na dysharmonijne dźwięki, które jego syn wydobywał z instrumentu.

– Myślisz, że naprawdę zachorowała? A może… – Przerwał, wstał, wziął żonę za łokieć i wyprowadził ją do kuchni. Nie chciał, aby maluch słyszał ich rozmowę.

– Może Henryk tym razem stłukł ją tak, że ma jakieś obrażenia?

– Wczoraj był czwartek – powiedziała Lidka powoli.

– Właśnie. A w czwartki Henryk się upija.

Oboje w tym samym momencie opadli na krzesła. Były stare, po jego rodzicach, którzy wybudowali ten dom, więc zgodnie zatrzeszczały.

– Widziałeś go wczoraj pijanego? – spytała Lidia.

– Widziałem.

Miał jej powiedzieć o wszystkim, co się wydarzyło? Zawahał się przez chwilę. Żona prawdopodobnie dowie się o zajściu, w którym uczestniczył także dyrektor szkoły, lecz w tym momencie nie czuł się na siłach, aby jej o tym opowiadać. A może po prostu chciał ukryć przed Lidią, że poszedł do Wandy? Może wtedy stałaby się tak samo podejrzliwa jak Henryk?

Z pokoju nadal dochodziły dźwięki pianina torturowanego przez sześciolatka. Instrument był jego ulubioną zabawką. Teodor i Lidia uśmiechnęli się do siebie. Potem mężczyzna z czułością pogłaskał kobietę po ręce.

– Jutro, zanim pójdę do pracy, zajrzę do Wandy. Henryka nie będzie już wtedy w domu. Sprawdzę, jak to u niej wygląda powiedziała cicho Lidka.

Teodor poczuł, że jego ściśnięte gardło powoli się rozluźnia. Był niezmiernie wdzięczny żonie, że to od niej wyszła ta propozycja. W tej chwili nie miałby odwagi jej o to poprosić.

Następnego dnia dowiedział się, że Wandę z dnia na dzień zwaliła z nóg angina. Przez dwa tygodnie nie będzie jej w przedszkolu.

Lidia kłamała. Ale nie z własnej woli – to sąsiadka wymusiła na niej obietnicę, że nie powie Teodorowi o tym, co naprawdę się stało. Wystarczyło, że doktor Walica widział jej obrzmiałą twarz i podbite oko, kiedy wypisywał zwolnienie. Miała nadzieję, że uwierzył w historię o tym, jak poślizgnęła się na rozlanej oliwie w kuchni i wyrżnęła głową w kant otwartych drzwi. Obie kobiety wiedziały, że Teodorowi nie zamydliłyby tym oczu. Specjalnie dla niego Wanda wymyśliła anginę. Bała się jego dalszych interwencji. Była pewna, że tylko pogorszyłyby sytuację.

Książkę Organista z martwej wsi kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Organista z martwej wsi
Danuta Chlupová1
Okładka książki - Organista z martwej wsi

Cena za zdradę jest wysoka, nawet jeśli... zdrady nigdy nie było. Czasami zbieg okoliczności obraca wniwecz czyjeś życie, a człowiek jest zmuszony ugiąć...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo