Niech mi się stanie. Fragment książki „Daruj nadzieję"

Data: 2026-03-24 09:40:28 | Ten artykuł przeczytasz w 12 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Jagoda Kwiecień, twórczyni bloga Jagoopeppermint, ponownie zaprasza do urokliwego Wrzosowa.

Szczęście można budować przez lata – wystarczy jednak chwila, by wszystko legło w gruzach. Kilka słów, jedna diagnoza, która w sekundzie zmienia życie Wiktorii i Janka i wystawia ich małżeństwo na najtrudniejszą próbę. Jak ocalić miłość, gdy przyszłość przestaje być pewna? Skąd czerpać siłę, gdy nie ma już odwrotu od tego, co przynosi los?

 „Daruj nadzieję" Jagody Kwiecień - grafika promująca książkę

Daruj nadzieję to poruszająca opowieść o kruchości planów, ale też o nadziei, która rodzi się nawet w najciemniejszych momentach.

Wielki finał Trylogii Różanej – powrót do ukochanych bohaterek i odpowiedź na pytanie, czy prawdziwa nadzieja rzeczywiście jest darem.

Daruj nadzieję to piękna propozycja dla czytelników, którzy szukają spokojnej powieści obyczajowej o relacjach, macierzyństwie, miłości i zmianach, jakie przynosi dorosłe życie – pisze Danuta Awolusi w naszej redakcyjnej recenzji książki Daruj nadzieję

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Esprit. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Daruj nadzieję. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

ROZDZIAŁ 1

„Niech mi się stanie”

Róża Jakubowska, trzymając w rękach karton pełen starych książek, pchnęła przeszklone drzwi kwiaciarni i weszła w ciepło klimatycznego pomieszczenia, wnosząc ze sobą odrobinę śniegu z zewnątrz. Lutowy mróz nie odpuszczał od tygodnia, podobnie jak biały puch, który nieustępliwie padał, ozdabiając uliczki Wrzosowa mieniącymi się płatkami.

Dziewczyna otrzepała zaśnieżone buty i przeszła ostrożnie przez środek lokalu z kwiatami, których zapach dawał choć namiastkę upragnionej wiosny. Położyła paczkę na ladzie i odetchnęła z ulgą, gdy w końcu mogła rozluźnić bolące od dźwigania kartonów ręce. Zdjęła beżową wełnianą czapkę z pomponem i okulary zaparowane od ciepła panującego wewnątrz.

– To już ostatnie łupy! – powiedziała do siebie, obracając się w stronę drewnianego regału z kolorowymi grzbietami książek. Energicznie zaczęła pocierać zmarznięte dłonie, patrząc z uśmiechem na kawiarnianą część Zakątka.

Od ukończenia remontu minęły już prawie dwa miesiące, a ona wciąż nie mogła się nacieszyć efektem, który przerósł jej najśmielsze oczekiwania. Gdyby nie Hubert, który poświęcał każdą wolną chwilę na pracę w kwiaciarni i dopieszczanie każdego jej pomysłu, pewnie do dziś droczyłaby się z kolejnymi fachowcami, którzy po jednym dniu pracy traciliby do niej cierpliwość. Tak bardzo chciała wnieść do tego lokalu odrobinę przytulnego ciepła, które będzie zachęcać do spędzenia kilku chwil wśród szelestu przewracanych stron powieści, zapachu kwiatów i świeżo zmielonej kawy. Sama również korzystała z niego i w przerwie od pracy zasiadała najczęściej przy stoliku tuż przed regałem z książkami przy zaparzonym kubku aromatycznego americano, i w ciszy sporządzała odręczne notatki w regularnie prowadzonym dzienniku. Słowem, kochała to miejsce bardziej niż kiedykolwiek.

Roska zdjęła w końcu puchową kurtkę i odwiesiła ją na drewniany wieszak stojący w rogu sali. Do pracy przyszła godzinę przed otwarciem. Musiała przygotować kilka rzeczy przed przyjściem pierwszych stałych klientów, którzy wpadali każdego dnia po gorący napój na wynos, a dla pani Zofii mały bukiet ciętych kwiatów na imieninowy prezent dla jej koleżanki. Miała nadzieję, że szybko uwinie się z obowiązkami, marząc o doczytaniu zaczętej kilka dni temu Maleńkiej Dorrit Dickensa.

Przeszła w stronę wielkiego ekspresu kolbowego, który błyszczał za ladą niczym najjaśniejsza gwiazda na niebie. Włoski, srebrny sprzęt przykuwał uwagę wielkością, estetyką i zapachem, który dzięki niemu unosił się w Zakątku. Szybko stał się sercem tego miejsca i właśnie od pstryknięcia jego włącznika Róża zaczynała od niedawna każdy swój dzień.

Po kilku lekcjach obsługi profesjonalnego ekspresu Roska bez problemu potrafiła przygotować aromatyczny napar. Robiła to już niemal machinalnie, jakby od kilku dobrych lat pracowała w kawiarni. Precyzyjnymi ruchami odmierzała odpowiednią porcję ziaren, dokładnie ubijała kawę czy ustawiała ciśnienie. Wiedziała już, jak rozpoznać ten idealny moment, gdy gęsta, złocistobrązowa strużka zaczynała się sączyć z dyszy. Zapach świeżo zaparzonej kawy natychmiast wypełnił pomieszczenie, a ona uśmiechnęła się do siebie, odkrywając, jak wielką satysfakcję daje jej ta nowa umiejętność.

Gdy w końcu z kubkiem parującego naparu miała się udać na zaplecze kwiaciarni, usłyszała dobiegający z zewnątrz narastający odgłos silnika samochodu. Róża wiedziała doskonale, że warunki do jazdy były ostatnio zdradliwe, więc z ciekawości podeszła do drzwi wejściowych, by sprawdzić, czy ktoś nie utknął czasem na nieodśnieżonym poboczu i nie potrzebuje pomocy. Nie myliła się. Ciemne kombi wylądowało w zaspie kilkanaście metrów od Zakątka.

Dziewczyna w jednej chwili odstawiła kubek z kawą na stojący przy drzwiach regał z donicami. Szczelnie owinęła się swetrem, bez zastanowienia wyszła przed kwiaciarnię i ostrożnie skierowała się w stronę samochodu, którego koła buksowały w zaspie. Skrzypiący śnieg pod jej butami i przeszywające zimno uświadomiły jej, jak niska tego ranka panowała temperatura. Jednak gdy widziała, jak ktoś próbuje gorączkowo rozbujać auto, by wyjechać z zaśnieżonego pobocza, nie miało to dla niej żadnego znaczenia.

Kiedy podeszła bliżej, zobaczyła, że w samochodzie siedzi młoda kobieta. Kurczowo trzymała się kierownicy i wyraźnie spanikowana rozglądała się na boki. Roska bez wahania podeszła bliżej. Gdy zapukała w boczną szybę, mrużąc przy tym oczy przez padający śnieg, zdała sobie sprawę, że pojazdem kieruje Ania Wiśniewska, dziewczyna, którą poznała bliżej dzięki jej świadectwu danemu podczas jednego ze spotkań wspólnoty. To też dzięki niej odprawiła pierwsze w swoim życiu piętnaście czwartków ku czci Świętej Rity, które tak bardzo zmieniły jej życie. Ostatnio miały kontakt głównie dzięki grupie Róż Świętej Rity, którą założyła na Facebooku, by łączyć się w modlitwie z innymi czcicielkami włoskiej patronki. Jakubowska zastukała w szybę, czym wystraszyła swoją koleżankę.

– Boże, Anka! Wszystko w porządku? Nic ci nie jest? Potrzebujesz pomocy? Zadzwonić po mojego tatę? – Seria gorączkowych pytań wypłynęła z ust Roski, gdy spanikowana dziewczyna otworzyła drzwi samochodu.

Ania skinęła głową, ale nie wykrztusiła słowa. Uderzenie nie było silne, ale wystarczyło, by wyobrazić sobie, jaką panikę musieli czuć jej rodzice, gdy wpadli pod koła pędzącego samochodu. Huk blachy, krzyk, ciemność. Ten ostatni obraz z ich życia skojarzył jej się z dzisiejszym doświadczeniem, co wywołało w niej przerażenie. Róża nie czekała na odpowiedzi. Potrafiła się domyślić, co może oznaczać cisza i wzrok Ani wbity gdzieś w dal. Po chwili jednak Wiśniewska drżącym głosem powiedziała:

– Nie wiem, jak to się stało. Wydawało mi się, że jadę naprawdę ostrożnie… – zaczęła się tłumaczyć, ściskając nerwowo kierownicę. W radiu wciąż cicho grała muzyka. – Wpadłam w poślizg przez jakiegoś wariata, który pędził na motocyklu. Wystraszyłam się, gdy nagle zaczął mnie wyprzedzać, szarpnęłam kierownicą i odbiłam w bok, tracąc przyczepność. Miałam wrażenie, że koła tańczą na oblodzonej drodze. Ściągnęło mnie w bok, prosto do tej zaspy… – Jej oddech co chwila zawiązywał się w gardle. W uszach wciąż słyszała motocyklowy ryk, tak bardzo niepasujący do zimowej aury. Trzęsąca się z zimna Róża słuchała Ani, z przejęciem obserwując, czy rzeczywiście nic jej się nie stało. – Wiesz… moi rodzice… wydusiła z siebie Wiśniewska, nie chcąc nawet kończyć tego zdania. Jakubowska zrozumiała. Pamiętała doskonale jej opowieść, w której wyznała, że rodzice dziewięć lat temu zginęli w wypadku samochodowym.

– Och, kochana, nic już nie musisz mówić. Pamiętam. Powiedz jedynie, czy wszystko z tobą okej?

– Tak, tak… Nic mi nie jest – wydusiła, choć czuła, jak nogi jej się trzęsą, sama już nie wiedziała, czy bardziej z zimna, czy z tego stresu. – Czy to w ogóle normalne, żeby zimą jeździć na motocyklu?! – zapytała nieco głośniej, wyraźnie zirytowana.

– Rzeczywiście to nie są najlepsze warunki na takie szaleństwa – odparła Jakubowska, patrząc na ośnieżoną drogę.

Oprócz samego odgłosu przemykającego tuż obok niej czarnego jednośladowca, w pamięci Ani wyrył się jeden obraz: czerwony materiał. Szalik? Wstążka? Chusta? Cokolwiek to było, zostało przyczepione do końca rozpędzonej maszyny i łopotało pod wpływem wiatru, niczym płomień próbujący wyrwać się ku niebu. W momencie, gdy spojrzała w jego stronę, straciła panowanie nad kierownicą.

Roska czuła uporczywe mrowienie w palcach u stóp, które zdążyły jej już zmarznąć. Marzyła, by wejść z powrotem do ciepłego, pachnącego kawą Różanego Zakątka i tam zaopiekować się Anią.

– Och, bardzo mi przykro. – Gdy to mówiła, jej wzrok padł na przednie koło samochodu. Zrobiła nietęgą minę, marszcząc przy tym nos.

– Co jest? Aż tak źle? Myślisz, że nie wyjadę? A może dasz radę mnie nieco popchać, co?

– No wiesz, mechanikiem nie jestem, na autach słabo się znam, ale sądząc po wgniecionym prawym nadkolu i pękniętej oponie, to raczej sama stąd nie wyjedziesz, a moje pchanie na nic się nie zda. – Spojrzała na zmartwioną Anię, rozcierając ręce. – To jak? Może włącz światła awaryjne, zgaś silnik i wejdź do mnie? Ogrzejemy się trochę i zadzwonię po tatę, może uda mu się coś wskórać, hm? – dodała, dygocząc z zimna.

Anna wlepiła wzrok w Roskę, której szczęka podskakiwała wyraźnie, i dopiero wtedy zorientowała się, że jej koleżanka wybiegła z kwiaciarni bez kurtki. Prędko podążyła za radami Jakubowskiej. Wzięła torbę, telefon i powoli zaczęła wygrzebywać się z auta. Nogi miała jak z waty, a przed oczami cały czas stał jej zniszczony samochód rodziców. Minęło tyle lat, a i tak to zdarzenie przywołało zakodowane obrazy z dzieciństwa.

– No już. Chodź tu do mnie, kochana. – Nim Ania zatopiła stopę w śniegu, ujrzała przed sobą pomocną dłoń Jakubowskiej. – Dobrze, że nic ci się nie stało, a cała reszta… No cóż, tu się wyklepie, tam się podmieni i jakoś to będzie. – Mówiąc to, objęła serdecznie koleżankę. Widziała, jak bardzo ten wypadek ją zestresował. Ręce Ani wciąż drżały z emocji, była blada i wystraszona.

– Chodźmy szybko, bo zaraz się rozchorujesz – wydusiła z siebie tylko.

Zanim Ania przekroczyła próg kwiaciarni, zawahała się. W oddali znów usłyszała ryk silnika. Zamarła w pół kroku i niecierpliwie wlepiała wzrok w ulicę, obserwując, czy to ten sam szalejący na drodze motocyklista.

„Jak można być takim idiotą?!” – pomyślała w duchu dziewczyna. W piersi zadrżał jej nowy impuls ‒ nie lęku, lecz gniewu, jakiejś wewnętrznej siły i determinacji. Potrzeby konfrontacji. Chciała coś zrobić. Powiedzieć coś, nawrzeszczeć na niego tak, by poszło mu w pięty i żeby na dobre zapamiętał ten dzień. Zacisnęła palce w pięści i wyszła na zewnątrz.

– Ania? – Roska obróciła się w stronę wyjścia, gdy dzwoneczek nad drzwiami dał znać, że ktoś przeszedł przez próg Różanego Zakątka. Zmarszczyła czoło. „Może zapomniała czegoś z auta?” – pomyślała i poszła nastawić wodę, by zaparzyć gorącej herbaty.

Wiśniewska czuła, jak serce bije jej mocniej, gdy podchodziła do zaśnieżonego pobocza. Zdążyła jedynie odwrócić głowę, gdy nagle przed jej oczami pojawił się dokładnie ten sam motocykl z kierowcą ubranym całym na czarno, łącznie z kaskiem zasłaniającym jego twarz.

– Zatrzymaj się! – zawołała bezradna, machając przy tym rękoma w nadziei, że to pomoże. Tak bardzo chciała wykrzyczeć mu prosto w twarz, jaki jest nieodpowiedzialny i jak bardzo skomplikował jej życie, ale mężczyzna miał widocznie inne plany. Zwolnił jedynie nieco na wysokości ugrzęźniętego w śniegu auta i ponownie ruszył przed siebie, przyspieszając tempa.

– No bez kitu! – krzyknęła w jego kierunku Wiśniewska, choć wiedziała, że przy takim hałasie silnika próżno było toczyć jakiekolwiek dyskusje pod nosem.

Raz jeszcze chciała dojrzeć szalejącego na drodze kierowcę motocyklu, ale zaśnieżona droga była już pusta. Tylko dźwięk pozostał, wybrzmiewając uporczywie echem w jej piersi, podobnie jak zapamiętany obraz czerwonego materiału, który dynamicznie łopotał pod wpływem prędkości niczym skrzydła ptaka szykującego się do lotu.

Książkę Daruj nadzieję kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Daruj nadzieję
Jagoda Kwiecień0
Okładka książki - Daruj nadzieję

Jagoda Kwiecień, twórczyni bloga Jagoopeppermint, ponownie zaprasza do urokliwego Wrzosowa. Szczęście można budować przez lata - wystarczy jednak chwila...

Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Opad
Opad

František Kotleta

Pokaż wszystkie recenzje