Ja i moje pijaweczki oduczymy pana złych manier. Fragment książki „Dom zdrojowy Dulawka" Agnieszki Płoszaj

Data: 2026-04-17 14:37:07 | artykuł sponsorowany | Ten artykuł przeczytasz w 10 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Zofia Słoneczko – kobieta spokojna i dobroduszna, lecz z tendencją do wpadania w kłopoty.

Krystyna Pająk – jej kuzynka o żywiołowym temperamencie i rozrywkowym podejściu do życia.

Wspólny wyjazd miał być okazją do podreperowania zdrowia (dla tej pierwszej) oraz szansą na zdobycie nowych znajomości (dla tej drugiej)…

Kiedy w ekskluzywnym domu zdrojowym jeden z kuracjuszy nagle umiera, wszystko wskazuje na to, że właśnie Zosia miała z nim kontakt jako ostatnia. Dość burzliwy zresztą, co mogą potwierdzić świadkowie. Staje się zatem pierwszą z podejrzanych, choć ona sama niewiele pamięta oprócz tego, że spała. Chyba…

Spokojny turnus szybko zamienia się w serię coraz dziwniejszych wydarzeń.

A gdy w samym środku tego zamieszania pojawiają się Setka i Cięta, jedno jest pewne – spokój w Dulawce właśnie się skończył.

Czy przyjaciółki zdołają odkryć, kto w tym uzdrowisku postanowił sięgnąć po naprawdę radykalną terapię?

„Dom zdrojowy Dulawka" Agnieszki Płoszaj grafika promująca ksiązkę

Do przeczytania książki Agnieszki Płoszaj Dom zdrojowy Dulawka zaprasza Wydawnictwo Prozami. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dom zdrojowy Dulawka. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Tydzień wcześniej

Zmierzchało, gdy bus z logo domu zdrojowego Dulawka zaparkował na podjeździe uzdrowiska o tej samej nazwie. Z samochodu wysypało się kilkunastu kuracjuszy, którzy zaraz po odebraniu od kierowcy swoich bagaży, z uśmiechem zaczęli wymieniać się wrażeniami z widoku roztaczających się przed nimi górskich terenów. Wśród leśnych pagórków wyrastał dwuskrzydłowy budynek ośrodka, w którym przyszło im wypoczywać. Jedną z przybyłych była Zosia Słoneczko. Drobna blondynka o miłej aparycji i spokojnej naturze, która miała nieznośną tendencję do wpadania w kłopoty. Zazwyczaj były one skutkiem roztargnienia, pomyłek lub dobroduszności Zofii. Dotyczyły głównie gubienia lub znajdowania wartościowych przedmiotów, dokumentów i ogólnie ujmując rzeczy, które wciągały ją w rozmaite afery, draki, a nawet sprawy natury kryminalnej. Z tego powodu jej kochający i zapobiegliwy mąż Stanisław zadbał o to, by w podróży towarzyszyła żonie kuzynka, Krystyna Pająk. Miał bowiem nadzieję, że obecność krewnej zmniejszy ryzyko zaistnienia sytuacji kryzysowej. A w razie gdyby takowa wystąpiła, Zosia będzie miała kogoś bliskiego pod ręką.

Krystyna naturalnie przyjęła propozycję wyjazdu z entuzjazmem, tym bardziej że Stanisław wziął na siebie koszty jej pobytu w Dulawce. Obiecała co prawda pilnować kuzynki, ale zaznaczyła, że w przeciwieństwie do Zosi, której celem podróży jest poprawa kondycji zdrowotnej, ona ma zamiar poprawić sobie układy towarzysko-rozrywkowe. Plan zaczęła wdrażać w życie już na trzecim postoju, gdy do busa dosiadł się pan Waldemar z Bytomia. Z nonszalancją dżentelmena poczęstował Krystynę i Zofię belgijskimi pralinami oraz francuskim koniaczkiem. Zosia poprzestała na jednym bruderszafcie, zaś Krystyna z Waldemarem wyzerowali flaszkę, zanim bus dobrze rozpędził się na autostradzie. Tak więc teraz, gdy wszyscy zmierzali do recepcji luksusowego – jak wynikało z folderów – ośrodka sanatoryjnego, Zosia dźwigała nie tylko swój bagaż, ale i kuzynkę. Zawisła ona na jej barku, podczas gdy drugiego ramienia użyczał pan Waldek. Krystyna odzyskała rezon na widok kobiety za kontuarem recepcji. Wyprostowała się i otrzeźwiała na tyle, by się wylegitymować i odebrać klucz do pokoju, który miała dzielić z Zofią. Co prawda, pan Waldemar, z frywolnym uśmiechem pod jeszcze bardziej frywolnym wąsem, próbował przekonać panią recepcjonistkę, by zmieniła rezerwację i Krystynę umieściła w jego „apartamencie z widokiem”, ale Krystyna pozostała lojalna wobec rodziny i nie zgodziła się na żadne zamiany.

Razem z Zosią wylądowały w uroczym pokoiku na drugim piętrze, gdzie niemal od razu położyły się na spać, zaś pan Waldemar otrzymał pokój piętro niżej. Do spółki z Marianem Ryjkiem, emerytowanym adwokatem o małych oczkach i pulchnych, czerwonych policzkach. Początkową niechęć do siebie panowie zatopili jeszcze tego samego wieczora w drink barze, ustalając zasady korzystania ze wspólnej przestrzeni pokoju. Gdy dosiedli się do nich Wacek Sztruchajło i Ryszard Graba, jak się okazało sąsiedzi „przez ścianę”, barman skapitulował i zamknął barek jeszcze przed północą. W ten sposób zasugerował gościom, by udali się na spoczynek. Znał bowiem zasady panujące w Dulawce i wiedział, że o poranku czeka ich test tężyzny fizycznej i zdrowotnej. Cała czwórka zgodnie z zaleceniem przeniosła się na piętro, a konkretnie do pokoju Waldemara i Mariana, by tam kontynuować spotkanie zapoznawczo-integracyjne.

Noc w Dulawce upłynęła spokojnie, nie licząc przyśpiewek wojskowych na balkonie w wykonaniu Ryśka Graby, którego wspierało bełkotliwe pianie Waldemara. Wspominki służby wojskowej przerwał telefon z recepcji z ostrzeżeniem, że jeśli raz jeszcze wezwą matkę na przysięgę, dowie się o tym policja. Argument trafił do panów, którzy zakończyli żołnierską wartę.

O poranku kuracjusze zebrali się w stołówce, gdzie podczas śniadania przywitało ich grono specjalistów z różnych dziedzin medycyny niekonwencjonalnej. Dulawka bowiem słynęła z tego, że była jedynym obiektem sanatoryjnym w kraju, stosującym medycynę alternatywną i holistyczną jako podstawową i najskuteczniejszą formę leczenia.

Jako pierwsza głos zabrała żona właściciela Dulawki, piastująca stanowisko dyrektorki owego obiektu, profesor Irena Stuf-Dulawka. Szefowa, jak nazywał ją mąż i personel, była specjalistką od pijawek i akupunktury i w kilku słowach na kreśliła gościom zasady panujące w ośrodku. Wspominając o negatywnym wpływie stosowania używek i zakazie ich przyjmowania przed zabiegami, zerknęła znacząco na Waldemara. Ten zbył uwagę milczeniem, choć w głowie wyzywał właśnie barmana i recepcjonistkę od najgorszych szpicli. Oskarżycielski wzrok Szefowej omiótł jeszcze Ryśka i Wacka, po czym profesor Dulawka przeszła płynnie do przedstawienia swojego zespołu. W jego skład wchodzili przedstawiciele właściwie wszystkich dziedzin medycyny naturalnej i alternatywnej, którzy zdobyli doświadczenie w swoich niecodziennych specjalizacjach w różnych zakątkach świata. Każdy z nich już samym wyglądem wzbudzał ciekawość i zainteresowanie zebranych. W przypadku pewnego małżeństwa z Łowicza doszło nawet do wymownych cmoknięć i upominającego szturchańca, gdy okazało się, że mąż za długo wpatrywał się w uśmiech jednej z terapeutek. Cóż, zespół Dulawki prezentował się pięknie. Tryskał młodością, serdecznością i empatią.

W gronie terapeutów była doktor Dobrawa Łan, opalona hipiska w luźnej tunice, z zawieszonymi na szyi sznurami drewnianych koralików, muszelek i piórek. Łan uśmiechała się przyjaźnie, raz po raz dotykając cienkich, jasnych dreadów. Przedstawiła się jako „Dobrusia zrodzona w zbożu”, a jej specjalnością było ziołolecznictwo, dźwiękoterapia, hydro- oraz aromaterapia. Parała się też kąpielami leśnymi, które cieszyły się wśród odwiedzających ośrodek gości bardzo dużym wzięciem. Do udziału w rytuałach zapraszała wszystkich, którzy chcieli pozbyć się nałogów, stanów lękowych lub innych nieprzyjemnych przypadłości. Gdy wyjaśniała, gdzie znajduje się jej gabinet, wtrącił się Waldemar:

– Jeśli o mnie chodzi, to bardzo chętnie na tę kąpiel bym się zapisał. Bo rozumiem, że to z panią doktor… Pod sosenką, w szuwarach i tak dalej… – Poprawił wąs i mrugnął zalotnie. – Wszystko oczywiście w ramach terapii. – Uniósł dłonie w obronnym geście.

– A co panu dolega? – zapytała Dobrawa.

– Cóż, kompletnie nic. Chłopak zdrowy jestem i wesoły. A moja chuć jest ponadprzeciętna – rzucił z frywolnym uśmieszkiem.

– Ach… Rozumiem… Seksoholizm. W takim przypadku polecam jednak terapię pijawkami. Ale tym zajmuje się szefowa… – Dobrawa z uśmiechem wskazała na swoją prze łożoną.

– Och, naturalnie… Ja i moje pijaweczki oduczymy pana złych manier – zapewniła profesor Irena, posyłając Waldemarowi wymowne spojrzenie.

Wszyscy, z Krystyną Pająk na czele, gruchnęli śmiechem. Krystyna uznała Waldemara za nadzwyczaj intrygującego mężczyznę. Z dystansem do siebie, a w dodatku figlarza. To oznaczało, że w jego towarzystwie czekała ją prawdziwa zabawa. Gorzej, że chyba nie tylko ona o tym pomyślała, bo momentalnie obok Waldemara pojawiła się cycata blondyna z kokiem na czubku głowy. Zamrugała do niego zalotnie, po czym zaprosiła do swojego stolika.

Tymczasem Szefowa przeszła do przedstawiania kolejnych osób ze swojego zespołu. Faustyna, bo tak miała na imię orientalnej urody doktor hipnoterapii, podobnie jak Dobrawa uśmiechała się do wszystkich przyjaźnie, jednak różniła się od niej nie tylko wyglądem, ale i manierą. Miała bowiem w sobie jakąś tajemniczość, zagadkę, jakby szczyptę magii. Wrażenie to wzmacniał czarny makijaż delikatnie skośnych oczu. W płatku zgrabnego nosa połyskiwał kolczyk, od którego po policzku biegł cienki łańcuszek. Kończył się na uchu, ukrytym pod pasmami długich, czarnych włosów, które spływały lśniącą kaskadą na ramiona okryte barwną tkaniną, czymś w rodzaju zwiewnego peniuaru. Faustyna była mistrzynią hipnozy, co wielokrotnie podkreślała podczas autoprezentacji. Zaintrygowała Zofię tak bardzo, że Słoneczko gotowa była zjawić się w jej gabinecie natychmiast. Niczego nie pragnęła tak mocno jak głębokiego relaksu, nadzwyczajnego stanu spokoju i odprężenia. Czuła, że Faustyna jest w stanie jej to zagwarantować. Zabrać w podróż przez barwne meandry umysłu i pomóc odnaleźć własne ja. Nawet jeśli miałby jej w tym towarzyszyć jednorożec, kucyk czy inny wyzwolony koń, była gotowa wskoczyć na jego grzbiet.

Następnie do głosu dopuszczono doktora Piszczela. Ten wysoki trzydziestokilkulatek o skandynawskiej urodzie oprócz tego, że trudnił się ortopedią, był też joginem i fizjoterapeutą. Śmieszkował, że podczas jego zajęć nikt nie nabawi się żadnej kontuzji. A nawet jeśli komuś chrupnie tam i ówdzie, to jego zdolne doktorskie dłonie przyjdą z pomocą. Szefowa, by podtrzymać żartobliwą atmosferę, poklepała Piszczela po ramieniu i z figlarnym uśmiechem rzuciła, że jeśli chodzi o ból kości, to Piszczel nie bierze jeńców. Waldemar, z właściwą sobie ironią, przyznał jej rację:

– Rzeczywiście, pani profesor. Jak się człowiek jebnie w piszczel, to nie ma mocnych! – zarechotał.

Zawtórował mu chichot Krysi, którą zagłuszył jednak tubalny śmiech Blondyny. Krystyna łypnęła na nią, dając wyraźny sygnał, że ten sparing dopiero się zaczyna.

Szefowa cierpliwie przeczekała heheszki, dogadywanie Waldemara i próby uciszania go przez małżeństwo z Łowi cza. Gdy sala w końcu przycichła, pani Dulawka nieskromnie wspomniała o swoich talentach. Zajmowała się hirudoterapią, stawianiem baniek oraz irydologią. Przyznała, że ceni również medycynę chińską i ma z niej kilka fakultetów. W kulminacyjnym momencie jej prezentacji po stołówce poniósł się szmer, po czym zapadła cisza, bo na salę wkroczył sam właściciel uzdrowiska, profesor Tadeusz Dulawka. Przeszedł niemal bezszelestnie między stolikami i stanął obok żony. Cały na biało, w lnianych spodniach i luźnej koszuli rozpiętej tak, by odkrywała górną część jego klatki piersiowej. Na opalonej skórze połyskiwały zawieszone na szyi sznury z tygrysiego oka. Białoszare włosy założone za uszy przywodziły na myśl samego Boga Stwórcę. Dulawka niewątpliwie roztaczał wokół siebie aurę absolutu. Jego autorytet był niepodważalny i nikomu nawet nie przeszło przez myśl, by zacząć się zastanawiać, dlaczego ten epatujący nieziemską aparycją człowiek uciekł z wielkiego miasta tu, w góry i założył ośrodek. Nikt nie próbował się domyślać, kim tak naprawdę jest ten piękny, dojrzały mężczyzna, którego obecność wywołała w kilku kobiecych sercach chwilową tachykardię.

Książkę Dom zdrojowy Dulawka kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Tagi: fragment,

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Dom zdrojowy Dulawka
Agnieszka Płoszaj0
Okładka książki - Dom zdrojowy Dulawka

Luksusowe sanatorium, dwie seniorki, natrętny adorator, a do tego trup... Zofia Słoneczko - kobieta spokojna i dobroduszna, lecz z tendencją do wpadania...

Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Opad
Opad

František Kotleta

Pokaż wszystkie recenzje