Niepokój na dobre się we mnie rozgościł. "Las kości i dusz"

Data: 2021-10-29 06:00:01 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Zakazana magia, tajemne moce, trujący deszcz i walka z ciemnością... Gdy ciemna moc rośnie w siłę, trójka nieznajomych wyrusza, by odkryć pogrzebane od dawna tajemnice...

Deszcz znad zamku Macrosza jest trujący, to pewne. Nikt nie wie jednak, dlaczego tylko Béata może przejść przez śmiercionośny dla innych żywioł bez szkody. Po śmierci brata Béaty dziewczyna i jej przyjaciel Benedek wyruszają w niebezpieczną podróż, aby odkryć źródło tej tajemnicy. Towarzyszyć im będzie Liljana, dziewczyna o ukrytych mocach...

Dla Béaty będzie to podróż ku prawdzie. Dla Liljany - ucieczka przed cieniami. Dla Bedenka - szansa na nowe, lepsze życie.

Obrazek w treści

Las kości i dusz to niezwykła historia o podróży przez inspirowany węgierskimi mitami świat pełen magii i tajemnic oraz o podróży w głąb siebie. Do lektury nowej książki Lisy Lueddecke zaprasza Books4YA. Tymczasem już teraz zachęcamy do przeczytania prologu powieści:

PROLOG

BÉATA

Mama mówiła, że śmiercionośny deszcz padający nad zamkiem to szloch po upadłej królewskiej parze. Nigdy nie słabł, bo ta żałość nie miała końca. „Trzymaj się z dala od pałacu” – powiedziała mama. „Nie pozwól, żeby magia cię przyciągnęła. Nie podchodź na tyle blisko, by ją kusić. Jesteś teraz za młoda, ale kiedyś zrozumiesz dlaczego”. Jej słowa sprawiły, że w izbie oświetlonej świecami, gdzie cienie tańczyły na ścianach, zrobiło się lodowato. Ta przestroga brzmiała niczym oddech przy moim uchu, aż włoski stawały mi dęba na karku.

Przez jakiś czas zastanawiałam się nad słowami mamy i przeszywał mnie dreszcz grozy, kiedy ludzie wspominali o zamku. To sprawiało, że nie oddalałam się zbytnio od domu. Jednak w miarę upływu dni, kiedy jedna pora roku nastawała po drugiej, a śnieg i wiatry ustępowały miejsca wiosennemu ciepłu, mój strach malał. Kiedy snuto jesienią opowieści przy kominku, nie przestawałam się zastanawiać, czy historie o zamku i zabójczym deszczu nie były zmyślone jedynie po to, by powstrzymać niesforne dzieciaki przed łażeniem po pustym zamku i zagubieniem się w jego korytarzach o wysokich sklepieniach. „Nie wolno wam wejść w deszcz” – powtarzali dorośli. „Ani wam, ani nam, ani nikomu, bo już pojedyncza kropla zamkowego deszczu na skórze wystarczy, żeby pozbawić życia”.

Pewnego ciepłego, pogodnego wieczoru, kiedy zbliżał się już zmierzch i zrobiłam wszystko, co do mnie należało, a w tawernie panował zbyt duży ruch, by mama i tata zauważyli moją nieobecność, stopy same poniosły mnie po ścieżce przez las w kierunku zamku. Miałam jedenaście lat. To wystarczało, żeby zignorować tamte ostrzeżenia – już dawno przestałam być dzieckiem i urosłam na tyle, by uważać się za osobę dorosłą. Przy tym wabiąca magia przeklętego zamku stała się zbyt silna, dlatego ostatecznie jej uległam.

Podążałam ścieżką obok rwącej rzeki, ostrożnie stawiając kroki. Niczym dziecko bawiące się w chowanego szukałam spojrzeniem ciekawskich oczu, które mogłyby mnie obserwować. Ale widziałam jedynie rozległy, milczący las.

Wkrótce dostrzegłam bryłę potężnego, złowrogiego Zamku Vyesta. Czerwonawoszare kamienie ufortyfikowanej wieży wznosiły się nade mną i bodły niebo z niewielkiego wzniesienia, na którym zamek był ulokowany. Szczeliny łucznicze gapiły się na mnie niczym wąskie oczy kota, wzywające mnie, bym podeszła bliżej. Wydawały się połyskiwać czerwienią, a ja miałam wrażenie, jakby wszystkie zasłyszane opowieści o zamku stały się czymś rzeczywistym.

Zadrżałam i odeszłam o krok od niewielkiej rzeki, która wiła się wokół murów i znikała w wielkim lesie.

Stare jak świat drzewa porastały grunt, ich sękate gałęzie pięły się do góry pod dziwnymi kątami, wyglądały jak połamane kończyny. Tu i tam po drugiej stronie rzeki opływającej zamkowe wzgórze – której pewna część odbijała od głównego nurtu i płynęła na wprost przez zamek – na ziemi leżały kości wybielone przez trujący deszcz, a w kilku miejscach widać było też trupy z resztkami ciała.

Wiedziałam, że nie powinnam na to patrzeć, by oszczędzić sobie koszmarów, które bez wątpienia miały mnie nękać we śnie dziś w nocy, a mimo to nie odrywałam wzroku. Nigdy

nie widziałam śmierci tak wyraźnej i prawdziwej. Te ciała były kiedyś ludźmi – takimi jak ja. Przesunęłam dłoń wzdłuż ramienia i wyobraziłam sobie kości ukryte pod skórą, podobne do tych zaściełających trawę.

Atmosfera wrogości gęstniała w powietrzu. „To tylko deszcz” – pomyślałam, wpatrując się w krople tworzące mur wokół zamkowego terenu. To wyglądało na deszcz.

Pachniało jak deszcz. Tworzyło mgłę nad ziemią, jak zawsze bywa w czasie letnich ulew.

A jednak nie był to zwykły deszcz.

Jakiemuś złu przepełniającemu każdą kropelkę udawało się zabić wszystkich leżących na zamkowych gruntach.

Głos mamy, rozbrzmiewający gdzieś w zakamarkach mojej głowy, nakazywał mi surowo powrót do domu, ale ja parłam naprzód. Nie tak dawno temu w tawernie słyszałam chłopaka mówiącego siostrze szeptem, że niektórym ludziom udawało się przeżyć, że istniała garstka odpornych, którzy mogli wejść w zabójczy deszcz i żyć dalej, by o tym opowiadać. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto by utrzymywał, że mu się to udało, ale bardzo chciałam, by to była prawda. Marzyłam, żeby w jakiś sposób można było wejść do zamku.

– Tato mówił, że to są anioły – wyszeptał chłopak. – Mama z kolei uważa, że to demony.

„Wracaj do domu” – podpowiadało mi serce. – „Wracaj do domu”.

Nagle jakby niewidzialna lina została zrzucona z zamku, a nogi same mnie poniosły. „Dom jest w drugą stronę” – pomyślałam, ale w tamtej chwili byłam bezsilna.

Powoli, ale zdecydowanie stawiałam kroki, kiedy szłam przez most, aż dotarłam do zamkowych gruntów i śmiercionośnego deszczu. 

Kropelki całowały mi skórę, równie łagodnie jak w czasie krótkotrwałej burzy w letni dzień. Gdzie był ból? Gdzie była śmierć? Czekałam i czekałam, a potem wygładziłam białą sukienkę drżącymi rękami. Podeszłam bliżej do jednego z trupów leżących na trawie. Ręce miał czerwone, ciało odłaziło od kości, ostry smród unosił się nad nim mimo ulewy.

– Współczuję ci śmierci – powiedziałam cicho, bo mówienie wydało mi się sposobem na stłumienie strachu, który mnie zżerał. – Nie zasługujesz na to, żeby tak tu leżeć. – Kimkolwiek był ten mężczyzna, należał mu się jakiś obrządek. Grób. Miejsce, które jego rodzina mogłaby odwiedzać. Ale byłam tylko dziewczynką snującą się po morderczym zamku, zbyt słabą, żeby samodzielnie unieść ciało. – Może któregoś dnia urządzę ci odpowiedni pochówek.

Zamek patrzył na mnie gniewnie, coś w powietrzu wokół mnie szeptało słowa niezadowolenia z powodu mojego najścia.

– Dowiem się, co tu się stało, zobaczysz – powiedziałam szeptem, wpatrując się w dwie wąskie szczeliny łucznicze. – A kiedy to się stanie, nie będzie ci się to podobało.

Spojrzałam za siebie, gdzie czekał na mnie las. W zasięgu wzroku nie było żywej duszy. Nikt tu nie przychodził, jeśli naprawdę nie musiał. Oprócz tych, których rozpierała brawura i uważali, że dadzą radę tu wejść i ocalić nas wszystkich, albo dali się omotać zabójczej pokusie, kiedy zapadła noc. Droga biegnąca blisko zamku już dawno temu została porzucona, choć umożliwiała wędrowcom odejście daleko między pola i ominięcie tego przeklętego miejsca.

Deszcz mnie nie zabił. Nie wiem, dlaczego, ani też co to oznaczało. Wokół siebie miałam trupy tych, którzy umarli tu przede mną, tych, których deszcz zamordował z powodów najwyraźniej nikomu nieznanych.

Ale ja żyłam.

W głowie mi pulsowało, a serce waliło jak młotem na myśl o okropnych konsekwencjach, ale uznałam, że na martwienie się będę miała później całe dni. Tak więc zupełnie wolna i odseparowana od świata uniosłam ramiona do góry i powoli obracałam się w miejscu. Krople ulewy opadały mi na twarz, łaskotały w kark, przemaczały sukienkę.

Obracałam się i obracałam, rozpalona świadomością, że okazałam nieposłuszeństwo, bo wiedziałam, że nie powinnam tu w ogóle przychodzić. Ale dzień był ciepły i duszny, powietrze niemal za gęste, by nim oddychać. Cudowny chłód deszczu na mojej skórze był równie mile widziany jak szklanka zimnej wody.

Kołysałam się i kręciłam z dłońmi uniesionymi ku niebu, woda ściekała z rąbka mojej sukienki przy każdym obrocie. Zdążyłam już złamać zasady w niepojętym stopniu. Krótka swawola w ulewie nie mogła wyrządzić żadnej większej szkody. Tak więc obracałam się – aż zaczęło mi się kręcić w głowie, potknęłam się o stos kości i upadłam na ziemię. Błoto przylgnęło do sukienki, kiedy wpatrywałam się w pobielałe szczątki, które kiedyś były człowiekiem.

Zrobiło mi się niedobrze.

Właściwie po co tutaj przyszłam? Miałam wrażenie, że słyszę teraz głos mamy: „Zostałaś skażona przez deszcz. 

Powinien był cię zabić, a mimo to jesteś tu. Twoja krew stała się już pewnie czarna jak u diabła”. W tej chwili to, że coś mnie tu przyciągnęło, jakaś niezaspokojona ciekawość, w ogóle nie miało sensu. Pamiętam, jak zeskoczyłam ze skały w głęboki odcinek rzeki. Wszystkie starsze dzieci już wcześniej to zrobiły, a ja nienawidziłam myśli, że byłam na to za mała, dlatego zebrałam się na odwagę i skoczyłam. 

Wrażenie spadania wywołało u mnie nudności, a droga w dół zdawała się nie mieć końca. Kiedy ostatecznie wpadłam do wody, ta okazała się twarda i zimna, zupełnie nie taka, jak sobie wyobrażałam. Popłynęłam cicho do brzegu i czmychnęłam do domu, cały czas zastanawiając się przede wszystkim nad tym, dlaczego coś popchnęło mnie do tak impulsywnego skoku.

Teraz czułam coś podobnego. Miałam za sobą niemądry postępek i zostało mi po nim jedynie poczucie niepewności dotyczące tego, co mnie tu przywiodło.

Od strony wspaniałego łuku prowadzącego na zamkowy dziedziniec poczułam – bo chyba nie usłyszałam – głos, który mnie wołał. Coś mnie przyzywało, coś syczało. Wrażenie, że byłam zapraszana do zamku, napierało na mnie z całą mocą. Usta zaczęły mi drżeć.

Niewidzialna nić ciągnęła mnie do wejścia.

Nie. Samo zagłębienie się w deszcz, impulsywne i nierozważne, wytrąciło mnie z równowagi na resztę życia.Zamek może poczekać na inny dzień albo inną dziewczynkę.

Serce biło mi tak mocno i głośno, że zagłuszało ulewę. Wzięłam się w karby, wygładziłam sukienkę. Przyszłam tutaj, to prawda. Trudno, co się stało, to się nie odstanie. Nie było sensu przejmować się tym, co należało do przeszłości. 

Obróciłam się i truchtem przebiegłam przez most, a każdy następny krok stawiałam szybciej od poprzedniego. Przymus pośpiechu brał nade mną górę, podobnie jak we śnie, kiedy niebezpieczeństwo deptało mi po piętach, a ja nie mogłam zmusić się do wystarczająco szybkiego biegu.

„Przyśpiesz”. „Przyśpiesz”. „Przyśpiesz”. To słowo popychało mnie naprzód, aż w końcu zaczęłam biec. Mimo zadyszki czułam, że cała się trzęsę. Palce mi drżały. Nie mogłam pokazać się w domu w takim stanie, ale nie potrafiłam teraz o tym myśleć. Pragnęłam jedynie znaleźć się jak najdalej stąd, a potem wmówić sobie, że nigdy tu nie byłam.

Tuż przed przekroczeniem granicy wielkiego lasu nagle przystanęłam, bo miałam wrażenie, jakby czyjeś oczy wpatrywały się we mnie z bliska.

Chłopiec o ciemnych włosach i w zabłoconych butach stał na wpół ukryty za drzewem. Oczy miał szeroko otwarte, ramiona opuszczone luźno po bokach. Wpatrywał się we mnie, a ja w niego. Było jasne, że widział mnie wcześniej. Widział, jak tańczyłam w deszczu.

Strach ścisnął mi żołądek. 

Mogłabym poprosić go, żeby zachował wszystko w sekrecie, ale to w jakiś sposób utwierdzało mnie jedynie w przekonaniu, że sprawa się wyda. Mogłabym mu zagrozić, ale nigdy jeszcze tego nie robiłam i nie bardzo wiedziałam, jak się do tego zabrać.

Zamiast tego więc patrzyłam na niego jeszcze chwilę dłużej i wyobrażałam sobie słowa, jakich użyłabym, żeby zaprzeczyć jego opowieści, gdyby zdradził komukolwiek, co widział. Musiałabym uciec się do kłamstw i powiedzieć, że rozpowiada o mnie zmyślone historie. Mieszkańcy Zírany dobrze mnie znali. Chciałam wierzyć, że daliby wiarę moim słowom, a nie chłopca, którego widziałam pierwszy raz w życiu.

Niepokój jednak na dobre się we mnie rozgościł, sprawiał, że zacisnęłam szczęki, serce mi zamierało. Chłopak nic nie powiedział, a ja nie byłam pewna, czy chciałam, żeby się odezwał i stłumił narastającą we mnie panikę, czy żeby milczał dalej i udawał, że w ogóle nic się nie wydarzyło.W końcu obróciłam się powoli i odeszłam starannie odmierzanymi krokami po zarośniętej chwastami ścieżce w kierunku domu, na wpół oszołomiona strachem na myśl, co może się stać, kiedy miasto pozna moją tajemnicę, na wpół drżąca z powodu nieokiełznanego podekscytowania tym, czego dokonałam.

Książkę Las kości i dusz kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Las kości i dusz
Lisa Lueddecke0
Okładka książki - Las kości i dusz

Zakazana magia, tajemne moce, trujący deszcz i walka z ciemnością... Gdy ciemna moc rośnie w siłę, trójka nieznajomych wyrusza, by odkryć pogrzebane od...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo