reklama

Idę spotkać śmierć. Fragment książki „Zemsta ze skutkiem śmiertelnym"

Data: 2020-10-27 12:45:09 Autor: Piotr Piekarski

Magda, bohaterka powieści W jak morderstwo, właśnie rozstała się z mężem i próbuje się odnaleźć w tej nowej, trudnej sytuacji. Pewnego dnia na jej oczach ginie kobieta, potrącona przez rozpędzony samochód. Kierowca ucieka z miejsca wypadku. Tego samego dnia w miasteczku zostaje porwane dziecko. Czy te dwie historie coś łączy?

Magda rozpoczyna prywatne śledztwo, podczas którego nie tylko będzie sobie musiała poradzić z bezwzględnymi bandytami, ale i z policją, dla której amatorskie działania Magdy to poważny kłopot organizacyjny oraz wizerunkowy.

Obrazek w treści

Czy porywaczom chodzi tylko o pieniądze? Czy Magdzie uda się ocalić życie dziecka? Oraz czy u boku Magdy pojawi się jakiś nowy mężczyzna? Tego wszystkiego dowiemy się z powieści Zemsta ze skutkiem śmiertelnym. To kolejny tom kryminalnych przygód sympatycznej i wścibskiej pani weterynarz. Autorką powieści jest scenarzystka i pisarka, Katarzyna Gacek. Do lektury zaprasza Oficynka. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Zemsta ze skutkiem śmiertelnym. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Popołudnie biegło dalej zwykłym utartym rytmem. Kuba, po powrocie od Olafa, ślęczał nad wypracowaniem. Kaja, którą ze szkoły przywiozła sąsiadka, pochłonęła prawie całą odłożoną dla niej pizzę, a potem też poszła do siebie. Ja rozłożyłam w salonie deskę i zabrałam się za prasowanie. Błogi nastrój przerwał tupot małych stóp. Do salonu wpadła Kaja.

– Mamo, mamuśku – zaczęła słodko. Ta dawka cukru w głosie mogła oznaczać tylko jedno – że ma do mnie interes. – Pani nam zadała ćwiczenia z polskiego! Odstawiłam żelazko.

– Pomóc ci? – z językiem polskim na poziomie trzeciej klasy powinnam sobie poradzić.

– Nie, mamciu. Ale czy nie podjechałabyś szybciutko do szkoły? Bo zostawiłam zeszyt w szafce…

Zrobiła minę pilnej uczennicy, której system edukacji rzuca kłody pod nogi.

Wiem, powinnam jej zrobić wykład na temat odpowiedzialności i pilnowania własnych spraw, ale nie bardzo miałam siłę.

– Oczywiście, że przywiozę – postarałam się, żeby w moim głosie nie pojawił się nawet cień irytacji.

Wyłączyłam żelazko, wzięłam kluczyki i wyszłam z domu. Nie miałam pojęcia, że idę spotkać śmierć.

***

Za każdym razem, kiedy przestępowałam próg podkowiańskiej szkoły, czułam się znów jak dziesięcioletnia dziewczynka z tornistrem na plecach. Od czasów, kiedy się tu uczyłam, budynek bardzo się zmienił, mimo to wracały wspomnienia, zapachy i emocje. Niekoniecznie pozytywne.

Moja mama, zanim rozwiodła się z ojcem i została pisarką, pracowała tu jako nauczycielka. A bycie córką najbardziej wymagającej matematyczki w historii szkoły miało wyłącznie cienie. Żadne blaski się w mojej pamięci nie zachowały. Jeśli dodać do tego ojca dentystę, to można sobie wyobrazić mój poziom popularności w szkole.

W wejściu o mało nie zderzyłam się z wybiegającą w pośpiechu dyrektorką. Jedną ręką przyciskała do ucha komórkę, drugą próbowała bez powodzenia wepchnąć dłoń w rękaw cienkiego turkusowego sweterka. Mimo zaaferowania zdążyła się do mnie uśmiechnąć.

Ruszyłam przez główny hol, szukając kogoś, kto mi otworzy klasę Kai, a odgłos moich kroków odbijał się echem od ścian korytarza.

W kantorku były dwie woźne. Obie dobrze znałam, a one znały mnie, głównie dzięki Kubie.

– Pewnie Kajka czegoś zapomniała z klasy, co? – spytała pani Ludwika, energiczna sześćdziesięciolatka.

– Skąd pani wie? – zdziwiłam się.

– O tej porze mamy przychodzą głównie po zeszyty. Zgubionych ciuchów szukają rano.

Pani Ludwika wyjęła z szafy swoje „cywilne” ubranie.

– Ja się zbieram do wyjścia, ale Małgosia pani pomoże. Gosiu, to trzecia A – zwróciła się do koleżanki. – Sala numer dwadzieścia jeden.

Kobieta wyszukała klucz i ruszyłyśmy przez opustoszały budynek do skrzydła, w którym ulokowane były klasy jeden– trzy.

W sali, w której uczy się moje młodsze dziecko, bez problemu znalazłam zeszyt Kai, a woźna zamknęła za mną klasę na klucz. Podziękowałam za pomoc i wyszłam ze szkoły. Kiedy miałam już budynek za plecami, niespodziewanie poczułam ten sam rodzaj ulgi, jaki pojawiał się, kiedy opuszczałam to miejsce jako dziecko.

Moje auto stało zaparkowane na Reymonta, po drugiej stronie ulicy Jana Pawła II, przy której mieściła się szkoła. Przejście dla pieszych, usytuowane naprzeciwko szkolnej bramy, codziennie pokonywały setki dzieci. Kiedyś były tu tylko pasy, ale ponieważ długi, prosty odcinek jezdni zachęcał, żeby rozwijać na nim niedozwolone prędkości, kilka lat temu zainstalowano sygnalizację świetlną.

Na czerwonym czekała właśnie woźna Ludwika. Chyba bardzo jej się spieszyło, bo przestępowała zniecierpliwiona z nogi na nogę, nie spuszczając wzroku z sygnalizatora. Stanęłam obok.

– Źle ustawione są te światła – zauważyła woźna. – Za długo dla samochodów, za krótko dla pieszych. Czasami to aż mnie korci, żeby przejść na czerwonym, ale jakby jakiś dzieciak zobaczył…

Przyznałam jej rację i w tym momencie zapaliło się zielone. Pani Ludwika weszła energicznie na jezdnię, a w mojej kieszeni zadzwonił telefon. Zatrzymałam się na moment, żeby go wyjąć, i wtedy zauważyłam nadjeżdżający z prawej strony samochód. Czarna furgonetka pędziła w kierunku przejścia z zawrotną prędkością. Jedzie za szybko, uświadomiłam sobie. Nie zdąży się zatrzymać…

Kierowca nawet nie próbował hamować. Samochód wpadł na pasy z maksymalną prędkością. Usłyszałam głuchy huk. Woźna, uderzona przez rozpędzone auto, wyleciała w górę i bezwładnie, niczym szmaciana lalka, upadła na asfalt kilka metrów dalej.

Furgonetka nawet nie zwolniła. Przed oczami mignął mi bok auta i profil siedzącego za kierownicą brodatego mężczyzny. Patrzyłam oszołomiona, jak samochód pędzi w kierunku centrum i po chwili znika.

Podbiegłam do leżącej na jezdni pani Ludwiki. Nie trzeba było mieć wiedzy medycznej, żeby się zorientować, że kobieta nie żyje. Jej ciało było nienaturalnie wygięte, spod głowy wypływała krew, a martwe oczy patrzyły w niebo z wyrazem zdziwienia i niedowierzania. Przez chwilę stałam nad nią, osłupiała i bezradna, kiedy nagle zdałam sobie sprawę, że mój telefon wciąż dzwoni. Drżącymi palcami wysupłałam komórkę z kieszeni i popatrzyłam na wyświetlacz. Matka. Zrzuciłam rozmowę i wybrałam numer Jacka Sikory, oficera policji, mojego przyjaciela.

– Jeżeli znowu coś ci się popsuło, mogę zajrzeć, wracając z pracy – powiedział zamiast powitania.

– Był wypadek. Na przejściu przed szkołą – słowa z trudem przechodziły mi przez gardło. – Samochód potrącił kobietę. Nie żyje.

 

Książkę Zemsta ze skutkiem śmiertelnym kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Zemsta ze skutkiem śmiertelnym
Katarzyna Gacek0
Okładka książki - Zemsta ze skutkiem śmiertelnym

Kiedy życie podsuwa ci kolejny kryminalny trop. Magda, bohaterka „W jak morderstwo”, właśnie rozstała się z mężem i próbuje się odnaleźć...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Na tej samej ziemi
Katarzyna Kielecka;
Na tej samej ziemi
Usta mordercy
Artur Kawka, Monika Wysocka
Usta mordercy
Cyrkówka Marianna
Anna Fryczkowska;
Cyrkówka Marianna
Na Podlasiu. Antonia
Agnieszka Panasiuk;
Na Podlasiu. Antonia
Spowiedź doktora Mengele
Christopher Macht
Spowiedź doktora Mengele
Nawiść
Autor Nieznany (I)
Nawiść
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Przemysław Hytroś
Pieśni Zaginionego Kontynentu
Epizody z życia mojej mamy
Iwona Żytkowiak
Epizody z życia mojej mamy
Pokaż wszystkie recenzje