Wyprawa w nieznane. Fragment książki „Animarium"

Data: 2026-05-29 08:50:01 | Ten artykuł przeczytasz w 13 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Czy to możliwe, że nasz świat ma drugą stronę, którą mogą zobaczyć tylko nieliczni? Co odkryją tam odważna Flora i ciekawski Leo? Animarium. Wybrańcy ukrytego świata to pierwszy tom cyklu przygodowo-fantastycznego, który wciągnie was jak Baśniobór czy Harry Potter.

„Animarium" Maliny Prześlugi grafika promująca książkę

Flora i Leo urodzili się tego samego dnia i o tej samej godzinie. Przyjaźnią się przez całe swoje jedenastoletnie życie i znają się na wylot. A teraz połączy ich coś jeszcze.

Wszystko zacznie się pewnej nocy, gdy Flora dostanie tajemniczą wiadomość. A właściwie - kilka tysięcy wiadomości. I gdy Leo podczas wędrówki po nadmorskim klifie odkryje coś, o czym do tej pory czytał tylko w baśniach.

Czego chcą od nich przybysze z Animarium, niezwykłej krainy ukrytej przed naszym wzrokiem? I jak stawić czoła mrocznym siłom, które bronią do niej wstępu?

Animarium. Wybrańcy ukrytego świata to powieść pełna niepohamowanej fantazji i zaskakujących zwrotów akcji. Razem z bohaterami porywa czytelnika w inny wymiar, gdzie przedmioty, rośliny i zwierzęta mają osobowość, a człowiek może zmienić się w gołębia lub pszczołę. Ale w tym baśniowym świecie czyhają też złowrogie fatamorgi i inne stwory jak sennego koszmaru. A z ukrycia kieruje nimi ich bezwzględny władca. Czy Flora i Leo znajdą w sobie dość odwagi, by stawić im czoła?

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Dwie Siostry.

Animarium. Wybrańcy ukrytego świata to książka, która zabiera czytelnika w podróż od pierwszej strony. Nie ma tutaj czasu na nudę. Jest za to sporo dowcipu – słownego i sytuacyjnego (zwłaszcza w przypadku senseja Jędrzeja), ale autorka nie stroni też od obrazów grozy. Ożywające budynki – płonące bądź z mackami i szczypcami, będące mrocznymi wizjami fatamorgów – potrafią zbudować w historii spore napięcie i wzbudzić wiele emocji – pisze Magdalena Galiczek-Krempa w naszej redakcyjnej recenzji książki Animarium. Wybrańcy ukrytego świata.

W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Animarium. Wybrańcy ukrytego świata. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

INSTRUKTOR na obozie karate miał na imię Jędrzej. Mimo że dobiegał pięćdziesiątki i odznaczał się pokaźną łysiną oraz jeszcze pokaźniejszym brzuszkiem, bardzo zależało mu, by wychowankowie traktowali go jak rówieśnika. Nawet na jego koszulce widniał napis „MŁODOŚĆ RULEZ”. Zdradzał go jednak sposób mówienia, właściwy dla młodzieży, ale z końca poprzedniego wieku.

– Elo, elo, ziomy! Witamy na pierwszym turnusie obozu Karate Shotokan. Konnichiwa! – zakrzyknął energicznie sensei Jędrzej.

– Konnichiwa, sensei! – zawołała jednym chórem piętnastka obozowiczów. Tylko jeden, Leo, nic nie zawołał, bo jeszcze nie znał karateckich zwyczajów.

– Co powinniście wiedzieć o karate? Na pewno to, że jest super mega cool! – z błyskiem w oku zaczął przemowę sensei Jędrzej. – To japońska sztuka walki, która pomaga rozwijać ciało i umysł. Będziecie się tu uczyć, ziomusie, jak używać rąk i nóg do obrony i ataku, a także jak być zdyscyplinowanym, odważnym i szanować innych. Bo przecież nie chodzi o to, by spuszczać łomot, ani żadne teges-szmeges, wiadomix, nie? Zaczniemy od podstawowych technik: uderzeń, kopnięć, bloków i prostych kata, tak że będzie niezła jazda. Brzmi gites, co nie?

– Tak, sensei! – odkrzyknęło kilku chłopców, reszta chyba tłumiła chichot.

– No – kontynuował wyraźnie z siebie zadowolony Jędrzej. Ale to jutro. Bo teraz już wieczór i czeka nas wypasione ognisko zapoznawcze. W końcu dziś jest co?

– Wtorek, sensei! – zakrzyknął Roman.

– Dziś jest Noc Kupały, najkrótsza noc w roku – odparł instruktor. – Wspólnie przygotujemy ognicho, a potem będziemy sobie opowiadać przerażające historie! Wyczes, co nie?

– Wyczes super gites cool, sensei! – zawołał Leo z udawaną powagą. Nie mógł się powstrzymać. Chłopcy wybuchli śmiechem, a Jędrzej zgromił go wzrokiem.

– Ty jak masz na imię, bratku? – spytał.

– To jest Poldek, sensei – uprzedził odpowiedź Roman.

– A więc, drogi Poldusiu – powiedział ciepło instruktor, a kilku chłopców parsknęło śmiechem. – Bądź tak uprzejmy i weź tamtą szmatę, a potem umyj dokładnie wszystkie stoły i ławy, przy których będziemy jeść. Reszta chłopców: podzielcie się na dwie grupy, niech jedni pójdą nazbierać drewna na ognisko, a drudzy naostrzą kije do kiełbasek. Zaraz dostaniecie koziki. No! Będzie mega fajnie, ziomale! Rozejść się.

Część chłopców zniknęła między drzewami w poszukiwaniu suchych gałęzi i podpałki. Pozostali rozsiedli się na pniakach pełniących rolę krzesełek i zaczęli z oddaniem ostrzyć leszczynowe kije. Leo tymczasem walczył z odruchem wymiotnym, bowiem szmata do przecierania stołów prana była prawdopodobnie w dniu jego narodzin i śmierdziała jak wnętrze piekieł. Podpadł instruktorowi i to zaraz pierwszego dnia. Byłby zdziwiony, gdyby było inaczej, bo z automatu podpadał każdemu, kto miał być jego przełożonym. Tak już miał – kiedy musiał podporządkować się zasadom, z którymi nie było mu po drodze, drwił i stroił żarty. Często za to obrywał, ale wiedział już, że to silniejsze od niego. I teraz też prawie pogodził się z faktem, że zamiast strugać kije superfajnym szwajcarskim scyzorykiem, musi machać cuchnącą szmatą i zdrapywać stary wosk z blatów. Zastanawiał się, czy na obozie detektywistycznym też by tak skończył, i doszedł do wniosku, że tak. Sensei Jędrzej przechadzał się po placu niczym kogut po podwórku, pokazywał, jak układać drewno w stosie i jak bezpiecznie używać nożyka: „Od siebie będzie gites”. Tymczasem nad ich głowami zebrały się gęste, stalowoszare chmury, a z nieba spadło parę ciężkich kropel.

– Pada – zauważył Leo.

Sensei Jędrzej uśmiechnął się kpiąco.

– Biedny Polduś jest z cukru – rzucił, a paru chłopców się roześmiało.

– Serio, będzie burza – stwierdził Leo i jakby w odpowiedzi zagrzmiało.

– Karatecy nie robią problemów z jakiegoś deszczyku – skwitował instruktor i upchnął w stosie drewna kilka szyszek.

– Karatecy nie, ale ognisko może – mruknął pod nosem Leo i wrócił do zdrapywania paznokciem wosku z blatu ławy. Sensei Jędrzej prychnął pogardliwie, ukucnął przy ułożonym stosie i wyjął z kieszeni paczkę zapałek.

– Chłopcy – zaczął uroczyście – mamy tu, na Shotokan, piękną tradycję. Każdy z was ma szansę otrzymać mega wyróżnienie, jakim będzie prawo do rozpalenia ognia. Ogień to życie. Ogień to potęga. A wy, o ile wykażecie się pokorą i talentem podczas codziennych treningów, dostąpicie zaszczytu wzniecenia go… jedną zapałką. Jedną zapałką! Jedną zapałką! Jedną zapałką! Jędrzej zaintonował okrzyk i zachęcił chłopców, by go podjęli. Potarł zapałką o brzeg pudełka i triumfalnie uniósł ją do góry. W tej samej chwili zgasiła ją spora kropla deszczu. Sensei uśmiechnął się krzywo i odpalił drugą zapałkę. Ją również ugasiła rozkręcająca się ulewa. Podobnie stało się z trzecią. Zgromadzeni wokół chłopcy coraz mniej pewnie skandowali „Jedną zapałką, jedną zapałką!”, a gdy sensei odpalał piątą, zostało już tylko dwóch, bo reszta schowała się przed ulewnym deszczem pod wiatą. Kompletnie mokry instruktor w końcu też się poddał i schronił pod daszkiem.

– Dzisiaj urządzimy świeczkowisko – wycedził, patrząc z nienawiścią na Leo, jakby to była jego wina, że nad obozem rozpętała się burza.

Chwilę później młodzi karatecy tłoczyli się pod lichym daszkiem obozowej wiaty, kuląc się z zimna wokół pięciu świeczek robiących za powitalne ognisko. Śmierdziało starą szmatą, z każdej strony otaczała ich ściana deszczu, a u stóp pomału tworzyło się bajoro. Było zimno i waliły pioruny. Każdy normalny opiekun już dawno zarządziłby powrót do suchego budynku, ale sensei Jędrzej uparł się, że to świetny moment, by opowiadać przerażające historie i plumkać przy tym na rozstrojonej gitarze.

– …A wtedy spojrzał w dół i zobaczył, że to, co za nim szło, to nie był żaden kot, tylko mała, biała trupia rączka! Koniec! – zakończył dziwną, ponurą opowiastkę, a następnie przystawił sobie świeczkę do podbródka. Instruktor chciał zapewne uzyskać efekt upiornie podświetlonej twarzy, lecz zamiast tego podpalił sobie brodę. Jasny ogień nagle wystrzelił w górę, radośnie karmiąc się zarostem senseja Jędrzeja, który wydzierał się, kręcił w kółko i machał rękami, podsycając tylko płomienie. Pewnie wypadłby na deszcz, gdyby ten złośliwie nie ustał. Ogień zgasł z nagłym sykiem, gdy na twarzy instruktora wylądowała śmierdząca szmata. Leo był dumny, że go ugasił. Kiedy jednak szmata zsunęła się, twarz senseja bynajmniej nie wyrażała zadowolenia. Czerwona, mokra i cuchnąca jak wnętrze piekieł nachyliła się nad chłopcem.

– Ty! – warknął wściekle instruktor. – Zamiast stroić sobie żarty z mistrza, nauczysz się szacunku dla starszych.

– Ale przecież ja pana zgasiłem… – wyjąkał zdziwiony Leo.

– Milcz! – wrzasnął Jędrzej, a kilku chłopców pobladło. – Dam ci odpowiedzialne zadanie. Nauczy cię dyscypliny. Idź i zabezpiecz drewno ogniskowe przed deszczem. Na jutrzejsze ognisko ma być suchutkie – wycedził przez zęby.

– Tamto drewno, na które od godziny leje…? – dopytał niepewnie Leo.

– Właśnie tamto!

– Ale ono jest mokre…

– Rzeczy pozornie bez sensu zyskują głęboki sens z czasem rzekł tajemniczo sensei i przejechał dłonią po zwęglonych resztkach brody. – No, Poldusiu. Galopem.

Deszcz lał teraz z siłą wodospadu. Najdłuższy dzień roku nie zdążył jeszcze się skończyć, ale przygnieciony granatowymi chmurami nieźle udawał noc. Leo czuł zimno na całym ciele i prawie nic nie widział w strugach wody, zdołał jednak przykryć kompletnie mokry stos drewna kompletnie mokrym brezentem. Miał właśnie iść pod wiatę, ale gdy spojrzał na niewyraźne sylwetki widoczne w lichym świetle świec, całym sobą poczuł, że nie chce tam wracać. I złość. Chciał przecież pomóc, ugasił senseja. I co go za to spotkało? Niesprawiedliwość i kara. Leo miał dość tego miejsca i tych ludzi, a minął raptem jeden dzień.

„Nie wrócę tam” – pomyślał. „Przynajmniej nie od razu. Niech się pomartwią”.

Postanowił przejść się po okolicy. Nie obawiał się burzy, wiedział, że należy unikać samotnych drzew i otwartych przestrzeni. Ze wszystkich rzeczy na świecie najbardziej mogła mu teraz poprawić humor wyprawa w nieznane. Dlatego mimo deszczu i chłodu, a przede wszystkim mimo wyraźnego zakazu Leo minął bramę obozu i ruszył leśną ścieżką przed siebie.

Dróżka wiodła w górę. Leo wiedział, że prowadzi do rezerwatu przyrody Kępa Redłowska. Bywał tu z Czajką wiele razy, spacer z Gdyni do Orłowa klifami nad plażą, a potem powrót dołem był ich stałym punktem programu. Nigdy jednak nie wędrował tędy podczas burzy. Gliniasta ścieżka była śliska i nierówna, gęsto usiana wystającymi kamieniami i korzeniami sosen, często zwężała się i niebezpiecznie zbliżała do krawędzi klifu. W dole huczał Bałtyk, olbrzymie białe grzywy fal rozbijały się wściekle o brzeg. Niebo przybrało granatowo-szary odcień, a błyskawice raz na kilka sekund rozjaśniały je jak flesze aparatu. Do tego dął silny wiatr, który utrudniał marsz i sprawiał, że deszcz zacinał niemal poziomo. Leo szybko doszedł do wniosku, że spacer w taką pogodę nie był najlepszym z jego pomysłów. Dygotał z zimna, mokre buty chlupotały, gdy ślizgał się na kamieniach. Pioruny biły coraz bliżej.

„Mama by mnie zabiła, gdyby mnie teraz widziała” – pomyślał i postanowił wracać. Spojrzał ostatni raz w stronę morza, ale kiedy już miał zawrócić, w oddali na ścieżce zamigotało wyraźne, niebiesko-zielone światło. Nie, nie zamigotało – zaczęło pulsować rytmicznie, jak świetlik, tyle że wielkości żarówki. Leo zmrużył oczy, wpatrując się w jasny punkt.

– Co to może być? – mruknął i od razu uznał, że nie będzie sobą, jeśli tego nie sprawdzi.

Światło pulsowało w odległości może pięćdziesięciu metrów, tuż przed zakrętem ścieżki. Świeciło na wysokości kolan Leo, na przemian rozjaśniało się chłodnym zielonkawo-morskim blaskiem i gasło, jakby w rytmie oddechu. Gdy Leo skrócił dystans o połowę, kula światła uniosła się nieznacznie i rozżarzyła mocniej, a przez huk burzy do uszu chłopca przebił się delikatny odgłos: niskie, ciepłe nuty, trochę przypominające dźwięki tybetańskich gongów i mis. Leo pomyślał, że wygląda, jakby światło ucieszyło się na jego widok, jakby wołało go do siebie. Kiedy zbliżył się wystarczająco, by dostrzec szczegóły, odkrył, że pulsujący blask wydobywa się z kielicha kwiatu przedziwnej rośliny rosnącej przy samym skraju urwiska. Świecący środek gęsto otaczały podłużne, zielonkawe płatki, które otwierały się i zamykały rytmicznie. Kwiat wyrastał z grubej łodygi otoczonej rozetą mięsistych liści o pierzastym pokroju, które na zmianę zwijały się i prostowały, niczym chcące coś uchwycić dłonie o smukłych, długich palcach. Ruch liści i płatków kwiatu był nienaturalny, nie drżały pod naporem ulewnego deszczu, raczej kołysały się wbrew grawitacji jak wodorosty. Wciąż słychać było, mimo huku wiatru, ulewy i fal, łagodne dźwięki muzyki, które płynęły z jego wnętrza. Najbardziej niezwykłe było jednak to, że kwiat zarazem wydzielał niebiesko-zielone światło i jakby zasysał do wnętrza ciemność. Leo wpatrywał się w nie jak zahipnotyzowany. Nie bacząc na stromy brzeg klifu, zbliżył się do rośliny i ukucnął, by zajrzeć do środka. Zrobił tylko jeden krok, ale postawił stopę tuż przy krawędzi. Piasek spod jego buta osunął się i chłopiec stracił równowagę.

Gdy leciał w dół klifu, ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, było świecące na zielono-niebiesko, wytrzeszczone oko. Patrzyło na niego. Kiedy Leo zniknął w ciemnościach na dole i echo jego krzyku ustało, kwiat opuścił kielich, a jego światło przygasło.

Książkę Animarium. Wybrańcy ukrytego świata kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Animarium. Tom 1. Wybrańcy ukrytego świata
Malina Prześluga0
Okładka książki - Animarium. Tom 1. Wybrańcy ukrytego świata

Czy to możliwe, że nasz świat ma drugą stronę, którą mogą zobaczyć tylko nieliczni? Co odkryją tam odważna Flora i ciekawski Leo? Pierwszy tom cyklu przygodowo-fantastycznego...

Wydawnictwo