Długo wyczekiwany III tom „Trylogii różanej". „Daruj nadzieję" Jagody Kwiecień

Data: 2026-03-17 14:00:25 | Ten artykuł przeczytasz w 7 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Jagoda Kwiecień, twórczyni bloga Jagoopeppermint, ponownie zaprasza do urokliwego Wrzosowa.

Szczęście można budować przez lata – wystarczy jednak chwila, by wszystko legło w gruzach. Kilka słów, jedna diagnoza, która w sekundzie zmienia życie Wiktorii i Janka i wystawia ich małżeństwo na najtrudniejszą próbę. Jak ocalić miłość, gdy przyszłość przestaje być pewna? Skąd czerpać siłę, gdy nie ma już odwrotu od tego, co przynosi los?

 „Daruj nadzieję" Jagody Kwiecień - grafika promująca książkę

Daruj nadzieję to poruszająca opowieść o kruchości planów, ale też o nadziei, która rodzi się nawet w najciemniejszych momentach.

Wielki finał Trylogii Różanej – powrót do ukochanych bohaterek i odpowiedź na pytanie, czy prawdziwa nadzieja rzeczywiście jest darem.

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Esprit. Dziś na naszych łamach przeczytacie premierowy fragment książki Daruj nadzieję:

Prolog

Wiktoria wracała do domu ze szpitala, przyciskając do siebie nosidło z noworodkiem. Malutkim i kruchym niczym płatek róży oderwany od kwiatu przez nagły podmuch wiatru. Chłopiec spał spokojnie, oddychając lekko i równo, jakby wciąż słyszał obok siebie serce matki.

Ze szpitala odebrał ją ojciec. Brzózka całą drogę do domu milczał, mocno zaciskając dłonie na kierownicy. Skóra na jego kostkach pobielała od napięcia, a wąskie usta zaciśnięte były w linię, za którą kryła się bezsilność. Jego spojrzenie, zmartwione i ciężkie, wbijało się gdzieś daleko, poza szybę, w pustkę. W samochodzie unosił się zapach szpitalnych korytarzy, który osiadł na ubraniach Wiktorii, zmieszany z wonią noworodka – słodką, niewinną, mleczną. Cisza między nimi była gęsta, a młoda matka bez słów zrozumiała, co i tym razem czeka ją w domu. Każde nierówne stuknięcie kół o asfalt wstrząsało nią aż do piersi, które już i tak były obolałe od pierwszych prób karmienia synka. Czuła, jak buzujące w niej hormony mieszają się ze strachem – miała ochotę złapać nosidło i uciec. Uciec gdzieś daleko, gdzie oboje z dzieckiem będą bezpieczni.

Po kwadransie zatrzymali się pod domem. Witkowska wysiadła powoli, bo każdy ruch po długim i ciężkim porodzie był dla niej wysiłkiem. Ojciec otworzył im drzwi i chciał pomóc wnieść wnuczka do środka, ale ona ruchem głowy odmówiła. Chciała sama, choć nie tak wyobrażała sobie ten moment.

W progu przywitała ją cisza – nie ta spokojna, kojąca, lecz napięta, martwa, przetykana wonią alkoholu, ciężką, gryzącą, wdzierającą się w nozdrza jak ostrze. Na podłodze, obok porzuconych butów, leżała pognieciona koszula. W łazience było słychać szum wody, która miała w pośpiechu zmyć z Janka resztki alkoholu.

Wika zacisnęła mocniej dłonie na uchwycie nosidła. Jej kroki, tłumione przez dywan, brzmiały w jej uszach jak uderzenia serca. Weszła na schody powoli, czując, jakby każdy pokonywany przez nią stopień był granicą, którą musiała przekroczyć. Nie dla siebie. Dla bezbronnego dziecka, które kochała od momentu, gdy dowiedziała się o ciąży.

Drzwi łazienki otworzyły się nagle. Janek, z włosami mokrymi i przylegającymi do czoła, wytoczył się na korytarz. Woda wciąż spływała po jego twarzy i karku, kapiąc na podłogę. Chciał coś powiedzieć, może się uśmiechnąć, ale w jego oczach nie było ani jednego promienia światła. Były przeraźliwie puste.

Żona stanęła naprzeciw niego. Spojrzała na dziecko – maleńkie, bezbronne, tak kruche – i na ojca, który od początku odrzucał to istnienie. Czuła, jak potężne zmęczenie i przeszywający ją ból – poranione ciało, pokrwawione piersi, ciężar nieprzespanych nocy – zbierają się w niej, by nagle przemienić się w siłę. Siłę lwicy, która w trudnych warunkach walki o przetrwanie musi obronić swoje potomstwo.

– Nie było cię – wyszeptała, głosem drżącym, a jednak nieugiętym. – Nie było cię, Janek… – wycedziła już dobitniej.

Witkowski milczał, nie spoglądając nawet na nosidło. Zimny, obcy wzrok minął dziecko tak, jakby w środku nikogo nie było. Jakby Wiktoria nic nie trzymała w swoich rękach. Poczuła, jak krew uderza jej do głowy.

– To twoje dziecko! – wyrwało się z jej gardła, tym razem ostrzej, mocniej, prawie krzykiem. – Nasze dziecko! Jak możesz być taki cholernie obojętny!

I wtedy wszystko zaczęło się rozpływać. Ściany domu rozmyły się jak akwarela zalana wodą, drewniana podłoga zaczęła rozpływać się pod jej stopami, a korytarz pochłaniała ciemność. Janek cofał się w cień, krok po kroku, aż w końcu zniknął całkiem, jakby wessała go bezdenna otchłań. Została tylko ona i dziecko.

Maleńka dłoń chłopca wysunęła się spod kocyka i drgnęła – bezradna, a zarazem ufna. Wiktoria poczuła, że jeśli ją puści, jeśli się zawaha, wszystko zostanie jej odebrane. Ciemność, którą widziała przed sobą, a w której zniknął jej mąż, gęstniała, naciskała na nią z każdej strony. Oddychała ciężko, serce waliło jej jak młotem, a jej nogi były ciężkie jak ołów. Próbowała zbiec ze schodów, ale nie potrafiła zrobić ani kroku. Stała cały czas w tym samym miejscu, walcząc z ponadnaturalną siłą, która ją zatrzymywała.

Nagle rozległ się niespokojny, rozdzierający płacz dziecka, który – gdyby tylko była noc – zbudziłby całe śpiące Wrzosowo.

Wiktoria przycisnęła synka do piersi, próbując go uspokoić. Kołysała go rytmicznie, przystawiała do obolałych piersi, nuciła pod nosem jedyną kołysankę, którą znała z własnego dzieciństwa.

– Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga… – wyszeptała, przytulając maleńką główkę do siebie. – Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa…

Słowa zawisły w powietrzu jak srebrne nici, delikatne, a jednak mocniejsze niż ciemność, która próbowała ją osaczyć.

– Była sobie raz królewna, pokochała grajka… – Głos jej się załamał, a z oczu popłynęły łzy. – Król wyprawił im wesele i skończona bajka…

Melodia plątała się ze szlochem, a jednak chłopiec ucichł, odnalazł w jej drżącym śpiewie bezpieczne miejsce. Ciemność cofała się krok po kroku, ustępując przed tą prostą piosenką.

– Nie pozwolę… – zaczęła, sama nie wiedząc, czy mówi do Janka, który rozpłynął się w mroku, czy do ciemności, która ich otaczała. – Nie pozwolę, żeby ktoś cię skrzywdził tylko dlatego, że… – Urwała niedopowiedziane zdanie, bo mrok zbierający się nad nią zgęstniał jeszcze bardziej. Zza niego wysunęła się fala, czarna, wijąca się masa, jak cień wielkiego skrzydła albo dym unoszący się z pożaru. Zawirowała nad nią, gotowa pochłonąć ją i dziecko jednym ruchem.

Wiktoria krzyknęła – krzyk ten nie był jednak wyrazem rozpaczy, lecz dzikim, pierwotnym wrzaskiem matki lwicy broniącej swojego potomstwa. W tej samej chwili synek poruszył rączką, jakby w odpowiedzi, a jego drobny gest sprawił coś niezwykłego: ciemność zetknęła się z mocą większą niż ona sama.

I wtedy światło zaczęło rozlewać się wokół – biło nie z lampy, nie z nieba, lecz z tego maleńkiego życia przyciśniętego do jej piersi. Ciemność cofała się w popłochu, pękała, rozpraszała się jak mgła o poranku, aż w końcu zniknęła całkowicie.

„Nawet jeśli ciemność wielka nas zakryje…” * – echo tej pieśni, którą wiele razy śpiewała w kościele podczas uwielbienia, zabrzmiało w jej sercu wyraźniej niż kiedykolwiek. „Przecież dla Ciebie noc jest jasna tak jak dzień. Nigdy nas nie zgubisz, ani na chwilę…”

Światło otuliło ją i dziecko. Ciche i czyste, jak obietnica lepszego jutra. A potem wszystko nagle się urwało – jakby ktoś przeciął tkaninę snu ostrym nożem.

Książkę Daruj nadzieję kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Daruj nadzieję
Jagoda Kwiecień0
Okładka książki - Daruj nadzieję

Jagoda Kwiecień, twórczyni bloga Jagoopeppermint, ponownie zaprasza do urokliwego Wrzosowa. Szczęście można budować przez lata - wystarczy jednak chwila...

Wydawnictwo