Laurze zmarł mąż, Leon. Jako podróżnik, zwiedził cały świat, był autorem cenionych przewodników. Mimo oddanych i opiekuńczych sąsiadek oraz dużej dozy zdrowego rozsądku Laura nie może odzyskać spokoju. W domu straszą obrazy Bacona, trumienne indiańskie mokasyny i rytualna maska – pamiątki po mężu-globtroterze. Gdy jedzie do Armenii jako pilot wycieczki, dokonuje zaskakującego odkrycia. Musi znaleźć ślad. Musi odkryć nieznane oblicze Leona. Co jest prawdą, a co nie? Kto tu jest kim? Czyja miłość jest silniejsza niż śmierć? Trzeba tylko uspokoić ten szum w głowie…

Do przeczytania powieści Ewy Cielesz Szum zaprasza Grupa Wydawnicza Axis Mundi. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Szum:
Coś tchnęło życie w Sedę. Byłam niemal pewna, że odmieniła ją rozmowa w cztery oczy z Petrosem. Wreszcie usłyszała słowa, na które czekała od miesięcy, otrzymała nadzieję na odzyskanie dziecka. Nieoczekiwanie w samym środku tej historii znalazłam się ja. Ach, jak trudno oderwać wzrok od kobiety, która nagle rozkwita, zaskakuje ekspresją i zmysłowością, siłą i subtelnością. Przywykła do delikatnej słowiańszczyzny nie mogłam się napatrzeć na tę złożoność etnicznych rysów. Wysokie czoło, mocno zarysowany podbródek, śniadość cery, roziskrzone oczy i czarna sprężystość włosów, wszystko to tworzyło unikalność jej kaukaskiej urody. Trzeba przyznać, że tutejsze kobiety, potomkinie bizantyjskiej, perskiej cywilizacji i hellenistycznych wpływów, zachwycały pięknym obliczem.
Poczułam zapach lilii i tuberozy, gdy zbliżyła się do mnie i ujęła moje obie dłonie. Przez długą chwilę patrzyłyśmy sobie głęboko w oczy.
– Kocham cię za to, co robisz – powiedziała i zerknęła na Arama, który roześmiał się i zaczął bić brawo.
Było w niej coś z figlarności uczennicy, więc domyśliłam się, że to on nauczył ją polskich słów.
Przygarnęłam ją jak córkę i przytuliłam do piersi. Dobrze było trzymać przy sobie to ciepłe, kruche stworzenie. Tykające pod żebrami zegary zrównały rytm, by odtąd wspólnie odmierzać nasz czas. Uświadomiłam sobie, że mojego pozostało o połowę mniej, dlatego muszę się spieszyć. Żeby zdążyć. Żeby jej nie zawieść.
– Chciałabym, żebyś już zawsze miała szczęśliwe życie – powiedziałam. – O twoim będę myślała bardziej niż o własnym. I nie spocznę, dopóki nie przytulisz swojego chłopca – dokończyłam, a Aram przetłumaczył moje słowa na ormiańskie.
Seda pokiwała głową, a w jej oczach zalśniły łzy.
Tego wieczoru kolacja przerodziła się w rodzinne święto.
Wszyscy się do mnie uśmiechali i każdy miał coś do powiedzenia. Nawet mały Givi porzucił nieśmiałość, przyniósł drewniane pudełeczko i wysypał przede mną swoje skarby.
Czego tam nie było! Wygięta śrubka, ucho od filiżanki, miniaturka polarnego niedźwiedzia, naszywka z azerbejdżańskiego munduru z napisem „Aze Army”, z której Givi był najbardziej dumny. Obrosła bowiem legendą, że to dzielny tatuś zerwał Azerowi z piersi ów galon i podarował synowi jako trofeum.
Były tam również ormiańskie pieniądze. Zdziwiłam się, że jak na małego chłopca to pokaźna sumka.
– To tylko takie wygląd – śmiał się Aram. – Tutaj dużo tjest mało. – Ułożył palce w taki sposób, jakby trzymał w nich gruby plik banknotów. – Mały wartość, rozumiesz? Ja ci pokażę pieniądz, Givi takich nie ma, za mały. – Dla potwierdzenia słów wyjął z kieszeni portfel, a z jego przegródek banknoty.
– Dram, dram – powtarzała Mari z uśmiechem, wskazując je palcem.
– Drachma to po grecku pieniądze – objaśnił Petros w języku rosyjskim. – Jeden dram to sto luma. – Wygarnął z kieszeni monety i zaprezentował je na dłoni, po czym z dobrotliwym uśmieszkiem wsypał je do pudełka wnuka. – Dram jest u nas od czasu rozpadu Związku Radzieckiego, wcześniej mieliśmy rubel radziecki – tłumaczył.
Przyglądałam się wizerunkom ormiańskich osobistości, ilustracjom dziedzictwa kulturowego. Jeden z banknotów przedstawiał znaną mi katedrę w Eczmiadzynie. Po drugiej stronie góra Ararat, na której tle prezentował się król Tiridates I.
Seda była wdzięczna. Z tej wdzięczności zabrała mnie na cmentarz, gdzie pochowano jej męża. Nie zabrałyśmy ze sobą Arama, więc rozmawiałyśmy „na migi”. Ją to bawiło, mnie drażniło, ponieważ nie mogłam jej przekazać swoich myśli i uczuć.
Wijącą się jak serpentyna drogą, pełną dziur i wybojów, prowadziła wysłużony samochód, którym trzęsło tak, żeomal nie uderzałyśmy głowami o jego dach. Pewnie trzymała kierownicę, prowadziła wręcz brawurowo i uśmiechała się.
Uśmiechała się do gór, drzew, chat, chmur, kotlin i wąwozów.
Obserwowałam ją dyskretnie, a gdy zwracała ku mnie twarz, odpowiadałam uśmiechem. Zniknęła gdzieś ta smutna istota zlewająca się z szarością ścian, a ja miałam zadbać o to, żeby nigdy nie wróciła.
Po niespełna godzinnej podróży naszym oczom ukazał się klasztor. Jeden z wielu monasterów, które w średniowieczu wyrastały tu jak grzyby po deszczu. Częściowo zanurzony we mgle, częściowo osłonięty drzewami, wydał się ponury i tajemniczy. To właśnie u jego stóp rozścielił się cmentarz.
Stąpałam ostrożnie między mogiłami, przyglądałam się podobiznom zmarłych, których wizerunki namalowane były na każdym grobie. Pustka i cisza wokół sprawiły, że poczułam się nieswojo. Nawet ptaki tu nie śpiewały, nie szumiały drzewa.
I tylko ten uśmiech Sedy, który nie znikał z jej twarzy. Nie pasował do umarłych. Nie pasował do omszałych płyt. Ani do krzyży. Teraz nie pasował nawet do Sedy. Zwłaszcza że śmiały się tylko zęby, bo jej oczy pozostawały martwe.
– Nie patrz na mnie – powiedziałam po polsku.
Pokiwała głową i wyszczerzyła się jeszcze bardziej.
– Przestań! – zawołałam i zaczęłam się wycofywać.
Znów pokiwała głową i ruszyła za mną.
Książkę Szum kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
