Mój syn zaczyna mi mówić, że mnie nienawidzi. "Informacja zwrotna"

Data: 2021-06-01 22:08:49 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Nazywam się Marcin Kania. Jestem alkoholikiem i zaraz zabiję człowieka.

Syn Marcina Kani, żyjącego z tantiemów byłego muzyka, twórcy jednego z największych polskich hitów, pewnego dnia znika bez śladu. Jedyne, co po sobie pozostawia to zakrwawione prześcieradła. Kania wie, że poprzedniego wieczoru widział się z synem. Jednak prawie nic z tego spotkania nie pamięta. Zapił.

Kania, alkoholik leczący się z choroby w ośrodku ,,Jutro", wyrusza w szaleńczą podróż w poszukiwaniu syna. Ta odyseja po mieście, w którym każde z miejsc ma swoja brudną tajemnicę, popchnie go w najmroczniejsze rejony ludzkiego psyche, naprowadzi na trop największej w polskich dziejach afery reprywatyzacyjnej oraz skonfrontuje ze złem, które wyrządził swojej rodzinie.

Klucz do odkupienia i odnalezienia syna tkwi w jego wyniszczonym przez alkohol umyśle. Musi sobie tylko przypomnieć.

Jaka będzie informacja zwrotna?

Obrazek w treści

19 maja w sprzedaży pojawiła się najnowsza książka Jakuba Żulczyka - Informacja zwrotna. Do lektury książki zaprasza Wydawnictwo Świat Książki. Ostatnio mogliście przeczytać prolog książki oraz fragment pierwszego rozdziału powieści, a dziś zapraszamy Was do lektury dalszej części fragmentu:

– Z czym przyszliście? – pyta Jarek. Nadaje kierunek, kiwa w stronę Sylwii. Ona siedzi pierwsza, z rogu. Odgarnia grzywkę z czoła, zakłada nogę na nogę, opiera się o krawędź. Od razu widać, że przyszła zła. Stara się na mnie nie patrzeć, ale średnio jej to wychodzi.

– Sylwia, alkoholiczka. No u mnie nerwowo, niedobrze. Cały dzień chodzę jakaś taka zła, na szpilkach.

Może to mój były mąż, tak, na pewno to mój były mąż, on nawet telefonu nie raczy odebrać. A sprawa jest prosta, jest lokal, nasz wspólny, nie chcieliśmy go sprzedawać i dzielić, razem wynajmujemy i dzielimy się zyskami, już to opowiadałam zresztą, córka będzie pełnoletnia, to przepiszemy na nią i ona zdecyduje. No i fajnie, ale jest problem z najemcą, tam są cały czas interwencje policji, sąsiedzi się burzą, spółdzielnia, ja mam ciągle telefony, no ale to on chciał wynająć, prawda, na tę Setę i Galaretę, mówił, że to dobre pieniądze. Pieniądze może i dobre, ale jakim kosztem? Ja tam muszę chodzić, użerać się, a wy wiecie, jak tam śmierdzi? Lokal, w którym leją szoty za trzy złote?

Wszyscy wiedzą, jak taki lokal śmierdzi. Gdy taki zapach przyśni się w nocy, to od razu wybudza i nie pozwala spać już do rana.

– A teraz, skurczybyk, nawet nie raczy odebrać. Odbiera, słuchajcie, jego partnerka. I w kółko to samo, Mać­ka nie ma, Maciek nie może. Aż chciałam jej powiedzieć: co ty, kurwa, jego sekretarką jesteś czy narzeczoną?

– Język – przerywa jej Jarek. Notuje, zresztą wszyscy notują, oprócz mnie. Ja nigdy nie notuję. A potem na zwrotkach gadam bzdury, bo nic nie pamiętam z tego, co mówili.

– No ale rozumiesz, Jarek? To jest dla mnie jakaś obca kobieta. Tymczasem ja mam z nim wciąż sprawy, umowy, ustalenia. I ja nie chcę się w ich życie wpieprzać, bo mnie to nic nie obchodzi, co oni robią; ja chcę tylko pilnować tych naszych ustaleń.

Uderzają naraz, jakby się umówili: młot walący z całych sił w pokrywającą mózg membranę, tak że boli każda kość czaszki, i pragnienie, znajome, a zawsze potworne. Woda tylko spłynie po tym pragnieniu, nie przebije się przez skorupę, która oblepiła przełyk. Musi być gaz. Najlepiej piwo. Albo dwa.

– Wszystko? – pyta Jarek.

Sylwia kiwa głową.

– Kuba? – Patrzy na siedzącego obok Jakuba.

Piwo wypite duszkiem, nawet ciepłe, nawet z puszki.

Bąbelki rozpuściłyby ten brud w trymiga, zabrałyby go ze sobą w dół brzucha.

Kuba chowa telefon do kieszeni. Jak zawsze robi to za późno, chociaż zwracali mu uwagę dziesiątki razy: nie odbieraj, wyciszaj, przełącz na samolot, raz nawet chcieli usunąć go za to z terapii. Teraz chyba już się przyzwyczaili.

– Przepraszam, praca – wyrzuca z siebie jak zwykle.

– Z czym przychodzisz? – pyta go Jarek.

Kuba musi się skupić, bierze oddech, rozgląda się po wszystkich, na moment zatrzymuje się na mnie, ale to nie pomaga mu w skupieniu. Parę razy bezgłośnie porusza ustami jak ryba, zupełnie nie wie, od czego zacząć.

Mam zupełnie zatkane ślinianki. W gębie pełno brudnego pyłu. Jakbym najadł się węgla.

– Jest… różnie. – Drapie się po włosach, długich i gę­stych, zaczesanych do tyłu, ujarzmionych żelem. Na początku mówiliśmy na niego „Wodecki”, ale potem zrozumieliśmy, że to miły chłopak. Albo wszyscy zaczę­liśmy być mili; trochę nauczyliśmy się jak.

– Sprawa przejęcia wciąż wisi na włosku. My jesteśmy gotowi, mamy dokumenty przeorane wzdłuż i wszerz. Śmieję się z moim wspólnikiem, że na pamięć to znamy, możemy recytować, obudzeni w środku nocy. I mamy tam swojego człowieka w radzie nadzorczej, i niby wszystko pyka. Ale boimy się, że u nich pojawił się biały rycerz. Próbujemy sondować, podejrzewamy kto, wypytujemy się, ale nikt nie chce nam nic powiedzieć. Wszyscy na nasz widok zapominają języka polskiego. Albo nawet nie odbierają.

Bądź ostrożny w interesach, na świecie bowiem pełno oszustwa.

– Ale jak się z tym czujesz? – Jarek przerywa mu pytaniem, bo zaraz Kuba zacząłby czytać indeksy WIG.

– No, nietrudno o paranoję – odpowiada, dalej gładząc się po tych pięknych kudłach. – Ale zwiększyłem treningi, więcej basenu, mam Multisporta, więc od razu o szóstej rano basen, masaż. Kiedyś był telefon do chłopaka, kreska, a teraz mnie błotem smarują.

– A jak z ojcem?

– A, z ojcem – mówi, jakby nagle przypomniało mu się to słowo.

W wyobraźni zbiegam na dół, do Żabki, na łeb, na szyję. Raz o mało co nie spadam ze schodów, ale w ostatniej chwili chwytam się poręczy. Wybiegam na chłodną, obleśną mżawkę, łomot w mojej głowie rozsadza mi szwy czaszki, jednocześnie świat staje się niemożliwie ostry. Zasłaniając oczy, wchodzę do sklepu, biorę z lodówki dwa pierwsze lepsze piwa, podchodzę do sprzedawczyni. Zmęczona kobieta ze wschodnim akcentem i zmęczonym spojrzeniem bierze ode mnie cudownie zimne puszki, ja jeszcze pokazuję na wyeksponowane zaraz za nią kolorowe setki, celując w cytrynę, po czym wkładam dłoń do kieszeni.

Właśnie, nie wiem, czy mam przy sobie jakieś pienią­dze, ale przecież muszę mieć. Zawsze coś miałem w któ­rejś z kieszeni. W spodniach, w płaszczu, gdziekolwiek.

Sprawdzam. Jest. Brawo, Marcin. Jednak umiesz o siebie zadbać, zuchu. To dycha albo dwadzieścia. Zgnieciona, miękka, piękna. Uratuje ci życie.

– Ojciec wczoraj coś powiedział, pierwsze zdanie.

Tak że progres. Lekarze mówią, że nie będzie tak źle. Mimo że wiecie, siedem godzin minęło, zanim go sprzą­taczka w tym pokoju znalazła.

– Co powiedział? – pyta Jadźka dosyć cicho.

– Co? – pyta Kuba, bo usłyszał.

– Co twój tata powiedział? – pyta Jadźka, głośno.

Łapię się za głowę. Niech mówią, skoro muszą; byleby nie powtarzali.

Niech ci to jednak nie zasłoni prawdziwej cnoty; wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Powtórzone słowa to gwoździe wbijane bardzo powoli w głowę.

– Powiedział: „Znowu, kurwa, pomidorowa”.

Wszyscy wybuchają śmiechem.

Wstaję, lekko tracąc równowagę, podpieram się o ścianę, dokładając się do czarnego śladu przy kontakcie, a następnie robię krok przez próg, ostrożnie, tak by nie utopić się w wykładzinie.

Wybór jest prosty. Zatrzymuję się na korytarzu. Kobieta zza biurka patrzy na mnie pytająco. Już pamiętam, jak ma na imię. Przejeżdżam językiem po zębach.

– Jola, słuchaj, muszę na chwilę wyjść.

Ona tylko wzrusza ramionami, spokojnie, przecież nikt nigdy nie trzymał nikogo tu siłą. Ja też nie muszę biec. Zbiegnę sobie dopiero po schodach. Krok w stronę drzwi i w tym momencie na moim barku ląduje ciężka dłoń.

– Ty jesteś niemożliwy, Marcin – mówi Jarek.

– Bardzo chce mi się pić – tłumaczę.

– Skoro już łamiemy regulamin, aby ci pomóc, to okaż nam wdzięczność. Pamiętasz, co to wdzięczność, Marcin? – Odwraca mnie do siebie jak kukłę. Wygląda jak bałwan z masła, ale to strasznie silny chłop. Z drugiej strony przy mnie każdy jest silny.

Wciąż mam rękę w kieszeni. Miękkie, małe zbawienie. Wyciągam je. To nie jest dziesięć złotych ani dwadzieścia. To czyjaś wizytówka. Kurwa mać. Tylne kieszenie, kondomówka, nic. Straciłem szansę. Nie będę dzisiaj z nikim w raju.

Jarek znika, po chwili przynosi mi odkręconą butelkę wody gazowanej.

Szlam w przełyku zaczyna się odklejać. Powoli. Ulga nie jest natychmiastowa, rozchodzi się po wnętrzu gęby w delikatny, łaskoczący sposób. Czuję, że trochę się naprawiam. Zmieniam rozdzielczość. Odrywam butelkę od ust, dopiero gdy zaczynam czuć, że się zrzygam. Oddaję Jarkowi.

– Jest twoja – mówi, pokazując mi gestem, żebym wszedł z powrotem do sali.

– Masz może ibuprom? – pytam go.

– Nie bądź bezczelny. – Uśmiecha się.

– Mama znowu próbowała namówić mnie na wino – teraz mówi Helena. Najmłodsza ze wszystkich, niewiele ponad trzydzieści lat. Długie blond włosy, pod nimi ukryta biała twarz zamaskowana grubą warstwą podkładu, bardzo, bardzo czerwone usta, pełno bransoletek, łańcuszków na szczupłych dłoniach, pierścionki, długie paznokcie jeszcze czerwieńsze od ust. Mógłbym słuchać tych dźwięków z płyty do zaśnięcia: jej głosu, mówiącego cokolwiek, i cichego chrzęstu biżuterii przy każdym ruchu rąk.

– No ale odmówiłam. Do niej chyba nigdy nie dotrze, że jestem alkoholiczką. Mówię, mamo, jestem. Proszę, zrozum, to choroba, zdiagnozowali ją specjaliści.

Ale mogę mówić i mówić, i tak jest jak grochem o ścianę. Jaka alkoholiczka, dziecko, wmówili ci to, ty obok alkoholizmu nawet nie stałaś. Wiecie i znacie.

Nie wiem, nie znam, mnie nikt nigdy nie próbował wyperswadować, że Marcin Kania jest alkoholikiem; mnie z kolei całe życie próbowali do tego przekonać.

Wciąż nie wiem, czy im się udało.

– W każdym razie może nauczyłam się jej odmawiać, ale chciałabym nauczyć się nie odbierać za każdym razem, gdy dzwoni. Nie szukać odruchowo kluczy do mieszkania, gdy zaczyna mi płakać przez telefon: przyjedź do mnie, córuś, ojciec znowu zrobił to i to. Ojciec oczywiście nic nie zrobił. Jak miał coś zrobić, skoro go nie ma i nigdy nie było. Chciałabym nie wkładać odruchowo płaszcza, kiedy mówi: córuś, nie mam nikogo oprócz ciebie, przyjedź, proszę, jak najszybciej.

Helena zaczyna płakać, jak zwykle tak, że prawie tego nie słychać. Jarek podaje jej chusteczki.

– Zawsze wyciąga moje ulubione. Fevre, takie chablis z żółtą etykietką. Stawia je na stole, bez pytania, obok dwa kieliszki. Chciałam rzucić w nią tą butelką.

– No ale się nie napiłaś.

– Nie, nie napiłam się – mówi to i wydmuchuje nos, tak głośno i mocno, że przez chwilę się boję, że coś jej pęknie w twarzy, po czym kiwa głową na znak, że to wszystko.

Michu dalej się we mnie wgapia. Ma ciężkie, opadłe spojrzenie psa, który się obżarł, ale mimo to wciąż jest zły, nikt nie wie dlaczego, on sam też nie, po prostu raz się wkurwił i tak już mu zostało, na całe życie. Jarek przenosi wzrok z Heleny na Szatana – ten jak zwykle się rozparł, ze trzy osoby mogłyby usiąść na jego miejscu, noga w skórzanych spodniach uderza mu o podłogę tak szybko, jakby próbował przebić się pię­tro niżej. Pewnie nie może się doczekać, aż coś powie.

Kiedyś nawet siadał z boku, tak by być pierwszy, ale Jarek postanowił nauczyć go pokory. Teraz Szatan siedzi w środku, bo Jarek lubi zacząć raz od lewej, raz od prawej.

– Adaś. – Jarek daje znak Szatanowi, aby mówił.

Chcę się jeszcze napić, profilaktycznie, ale właśnie poczułem, że drżą mi ręce. Mimo to próbuję. To zabawne, że gdy zaczynam trzeźwieć, dopiero wtedy wyglą­dam jak pijany. Nie trafiam wodą do ust, spływa mi po brodzie na koszulę, próby utrzymania butelki kończą się jeszcze gorzej. Wszyscy oprócz Micha udają, że nie zwracają na to uwagi.

– Ja źle się czuję, Jarek. – Michu ma głos dzieciaka, któremu każą zjeść trzeci deser, a który już nie może.

– Teraz Adam. – Jarek pokazuje na Szatana.

– Nie, ja źle się czuję z tym, że Marcin tu jest. No spójrzcie na niego, no. On naprawdę powinien iść do domu.

– Zostałeś przegłosowany – przypominam mu.

– No i to też mnie denerwuje, że nie wiadomo po co nagle łamiecie regulamin. On tu jest na jakichś specjalnych zasadach?

Wyciągam telefon. Dzwoni Marta, moja żona. Jeszcze nie mam siły odebrać. Chowam komórkę z powrotem do kieszeni.

– Mnie też denerwują różne rzeczy, Michał – mówię.

Zapomniał, wół jeden, jak przez pierwsze trzy miesiące miał nawrót za nawrotem, jak co tydzień przychodził, płacząc, że zapił i zaćpał. Przypomniałbym mu, gdybym miał siłę powiedzieć tyle wyrazów.

– Co cię niby denerwuje, Marcin? Że czacha ci dymi?

– Świat to nie jest twoja taryfa, Michu, nie jesteś w niej sam i nie pojedzie zawsze tam, gdzie chcesz – gdy to mówię, brzuch zaczyna mu lekko podskakiwać ze zło­ści, piłka opięta lawendowym sweterkiem. Ostatni raz tak się wściekł, gdy wyszło na terapii, że wszyscy, łącznie z Jarkiem, jeżdżą Uberem.

– Albo on se pójdzie, albo ja pójdę! – huczy teraz, wymachując łapami.

– Spokój! – krzyczy Jarek.

Zapada cisza. Wszyscy przyciskają się do oparcia kanapy, patrząc na siebie nawzajem jak skarcone dzieci.

– To może ja zacznę, co u mnie… – bąka Szatan, ale Jarek przerywa mu władczym ruchem ręki.

– Wy, alkusy, wy niemożliwi jesteście. Już człowiek zaczyna wam wierzyć, że przemówił wam do rozsądku. A wy znowu, w kółko, jak małe dzieci.

– To on przychodzi tu prosto z pieca – Michu wskazuje na mnie palcem – nie ja. To on robi bardachę. Jadzia ma dziś piątą świeczkę, a on przyłazi w takim stanie.

– Ja nie mam z tym problemu, Michałek – mówi cicho Jadźka, ale on jej nie słucha.

Mierzą się spojrzeniami jak pies z panem; Michu próbuje, ale Jarek zawsze wygra. Potrafi zamienić ten swój wielki łeb w oślepiające słońce. Gdy na niego patrzysz, cała twoja historia picia wyświetla się na jego brodatej gębie jak na ekranie. Musisz się odwrócić, bo wstyd wypala ci oczy.

– No to jak chcesz, to idź, Michał. – Pokazuje Michowi drzwi. Ten nawet na chwilę się podnosi. Ale zaraz znowu uderza ciężkim dupskiem o kanapę.

– Nigdzie nie pójdzie, bo chce tortu – śmieje się Darek. Odezwał się po raz pierwszy. Siedzi w rogu, przycupnięty, ubrany w różowy sweter, od patrzenia na który bolą mnie oczy. Bazgrze coś na kartce, jak zwykle. Zawsze kiedy skończy, zdąży zwinąć kartkę w kulkę i wrzucić ją do plastikowego kosza na śmieci, zanim ktokolwiek zobaczy, co tam namazał.

Michu odwraca się do ściany, jakby obrażony, że tak naprawdę to Cuguś ma rację. Pijakowi w trzeźwieniu honor się kończy, jak przynoszą deser.

Szatan znowu podnosi rękę. Jarek kiwa głową.

– Adam, alkoholik, narkoman, inne uzależnienia.

Długo mnie nie było, trzy miesiące chyba, tak? Może nawet i cztery. Jest po maksie chujowo. Tak, wiem, język, sorry. W każdym razie przez te trzy miesiące z chłopakami naprawdę było na ostrzu noża. Gdybyśmy nie zarabiali na tym, kur… czę, szmalu, gdyby to nie była nasza robota, gdyby Grzesiu i Jacek nie mieli na chacie gówniaków do wykarmienia, tobyśmy rozwiązali zespół. Po prostu. I chodziło o chlanie, oczywiście, bo o co innego? Mówiłem wam, jaki mam plan: postawić ich przed faktem dokonanym, zero wódy na backstage’u, nawet browarów, o innych sprawach już nie wspomnę.

Po koncercie to ja idę spać, a wy róbcie sobie, co chcecie, bus call o drugiej. Ale przed koncertem pełna oaza, tylko różańca w dupie brakowało. No i wprowadziłem to i po trzech tygodniach powiedziałem: dobra, w dupie to mam, pijcie, bo nie można z wami wytrzymać. Chłopaków rozsadzało, powietrze było jak nożem kroić, kłótnie o byle gówno. Sarius, Jacek w sensie, tak zajebał, w sensie uderzył w ścianę, że chcieli mu łapę wło­żyć w gips. A wszyscy dookoła mówili mi: Adaś, kurwa, język, przepraszam, wiem, wszyscy mówili mi: Adaś, nie ma rock and rolla bez smaru. Nie ma opcji wyjść na scenę o suchym ryju. To bez sensu. To jak się bzykać w ubraniu. A sam koncert to jest taki zajebiaszczy wyrzut dopaminy, że człowiek musi się potem schłodzić.

I wiecie, ja ich rozumiem, bo sam to czuję. Ja idę sobie na masaż, robię pompki, przepraszam panie za ten detal: walę konia, ale to w ogóle nie jest to. Nie schodzi.

A jeszcze ten Facebook, ci kretyni piszący: Bloodspawn było dobre, jak piłeś, Adam. Gdzie ten rock and roll, Adam. Teraz jest rock and roll, wy, kurwa, wiem, język, przepraszam, kretyni, bo płyta jest w notowaniu Billboardu. Jak tak trochę posiedzę z tymi niedojebami i się nakręcę, to dopiero trzy magiczne tabletki sprawiają, że mogę iść spać. Dopiero wtedy odpuszcza. A wiadomo, trzy lufy, kreska, do tego jakieś palenie i odpuściłoby momentalnie.

Zapada cisza. Znowu telefon. Pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, w końcu wyciągam go z kieszeni. To Marta. W sumie mam od niej jedenaście nieodebranych.

Ani też nie podchodź cynicznie do miłości, albowiem wobec oschłości i rozczarowań ona jest wieczna jak trawa.

– Muszę odebrać. – Wstaję z kanapy i znowu wychodzę na korytarz.

– Gdzie jesteś? – pyta moja żona.

– Ja? Na… na grupie. To znaczy na terapii – odpowiadam jej.

– Czy Piotr jest z tobą?

– Nie. Nie jest ze mną. – Mógłbym dodać pytanie retoryczne, co on właściwie miałby tu ze mną robić. Ale nie dodaję, bo wiem, że stało się coś strasznego.

Tylko boję się jej to powiedzieć.

Ona musi sama na to wpaść.

– Ma wyłączony telefon. Od wczoraj.

– Idź do nich do mieszkania – mówię. Kłamię, bo inaczej nie umiem.

– Byłam. Jest otwarte i nikogo nie ma w środku.

– Zadzwoń do Kingi.

– Ona jest od tygodnia w Hiszpanii.

– Tak, ona jest w Hiszpanii. No tak.

Być może nawet to wiedziałem, ale musiało wpaść w jedną z tysiąca dziur, z których składa się moja głowa.

Marcin Kania, myślę. Obracam w głowie własne imię i nazwisko, dopóki nie staną się dwoma nic nieznaczą­cymi wyrazami. Marcin Kania. Gdy Bóg stworzył Marcina Kanię, chciał przeprowadzić eksperyment.

– Jesteś tam?

– Jestem.

– Rozumiesz, co do ciebie mówię? Ich mieszkanie jest otwarte. Nikogo nie ma w środku.

Oczywiście, że wiem. Ale Marcin Kania nie umie powiedzieć prawdy.

– Może gdzieś wyszedł. Poczekaj tam na niego. Może zaraz przyjdzie.

– Przyjedź tu.

– Jestem… jestem na terapii.

– Przyjedź tu, bo ja muszę zadzwonić na policję.

– Poczekaj. Nie musisz dzwonić na żadną policję.

– Muszę.

– Marta, nie przesadzaj. On nie ma ośmiu lat. To nie jest tak, że nie wrócił ze szkoły.

– Nie mów mi, co mam robić.

– Marta. Ja wiem, że ty się o niego ciągle martwisz…

– Nie mów mi, kurwa, co mam robić – warczy.

Oczywiście, że jej tego nie powiedziałem, ale tym razem ma rację. Stało się coś strasznego. Kompletnie tego nie pamiętam, ja po prostu to wiem. I czuję to, cały czas,

w sobie. Jakbym połknął igłę.

– Ja cię przepraszam, ale ja znowu piłem, Marta. – To wypada ze mnie samo. Ona milczy, przez chwilę długą jak nieprzespana noc. W końcu mówi:

– Za ile będziesz?

– Zaraz. – Rozłączam się.

Gdy siadam z powrotem na kanapie, ból głowy uderza z podwójną mocą, o czaszkę biją mi z obu stron niewidzialne pięści, do tego znowu to potworne pragnienie.

Szatan opowiada teraz o jakiejś dziewczynie, która wysyła mu nagie zdjęcia przez Instagram i grozi mu, że jeśli się z nią nie umówi, to wyśle je też jego żonie.

– Powiedziałem, że moja żona też lubi popatrzeć na ładne babki. – Śmieje się. I wszyscy się śmieją, i tylko ja się nie śmieję.

Jarek daje Szatanowi sygnał, że już wystarczy tych historyjek. Odwraca się w moją stronę. Wraz z nim robią to wszyscy.

– Nie możecie się doczekać, co? – wzdycham.

– Z czym przychodzisz, Marcin? – pyta Jarek.

Buty wpadają mi w wykładzinę aż po kostki. Już nie

mogę wstać i stąd wyjść. Żabka. Czarne ślady na ścianach. Ból, łomot. Pięściami o czaszkę, od środka.

Wszyscy są przeciwko Marcinowi Kani, gdziekolwiek biedaczek pójdzie. Całe życie, cały kosmos, wszystko. Ten wielki pech narodził się wraz z układem słonecznym.

Rozwijaj siłę ducha, aby mogła cię osłonić w nagłym nieszczęściu.

Telefon, znowu. Wiem dlaczego. Pewnie dopiero teraz zapaliła światło w kuchni i zobaczyła, co jest na pod­łodze.

– Marcin, alkoholik, lekoman, hazardzista, seksoholik. Stało się coś strasznego – mówię.

– To widać – rzuca Sylwia.

– Ale tak naprawdę nie wiem co – ciągnę. – Obudzi­łem się w mieszkaniu mojego syna. I jego żony. W ka­łuży krwi. Nie wiem, czy to moja krew. Nie, nie byłem w szpitalu.

Zamykam oczy. Nie chcę natrafiać na ich spojrzenia.

Podczas rundki nie można nikogo oceniać słowami, mó­wić, że zrobił źle, dobrze, głupio, mądrze, więc wszyscy nadrabiają wzrokiem.

– Nie wiem, gdzie jest mój syn. Żona go szuka. Jest przerażona. Jeszcze jej o tym nie mówiłem. O tym, że obudziłem się w jego mieszkaniu. Boję się. Boję się jej to powiedzieć.

Ktoś chce jakoś to skomentować, słyszę takie pierwsze czknięcie, ale Jarek ucisza tego kogoś.

– Spotkałem się z nim na kolacji. Chciał mi coś powiedzieć. Nie mam pojęcia co. Ostatnie, co pamiętam, to że siedzimy w restauracji.

– Byłeś trzeźwy? – pyta Jarek.

– Jeszcze wtedy tak – odpowiadam.

Otwieram oczy. Patrzą się na mnie, ale w tych spojrzeniach nie ma opinii ani oceny. Jest coś innego. Na początku nie rozumiem co. Odchylam się na oparcie, biorę głęboki oddech.

Nie dręcz się tworami wyobraźni. Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

– Nie mam pojęcia, co robić – wyznaję.

Oni też nie wiedzą. Nawet Jarek. Skąd mieliby wiedzieć?

– Boję się jej powiedzieć. Wszystkiego się boję, jak sam skurwysyn. – Boję się to powiedzieć, więc szepczę, ale oni i tak słyszą.

Czekam, aż Jarek przypomni: język, ale Jarek milczy i wtedy już rozumiem. Oni też się boją.

– Ostatnie co pamiętam, to że siedzimy w restauracji i mój syn zaczyna mi mówić, że mnie nienawidzi.

Książkę kupić można w księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Informacja zwrotna
Jakub Żulczyk2
Okładka książki - Informacja zwrotna

Nazywam się Marcin Kania. Jestem alkoholikiem i zaraz zabiję człowieka. Syn Marcina Kani, żyjącego z tantiemów byłego muzyka, twórcy jednego z największych...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo