Jak forsę rozdają, to już klapa. Fragment książki „Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie"

Data: 2019-08-28 10:13:18 Autor: Sławomir Krempa

Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie to wspomnienia z lat 1939-1946 Stanisława Jankowskiego, legendarnego żołnierza AK, powstańca warszawskiego i cichociemnego. Opowieść o ludziach, zadaniach wywiadowczych, życiu codziennym i historycznych momentach. Wspomnienia obszerne, pełne postaci, szczegółów, danych, ale też napisane lekko, z talentem literackim. W naszym serwisie zaprezentowaliśmy właśnie sylwetkę Stanisława Jankowskiego, autora publikacji. 

Książkę czyta się jednym tchem, wciąga jak sensacyjna powieść. A przecież jest to jedno z najważniejszych świadectw okresu wojny, pozycja bardzo ceniona przez historyków, obowiązkowa dla wszystkich zainteresowanych historią XX wieku. Obecne wydanie, jednotomowe, opracowane w nowej szacie graficznej, poprzedzone zostało wstępem pióra prof. Tomasza Szaroty.

-> Recenzja książki Agaton. ZZ fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia cichociemnego

Do lektury zaprasza Wydawnictwo Bellona. W minionym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam fragment książki Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia cichociemnego. Dziś czas na kolejną odsłonę wspomnień Stanisława Jankowskiego:  

Mimo gorzkich rozczarowań z pierwszej zbiórki baterii zabraliśmy się do roboty. Rozpoznanie Ośrodka nr 3 pogłębiło mój pesymizm. Pozostałe dywizjony i baterie, wypełniające schemat organizacyjny wiszący w dowództwie na ścianie, były równie mizerne jak nasza bateria. Przygnębieni, ponownie zameldowaliśmy się u pułkownika Batorego. Tym razem wydał mi się zatroskany. W odpowiedzi na nasze natarczywe pytania podał wytyczne do zajęć i szkolenia.

– Kogo mamy szkolić?

– Stale napływają nowi poborowi – wyjaśniał pułkownik. – Należy się już wkrótce liczyć z pełnym stanem liczbowym chwilowo kadrowych oddziałów.

Na pytanie o sprzęt i amunicję pułkownik zapewnił, że właściwy sprzęt nadejdzie. Pytanie „skąd” – byłoby wyraźnym nietaktem. Zalecał pogłębianie znajomości regulaminu, obsługi dział i opisu sprzętu.

– Tysięczna jest to kąt, pod jakim widzimy odcinek jednego metra z odległości jednego kilometra. Powtórzcie! Tysięczna jest to kąt...

Cholera! 8 września. Niemcy zajęli już Łódź. Ciężkie bombardowanie Warszawy. A ja tu siedzę w koszarach w Wilnie i jak ostatni cymbał tłumaczę kilkunastu zaspanym cywilom w zbyt nowych mundurach, co to jest tysięczna. Muszę lojalnie przyznać, że moi nowi podkomendni znacznie realniej oceniali sytuację. Nawet nie udawali, że to ich cokolwiek obchodzi.

Wysłałem listy do Zosi do Sutna i do rodziców do Warszawy, nie bardzo wierząc, że dojdą. Raczej dla dodania sobie otuchy, obrony przed bezczynnością. Pilnie słuchałem radia. Oględne sformułowania nie były w stanie zamaskować katastrofalnej treści komunikatów. Zapowiedziany sprzęt do Ośrodka nie nadchodził. Stan baterii zwiększał się powoli o flegmatycznych wilniuków i przybyłych z różnych stron kraju pogubionych rezerwistów.

Po apelu radiowym pułkownika Umiastowskiego, wzywającym wszystkich zdolnych do służby wojskowej mężczyzn, by opuścili Warszawę i udali się na wschód, do Wilna zjechało sporo warszawiaków.

Spotkałem wielu kolegów i znajomych: Stanisław Lewicki, Leonard Rudowski – prawnicy, Tadeusz Pfeiffer, ze znanej rodziny warszawskich garbarzy, mój kolega jeszcze z dziecinnych kompletów, Wacław Wasiutyński, przyjaciel mego brata, zmobilizowany do I pułku piechoty legionowej w Wilnie. Widywaliśmy się niemal codziennie. Z zapartym tchem słuchaliśmy wieści z Warszawy. Namiętnie komentowaliśmy wiadomości z frontu i studiowaliśmy mapy. Mapę Europy, na której nic się nie działo, i mapę Polski, na której działy się przerażające rzeczy.

Przybyli z Warszawy koledzy cywile chcieli za wszelką cenę dostać się do wojska. Świeżo wyfasowany pistolet vis wzmocnił mój autorytet. Z wysokości mojej jednej gwiazdki obiecywałem wszystkim ochotnikom wojskową protekcję.

Zaniepokoiłem się poważnie, gdy nagle wezwali nas do oficera płatnika i wypłacili nam z góry pobory za sześć miesięcy.

– Teraz to już naprawdę niedobrze – komentował „Gazda”, układając w mapniku pokaźny plik nowiutkich banknotów. – Jak forsę rozdają, to już klapa.

Poszedłem na pocztę, żeby te pieniądze wysłać Zosi. Urzędnik przyjął przekaz, ale ostrzegał o coraz większych trudnościach i opóźnieniach w dostarczaniu przesyłek.

Potem wszystko rozegrało się bardzo szybko. 17 września wojska radzieckie przekroczyły granicę Polski. Byliśmy wstrząśnięci i przygnębieni.

Na gwałt organizowano obronę miasta.

Razem z „Gazdą” i kilkuosobowym działonem pojechaliśmy na ochotnika na szosę w kierunku Mejszagoły. Dwa konie, które niespodziewanie awansowały z kuchni do linii bojowej, ciągnęły działo: „armatę polową, kaliber 75 mm, wzór 97”. Z dwóch armat naszej baterii nam dostała się ta bez poziomnicy.

Noc, za nami Wilno, w którym po raz pierwszy postrzegano zaciemnienia okien.

Ja również po raz pierwszy w życiu ustawiłem na wojnie działo „na dozór”. Starałem się włożyć w tę prostą czynność całą niewyżytą tęsknotę mego artyleryjskiego serca. Wybraliśmy wzgórek o kilkadziesiąt metrów od szosy. Widoczność była dobra. „Gazda” obliczał odległości i przygotowywał komendy ogniowe. Ja z resztą działonu maskowałem stanowisko ogniowe. Działo było co prawda bez poziomnicy, amunicji mieliśmy niewiele – ale wreszcie byłem na froncie. Będziemy strzelali „na wprost”.

Zapadł zmrok.

Pierwszy samochód, który nas minął w kierunku na Mejszagołę, jechał ze zgaszonymi światłami i nie zwrócił mojej uwagi. Ale przy drugim, który w kilka minut później mijał nas z pełnymi światłami, nie wytrzymałem. Przecież jest wojna, obowiązuje zaciemnienie. Czułem się niemal dowódcą tego odcinka frontu i z moim visem w ręku zatrzymałem auto.

– Zgasić światło! Stój! Dokąd jedziecie?!

W aucie jacyś cywile. Potulnie zgasili światło i wyjaśnili mi swój kierunek jazdy na Mejszagołę. Mejszagoła – to znaczy granica litewska. Kilka następnych aut, które minęły nas w ciągu pół godziny, jechało zaciemnionych, nie wzbudziło mych zainteresowań.

Ustaliliśmy dyżury przy dziale. Urządziliśmy prowizoryczną budkę-schron, w którym można się będzie przespać.

Coraz bardziej wzrastający ruch samochodowy na szosie traktowałem jako przygotowania obrony Wilna. Ciszę i spokój naszego punktu przeciwpancernego wkrótce przerwał nadjeżdżający rowerzysta. Na nasz widok stanął, cisnął rower do rowu i przybiegł do nas, głośno wykrzykując:

– Chłopaki, koniec! Idziemy na Berlin!

– Stój! Nie drzyj się!

– Panowie! – sumitował się nieoczekiwany entuzjasta – co tu stoicie? Nic nie wiecie?

Gość był z lekka wstawiony. Nasza podejrzliwa nieufność oburzyła go i rozczuliła jednocześnie. Chciał się z każdym podzielić wspaniałą nowiną.

– Koniec, panowie! Rewolucja w Berlinie. Włochy wypowiedziały wojnę Niemcom. Alianci leją Hitlera!

Skąd to wie? Wszyscy o tym już wiedzą w Wilnie. Jedzie zawiadomić rodzinę. Jakby na potwierdzenie swych fantastycznie dobrych wieści wciskał każdemu z nas pudełka papierosów, którymi miał wypchany duży plecak.

– Koniec wojny! Idziemy na Berlin! – powtarzał uparcie.

Na wszelki wypadek postanowiliśmy nie zwijać stanowiska, ale poczekać na dalsze rozkazy. Od strony miasta słychać było pojedyncze strzały, widać było światła. Strzały i światła? To jasne: salwy na wiwat. Tylko dlaczego coraz większy ruch na szosie? I tylko w kierunku na Mejszagołę?

Jeszcze nie zdążyliśmy nacieszyć się fantastyczną wieścią i perspektywą marszu na Berlin, gdy zahamował obok nas jadący na motocyklu oficer.

– Strzelanina w mieście! Uciekajcie! Wszystko skończone!

– Jak to? Przecież koniec wojny?! Rewolucja w Niemczech?!

– Nieprawda! W mieście panika! Uciekajcie na Litwę!

Prawdziwość tych przerażających wieści potwierdzał narastający z każdą chwilą ruch na szosie. Już nie pojedyncze auta, ale bezładna, rozkrzyczana fala ludzi, pojazdów i koni. Zapełniła całą szerokość drogi. Samochody, autobusy, furmanki konne. Zwarta grupa policjantów na rowerach, obojętnych na panujący bałagan, pedałuje zdecydowanie ku granicy. Nie brak było i piechurów. Przerażeni, po ciemku, byle dalej od Wilna.

Staliśmy na skraju drogi przytłoczeni tym widokiem.

– Po cholerę wam armata! Uciekajcie! – krzyknął na nasz widok jakiś facet. Zatrzymał obok nas wóz, na którym jechał, i szybko ładował walizki, które pospadały mu w ciemnościach. – Zostawcie armatę i jedźcie. Jeszcze zdążycie tłumaczył nam rzeczowo i uprzejmie.

Wyładowany po brzegi autobus mijał nas powoli. Manewrując wśród tarasujących drogę furmanek, zapalił reflektory.

– Światło! Zgaś światło, cholero! – krzyknął ktoś przerażony. Trach – strzał z pistoletu zgasił jeden z reflektorów autobusu. Zamieszanie i krzyki. Szofer autobusu bezceremonialnie zepchnął furmankę do rowu.

Nie wiem, czy bardziej byłem przerażony, czy rozgoryczony. Przed chwilą na Berlin – a teraz na Mejszagołę! Nie zdążyłem na wojnę. Po to wyjechałem z Warszawy, po to przejechałem pół Polski, żeby teraz po ciemku uciekać? Po to ustawiłem po raz pierwszy w życiu działo na stanowisku bojowym, żeby je tu w rowie zostawić?

Zostawić działo. Nie. W podchorążówce we Włodzimierzu podczas żołnierskiej przysięgi kładliśmy palce na lufie działa.

Nie próbowaliśmy nawet po nocy i w tłumie uciekinierów dotrzeć do naszych koni, pozostawionych w przepisowej odległości od stanowiska ogniowego. Zaprzodkowaliśmy i na piechotę wytaszczyliśmy działo na szosę.

– Armata „wzór 97”, ciężar 1190 kg – wspominałem opis sprzętu, obracając rękoma szprychy koła na świeżym rżysku. Potem już na szosie załadowaliśmy do przodka amunicję. Z najbliższego wozu, który nadjechał, wyprzęgliśmy konie, by je zaprząc do naszego działa. Jedynie chyba duch generała Bema, patrona polskiej artylerii, był wówczas po naszej stronie, bo właściciele tych koni i fury mocno protestowali. Znacznie logiczniej niż my wyciągnęli wnioski z sytuacji i dopiero naszymi pistoletami przeforsowaliśmy pogląd, że jednak działo było ważniejsze od fury pełnej ludzi i walizek.

Do dziś nie wiem, czy wówczas, w nocy, na szosie do Mejszagoły, mieliśmy rację.

Strażnica Korpusu Ochrony Pogranicza przy szosie do Mejszagoły była pusta. Pootwierane drzwi, zerwane aparaty telefoniczne, puste stojaki po karabinach. Ciemno. Pojechaliśmy dalej. Zastąpił nam drogę biało-czerwony szlaban podniesiony do góry i tablica z orłem. To już koniec. Kilkadziesiąt kroków dalej – Litwa, żołnierze w obcych mundurach.

Tłum uciekinierów zmęczony nocnym marszem uspokoił się. Nikt nas nie gonił. Tylko z dala na horyzoncie świeciły łuny i słychać było pojedyncze strzały.

Można było iść. O kilkadziesiąt kroków dalej był neutralny kraj.

Litwini przepuszczali każdego bez względu na mundur, jaki nosił, pod warunkiem, że był bez broni lub zdał broń na granicy.

W brzasku dnia szliśmy z „Gazdą” wzdłuż drogi. W rowach wywrócone wozy bez koni, karabiny bez pasów. Mundury, skrzynie, papiery. Tej nocy na szosie do Mejszagoły dokonało się nagłe przewartościowanie. Karabin stał się bezużytecznym żelastwem, a skórzany pas – pożytecznym ekwipunkiem na drogę.

Odprzodkowaliśmy armatę i ustawiliśmy ją opodal granicy. Lufą w kierunku Wilna. Jeszcze raz przygotowaliśmy cele i dane ogniowe.

Na granicy ludzi było coraz mniej.

Główna fala uciekinierów przeszła już w nocy. Postanowiliśmy czekać. Nadjechał jakiś zapóźniony major na motocyklu. Stwierdziwszy, że to już granica, oddał nam motocykl i broń boczną. Motocykl, duża belgijska sarolea z przyczepą i specjalnymi biegami terenowymi. W przyczepie pozostała już tylko podstawka po zdemontowanym erkaemie.

W tym przygnębiająco ochotniczym przekraczaniu granicy nie brak było i tragicznych epizodów. Wkrótce po nas przyjechał jakiś kawalerzysta. Zsiadł z konia, podciągnął strzemiona, popuścił popręgi. Pogłaskał konia po szyi. Po czym palnął mu w łeb. A potem sobie.

Jacyś oficerowie przyjechali polskim fiatem 508, który nam zostawili. Spoglądali na działo. Nie podzielali naszych naiwnie wojennych zamiarów. Zgodnie z rozkazem mamy przejść granicę, złożyć broń, a potem „bić się dalej”.

Od Płocka do Wilna nie mogłem zdążyć na wojnę, więc to „bić się dalej” zabrzmiało mi szczególnie ironicznie. Wkrótce pozostało nas po polskiej stronie granicy tylko kilku. Nasz działon i plutonowy poznaniak, zabłąkany jeszcze bardziej niż my na tej wileńskiej szosie.

Łapaliśmy biegające po polu konie. Chcieliśmy je dać miejscowym chłopom. Oczy im się śmiały do koni, ale odmawiali kategorycznie. Konie były wyraźnie wojskowe. Bali się.

Plutonowy poznaniak szybciej od nas pozbierał się nerwowo i zabrał do roboty. Uruchomił pozostawiony autobus i zwoził nim na granicę porzucony sprzęt. Poszliśmy z „Gazdą” szosą w kierunku Wilna na rozpoznanie. Cisza i spokój, tylko z daleka słychać było pojedyncze, coraz rzadsze strzały.

Przez granicę przeszli do nas litewscy oficerowie. Jeden z nich, major, mówił dobrze po polsku. Namawiał, byśmy przeszli granicę. Na co tu czekamy? Sami nie bardzo wiedzieliśmy, na co. Postanowiliśmy jednak czekać jak najdłużej. Po co? Może po prostu, żeby jak najdłużej być w Polsce.

Plutonowy poznaniak wrócił rano autobusem wyładowanym bronią. Pojechał po raz drugi w kierunku Wilna i już nie wrócił. Przez granicę przeszło do nas znowu kilku oficerów litewskich, wśród nich jakiś pułkownik.

Staraliśmy się trzymać fason. Wstyd nam było i za „marsz na Kowno”, i za ten tłumny przemarsz przez granicę, i za te porzucone w rowie karabiny. Czym mogliśmy się usprawiedliwić? Naszą armatą wzór 97 ustawioną na granicy? Świeżo usypaną mogiłą kawalerzysty? Armata nie miała poziomnicy, a leżący opodal zabity kary koń śmierdział coraz bardziej. A Westerplatte i Warszawa były bardzo daleko.

Oficerowie litewscy, zwłaszcza starsi, mówili po polsku. Częstowali nas papierosami. Podziękowaliśmy, bo papierosów mieliśmy w bród. A to, że już trzeci dzień nie jedliśmy nic poza wojskowymi, twardymi jak kość sucharami, to już nasza sprawa.

Litwini przetoczyli na swoją stronę granicy porzucone samochody. Naszego fiacika i belgijski motocykl również. Nie będą nam już potrzebne.

Następnej nocy poszliśmy piechotą znowu kilka kilometrów w stronę Wilna. Przepłoszyły nas czołgi. Słychać je było wyraźnie coraz bliżej.

Nie rozbieraliśmy się od kilku dni. Nie mieliśmy żadnych wieści poza bardzo skąpymi informacjami od litewskich strażników granicznych. Zresztą po co nam były wiadomości? Czego mogliśmy się spodziewać? Pozostał nam odcinek szosy, armata i podniesiony do góry biało-czerwony szlaban.

Wyłaziło z nas zmęczenie i gorsza od zmęczenia bezradność. Wracać do Warszawy? Iść do Wilna? Przejść granicę litewską?

Tej nocy postanowiliśmy się przespać w stojącej opodal stodole. W pobliskiej chałupie zgodzili się wreszcie przygotować nam nazajutrz rano gorące mleko. Zbudził nas warkot czołgów. Szlaban graniczny był opuszczony. Stały przy nim dwa radzieckie czołgi.

Zdecydowaliśmy się przejść granicę. „Marsz, marsz, Dąbrowski, z ziemi włoskiej do polskiej”? Francja – wydawała nam się wówczas bardzo bliska.

Lichy sosnowy lasek. Borówki, czarne jagody. Szliśmy bardzo wolno. Bliskość granicy odczuwałem niemal fizycznie. Jeszcze sto kroków Polski, jeszcze pięćdziesiąt, Litwini dawali nam znaki, byśmy się pośpieszyli. Jeszcze dwadzieścia kroków. Jeszcze możemy zawrócić. Szedłem coraz wolniej. Nikt mnie nie gonił, a oglądałem się ciągle za siebie.

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia cichociemnego
0
Okładka książki - Agaton. Z fałszywym ausweisem w prawdziwej Warszawie. Wspomnienia cichociemnego

Wspomnienia z lat 1939-1946 legendarnego żołnierza AK, powstańca warszawskiego i cichociemnego. Opowieść o ludziach, zadaniach wywiadowczych, życiu codziennym...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Bezmiar
Grzegorz Kapla
Bezmiar
Coco i jej mała czarna sukienka
Annemarie Van Haeringen
Coco i jej mała czarna sukienka
Bo trzeba żyć. Apolonia
Ewa Szymańska
Bo trzeba żyć. Apolonia
Asiunia
Joanna Papuzińska
Asiunia
Bachor
Katarzyna Ryrych;
Bachor
Oczy wilka
Alicja Sinicka
Oczy wilka
Sekret antykwariusza
Paweł Jaszczuk;
Sekret antykwariusza
Pokaż wszystkie recenzje