Dąż do szczęścia. "Informacja zwrotna"

Data: 2021-05-26 07:44:07 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Nazywam się Marcin Kania. Jestem alkoholikiem i zaraz zabiję człowieka.

Syn Marcina Kani, żyjącego z tantiemów byłego muzyka, twórcy jednego z największych polskich hitów, pewnego dnia znika bez śladu. Jedyne, co po sobie pozostawia to zakrwawione prześcieradła. Kania wie, że poprzedniego wieczoru widział się z synem. Jednak prawie nic z tego spotkania nie pamięta. Zapił.

Kania, alkoholik leczący się z choroby w ośrodku ,,Jutro", wyrusza w szaleńczą podróż w poszukiwaniu syna. Ta odyseja po mieście, w którym każde z miejsc ma swoja brudną tajemnicę, popchnie go w najmroczniejsze rejony ludzkiego psyche, naprowadzi na trop największej w polskich dziejach afery reprywatyzacyjnej oraz skonfrontuje ze złem, które wyrządził swojej rodzinie.

Klucz do odkupienia i odnalezienia syna tkwi w jego wyniszczonym przez alkohol umyśle. Musi sobie tylko przypomnieć.

Jaka będzie informacja zwrotna?

Obrazek w treści

19 maja w sprzedaży pojawiła się najnowsza książka Jakuba Żulczyka - Informacja zwrotna. Do lektury książki zaprasza Wydawnictwo Świat Książki. Ostatnio mogliście przeczytać prolog książki, a teraz zachęcamy do lektury kolejnego fragmentu powieści:

Dąż do szczęścia

Trzymam się fotela, mocno, próbując nie spłynąć z niego na podłogę. Miękka, ciemna od brudu wykładzina przypomina jezioro; nogi wpadają mi w nią po kostki. Przyszedłem wcześniej, bo nie miałem gdzie iść.

Jest jeszcze pół godziny. 

Myślę o słowie „zawsze”.

Wiem, że stało się coś strasznego.

Przedmioty, wciąż ten sam zestaw. Brązowe szklanki Arcoroc. Stare numery kolorowych pism na półce pod blatem stolika. „Cztery Kąty”, „Twój Pies”, „Codziennik Terapeutyczny”. Soki w kartonach. Woda gazowana, niegazowana. Kawa rozpuszczalna Jacobs w szklanych słoikach. Coś półprzezroczystego, zaokrąglonego na obitej sztuczną skórą poręczy fotela. Na początku wydaje mi się, że to martwy robak, ale to odgryziony paznokieć.

Zawsze mówią, że coś jest na zawsze: będę kochał cię na zawsze, zawsze tam, gdzie ty, zawsze wierni. A przecież nie ma „zawsze”, jest tylko do śmierci. To duża róż­nica.

Stało się coś strasznego.

Zupełnie nie pamiętam co.

Mogliby w końcu pomalować te ściany. Setki rąk porobiły wokół kontaktów czarne ślady. Nie tylko wokół kontaktów. Ludzie wyjątkowo często dotykają tu ścian. Opierają się, jak już zrozumieją, że w końcu mają o co. 

Ośrodek nazywa się Jutro. Nie jest to jakaś najlepsza nazwa. Uczestnicy terapii określają się jako Jutrzaki. Brzmi to jak nazwa jakiegoś zwierzęcia hodowlanego. Takiego sztucznie wyhodowanego, nieudanego, które daje mało futra i mięsa i nie umie się rozmnażać.

Woła mnie kobieta zza biurka. Nigdy nie pamiętam, jak ona ma na imię, otyła i nieruchoma, pani figurka wspawana między monitor, faks i drukarko-skaner, któ­ra pomimo obecności tych urządzeń i tak wszystko zapisuje kolorowymi flamastrami w grubym zeszycie A4.

– Marcin – mówi.

Podchodzę do niej, karnie i niepewnie, jak uczeń. Kładę dłonie na biurku. Patrzę na rzędy różnokolorowych cyfr. Cyfry zamieniają się w tęczowe pchły i zaczynają tańczyć.

– Tysiąc trzysta złotych, Marcin – mówi.

– Trzynaście – odpowiadam.

– Co? – pyta.

– Nic, nic, nieważne. – Próbuję przewinąć sam siebie do tyłu, jak starą kasetę. – Tysiąc trzysta złotych to trzynaście banknotów, chyba o to mi chodziło.

Mam pieniądze w kieszeni, spięte spinką, to dobrze. Wyjmuję, odliczam. Jeden pieniądz, drugi pieniądz, trzeci pieniądz.

Jarek wyrasta za nią. Gruby i wielki, i łysy, zawsze ubrany jak na ryby, nie licząc grubych korali zawieszonych na szyi, takich, jakie sprzedają na straganach nad morzem. Dziewczyny śmieją się z niego, że wygląda jak Budda; dla mnie wygląda jak bałwan ulepiony z cholesterolu.

– Czy ja mam dzwonić po policję? – pyta.

Kręcę głową na znak, że nie, nie musi mnie straszyć, będę grzeczny.

– Chcę to usłyszeć, Marcin. Chcę usłyszeć, że nie ma takiej potrzeby – mówi.

Czwarty pieniądz, piąty pieniądz, szósty pieniądz.

Zawsze będziesz alkoholikiem, mówią. Zawsze będę alkoholikiem, powtarzasz po nich. Ale tak naprawdę to oby nie. Obym był nim tylko do śmierci.

– Chodź. – Bierze mnie pod rękę i prowadzi jak staruszkę do miejsca, w którym siedziałem przed chwilą. Siada naprzeciwko, patrzy na zegarek. Wzdycha. Bębni palcami o udo. Czy ja na pewno jej dałem wszystkie pieniądze?

Może wystarczy, że dałem jej po prostu jakieś pieniądze?

Jeśli istnieje niebo albo piekło i jeśli jest się tam alkoholikiem na wieczność, to ja dziękuję, to proszę mnie po prostu wyłączyć. W ogóle: proszę mnie wyłączyć. Płacę gotówką. Nie, faktury nie trzeba, dziękuję.

– Co się stało? – pyta Jarek.

Mam na czubku głowy taki ołowiany odważnik, naciska na mózg jak prasa. Muszę potrząsnąć głową i go zrzucić, bo inaczej zwariuję. On widzi, co chcę zrobić, popycha mnie z powrotem na fotel. Gotuje wodę, cztery łyżki do szklanki, drugie tyle cukru. Zrzygam się po tym, ale nie ma sensu tego opowiadać, dla Jarka kofeina z cukrem to najlepsze lekarstwo na wszystkie choroby.

– Coś się stało. – Pokazuję palcem na siebie.

Stawia przede mną szklankę. Lustruje mnie.

– Powiedz.

– Wolę na grupie.

– Nie wiem, czy cię wpuszczę na grupę. Naprawdę, powinienem zadzwonić na policję.

– Skoro muszę, to wyjdę sam.

– Nie, Marcin, ja boję się, że rzucisz się na kogoś z łapami.

– Tylko raz to zrobiłem, na samym początku.

– Właśnie cofnąłeś się na sam początek. Jak w Eurobusinessie. Grałeś kiedyś w Eurobusiness?

Niech mu będzie, pójdę, chociaż nie mam dokąd.

Wszyscy są dla mnie źli. Nienawidzą mnie. Umówili się dawno temu, przez internet, albo nie, jeszcze wcześniej, jeszcze zanim powstał internet, zanim się urodziłem; umówili się listownie, bo zobaczyli brzuch mamy, jakiś taki brzydki, i zawiązali spisek, podpisali potrzebne papiery, wymyślili swoją pieczęć, i tak powstało Wielkie Tajne Porozumienie Przeciwko Marcinowi Kani.

Od tej pory dbają, aby zawsze bolało. Abym zawsze wspinał się na górę i od razu z niej spadał, a z każdym upadkiem łamał się jeszcze dotkliwiej. Ludzie, przecież tak się nie da żyć.

– Nie musisz nic robić – tłumaczę mu. – Wyjdę sobie i tyle.

Podnoszę się, stoję prosto. Niech sobie dzwoni, gdzie tylko chce. Ja wcale nie jestem pijany. Ja już byłem pijany. Muszę iść i go znaleźć. Po co w ogóle tu przyszed­łem, po jaką cholerę?

Te ściany, brud, wykładziny, stoliki, gazety, wszystko delikatnie zawirowuje, jakby taka wielka dłoń z Monty Pythona włożyła do środka równie wielką łyżkę i zamieszała.

Telefon, zaraz, może zadzwonił, może napisał. Może czeka gdzieś, woła, potrzebuje pomocy.

– Stało się coś strasznego – powtarzam.

– Siadaj. – Jarek łapie mnie za rękę i ściąga z powrotem na fotel.

Nie, nie zadzwonił ani nie napisał. O Jezu, ile myśli.

Przechodź spokojnie przez hałas i pośpiech i pamiętaj, jaki spokój można znaleźć w ciszy.

Telefon jest niemy i wredny. Nie reaguje na moje palce. Jarek ciągnie mnie w dół, siadam.

Pokazuje mi zegarek. Jest jeszcze dziesięć minut. Wkłada mi kubek w ręce, biorę łyk. Słodkie i wstrętne.

– Idź na mityng – mówi. – Za pół godziny jest na Szpitalnej. Zamówię ci taksówkę. Jedź tam, a potem wróć do mnie, jak już wszyscy pójdą.

– Ja muszę posłuchać, co oni mi powiedzą. Chcę dostać informację zwrotną.

Pierwszy dzwonek do drzwi. Świdruje, jakby ktoś przyłożył mi do bębenka usznego wiertło dentystyczne. Wszystko staje się tym dzwonkiem, przykrywa mi całą głowę, w gardle od razu pojawia się znajoma, kwaśna kula pawia.

Kto idzie po schodach? Kogo niesie? Jadźkę? Sylwię? Jakuba? To oni z reguły przychodzą pierwsi. Co powiedzą na mój widok? Jadzia jest dla mnie zawsze miła, ma ten swój babciny uśmiech, ciepły jak kakao, ale reszta?

Po prostu każą mi wyjść. I więcej mnie już tu nie wpuszczą. Będą chcieli, abym umarł na ulicy. Pod Żabką. Biedny i samotny. Bo oni też są w tym spisku. Zapisali się do niego przez internet.

O ile to możliwe, bez wyrzekania się siebie bądź na dobrej stopie ze wszystkimi.

Jeszcze raz wyciągam komórkę. Ale na wyświetlaczu nic nie ma.

– Już nigdzie lepiej nie dzwoń – mówi Jarek i wyjmuje mi telefon z ręki, ostrożnie kładzie go na stoliku.

Podaje mi chusteczkę. Próbuję jakkolwiek to powstrzymać, ale nie da rady, leci ze mnie samo. Klepie mnie po ramieniu. Próbuję dać mu znać, że zaraz się uspokoję, ale to wygląda na kolejne drgawki.

Stało się coś strasznego.

To Sylwia. Czerwona na twarzy, zmachana. Szła szybko i energicznie, jak zwykle. Gdy weszła, lekko przekrzywiła podłogę. A może to ja przekrzywiłem głowę. Mówi swoje ciche, pośpieszne „cześć”. Podchodzi do mnie, przechyla głowę. Już widzi.

– Nabroiłeś, Marcin – stwierdza i dodaje, zwracając się do Jarka: – On powinien iść do domu.

– Powinien, ale chce zostać – odpowiada Jarek.

– Cholera, a całą terapię zrobiłeś. I od początku bę­dziesz musiał zaczynać. – Sylwia kręci głową.

– Na razie skupmy się na tym, co jest teraz – mówi Jarek.

Tak, skończyłem właściwą terapię. Jestem Jutrzakiem. Byłem nawet na zamkniętym odtruciu. Nasza wesoła gromada to grupa wsparcia dla tych, którzy chcą podtrzymać trzeźwość, dalej mieć kontakt z ośrodkiem.

Jak widać, mnie nie pomogła.

Jarek ma rację. Co będzie, to będzie.

Zacznę od początku albo nie zacznę. Zapiję albo i nie zapiję.

W tym momencie to trochę nie ma znaczenia.

Znaczenie ma, że stało się coś strasznego.

Za Sylwią wchodzi Kuba. I Jadźka. Musieli się złapać po drodze. Albo stali na dole i palili. Jadźka spaliła ze trzy. Twierdzi, że może, bo pali cienkie. Ma w ręku jakiś pakunek, zawinięty w lekko przemoczony papier. Może zapalę, może to mnie uspokoi? Palenie przyprowadza do mnie myśli, jakich normalnie bym nie miał. Pomysły i rozwiązania. Strasznie teraz potrzebuję jakiegoś pomysłu. A najbardziej potrzebuję usłyszeć, że wszystko gra. Że wszystko dobrze, że to była jakaś zwykła awantura, której nie pamiętam. Że Piotrek jest gdzieś z koleż­kami albo jakąś dziewuchą. Że po prostu zapiłem i tyle, i świat od tego nie runął, bo pogoda ducha, bo kolejne dwadzieścia cztery godziny, bo upadłeś, to powstań, bla, bla, bla, bla.

Wypowiadaj swoją prawdę jasno i spokojnie, wysłuchaj innych, nawet tępych i nieświadomych, oni też mają swoją opowieść.

– Cześć, Jadźka. – Próbuję uśmiechnąć się do niej pierwszy. Ona podchodzi, powoli, siada naprzeciwko mnie, ostrożnie kładzie pakunek na stole, obok mojego telefonu. Kręci głową na znak, że nie jest dobrze. Patrzy na Jarka.

– Chcę, abyście podjęli decyzję, czy on może tu zostać – mówi Jarek.

– No, nie powinien. – Jadźka ma na twarzy troskę, jakby stała przed wnukiem, który się wywalił i złamał nogę.

– Ja pierdolę, Marcin. – Kuba ściąga płaszcz, nie ma co z nim zrobić, wieszak jest dopiero w sali, więc wkłada z powrotem. Dobry ma ten płaszcz. Z kratką na podszewce, to chyba Burberry. Dobry i drogi.

– Język – przypomina mu Jarek.

– Jeszcze nie ma grupy – odpowiada Kuba.

Dużo ich już, za dużo, wystarczy, żeby urządzić mi tu sąd, a przychodzą kolejni, raz po raz słychać kolejne dzwonki. Helena. Darek, czyli Cuguś. Adam, czyli Szatan. Być może przyjdzie nawet Niemowa. Niemowa zawsze zjawia się, gdy są kłopoty, jak kostucha ze starego filmu, która grała z rycerzem w szachy.

– Byłeś na pogotowiu? – pyta Jadźka.

– Nie wiem – mówię, bo przecież nie mogę tego wykluczyć.

To Szatan, poznaję po huku, z jakim drzwi uderzają o ścianę; nigdy nie może ich normalnie otworzyć, zawsze musi zrobić wejście smoka. Wpada do pomieszczenia, ruchliwa czarna plama odbijająca się od ścian. Zawsze myślałem, że przychodzi naćpany, jest taki szybki, tak go pełno. Ale nie, on po prostu taki jest, dynamiczny, jak ładnie nazwała go kiedyś Jadźka. To ja chciałbym, żeby on był naćpany, bo chciałbym być lepszy od niego. Chciałbym być lepszy od wszystkich, a jestem od wszystkich gorszy. Dzieci, uważajcie przede wszystkim na własne modlitwy.

Strasznie boli mnie ryj. Cały i każda część z osobna.

Szatan widzi mnie i odruchowo cofa się o krok.

Chyba pierwszy raz, odkąd się znamy, zrobiłem na nim wrażenie.

– O kurwa, no to pięknie – komentuje.

– Język – powtarza Jarek.

– Może powinieneś iść do łazienki, stary – stwierdza. – Umyć trochę ryj, jak masz tu zostać.

– Więc ty chcesz, aby został? – pyta Jarek.

– A gdzie ma iść? Tylko tu jest jego miejsce. Nigdzie indziej – odpowiada Szatan. Zrzuca czarną skórę na ziemię, pod spodem ma bluzę z szatańskim maziajem, któ­ry kręci mi się teraz w oczach jak woda spływająca do odpływu; łapie mnie za rękę i podnosi, chociaż wcale o to nie prosiłem.

– Nie mów, że straszyłeś go policją, no Jarek, do diabła. – Szatan wyciąga wielki palec ozdobiony srebrnym pierścieniem. Jarek łapie go za ten palec.

– W tym miejscu są zasady – odpowiada.

Szatan już nic nie mówi, tylko prowadzi mnie do łazienki.

Znam człowieka w lustrze, ale zwykle wygląda inaczej. Szpakowate włosy, wiecznie podkrążone oczy, opadające jak u buldoga, nos – Marta kiedyś mówiła, że orli, tak naprawdę ktoś przykleił mi go twarzy trochę na złość, trochę dla żartu. Zarost jak papier ścierny. To normalne, ale teraz do zestawu dochodzi więcej atrakcji.

Pod jednym okiem rozlała się śliwkowa plama. Samo oko czerwone, jakby ktoś wepchnął mi do gałki ocznej pomidorek koktajlowy. Nos generalnie jakiś inny, to znaczy wciąż orli, wciąż dla żartu, ale teraz jeszcze nierówny, taki bardziej na bok.

Sweter, o dziwo, jest czysty. Ściągam go, Szatan mi pomaga. Na koszuli chlusty krwi idą przez całą klatkę piersiową, na skos, jak dwie szarfy.

Nie jestem zdziwiony. Już to widziałem. Ale w tym świetle, kiblowym i bladym, wszystko wygląda zupełnie inaczej.

Niech twoje osiągnięcia, zarówno jak plany, będą dla Ciebie źródłem radości.

Pukanie do drzwi. Siedemnasta. Kręcę głową i daję Szatanowi znak, żeby mi pomógł włożyć sweter.

– Chcesz jeszcze zostać sam? Odlać się czy coś? – pyta.

Matko, jaki miły chłopak. Mógłby być moim synem.

Właśnie, niech mój syn zadzwoni. Czemu nie dzwoni? Czemu nie krzyczy? Może jednak wszystko jest w porządku? Może wrócił do domu? Może się znalazł? Może jest?

Idziemy do sali. Sala to przede wszystkim kanapa w kształcie półkola, pokryta starym szarawym obiciem, trochę jak fotele w autobusie. W rogu paprotka. Flipchart, na białej kartce wypisane: EMOCJE, i dwie rubryki, minus i plus. Obie puste. Pewnie się zagadali i zapomnieli wypełnić. Do tego odrapany regał na dokumenty, na nim kilka skoroszytów, długopisy i puchar za bieg abstynenta. Naprzeciwko kanapy dwa fotele i stolik. Wszystko sprzed dwudziestu lat, ciężkie, zawiesiste, chociaż ze sklejki, skaju i tapety. A mimo to przyjazne. Ściany już nie tak brudne jak na korytarzu – skoro wszedłeś do tego pomieszczenia, to znaczy, że już się jakoś spionizowałeś.

Siadam z boku, przy samych drzwiach, na wylocie.

Jarek wchodzi do środka, za nim cała reszta. Jadzia, Sylwia, Helena, Darek, Kuba, Szatan. A nawet Michu, zapomniałem o nim, dawno go nie było. To Jarek będzie wesoły, bo przyszedł w końcu ktoś grubszy od niego.

Rozsiadają się, Jadźka obok mnie. Kładzie mi dłoń na plecach. Wiedziałem, że to zrobi. Jest z tego jakiś pożytek, wypuszczam z siebie więcej starego powietrza.

– Wszyscy? – pyta Jarek.

– Wszyscy – odpowiadają wszyscy.

Jarek wstaje, zamyka drzwi, siada z powrotem na kanapie. Zdjął polar i dumnie prezentuje podkoszulek: 30. Ogólnopolski Bieg Trzeźwienia. No, on na pewno w nim nie biegł. Jest z tych, którzy nie dobiegają do autobusu.

– Z Marcinem, jak widać, jest nie najlepiej. Proponuję głosowanie w kwestii takiej, czy chcemy, aby Marcin tu został. Bo regulaminowo nie może.

Wiem, że patrzą na mnie, ale ja jeszcze nie dam rady popatrzeć na nich, wgapiam się w podłogę.

Widzę po nogach, gdzie kto siedzi.

– Tak więc proszę o głosowanie. Kto jest przeciwko temu, aby Marcin tu został? – Jarek poprawia okulary.

Nikt nie podnosi rąk. W końcu Jarek podnosi. I Michu. I Jadźka.

– Regulamin jest regulaminem, wybacz, Marcin, widzę, że coś się zadziało, ale rozumiesz – Michu od razu zaczyna się tłumaczyć, bulgocze takimi na wpół po­łkniętymi słowami, ledwo można go zrozumieć, jak zawsze, gdy się zestresuje.

– A ja chcę, żebyś pojechał do szpitala, a potem do domu – mówi Jadźka, znowu kładąc mi rękę na plecach. – Jak chcesz, mogę pojechać z tobą. 

Jarek kiwa głową. Też mógłby powiedzieć, co by chciał, ale widzi, że sprawa jest przegłosowana. Nie lubi marnować słów. Jeszcze raz wypuszczam powietrze.

Coś w płucu, ukłucie. Przedtem go nie było, a teraz jest.

Jarek zawsze mówi, że gdy napięcie odchodzi, w róż­nych miejscach ciała pojawia się ból i trzeba go przyjąć jak prezent, bo trupa już nic nie boli.

Wykonaj swą pracę z sercem – jakakolwiek byłaby skromna, ją jedynie posiadasz w zmiennych kolejach losu.

Książkę kupić można w księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Informacja zwrotna
Jakub Żulczyk2
Okładka książki - Informacja zwrotna

Nazywam się Marcin Kania. Jestem alkoholikiem i zaraz zabiję człowieka. Syn Marcina Kani, żyjącego z tantiemów byłego muzyka, twórcy jednego z największych...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo