Dwie rzeczy jednoczą ludzi: strach i wspólny cel. „Grzechy Imperium" Briana McClellana

Data: 2020-07-30 12:22:14 Autor: Piotr Piekarski

Wydawnictwo Fabryka Słów poleca powieść Grzechy Imperium. To początek zupełnie nowego, stworzonego z rozmachem, epickiego cyklu fantasy Briana McClellana, zatytułowanego Bogowie krwi i prochu. Wkrótce ukaże się jego najnowsza odsłona – powieść Krew Imperium.

Obrazek w treści

Świat, w którym ścierają się magia i proch.

Fatrasta jest pograniczem rządzonym przez gwałt i przemoc. Jego mieszkańcy dopiero staną się narodem, złożonym z przestępców, biedaków szukających szczęścia, odważnych osadników i magów tropiących zabytki przeszłości. Tylko żelazna wola Lady Kanclerz (i jej tajna policja) są w stanie utrzymać pozory porządku w stolicy.

Pod powierzchnią spokoju tli się jednak nieustannie płomyk rewolty.

Jedyną obroną przed powstaniem jest przebiegłość i siła. Przebiegłość szpiega, Michela Bravisa, siła szalonego bohatera wojennego Bena Styke i generał Vlory zwanej Krzemień, dowódcy najemników, o przeszłości równie burzliwej jak nastroje w stolicy.

Ale przeszłość prześladuje nas wszystkich...Czy lojalność wytrzyma próbę czasu?

Oto z okowów wyzwolony zostaje upiór stary jak świat.

Mieszkańcy Landfall szybko przekonają się, że rewolta to najmniejszy z ich problemów.

Gorąco polecamy Wam nowy cykl Briana McClellana. Dziś w naszym serwisie możecie przeczytać premierowe fragmenty otwierającej serię powieści Grzechy Imperium

Prolog

  Uprzywilejowany Robson znieruchomiał z jedną nogą na błotnistym trakcie, drugą na stopniu powozu i z jastrzębim nosem nastawionym na gorący wiatr fatrastańskiego pustkowia. Powietrze było tu wilgotne, śmierdzące, a woń dymu z kominów dalekiego miasta wydawała się sklejać mu nos. Gdyby ktoś mnie widział, pomyślał, mógłby stwierdzić, że wyglądam jak pies łapiący wiatr – choć tylko głupiec ośmieliłby się głośno porównać Uprzywilejowanego do istoty tak niskiej jak pies – i miałby, muszę przyznać, sporo racji.

  Magia Uprzywilejowanych dostrojona była do żywiołów i do Nieświata. Dzięki temu Robson oraz wszyscy jego bracia i siostry dysponowali głęboką wiedzą o świecie, której nikt inny nie był w stanie posiąść. Wiedza ta, rodzaj szóstego zmysłu, dawała mu bezcenną przewagę w wielu różnych sytuacjach, ale w tej jedyne, czego doświadczał, to nieokreślony niepokój, przeczucie czegoś groźnego, wywołujące mrowienie w opuszkach palców. Blisko minutę trwał tak nieruchomo z nogą na stopniu, po czym godnie zstąpił na ziemię.

  W polu widzenia nie było nikogo. Na południu i na zachodzie farmy i równina zalewowa ciągnęły się aż po horyzont. Od wschodu, od oceanu, wiał słony wiatr, na północy zaś stolica Fatrasty, Landfall, królowała nad krajem z wysokości dwustustopowego wapiennego płaskowyżu. Miasto odległe było o niespełna dwie mile, znajdowało się praktycznie w zasięgu głosu, a obecność tajnej policji lady kanclerz gwarantowała, że z tej strony nie nadejdzie żadne niebezpieczeństwo.

  Robson nie oddalał się od powozu. Nałożył rękawice, przez chwilę poruszał palcami. Sprawdzał, czy może nawiązać kontakt z Nieświatem. Wyczuwał zwykłe trzaski i iskry magii, blisko, tuż poza zasięgiem, gotowe poddać się jego woli. Skrzywił wargi w lekkim uśmiechu na myśl o tym, jaką przyniosło mu to ulgę. Choć to przecież zwykły drobiazg, głupstwo! Uprzywilejowanemu rzucić wyzwanie mógł tylko prochowy mag, a ich w Landfall nie było. Skąd więc ten niepokój?

  Zbadał okolicę aż po horyzont, drugi raz i trzeci, wytężając wszystkie zmysły. Nic, tylko nieliczni farmerzy i zwykły ruch na gościńcu, omijający jego powóz. Złączył się z Nieświatem lekkim ruchem środkowego palca, jakby pociągał za niewidzialną nić, aż wreszcie zgromadził tyle energii, by otoczyć ciało tarczą stwardniałego powietrza.

  Ostrożności nigdy za wiele.

  – Jeszcze chwila, Thom – powiedział do stangreta podrzemującego na koźle.

  Błoto chlupotało pod butami Robsona na ścieżce, prowadzącej w bok od gościńca, w stronę kilku rozbitych obok siebie brudnych namiotów. Na zdeptanym teraz polu bawełny, na niewielkim wzniesieniu, rozłożono obóz. Robotnicy wynosili ziemię z dziury wygrzebanej w samym jego środku. Im bliżej obozu, tym większy był niepokój Robsona, lecz mag mu się nie poddawał. Wręcz przeciwnie, na widok wychodzącego z namiotu starszego mężczyzny przywołał na twarz chłodny uśmiech.

  – Uprzywilejowany Robsonie. – Starszy mężczyzna ukłonił się kilkakrotnie, nim ośmielił się wyciągnąć dłoń na powitanie. – Jestem Cressel. Profesor Cressel. Kieruję pracami wykopaliskowymi. Jestem ci bardzo wdzięczny, panie, że nie zwlekałeś z przybyciem.

  Robson potrząsnął wyciągniętą dłonią, notując w pamięci, jak Cressel drgnął i skulił się, czując pod palcami haftowaną tkaninę rękawicy. Profesor był chudy, zgarbiony od wieloletniego ślęczenia nad księgami, łysy z wyjątkiem jednego pasma siwych włosów, a na czubku nosa nosił kwadratowe okulary. Przekroczył już sześćdziesiątkę, był więc o dwadzieścia lat starszy od maga, zdecydowanie górującego nad nim wzrostem i posturą. Na Uniwersytecie Landfall cieszył się doskonałą opinią.

  Cressel wyrwał rękę z uścisku Uprzywilejowanego najszybciej, jak na to pozwalała grzeczność. To zaciskał pięści, to je rozwierał, patrząc nieruchomym wzrokiem na gościniec. Wszystko wskazywało na to, że jest płochliwym człowiekiem.

  – Otrzymałem informację, że to ważne – powiedział Robson.

  Cressel gapił się na niego przez kilka długich chwil.

  – Och tak, tak! – zareagował z opóźnieniem. – To bardzo ważne. A przynajmniej wydaje się ważne mnie.

  – Wydaje się? Wydaje? Za dwie godziny siadam do kolacji z samą lady kanclerz, a tobie się wydaje, profesorze?

  Na czole Cressela pojawiły się krople potu.

  – Bardzo mi przykro, Uprzywilejowany. Nie wiedziałem przecież, że...

  – Skoro już tu jestem – przerwał mu mag – może powiesz mi, panie, o co chodzi.

  Kiedy podeszli bliżej obozu, Robson zauważył, że wokół namiotów stoi w luźnym kręgu kilkunastu strażników, uzbrojonych w muszkiety i pałki. W środku było ich więcej, łatwi do rozpoznania w żółtych kurtkach pilnowali pracujących robotników.

  Robson miał poważne zastrzeżenia do obozów pracy. Na ich więźniów nie można było liczyć, słabi z niedożywienia pracowali leniwie, powoli. Fatrasta była jednak obszarem frontowym, więc wysyłano tu więcej kryminalistów i skazańców z Dziewięciu niż gdziekolwiek indziej. Lady kanclerz dawno temu uznała, że jedyne, co dało się z nimi zrobić, to umożliwić im zapracowanie na wolność. Dzięki temu miasto dysponowało zasobami do prowadzenia wielkich prac publicznych, a także mogło wynajmować robotników organizacjom prywatnym, jak w tym przypadku Uniwersytetowi Landfall.

  – Czy orientujesz się, panie, co tu robimy? – spytał Cressel.

  – Słyszałem, że wykopujecie jakieś pozostałości po Dynizyjczykach – odparł mag. Wszędzie było tego pełno, reliktów po starej cywilizacji, która wycofała się z kontynentu na długo przedtem, nim pojawił się tutaj ktoś z Dziewięciu. Wyrastały w środku parków, służyły za fundamenty domów, a jeśli było coś z prawdy w krążących uparcie plotkach, pod bagnistą równiną otaczającą Landfall znajdowały się kamienne ruiny miasta. Niektóre z wydobywanych pamiątek zachowały nawet ślady starej magii, co czyniło je szczególnie interesującymi dla naukowców i Uprzywilejowanych.

  – Tak. Oczywiście, to prawda. A więc do istoty sprawy. – Profesor nadal wykręcał sobie ręce. – Rzecz w tym, Uprzywilejowany Robsonie, że kiedy odkopaliśmy czterdzieści stóp artefaktu, sześciu moich robotników oszalało.

  Robson zrezygnował z rozważań nad ekonomiczną sensownością obozów pracy. Spojrzał na profesora z nagłym zainteresowaniem.

  – Twierdzisz, panie, że oszaleli?

  – Tak. Dostali nagłego ataku gwałtownego szaleństwa.

  – Proszę mi pokazać ten artefakt.

  Profesor poprowadził maga do wnętrza obozu, ku wielkiej dziurze w ziemi, mającej mniej więcej dwadzieścia jardów średnicy i tyleż samo głębokości. Jej środek wypełniał obelisk o średnicy czterech stóp kwadratowych, otoczony rusztowaniami. Odpadające ze ścian schnące błoto ukazywało gładki szary wapień, bez najmniejszych wątpliwości wydobywany w kamieniołomach zajmujących centrum płaskowyżu Landfall. Po wielkich literach, wyrytych na jednej ze ścianek, Robson rozpoznał język jako starodynizyjski – nic niezwykłego, często spotykało się go na rozsianych po mieście ruinach. Ale poczuł też, jak skręca mu się żołądek. Magia, zawsze obecna na granicach postrzegania świata czarodzieja, znikła, jakby obelisk wywołał w niej nieprzezwyciężoną odrazę.

  – Wygląda całkiem zwyczajnie – powiedział głośno. Wyjął z kieszeni chusteczkę i wytarł nos, tylko po to, by ukryć drżenie palców. – Po prostu kolejny kawał kamienia, pozostały nam po Dynizyjczykach.

  – Myśmy też tak myśleli. – Cressel poprawił umazane błotem okulary. – Ten zabytek nie wydaje się niezwykły, od innych różni się wyłącznie tym, że znajduje się w pewnym oddaleniu od centrum miasta.

  – Jeśli nie ma w nim niczego nadzwyczajnego, dlaczego uparliście się go odkopać? – spytał mag, nie ukrywając rozdrażnienia.

  – Osiadł w miękkiej ziemi równiny zalewowej. Istnieje oczywiście problem wody, ale poza tym to miało być łatwe.

  – I jest?

  – Na razie... tak. – Cressel zawahał się i dodał: – Póki nie zdarzyły się te przypadki szaleństwa.

  – A co się właściwie stało?

  – Robotnicy. – Cressel machnął ręką w kierunku długiego sznura więźniów, wynoszących kosze ziemi i gruzu po drewnianych rampach i opróżniających je na granicy jamy. – Wysokość obiektu szacujemy na osiemdziesiąt stóp, co czyniłoby go największym ze znalezionych dotychczas w mieście. W zeszłym tygodniu, jakieś sześćdziesiąt stóp w dole, czy raczej dwadzieścia, licząc od podstawy obelisku, odkryliśmy niezwykłe inskrypcje. Tego samego dnia mieliśmy pierwszy przypadek szaleństwa.

  – Zbieżność to nie przyczynowość – rzucił mag zirytowany.

  – Prawda, oczywiście. Założyliśmy, że ten człowiek doznał udaru cieplnego, ale następnego dnia mieliśmy drugi przypadek. A potem trzeci. Powtarzało się to każdego dnia. Po szóstej ofierze postanowiliśmy skontaktować się z tobą, panie, bo zawsze bardzo interesowałeś się uniwersytetem, więc pomyśleliśmy...

  – ...że zrobię wam uprzejmość – dokończył Robson kwaśno. Postanowił zmniejszyć roczną darowiznę na uniwersytet o kilka tysięcy krana. Niech nie myślą o nim, że jest aż taki hojny. Cenił uniwersytet, fascynowało go dążenie do wiedzy, poznania przeszłej i tworzenia przyszłej, ale teraz uczeni posunęli się za daleko. Był przecież człowiekiem zajętym.

  – W jakim sensie niezwykłe były te inskrypcje? – spytał.

  – Nie zapisano ich w starodynizyjskim. Nikt na Uniwersytecie nie rozpoznał tego pisma. Powinieneś zejść i zobaczyć je na własne oczy, panie. – Cressel, nie czekając, poszedł rampą w dół jamy. – Ciekaw jestem opinii Uprzywilejowanego.

  Robson poczuł gęsią skórkę na całym ciele. Nie mógł się ruszyć, jakby wrósł w ziemię, a strach ścisnął mu żołądek żelazną pięścią. Nie potrafił powiedzieć, skąd wzięło się to uczucie. Prawie wszystkie starożytne ruiny na tym kontynencie pokryte były napisami w starodynizyjskim. Odkrycie na którymś z obelisków napisów w innym języku miałoby zapewne historyczne znaczenie, ale problemy z odczytaniem inskrypcji to nie powód, żeby się aż tak przestraszyć.

  Zastanawiał się, czy zmysły dobrze mu radzą: unikać tego czegoś za wszelką cenę. Przecież to nic wielkiego, powiedzieć Cresselowi „nie”. Mógł nakazać zamknięcie wykopaliska, a obelisk zniszczyć prochem lub magią. Ale Uprzywilejowani nie zawdzięczali swej reputacji powściągliwości.

  Robson ruszył do jamy za Cresselem. Schodzili prowizorycznym, chwiejnym rusztowaniem, robotnicy natychmiast ustępowali im z drogi. Już wkrótce stali na ziemi, wpatrując się w punkt odległy o kilka zaledwie stóp od dna. Rzeczywiście, na jednym z kamieni widać było skomplikowaną inskrypcję. Kamień starannie oczyszczono z błota, aż wydawał się niemal biały, a wijące się, ozdobne litery nie przypominały żadnych znanych magowi. Przyglądał się im przez kilka długich chwil.

  – Czy te przypadki szaleństwa miały jakąś cechę wspólną? – spytał z roztargnieniem. Za jego plecami słychać było stłumiony odgłos kopania ziemi motykami i łopatami, od którego tu, na dole, wibrowało powietrze.

  – Wydaje się, że poddają się mu tylko ci, którzy spędzili tu większą część dnia. Po trzecim przypadku zakazałem straży i pracownikom uniwersytetu schodzenia tu, chyba że jest to absolutnie konieczne.

  Ale robotnikom już nie, pomyślał Robson. A co tam. Nauka wymaga ofiar.

  Przechylił głowę na bok. Zaczął dostrzegać w inskrypcji pewien porządek. Cressel miał rację, to było jakieś pismo. Ale pismo jakiego języka? Uprzywilejowani w wieku Robsona dysponowali szeroką wiedzą, nieustępującą wiedzy profesorów w ich specjalizacjach, ale Robsonowi nie zdarzyło się widzieć niczego choćby trochę podobnego.

  Pismo wydawało się stare, o wiele starsze od powszechnego na otaczających ich zabytkach pisma dynizyjskiego, a dynizyjski był jednym z najstarszych języków znanych współczesnej lingwistyce. Powoli, z wahaniem Robson uniósł dłoń. Sięgnął do Nieświata, by podporządkować sobie chaotyczną magię spoza świata. Ale magia znów usunęła się przed jego dotykiem, musiał walczyć, by utrzymać ją przy sobie blisko, na wypadek gdyby nagle jej potrzebował. Obelisk wydawał mu się w jakiś sposób groźny. Nie chciał dać się zaskoczyć. A kiedy był już pewien, że jest przygotowany na każdą ewentualność, dotknął kamienia z inskrypcją dłonią w rękawicy.

  Przez głowę Uprzywilejowanego jak błyskawica przemknęła wizja. Zobaczył mężczyznę, znajomą twarz otoczoną kręconymi jasnymi włosami. Mężczyzna wyciągał ręce, jakby chciał przytulić świat do piersi. Otaczała go biel, jaskrawa i bezlitosna. Robson wcale nie miał pewności, czy biel tę tworzy mężczyzna, czy odwrotnie: biel go pożera.

  Oderwał dłoń od obelisku. Wizja znikła, a Robson uświadomił sobie, że drży gwałtownie, a ubranie ma przesiąknięte potem. Cressel przyglądał mu się, wstrząśnięty.

  Mag zatarł dłonie. Czubki palców prawej rękawicy znikły niczym spalone, choć skóra pod nią była nietknięta. Pozostawił zaskoczonego Cressela na platformie, a sam wbiegł na górę i popędził do powozu, nie zwalniając ani na chwilę.

  – Thom!

  Podrzemujący stangret drgnął i obudził się.

  – Panie?

  – Thom, chcę, żebyś zawiózł informację do lady kanclerz.

  – Tak jest, panie. Jaką?

  – Powiedz jej, że znalazłem.

  Thom podrapał się po głowie.

  – I to wszystko?

  – Tak, to wszystko. Więcej nie musisz wiedzieć. Dla twojego własnego bezpieczeństwa. Jedź!

  Odprowadził wzrokiem powóz, który wjechał na gościniec tak gwałtownie, że niemal zepchnął z niego karawanę mułów i klnącego pod niebiosa handlarza. Robson wyjął chusteczkę. Chciał przetrzeć spocone czoło, ale okazało się, że chusteczka już jest przesiąknięta potem.

  – Uprzywilejowany...

  Obrócił się. Profesor wreszcie go dogonił.

  – Uprzywilejowany... – wydyszał Cressel. – Co się dzieje? Dobrze się czujesz, panie?

  – Oczywiście, oczywiście, czuję się bardzo dobrze. – Robson machnął ręką. Poszedł w kierunku obozu. Archeolog natychmiast do niego dołączył.

  – Ale... ale wyglądałeś, panie, jakbyś zobaczył ducha.

  Robson przypomniał sobie swoją krótką wizję, zatrzymał ją w wyobraźni kilka chwil, zmarszczył brwi.

  – Nie, nie ducha – powiedział. – Widziałem boga.

Rozdział 1

Z Fort Samnan pozostały tylko ruiny. Wysoka na dwadzieścia stóp palisada z półbali drewna cyprysowego otaczała niegdyś największą fortyfikację przy zachodnim rozgałęzieniu nurtu rzeki Tristan, a także spore, prosperujące miasteczko handlowe z półobronnym centrum, w którym znajdowały się plac zebrań mieszkańców i budynki urzędowe. Czterdziestostopowe wieże strażnicze strzegły go od strony rzeki i od przeciwnej, gdzie na kilkuset akrach ziemi, osuszonej pod uprawy, powstały duże farmy.

  Fort był pomnikiem cywilizacji, wzniesionym pośrodku największych bagien znanego świata, co tylko dodatkowo smuciło Vlorę, patrzącą na to, co z niego zostało. Roztrzaskana wielka brama leżała wewnątrz palisady, niemal całkowicie zniszczonej ogniem artyleryjskim, wieże spłonęły i wciąż się tliły, z drewnianego gródka, który skupił na sobie uwagę artylerii, pozostały drzazgi. Ruiny jeszcze nie dogasły, chmura dymu wznosiła się w gorące, wilgotne popołudniowe powietrze na tysiąc stóp.

  Krajobraz po bitwie rzadko budził we Vlorze przerażenie. Zawodowy żołnierz szybko by zwariował, gdyby przerażały go walki, które toczy się przecież jedną po drugiej, ale Vlora zawsze czuła coś w rodzaju smutku, tłumiącego szok. Nadal obecny, choć na granicy świadomości, nie pozwalał jej radować się zwycięską bitwą.

  Vlora poczuła znajomy smak dymu na języku. Splunęła w błoto. Przyglądała się żołnierzom w szkarłatnych i niebieskich kurtkach, to wyłaniającym się, to ginącym w jego chmurach. Wynosili zwłoki, gromadzili rozrzuconą broń, przeliczali jeńców, szpital polowy operował rannych. Robiono to szybko i sprawnie, nikt nie rabował, nie gwałcił, nie mordował; dla Vlory był to powód do dumy. Ale jej wzrok ciągle zbaczał na ciała poległych. Jakie będą straty? Po obu stronach?

  Przeszła przez wartownię po kawałkach drewna, pozostałościach bramy fortu. Zatrzymała się na chwilę, by przepuścić dwóch żołnierzy z noszami. A potem, kiedy po raz pierwszy zobaczyła wnętrze Fort Samnan, odetchnęła głęboko przez zaciśnięte zęby. Kilka budynków wprawdzie stało, ale i tak nie wyglądał on wiele lepiej od gródka.

  Frontowe forty konstruowano tak, by współczesna broń, w tym lekka artyleria, znajdowała się za osłoną fortyfikacji, a Palo z ich łukami i przestarzałymi muszkietami operowali poza umocnieniami. Nigdy odwrotnie.

  Nagle kątem oka dostrzegła żołnierza, wychodzącego chyłkiem z na pół zrujnowanego budynku z małym pudełkiem pod pachą. Bardziej zaskoczona niż rozgniewana przechyliła głowę na bok. Próbowała przypomnieć sobie stopień i nazwisko.

  – Szeregowy Dobri! – krzyknęła.

  Żołnierz, niski człowieczek z wielkim nosem i długimi palcami, podskoczył dobrą stopę i wykonał zwrot, usiłując przy tym ukryć pudełko za plecami.

  – Tak jest! – Stuknął obcasami i zasalutował. Udało mu się przy tym upuścić pudełko. Wypadło z niego na ziemię kilka kubków i jakieś srebra stołowe. Vlora milczała, żeby tym bardziej osłabić pewność siebie szeregowego, wzbudzić strach.

  – Szukacie właściciela tych cennych sreber, Dobri? – spytała niewinnie.

  Widziała, jak Dobri robi wielkie oczy. Nadal salutował, wyprężony, i patrzył wprost przed siebie, ale Vlorze wydawało się, że widzi, jak drży. Podeszła do żołnierza z boku i ignorując leżące na ziemi dobra, obeszła go powoli dookoła. Nosił taki sam mundur jak ona, krwawoczerwoną kurtę ze złotymi guzikami i spodnie z czerwonym lampasem i mankietami. Jak ona miał też mosiężną odznakę w klapie kurty: czako w tle dwóch skrzyżowanych muszkietów. Najemny Oddział Strzelców Wyborowych. Mundur pokryty był pyłem, na rękawach i nogawkach widać było smugi sadzy.

  Dobri otworzył usta, zamknął je i westchnął. Wiedział, że przegrał.

  – Nie, lady Krzemień. Ja je ukradłem.

  – Doskonale! – ucieszyła się Vlora. – Przynajmniej pamiętacie, jak bardzo nie znoszę... łgarzy.

  Szybko rozważyła sytuację. Bitwa była krótka, lecz gwałtowna. Dobri jako jeden z pierwszych jej żołnierzy znalazł się za palisadą, gdy tylko artyleria rozbiła bramę. Dobry, odważny żołnierz, tyle że ma lepkie palce.

  – Dobri, w tej chwili odniesiecie znalezione dobra do kwatermistrzostwa, a następnie zameldujecie się pułkownikowi Olemowi. Powiecie mu, że zgłaszacie się na ochotnika do czyszczenia latryn. Przez trzy tygodnie. Jeśli pułkownik spróbuje dociekać motywów tej decyzji, na waszym miejscu zachowałabym dyskrecję. Chyba że nad latryny przedkładacie pluton egzekucyjny.

  – Tak jest, lady Krzemień.

  – Moi strzelcy nie kradną – przypomniała mu Vlora. – Jesteśmy najemnikami, nie złodziejami. Odmaszerować!

  Nie spuszczała oka z żołnierza, póki nie pozbierał sreber i nie odszedł wprost do namiotu kwatermistrzostwa za palisadą fortu. Zastanowiła się przelotnie, czy nie uczynić z szeregowego dobrego przykładu, w końcu powinna od czasu do czasu udowodnić czymś, że nie od parady nosi przydomek Krzemień, ale jej ludzie już niemal rok walczyli na pograniczu. Zrozumienie i dyscyplina, trzeba je dobrze wyważyć, bo inaczej pojawia się ryzyko buntu.

  – Generał Krzemień!

  Odwróciła się. Młody sierżant podchodził do niej od strony zrównanego z ziemią forciku.

  – Sierżancie Padnir, w czym mogę być wam pomocna?

  Sierżant zasalutował.

  – Pułkownik Olem chce z panią rozmawiać, pani generał. Mówi, że to pilne.

  Vlora zmarszczyła brwi. Padnir był blady mimo upału i patrzył na nią jakby nerwowo. A tymczasem był to człowiek na ogół spokojny, zrównoważony. Pod trzydziestkę, zaledwie kilka lat młodszy od niej, żołnierz ten, jak wielu innych, którymi dowodziła, wykuł się w wojnie Adro z Kezem. Coś musiało pójść bardzo źle, jeśli o niego chodzi. Ten niepokój...

  – Oczywiście. Ja tylko sprawdzam, co się dzieje. Już idę.

  Poszła za sierżantem, a następnie oboje skręcili w główną ulicę miasteczka. Vlora zatrzymała się raz, przed szeregiem jeńców, klęczących na poboczu i pilnowanych przez garstkę żołnierzy. Sami Palo, tubylcy Fatrasty, o jaskrawoczerwonych włosach i piegowatych ciałach. Jedno spojrzenie powiedziało jej, że to wieśniacy, nie żołnierze.

  Ich grupa opanowała Samnan, zadeklarowała, że fort leży na jej ziemi, po czym zabroniła rządowi Fatrasty wkraczania na „ich teren”. Palo zabili kilkudziesięciu osadników, spalili kilka domów i w zasadzie niczego więcej nie dokonali. Niewiele tego na narodowe powstanie.

  Rząd Fatrasty zareagował, wysyłając oddział Vlory, Najemny Oddział Strzelców Wyborowych, z zadaniem stłumienia powstania. Nie pierwszy raz Vlora dostawała takie zadanie i brała je, bo Fatrasta dobrze płaciła. Nie sądziła też, by był to raz ostatni.

  Kiedy przechodziła obok, kilku jeńców uniosło twarze, spojrzało na nią pustym wzrokiem. Kilku innych przeszyło ją spojrzeniem przepełnionym nienawiścią, a jeszcze kilku zaklęło w swoim języku.

  Zignorowała wszystkie te reakcje. Nie lubiła walczyć z tymi ludźmi, gwałtownymi, ale biednymi i słabo uzbrojonymi. To byli partyzanci i pod dowództwem takiej na przykład tajemniczej Czerwonej Ręki potrafili zadać dokuczliwe straty fatrastańskiej armii, która miała pecha, bo obrali ją sobie za cel. Pojedyncze potyczki, choćby takie jak zdobycie Samnan, przeradzały się w rzezie, tyle że w odwrotnym kierunku.

  Tak jak Vlora to widziała, ci biedni głupcy mieli swoje racje. To była ich ziemia. Żyli na niej od czasów, kiedy odeszli Dynizyjczycy, a to było jakieś tysiąc lat temu. Na długo przedtem, nim Kresjanie przybyli z Dziewięciu i rozpoczęli kolonizację Fatrasty. Na nieszczęście dla nich, Palo nie stać było na najemników, choćby i jej strzelców, a rząd Fatrasty jak najbardziej.

  Minęła jeńców. W zaledwie kilka chwil później po drugiej stronie gródka zobaczyła pułkownika Olema. Olem miał czterdzieści pięć lat i powoli zaczynał wyglądać na swój wiek, a w jego jasnej brodzie pojawiły się pasma siwizny. Zdaniem Vlory dzięki temu wyglądał szlachetniej. Nosił identyczny czerwono-niebieski mundur co jego towarzysze, ale z pojedynczą gwiazdką w jednej klapie kurty, a odznaką Strzelców Wyborowych, z czako i muszkietami, w drugiej. To była oznaka jego rangi.

  – Pułkowniku? – przywitała go Vlora.

  – Generał Krzemień. – Olem nie podniósł na nią wzroku. Formalnie był drugim oficerem, w rzeczywistości miał jak Vlora stopień generała adrańskiej armii w stanie spoczynku i połowę udziałów w Najemnym Oddziale Strzelców Wyborowych, a więc byli dokładnie równi rangą. Olem wolał pozostać – formalnie – „pułkownikiem Olemem”, ale w rzeczywistości Vlora zasięgała jego rady równie często, jak on zasięgał jej.

  Pułkownik przykucnął z rękami na kolanach. Był czymś wyraźnie zdumiony.

  Przed nim leżało skulone ciało starego Palo o piegowatej skórze, pomarszczonej jak suszona śliwka. Z ran postrzałowych i od ciosów zadanych bagnetem ciągle sączyła się krew. Zwłoki tubylca otaczały trupy w mundurach Strzelców Wyborowych, dwadzieścia parę ciał. Rozcięto im gardła i rozpłatano brzuchy. Dwa karabiny złamano czysto, na połowy.

  – Co tu się stało? – spytała Vlora.

  – Oboje możemy się tylko domyślać.

  Pułkownik wyprostował się, potarł zapałkę o pas, osłonił płomyk przed wiatrem i zapalił papierosa. Zaciągnął się powoli, nie odrywał wzroku od ciała starego Palo.

  Vlora tymczasem patrzyła na swych martwych żołnierzy. W myślach wymieniała ich imiona: Forlin, Jad, Wellans... To była długa lista. Wszyscy szeregowcy, żadnego z nich nie znała dobrze, lecz mimo wszystko to byli jednak jej ludzie.

  – Co to za sukinsyn? – Wskazała starego Palo.

  – Nie mam pojęcia.

  – On to zrobił?

  – Na to wygląda – przyznał pułkownik. – Już wynieśliśmy stąd piętnastu rannych.

  To twierdzenie skłoniło Vlorę do zastanowienia. O co tu chodziło? Nic się nie zgadzało. Palo walczyli z furią, ale pod bagnetami regularnego wojska padali jak każdy.

  – Jakim cudem jeden stary tubylec pokonał, poranił i pozabijał – w myślach policzyła szybko – niemal czterdziestu najlepszych żołnierzy piechoty na tym kontynencie?

  – A to – westchnął pułkownik – jest naprawdę dobre pytanie.

  – I...? – Obdarzyła Olema długim, gniewnym spojrzeniem, takim, przed jakim jej ludzie rozbiegali się w poszukiwaniu kryjówki. Pułkownik nic sobie z niego nie robił. Jak zwykle.

  – Od chłopców usłyszałem, że poruszał się szybko. Za szybko, żeby wzrok mógł za nim nadążyć. Jak... – Olem dopiero teraz podniósł wzrok i spojrzał wprost w oczy Vlory. – Jak mag prochowy.

  Vlora przywołała swoje magiczne zmysły. Szukała w Nieświecie. Jako mag prochowy potrafiła wyczuć każdy ładunek prochu i każdy rożek w promieniu setek jardów, ukazywały się w jej głowie niczym punkty na mapie. Skupiła się na ciele starca. Nie wyczuła ani uncji prochu, ale magię owszem. Wyrafinowaną i taką, o której istnieniu nie miała pojęcia. Jeszcze chwila takiego badania i nagle rozbolała ją głowa. Zamknęła oczy.

  – No więc – oznajmiła – to nie był mag prochowy. Ale są w nim ślady magii. Nie potrafię powiedzieć o niej nic konkretnego.

  – Nic nie wyczułem – przyznał Olem. Miał własną, pomniejszą Zdolność, pozwalającą mu obywać się bez snu, ale nie potrafił jak Vlora tak łatwo sięgać w Nieświat.

  Vlora przyklękła przy ciele. Przyjrzała mu się dokładnie, tym razem bez użycia magii. Włosy starego dawno przestały być rude, a stały się siwe. W sękatych dłoniach nadal ściskał dwa toporki z polerowanej kości. Większość Palo ubierała się zależnie od okoliczności – w dziczy nosili skóry, w mieście może nie od razu marynarki, ale w każdym razie cywilizowane stroje. Ten wojownik nie. Miał na sobie grubą ciemną skórę, z całą pewnością zdartą nie ze ssaka. Była szorstka i twarda, w dotyku przypominała skórę węża.

  – Widziałeś kiedyś kogoś odzianego w coś takiego?

  – Skóra smoka bagiennego – odparł Olem. – Widziałem zrobione z niej torby i buty, ale to rzecz niezmiernie kosztowna. Trudno ją wyprawić. Nikt nie nosi pełnego stroju ze skóry smoka. – Strząsnął popiół z papierosa. – A ja nigdy nie widziałem tak walczącego Palo. Trochę to niepokojące.

  – Trochę – zgodziła się z nim Vlora. Była wstrząśnięta, choć dopiero teraz zdała sobie z tego sprawę. Bagna, bagienne smoki, węże, robale i Palo, to wszystko wydawało się wystarczająco złe, ale jakkolwiek by było, to strzelcy zawsze zajmowali miejsce na szczycie łańcucha pokarmowego. Aż do dziś. Jeszcze raz przesunęła palcami po stroju. Wyglądało na to, że stanowi niezłą osłonę przed nożem, a zapewne nawet bagnetem.

  – Jest jak zbroja – szepnęła.

  – Języki pójdą w ruch – zwrócił jej uwagę Olem. – Mam pilnować, żeby plotki się nie rozchodziły?

  – Nie – zdecydowała Vlora. – Niech ludzie plotkują sobie do woli. Ale wydaj rozkaz, żeby jeśli zobaczą kogoś tak odzianego, zwarli szyki i trzymali go na odległość bagnetu. I żeby ktoś natychmiast mnie zawiadomił.

  Olem zmarszczył brwi.

  – Sądzisz, że pokonasz kogoś, kto pokonał tylu żołnierzy?

  – Nie mam pojęcia, ale niech będę przeklęta, jeśli pozwolę jakiemuś byle Palo rżnąć moich ludzi jak szynkę na święto. Zawsze mogę wsadzić mu kulę w łeb z trzydziestu kroków.

  – A jeśli zjawi się ich więcej niż jeden?

  Vlora przeszyła pułkownika gniewnym spojrzeniem.

  – Jasne. – Olem rzucił papierosa na ziemię, przydepnął niedopałek. – Sformować się, wezwać generał Krzemień.

  Przez kilka minut stali jeszcze oboje w milczeniu. Ciała wywieziono, oddział specjalny zdołał wygasić ogień. Gońcy dostarczyli meldunki, na zgliszczach jednej z wież ustawiono maszt, na który wciągnięto flagę Fatrasty, jasnożółtą z zielonymi rogami, a pod nią także mniejszą, czerwono-niebieską chorągiew Najemnego Oddziału Strzelców Wyborowych.

  Koń niosący kurierkę przejechał przez wyrwę w palisadzie, w której kiedyś znajdowała się brama. Prowadzony wprawną ręką przebił się przez tłum i chaos, nieodłącznie towarzyszące zaprowadzaniu porządku po bitwie. Kobieta w siodle przyglądała się otoczeniu obojętnie, wydawała się nawet znudzona, a kiedy zobaczyła klęczących na ulicy Palo, uśmiechnęła się z nieukrywaną złośliwością. Vlora nigdy jej przedtem nie widziała, ale żółty mundur mówił sam za siebie. Przed chwilą wciągnęli na maszt flagę dokładnie tego koloru. Goniec należała do regularnych formacji armii Fatrasty.

  Niemal naparła koniem na Vlorę i Olema. Patrzyła na nich z tym samym kpiącym uśmiechem, jak przylepionym do warg. Nie zasalutowała, nie przywitała ich ani słowem.

  – Ty jesteś generał Krzemień?

  – A kto pyta?

  – Rozkazy od lady kanclerz. – Goniec podała im wyjętą spod kurtki kopertę. Odebrał ją Olem, rozdarł, wygładził papier na brzuchu. Kurierka zawróciła koniem w miejscu i natychmiast, bez słowa, opuściła fort przez bramę główną. Fatrastańscy regularni żołnierze cieszyli się opinią aroganckich dupków, ale nawet wśród nich Vlora nieczęsto spotykała dupków aż tak aroganckich. Poklepała rękojeść pistoletu.

  – Pewnie byłoby to bardzo nieprofesjonalne strącić jej teraz kapelusz z głowy? – spytała.

  – Bardzo – przytaknął pułkownik, nie przerywając lektury rozkazu.

  – Przeklęta fatrastańska armia powinna nauczyć się wreszcie okazywać szacunek tym, którzy odwalają za nią całą robotę.

  – Niech cię pocieszy, że zarabiasz znacznie więcej od niej. – Olem podał Vlorze papier. – Powinnaś przeczytać.

  – O co chodzi? – spytała.

  – W Landfall mają problem. Wzywają nas do powrotu.

  Vlora miała ochotę zatańczyć. Landfall było wilgotne i cuchnące, owszem, ale jak każde nowoczesne miasto miało też swoje zalety. Można było przyzwoicie zjeść, pójść do teatru, nawet wziąć kąpiel. No i znalazłaby się daleko od tych przeklętych bagien i – spojrzała na ciało starca, wynoszone dopiero teraz – przeklętych Palo. Ulga szybko jednak ustąpiła miejsca podejrzliwości.

  – Jaki problem?

  – Tego nie napisali.

  – Oczywiście! – Vlora przygryzła dolną wargę. – No dobrze, kończymy sprzątanie. Jeńców niech nasi ludzie odprowadzą do Planth. Reszcie zapowiedzieć, że wyruszamy o świcie.

Książkę Grzechy Imperium możecie kupić w księgarni swiatksiazki.pl Powieść dostępna jest także w innych popularnych księgarniach internetowych:

 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Grzechy Imperium
Brian McClellan0
Okładka książki - Grzechy Imperium

Nowy, stworzony z rozmachem, epicki cykl fantasy Briana McClellana. Świat, w którym ścierają się magia i proch. Fatrasta jest pograniczem rządzonym...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Ziutek. Chłopiec od Parasola
Małgorzata Czerwińska-Buczek
Ziutek. Chłopiec od Parasola
Zaczekaj na mnie
Monika Michalik;
Zaczekaj na mnie
Topielice
Sylvia Wilczyńska
Topielice
Siódma ofiara
Aleksandra Marinina;
Siódma ofiara
Katastrofalny błąd
Iwona Wilmowska;
Katastrofalny błąd
Cyklon
Przemysław Semczuk
Cyklon
N.P.
Banana Yoshimoto
N.P.
Pokaż wszystkie recenzje