Moc we mnie osłabła. Fragment książki „Jeden dzień" Katarzyny Rygiel

Data: 2023-01-18 09:35:37 | Ten artykuł przeczytasz w 32 min. Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Ula i Felek mają za sobą już dwie podróże w czasie. Ona z niechęcią patrzy na zegary, bo wolałaby nie trafić więcej do przeszłości. On skrycie marzy, że kiedyś znowu się tam znajdzie. Żadne z nich nie spodziewa się, że nowa podróż zacznie się szybciej, niż myślą, i będzie miała związek z prośbą Syreny, dzieciństwem dziadka Janka i tajemnicą, której nie zdradził nawet wnukowi. W dodatku okaże się bardziej niebezpieczna od poprzednich. Czy Jankowi, Uli i Feliksowi uda się zmienić przeszłość i ocalić teraźniejszość? Po czyjej stronie będą tym razem Sawa i Pistorius? O losie bohaterów przesądzi jeden dzień. Czwarty dzień powstania warszawskiego.

Obrazek w treści Moc we mnie osłabła. Fragment książki „Jeden dzień" Katarzyny Rygiel [jpg]

„Jeden dzień" Katarzyny Rygiel to bardzo udana powieść dla młodych czytelników, w której przygoda splata się z historią. To lektura pełna emocji, ogromnie wciągająca i poruszająca.

- recenzja książki „Jeden dzień"

Do lektury książki Katarzyny Rygiel Jeden dzień – kontynuacji cyklu, w którego skład wchodzą również książki Strażnik klejnotu oraz Wszystkie zaułki przeszłości – zaprasza Wydawnictwo Dwukropek. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach mogliście premierowy fragment książki Jeden dzień. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Warszawa, która zgodnie z rozkazem Hitlera miała zniknąć z powierzchni ziemi, po wojnie powoli podnosiła się z gruzów. Wprawdzie domy wciąż straszyły pustymi oknami i nagimi ścianami, które w każdej chwili mogły runąć na przechodniów, ale z ulic zniknęły już rumowiska, a pojawiły się na nich tramwaje, trolejbusy i ciężarobusy – ciężarówki wożące pasażerów na pace. Wciąż było ich za mało, bo liczba mieszkańców stale rosła. Wracali warszawiacy wypędzeni z miasta po powstaniu. Wielu było przybyszów, którzy tu chcieli zacząć nowe życie. Janek przyglądał się temu z dumą. Patrzył na postaci, które szybko zadomowiły się na stołecznych ulicach: kwiaciarki, czyścibutów, fotografów, sprzedawców papierosów, gazeciarzy i wielu innych.

Gdziekolwiek spojrzał, widział sklepy i sklepiki, budki z gazetami i wodą sodową, przekupki z koszami pełnymi świeżego pieczywa i kolejki kupujących. Na Marszałkowskiej działały cukiernie i restauracje, a nawet kino. Było też coraz więcej samochodów, na które trzeba było uważać, bo często jeździły zbyt prędko. Warszawa nie przypominała tej, którą chłopiec jak przez mgłę pamiętał sprzed wojny, ale już nie była miastem widmem. Żyła. Oddychała pełną piersią dzięki ludziom, którzy nie pozwolili, by przestała istnieć. Tak inna, nadal była jego miastem. Miastem, w którym dokonał się cud zmartwychwstania.

Po szynach przemknął tramwaj obwieszony ludźmi, którzy nie zmieścili się w środku. Zgrzyt metalu o metal sprawił, że Janek wrócił do rzeczywistości.

– Hej, mały, pohandlujemy?

Powstańczy pseudonim przez chwilę brzmiał w powietrzu, przywołując bolesne wspomnienia. Wyrostek, który podszedł do Janka, nie mógł go znać. Był starszy, większy, miał pewnie z szesnaście, siedemnaście lat. Określenie „mały” nasunęło mu się samo.

– No? Zaniemówiłeś czy jak? Jedyna okazja!

Otóż to. W Warszawie handlowali wszyscy. Dorośli i dzieci. Na każdym rogu latarnie uginały się pod ciężarem szyldów informujących o tym, gdzie kupić meble, materiały budowlane, garnki, garnitury czy okulary. W wąskich uliczkach i podwórkach można było się natknąć na stoliki z rozłożonym towarem.

Ten chłopak często kręcił się po Śródmieściu, próbując sprzedać to i owo. Zaczepiał Janka już kilka razy, za każdym oferując co innego, ale domagając się takiej samej zapłaty.

– Nie mam nic na wymianę – odparł chłopiec jak zawsze, podczas gdy tamten grzebał w przepastnej torbie, którą nosił na ramieniu.

Znalazł wreszcie to, czego szukał, i podsunął Małemu pod nos zniszczony mechanizm zegarowy. Zbiór kółek zębatych, tarcz i śrubek w wytartej i porysowanej, ale wciąż pięknej kopercie, który jakimś cudem przetrwał wojenną zawieruchę.

– Skąd go masz?

Janek przyglądał się cienkim złotym wskazówkom, które drżały na cyferblacie w rytm upływających sekund.

– Tego nie musisz wiedzieć. Piękny, nie? – zachwalał handlarz, obracając przedmiot na wszystkie strony. – Jest twój. Jeśli dasz mi… to.

Pociągnął za rzemyk widoczny na szyi Janka, a chłopiec odruchowo zrobił krok do tyłu. Spod koszuli wysunęła się brązowa figurka w kształcie syreny z pozłacanymi włosami i rybim ogonem.

– Już ci mówiłem. Nie jest na sprzedaż.

– Wszystko jest na sprzedaż – odparł wyrostek. – To kwestia ceny. Patrzyli na siebie przez chwilę. Mały poważnie, śmiało, bez mrugnięcia. Chłopak z pobłażliwym uśmieszkiem, z którym, w swoim mniemaniu, miał wyglądać doroślej.

– Mam cię! – rozległo się naraz za jego plecami.

Chłopak od razu stracił rezon, ale nawet nie odwrócił głowy. Wcisnął Jankowi zegar do ręki.

– Przechowaj mi go – rzucił cicho i pognał przed siebie.

Za nim, ciężko sapiąc, biegł milicjant w mundurze, przytrzymując czapkę.

Cóż, kradzieże też nie należały w Warszawie do rzadkości. Nigdy nie można było mieć pewności, że kupując używane przedmioty, nie daje się zarobić złodziejowi.

Mały został sam. Długo oglądał powierzony mu skarb. Przyjrzał się kopercie zdobionej ornamentem w kształcie muszli. Z tyłu dostrzegł napis wyryty przez dokładnego zegarmistrza: Franciszek Gugenmus w Warszawie 1786. Zegar miał sto sześćdziesiąt lat! Janek zastanawiał się, co z nim zrobić. Nie podobało mu się, że pomaga ukryć łup. Chciałby się go pozbyć, ale chłopaka nigdzie nie było widać. Milicjanta także. A właściciela zegarka nie znał. Trudno, uznał po namyśle i włożył delikatny przedmiot do kieszeni. Zabierze go ze sobą. Przechowa. Może wcale nie był kradziony? Młodociany handlarz mógł mieć na sumieniu inne ciemne sprawki.

Od pewnego czasu Uli wydawało się, że zegary są wszędzie. W szkole wisiały w każdej sali. I w holu na parterze. Widziała je na ulicach i na budynkach. I w domu Madame Wokalizy, w którym nadal bywała częstym gościem. Zegar dziadka Janka zrobił na niej znacznie większe wrażenie, niż Feliks mógł przypuszczać. Dotąd czuła się bezpieczna w mieszkaniu starszego pana, którego zaczynała traktować jak swojego dziadka. Ale stojąc przed czasomierzem, zrozumiała, że teraz także tutaj, na Powiślu, powinna mieć się na baczności. Obserwować uważnie dużą wskazówkę i nigdy, przenigdy się nie odzywać, gdy ta zanadto zbliży się do dwunastki. Tylko milczenie gwarantowało bezpieczeństwo. Im jednak bardziej uważała, tym bardziej się obawiała, że to nie wystarczy, że pewnego dnia zapomni sprawdzić pozycje wskazówek na tarczy i odezwie się równocześnie z zegarem. I znowu znajdzie się w przeszłości. W przypadkowym kiedyś, z którego być może niełatwo będzie wrócić.

Tak, z jednej strony bała się niespodziewanej podróży w czasie, z drugiej jednak nie mogła przestać myśleć o tym, co jej się przydarzyło ostatnio. A najczęściej myślała o… Sawie. Złej, zimnej, okrutnej Sawie, która była jej praprapra…babką. Gdzie jest? Co się z nią dzieje? Rozstały się tak nagle, Ula nie zdążyła się pożegnać… Nie wiedziała, czy jeszcze się kiedyś spotkają. A jeśli nie? Ta myśl wywoływała ukłucie żalu. Ula nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo przywiązała się do kobiety – czy też syreny, która w krytycznej sytuacji okazała jej serce. Nie potrafiła jej rozszyfrować. Ile było w niej zła, a ile dobra? I dlaczego te dwie siły, zło i dobro, wciąż ze sobą walczyły?

Nie mogła też zapomnieć, że Sawa sporo ją nauczyła. To dzięki niej lepiej poznała swoją syrenią naturę. Często wracała myślą do chwil, które spędziły razem. Stojąc przed lustrem, zakładała włosy za prawe ucho i przyglądała się znamieniu w kształcie wierzbowego liścia. Delikatnie obrysowywała palcem jego brzegi, ale przebarwienie nie miało wyczuwalnych granic. Było zaledwie ciemniejszą plamą pigmentu na skórze, a tak mocno łączyło ją z przeszłością… Nie pozwalało zapomnieć o wiecznie młodej prababce. Ula nic nie mogła na to poradzić. Wciąż słyszała głos Sawy, który przypominał jej o tym, kim jest. I kiedy nikt nie widział, nieustannie ćwiczyła się w sztuce patrzenia. Dziwne wyznaczała sobie zadania, które niewiele miały wspólnego z czarami, a więcej z codziennością, choć do ich wykonania zamiast dłoni używała oczu: wzrokiem nalewała wodę do kubków, przekręcała klucze w zamkach, otwierała i zamykała okna, odpinała i zapinała guziki, włączała światło, gdy zapadał zmrok, potrafiła nawet unieść nakrywę fortepianu Madame Wokalizy, gdy nauczycielka na chwilę zostawiała ją samą w pokoju. O tak, oczy miała z dnia na dzień mocniejsze, a w głowie coraz większy porządek. Pamiętała przecież, jak ważna jest koncentracja, i przy każdej próbie cała stawała się myślą. A gdy myśl zmieniała się w obraz, to, co Ula chciała osiągnąć, po prostu się działo. Przez otwarte okno napływało do pokoju wilgotne jesienne powietrze, pod sufitem rozbłyskiwała lampa, rozwiązywał się każdy supeł. A ona dobrze się przy tym bawiła, choć tak naprawdę ciężko pracowała, pielęgnując swoje syrenie zdolności. Nie była pewna, po co właściwie to robi. Czy wyjątkowe umiejętności mogły jej się przydać w jej czasie – w XXI wieku? A może chodziło o to, by nie zapomnieć tego, czego nauczyła ją babka? Tak, na pewno o to, myślała Ula. Miała nadzieję, że Sawa byłaby z niej zadowolona. Jeśli się znowu zobaczą… Nie, o tym lepiej było nie myśleć. Prababka raczej nie zjawi się w teraźniejszości, a Ula donikąd (donikiedy) się nie wybierała. Żadnych więcej podróży w czasie, obiecywała sobie i niepewnie zerkała na zegar, który akurat był w pobliżu. A jednak szkoda, szkoda, szkoda… Tylko od Sawy, potężnej Sawy, której już nie było, Ula mogła nauczyć się więcej.

Janek nie spotkał więcej chłopaka, któremu tak podobał się wisiorek w kształcie syreny. Przepadł jak kamień w wodę. Może złapał go tamten milicjant? W Śródmieściu sporo się działo, więc chłopiec wkrótce zapomniał o złodziejaszku. Zegar przyjemnie obciążał kieszeń spodni, kiedy wybiegał z domu. Wszędzie go ze sobą zabierał. Lubił wyobrażać sobie tajemnicze trybiki, gdy rozlegało się miłe dla ucha dzwonienie. Co też działo się tam w środku? Wiele razy kusiło go, by rozebrać skomplikowany mechanizm, ale w porę się powstrzymywał. Z pewnością by tego żałował, bo nie umiałby złożyć go z powrotem. Poprzestał więc na patrzeniu. Kiedy myślał o tym, że zegar tak samo odmierzał minuty rok temu, dwa lata i trzy, przed wojną, w poprzednim stuleciu… w końcu był taki stary!… Czuł, że dotyka tajemnicy czasu, który biegł naprzód bez względu na wszystko, obojętny na to, co działo się wokół. Wczoraj i przedwczoraj, i przedprzedwczoraj.

– I przedprzedprzedwczoraj – powiedział na głos, a zegar jakby w odpowiedzi zadzwonił cichutko.

I naraz coś się zmieniło. Powietrze zamgliło się, pobielało i Janek niespodziewanie znalazł się w swoim biednym mieszkanku na tyłach Marszałkowskiej. Znowu siedział nad talerzem z zupą i pytał o to, co go najbardziej dręczyło.

– Czy to sprawiedliwe, że żyję?

Zamrugał, zaskoczony, że przydarza mu się to drugi raz. Serce zabiło szybciej. Tym razem nie słuchał słów mateczki, przecież wiedział, co powie. Szukał zegara. Lecz zegara nie było. Gdzie on się podział?!

Znieruchomiał, gdy położyła przed nim nieduże zawiniątko. Kremowa błyszcząca tkanina była mocno przybrudzona i strzępiła się na brzegach.

– Mam coś dla ciebie.

– Dla mnie?

– Przecież to nie ja mam urodziny. – Uśmiechnęła się i pocałowała go w czoło. – Spełnienia marzeń, synku.

Ostrożnie odwijał jedwab, skrywający okrągły kształt: zegar z napisem Franciszek Gugenmus w Warszawie 1786 na odwrocie. Pod nim zobaczył drugi: TEMPUS FUGIT, AMICE. Zegar był w doskonałym stanie, bez jednej rysy czy przetarcia, jakby zaledwie wczoraj wyszedł spod ręki zegarmistrza. Janek nie mógł tego nie zauważyć. Był to więc i nie był ten sam zegar, który dostał od tamtego chłopaka…

– Dziękuję – szepnął zdumiony. – Zapomniałem, że to dzisiaj.

– Chodzi. I dzwoni – odparła Syrena. – Chociaż jest bardzo stary.

– Nie widać. – Pogładził w zamyśleniu wyryte w metalu słowa, których wcześniej nie było na kopercie. – Co to znaczy?

– To podpis zegarmistrza.

– A ten napis pod spodem?

– Czas ucieka, przyjacielu.

– Ucieka – powtórzył, czując pod opuszkami delikatny zarys liter. Czy jemu także uciekał, jak uciekł jego rodzinie?

Syrena pogłaskała go po policzku. To było lepsze niż pocieszenie.

– Skąd go masz? – zapytał, odganiając wspomnienia. Pożałował, że tamten chłopak ukrył przed nim prawdę. Ale był ciekawy, co odpowie mateczka. Jeden zegar, a jakby nie ten sam. Nie mógł tego zrozumieć.

– Kupiłam od ulicznego handlarza. A może dostałam od kogoś, kto już go nie potrzebował? Albo jedno i drugie… – odparła zagadkowo. – Wyznaczał godziny przed wojną i jeszcze dawniej. Dzięki niemu będziesz bliżej przeszłości. Ale mechanizm łatwo uszkodzić. A wtedy zatrzyma się, choć czas nadal będzie płynął. Dlatego… uważaj.

Janek wpatrujący się w tarczę nie usłyszał zawartego w tych słowach ostrzeżenia. Sam dobrze wiedział, że zepsuty zegar trudno naprawić, zwłaszcza taki stary. Nie zamierzał być nieostrożny. Liczył na wyjaśnienie, ale teraz wiedział jeszcze mniej niż przedtem. Zrozumiał jednak, że zegarmistrz zrobił to cacko dla przyjaciela, a ów przyjaciel musiał o nie bardzo dbać.

O nic już nie zapytał, bo przypuszczał, że inne odpowiedzi będą równie niejasne. Może mateczka też nie była pewna, czy zegar nie był kradziony, i nie chciała mu tego mówić… Najważniejsze, że nie zniknął na dobre i Janek znowu trzymał go w dłoniach. Gdy duża wskazówka zatoczyła krąg i rozległo się znajome dzwonienie, postanowił sprawdzić, czy uda mu się wrócić… Zerknął na swoją opiekunkę. Akurat się odwróciła. W tym momencie drzwi mieszkania skrzypnęły cichutko. Janek zamarł, widząc chłopca wchodzącego do mieszkania. A to kto? Tego nie przewidział! Nie przyszło mu do głowy, że natknie się na… siebie! Siebie sprzed trzech dni… Czas zniknąć! Natychmiast!

– Popopojutrze – szepnął zdławionym głosem.

I… już. Był na ulicy. W tym samym miejscu co wcześniej. Rozejrzał się w popłochu, czy nikt nie dostrzegł, że pojawił się tak nagle. Ale nie. Ludzie zajmowali się swoimi sprawami. Teraźniejszość była taka jak wcześniej. Upalna i hałaśliwa. Dopiero teraz zadał sobie pytanie, co go właśnie spotkało. Serce jeszcze biło mu mocno, w głowie tłoczyły się myśli. Czas okazał się inny, niż mu się wydawało. Był…. Dostępny. To odkrycie zaparło chłopcu dech w piersiach.

Patrzył na zegar, który znowu się zmienił – z powrotem stał się zniszczonym egzemplarzem bez napisu wyrytego dla przyjaciela – ale ta przemiana wydała się Jankowi nieistotna, gdy czas… TEMPUS… odkrywał przed nim swoje tajemnice. Nie mógł w to uwierzyć… Musiał spróbować jeszcze raz.

Rozdział II Zapach ziół

Był jeszcze ktoś, kto dobrze znał sztuczki czasu i kto wiele by dał, by móc na powrót w nich uczestniczyć. Sawa, zła siostra Syreny, która zwykła sama wybierać sobie teraźniejszość i zamieniać ją na inną, ilekroć przyszła jej ochota, nie potrafiła pogodzić się z tym, że przeszłość i przyszłość były poza jej zasięgiem. Zatrzasnęły się jak skrzynie, które zaraz zamknięto na klucz. Mogła o nich myśleć, mogła wspominać, ale marna to była pociecha.

Nieszczęśliwa Sawa, pozostawiona sama sobie w XVII wieku, z bezsilnością patrzyła na rynek z okna kamienicy, w której mieszkała od chwili, gdy ją wybudowano, i w której mieszkać miała jeszcze długo. Prawdę mówiąc, po raz pierwszy w życiu czuła się tak, jakby została uwięziona w czasie. Nie miała dość sił, by go opuścić, odszukać Syrenę, Felka czy Ulę. Znowu ruszyć w ślad za Klejnotem, od którego dzieliło ją kilkaset lat.

Odkąd pod postacią ćmy wróciła do domu, minęło sporo czasu. Na początku liczyła dni, ale szybko straciła rachubę, bo wszystkie były do siebie podobne. Wszystkie nijakie, bez czarów i planów, bez nadziei na zmianę. Sawa od wieków była kobietą, ale nigdy nie czuła się nią bardziej niż teraz. Przerażała ją myśl, że będzie nią już zawsze. I że sama nigdy się stąd nie wydostanie. Gdyby chociaż potrafiła przywołać Syrenę… Ale choć próbowała, chociaż śpiewała nad rzeką tak głośno, że płoszyła ryby i budziła ptaki śpiące nocą w zaroślach, jej głos nie miał mocy i pieśń syren nie została usłyszana. A może przeciwnie, została… Sawa nie chciała o tym myśleć, ale coraz częściej przychodziło jej do głowy, że młodsza siostra zignorowała wołanie o pomoc. Bo tym był przecież śpiew, który wzbijał się w niebo tuż przed zamknięciem bram miejskich. Gdy Sawa powierzała falom swoją skargę i prośbę zarazem, najboleśniej odczuwała utratę wolności i prawa wyboru: być tu czy tam, być kobietą czy syreną… A przecież to ona obiecała, że młodsza siostra więcej jej nie zobaczy. Nie powinna oczekiwać, że melodia poruszy jej serce. Gdyby nie ta słabość, przez myśl by jej nie przeszło, by dotrzymać słowa. Zresztą nie miała wyjścia…

Biedna Sawa. Była teraz tak zwyczajna jak pierwsza lepsza warszawska mieszczka. Na próżno mocowała się z rzecznymi falami, które nie chciały być jej posłuszne, na próżno patrzyła na przedmioty oporne jej woli… Niczego już nie mogła rozwiązać ani odemknąć, niczego dokonać mocą spojrzenia. Jakże trudno było się z tym pogodzić! Była pewna, że nie pogodzi się nigdy. Dlatego nie przestawała próbować: nieustannie szukała wzrokiem czegoś, co uległoby jej niememu nakazowi. Materia jednak pozostawała niewzruszona, a wiara Sawy we własne możliwości z każdym dniem słabła, aż wreszcie znikła. Mimo to, wychodząc z domu, wpatrywała się w drzwi z nadzieją, że tym razem drgnie drewniane skrzydło, zaskrzypią zawiasy, ale odpowiadała jej cisza. Sawa była bezradna. Dotykała chropawej powierzchni i otwierała drzwi tak jak inni. Śmiertelnicy. Ona miała przed sobą wieczność. Ale jaki był pożytek z czasu, którego nie mogła wykorzystać tak, jak chciała? Który płynął jak czas innych ludzi? Zwykły czas zwykłej kobiety, której pamięć pełna była niezwykłych, nie ludzkich, ale syrenich wspomnień. Cóż z nimi począć? Byłoby lepiej, gdyby się od nich uwolniła. Ale to nie było ani w ludzkiej, ani w syreniej mocy.

Mimo to zrobiła krok w stronę niepamięci i porzuciła czepek mężatki. Po co go nosić? Tyle lat po śmierci Warsa już niemal zapomniała, że była jego żoną. Wyglądała więc jak dziewczyna. To jedno jej jeszcze pozostało. Młodość. Ale choć cieszyła oko, niewiele z niej było pożytku.

A więc na próżno wyglądała ratunku? Powinna żyć jak inni, z dala od tego, czego pragnęła? W samotności? Tak myślała, gdy mijały dni i tygodnie, a ona coraz mniej przypominała siebie samą, śmiałą, mocną, zdecydowaną osiągnąć, co sobie zamierzy, będącą raz tu, raz tam, za pan brat z każdym czasem, który wybierze. Tak chciała być znowu tamtą Sawą. Ale czy było to jeszcze możliwe?

Snując takie właśnie rozważania, przechodziła któregoś wieczoru ulicą Nowomiejską w kierunku Barbakanu. Przepełniona smutkiem i żalem, nie od razu poczuła zapach magii, który wydostawał się przez otwarte okno. Był to aromat ziół tak przemyślnie skomponowanych, że mieszanka ta nie mogła powstać za sprawą zwykłego śmiertelnika czy też śmiertelnika, który nic by nie wiedział o wiedzy tajemnej, czarach i zaklęciach. Sawa pociągnęła nosem i przymknęła oczy. Rozmaryn – oczyszczał umysł i poprawiał koncentrację, piołun dawał zdolność wróżenia, wawrzyn – zapewniał jasnowidzenie, podobnie anyż, którego słodko-wytrawne nuty także dało się wyczuć, szałwia – pobudzała wyobraźnię i umysł, rozwijała mądrość, wspomagała pamięć. I Sawie rozjaśniła w głowie. Oto stała przed kamienicą, przed którą kiedyś zdarzyło się coś ważnego: jakiś chłopak wybiegł z niej na ulicę, przy okazji gubiąc bryłkę brązu. Później bryłka ta stała się Klejnotem…

Sawa otworzyła oczy i wspomnienie, tak żywe, znikło. Popatrzyła z namysłem na uchylone okno. Ktokolwiek tu mieszkał, wiedział o ziołach więcej, niż powinien. Uznała to za dobry znak. I za… zaproszenie. Dwoje ludzi, których łączą podobne zainteresowania, zawsze znajdzie wspólny język. Dlatego nie zapukała, a po prostu pchnęła drzwi i weszła do sieni. Aromat stał się wyraźniejszy. Idąc za nim, Sawa otworzyła następne drzwi i znalazła się w dość ciemnej izbie. Ceglana posadzka, drewniany sufit, czerwona tkanina w oknie, stół, a na nim stos ksiąg. I ta woń, która przywodziła na myśl wszystko, do czego Sawa chciałaby wrócić: stragan i kosz baby zielarki, moc zaklęć i uroków.

Za pierwszą izbą była druga. Kogo w niej ujrzy? Wiedza, którą zwykłe kobiety przekazywały sobie z pokolenia na pokolenie, była powierzchowna. Robiły wywar z pokrzywy na łamanie w kościach, z mięty na niestrawność, z melisy na ukojenie nerwów i rzadko mieszały zioła ze sobą. Człowiek, który za ścianą dosypywał ich do kociołka, był w tym mistrzem.

*

Mężczyzna był bardzo stary. Miał długie siwe włosy i wyblakłe niebieskie oczy, które mimo jego wieku pozostały bystre i przenikliwe. Jakim prawem patrzył na nią jak na zwykłą kobietę? Nie wyczuwał, że ma do czynienia z kimś szczególnym? Czyżby go przeceniła? Ale przecież była zwykłą kobietą! Na chwilę o tym zapomniała. Ciągle zapominała. Do tego nie sposób się przyzwyczaić, buntowała się w duchu, a on nadal jej się przyglądał. To było nie do zniesienia. Zaślepiona gniewem przestała myśleć o tym, po co tu przyszła. Już, już miała odezwać się ostro, kiedy starzec strząsnął z palców do kociołka suche wonne okruszki i poprawił fiołkową szatę, która kiedyś musiała dodawać mu dostojeństwa, ale dawno utraciła intensywną barwę i snuła się przy szyi i rękawach. Szczęknęło metalicznie dno naczynia przesuwanego na piecu. Para unosząca się nad nim zgęstniała nagle, przysłaniając wiszące na ścianie półki ze słojami pełnymi różności. Twarz starca zniknęła w wilgotnym oprzędzie, ale zaraz się z niego wyłoniła i stopniowo odzyskiwała ostrość.

Sawa nie wytrzymała natarczywego spojrzenia bladoniebieskich oczu. Umknęła wzrokiem między sprzęty stojące pod ścianą i udawała, że zajmuje ją obserwacja stołu zastawionego flaszami różnego kształtu i wielkości. Między nimi dostrzegła świecznik zacnej roboty, a w nim ogarki z poczerniałymi cienkimi knotami.

Starzec nie przestawał jej się przyglądać. Na jego twarzy znać było wahanie, a może niepokój, jakby obawiał się tego, co może wyniknąć z niespodziewanej wizyty.

– Co cię tu przywiodło, córko? – zapytał niskim, lekko ochrypłym głosem i skinął na Sawę, by podeszła bliżej.

Posłuchała. Było coś takiego w geście kościstej dłoni, czemu nie mogła się przeciwstawić. Oczy starca z bliska wydawały się jeszcze bledsze, jakby wywrócone na lewą stronę, z maleńkimi punkcikami źrenic.

– Podążałam za wonią, która przez swą niezwyczajność pragnienie we mnie rozbudziła.

– O jakimże pragnieniu prawisz? Zali nie wiesz, że ziołami go nie ugasisz?

– Nie pragnienie ciała, jeno ducha miałam na myśli. – Zielone oczy Sawy zalśniły mocniej.

– Duch w tobie wątły jako u dziecia – rzekł mężczyzna.

– Tedy domyśleć się łacno, iże wzmocniony być musi – odparła, starając się zachować spokój. Nie chciała dać poznać po sobie, że poruszyły ją jego słowa. Czy aż tak było widać jej słabość, czy starzec wzrokiem myśli przenikał?

– Jam jest Baltazar Mons, alchemik, którego czas dobiega kresu. Wiele widziałem, chocia osiążyłem nie nazbyt wiele. I to mogę ci rzec, że twą niemoc ino czas zlekuje – odezwał się, jakby rzeczywiście czytał w myślał.

Sawa potrząsnęła rudą głową.

– Nie mogę tak długo czekać.

– Ani ty czasu nie pospieszysz, ani ja go nie wstrzymam. Toć on nikomu nie podlega – tłumaczył cierpliwie.

– Dla jakiej tedy przyczyny zioła na wodę rzucasz, zali nie po to, by przyszłość przeniknąć? Umysł oczyścić, dar jasnowidzenia przywołać? Na cóż ci on, kiedy o kresie żywota prawisz?

– Boć jeszcze wierzę, że ów porządek przeinaczę – westchnął alchemik. – Czas przekonam. Długowielej żyć będę. Co zamiarowałem, uczynię, nim żywota dokonam.

– Przeto czasu ci brak… – zadumała się Sawa i nadzieja rozgrzała jej zgorzkniałe, nie całkiem złe serce. – Ja go mam nad miarę. Jeno na nic mi się zda, kiedy duch we mnie, jako powiadasz, słaby. Zratuj go. Ziołami. Lubo zaklęciami, które znać musisz, skoro dekokty warzysz i alchemikiem się mienisz.

– Ktoś ty? – Alchemik wpatrywał się w Sawę badawczo. – Starość zmąciła myśli, aleć czuję, żeś ty jednako mocna i wątła, jeno moc twa w uśpieniu. Przebudzić jej nie zdołam.

– Dobrze zapłacę.

– Nie dbam o zapłatę. – Machnął ręką. – Na cóż mnie, staremu?

– Nie o grosiwie prawię…

– Jeno?

– O tem, na czem ci zbywa.

– Podarzysz mi czas? – zapytał mistrz Baltazar z niedowierzaniem.

– Jestli moc odzyszczę.

– Nie w mocy to ludzkiej – szepnął do siebie.

Nic na to nie rzekła, bo przecież nie mogła się przyznać, że będzie żyć wiecznie. Ale starzec i tak zdawał się to rozumieć. Przysiadł na ławie i oparł głowę na rękach. Przymknął oczy. Dumał nad propozycją czy drzemał? Trudno było dociec. Czekała cierpliwie, aż się odezwie. I tylko nadzieja w niej potężniała.

– Nie podołam… – poddał się wreszcie. – Ja nie cudotworca. Jestli pragniesz niemożliwego, udaj się do królewskiego alchemika. Mędrszy on ode mnie, chocia jam go wszytkiego nauczył.

– Gdzie go spotkam? – Sawa już stała w progu, gotowa biec na spotkanie z uczniem, który przerósł mistrza.

– Gdzież by? W zamku. Nazywa się Mikołaj Pistorius.

Pistorius! Sawa znała to nazwisko. Usłyszała je na chwilę przed tym, jak pod postacią ćmy przebyła trzy stulecia i znalazła się tutaj, w XVII wieku. Pomyśleć, że straciła tyle czasu. Powinna była zwrócić się do niego o pomoc od razu, gdy tylko trafili do zamku. Gdyby wiedziała, z kim ma do czynienia… Uratował ją, choć o tym nie wiedział. Wyglądał jak włóczęga, ale pozwolił przysiąść na nędznym ubraniu, które zamieniło się w kaftan dworzanina. Nie przypuszczała, że jest alchemikiem samego króla.

– Przekonajmy się, co potrafi – szeptała do siebie.

Szybko przeszła przez rynek i ulicą Świętojańską zmierzała w stronę Zamku Królewskiego, a jej spódnice furkotały, gdy porywał je ciepły wiatr, który plątał nie tylko tkaniny, ale i włosy, i myśli. Dlatego też Sawa, przejęta perspektywą spotkania z Pistoriusem, nie zastanawiała się nad tym, jak go przekona, jak skłoni do pomocy. I kiedy stanęła oko w oko z gwardzistami Zygmunta III Wazy, broniącymi dostępu do bramy zamku pod Wieżą Królewską, była zupełnie nieprzygotowana na to, co miało ją spotkać.

– Ja do imć Pistoriusa. Mikołaja Pistoriusa… – odezwała się lekko zdyszana i spojrzała pytająco na wartowników, a w jej oczach odbiło się słońce, zmieniając je w dwa klejnoty.

Piękna była Sawa z rozwianymi rudymi włosami, tak piękna, że gwardzistom brakło słów z zachwytu. Nim doszli do siebie i zdążyli otworzyć usta, zadzwoniły o bruk podkute buty, zaszeleścił cienki płaszcz z przedniego materiału. Ktoś nadszedł od strony Podwala i zatrzymał się tuż za nią. I naraz zdało jej się, że i czas się zatrzymał, i chwila, która miała odmienić jej życie, zamiast minąć, zadrżała w powietrzu jak ćma, gdy zwabi ją płomień świecy.

– Jam jest Pistorius – usłyszała.

Odwróciła się i zobaczyła młodego mężczyznę ubranego po cudzoziemsku, który na powitanie zdjął kapelusz i skłonił głowę. Sawa patrzyła z ciekawością na przystojną twarz, w której jaśniały chmurne oczy, ni to niebieskie, ni to szare jak jesienne niebo. Oczy te były młode i stare zarazem, jakby niejedno już widziały, i pełne jakiejś niewypowiedzianej melancholii. Pistorius także jej się przyglądał, pewien, że już ją gdzieś widział.

Moment wzajemnej obserwacji wystarczył, by wreszcie wszystko sobie przypomnieli. Sawa rozpoznała w Pistoriusie mężczyznę, z którym rozmawiała na rynku w innym czasie, tamtego dnia, gdy nad Wisłą dwa głosy śpiewały jedną pieśń, on w niej – mimo braku kapelusza – kobietę napotkaną przed pałacem Zamoyskich pamiętnego wieczoru, gdy z jego okien pośród tylu różnych sprzętów wyrzucono na bruk fortepian.

A jednak oboje sprawiali wrażenie, jakby widzieli się po raz pierwszy. Wtedy na rynku Sawa myślała tylko o tym, co utraciła – o Klejnocie, nie przyglądała się swojemu rozmówcy. Kiedy go później spotkała, był już stary, zapalał latarnie na warszawskich ulicach. Gdy odzyskał młodą postać i wrócił do zamku, ona była ćmą, a czy ćma przygląda się komukolwiek? Pamiętała, że czym prędzej wyfrunęła przez okno w noc.

Z kolei Pistorius zapamiętał tylko cień, jaki rzucał na twarz Sawy czarny kapelusz, i nikły blask zielonych oczu, gdy odbijał się w nich wielki stos płonący na Krakowskim Przedmieściu w dniu zamachu na namiestnika Berga. O tym, że widział ją na rynku w czepku mężatki, nie pomyślał. Z gołą głową wyglądała zupełnie inaczej. Wydawało się, że nie ma więcej niż dwadzieścia lat.

Długo stali naprzeciwko siebie, porządkując wspomnienia i nie tylko wspomnienia. Pistoriusowi przemknęło przez myśl, że wreszcie spotkał osobę, której mógłby opowiedzieć całe swoje życie bez ukrywania tego, co czyniło je tak niezwykłym. Ta kobieta z pewnością wszystko by zrozumiała i we wszystko uwierzyła, skoro i jej zdarzyło się zabłądzić do kiedy indziej.

Tak sobie dumał, nie mając pojęcia, że Sawa, gdy miała jeszcze dość mocy, mogła „zabłądzić” tylko tam, dokąd chciała, a to oznaczało, że nie błądziła nigdy. Ona zrozumiała natomiast, że ma przed sobą człowieka, który nie tylko zna się na ziołach i być może potrafi zrobić użytek z zaklęć, ale przemierza czas tak jak inni przestrzeń. Ta zaskakująca u śmiertelnika umiejętność czyniła go jeszcze bardziej interesującym.

*

Sawa i Pistorius nie słyszeli zwykłego gwaru panującego na placu, jakby poza nimi i obrazami, które podsunęła im pamięć, nikogo i niczego tu nie było. Kiedy jednak sługa spieszący do zamku potrącił przez nieuwagę młodego alchemika, otaczająca ich bańka ciszy pękła i dźwięki dostały się do środka.

– Upraszam wybaczenia, mości Pistoriusie. – Ukłonił się mężczyzna, który zaraz minął gwardzistów stojących w bramie i zniknął im z oczu.

Mikołaj powoli wracał do rzeczywistości.

– Znam… waćpannę – rzekł z wahaniem, patrząc na jej rude włosy. – A może… waćpanią?

– Jestem Sawa – odparła, za późno orientując się, że nie powinna zdradzać swojego prawdziwego imienia. Równie dobrze mogłaby powiedzieć: „Jestem ćmą. Byłam ćmą…”.

– Sawa? Jak w onej legendzie? – upewnił się Pistorius, popatrując na nią z zaciekawieniem.

W rzeczy samej, pomyślała z goryczą. Oto dlaczego zwykła przedstawiać się inaczej. By uniknąć tych słów. Ja jestem legendą, mogłaby powiedzieć, ale i to przemilczała.

– Niezwyczajne to imię. Tedy wybacz, jeśli wspomnienie legendy przykrym ci się zdało – zagadnął dwornie alchemik, którego uwagi nie uszedł cień, jaki przemknął przez urodziwą twarz Sawy. – Mogęż waćpannie swoją pomocą służyć?

– Tak mi rzekł Baltazar Mons – wyznała, zastanawiając się, czy się nie pomyliła.

Co potrafił ten mężczyzna, czego nie umiał tamten, który lata całe poświęcił na doskonalenie receptur i zaklęć? Czy mogła zaufać młodości Mikołaja? A jednak, jeśli chciała odmienić swój los, musiała mu zdradzić, z czym do niego przyszła. Oby to pojął. Przecie i on porzucał swój czas, i on bywał tam, gdzie nie powinien. Kiedy indziej.

W zielonych oczach błysnęła determinacja.

– Wdzięcznam za okazaną życzliwość. – Skinęła rudą głową. Sprawa ta jednak arcydelikatną się zdaje, przeto przejdźmy się, by się rozmówić w spokojności. I z dala od ludzkich uszu.

Pistorius podał jej ramię i ruszyli wzdłuż murów, gdzie przechodniów było niewielu i nic nie mąciło przedwieczornej ciszy. Tylko z okien otwartych na oścież dolatywały zapachy warzonych na wieczerzę potraw.

– Waść domyślasz się może, co mnie do ciebie sprowadza – zaczęła Sawa. – Mało się znamy, ale więcej wiemy jedno o drugim niźli ci, co w przyjacielstwie pozostają. Spotkaliśmy się przecie… Waść wiesz gdzie…

Pistorius słuchał w milczeniu. Sawa przyglądała mu się bacznie, ale miną ni gestem nie zdradził, że wie, do czego zmierza.

– Zali słusznie mniemam, żeś gotów życie wieść tam, gdzie za czasem dotrzesz, gdy jego granicę przekroczysz? – Głos jej zadrżał z niecierpliwości i tłumionej pasji.

– Nigdym sam tego nie uczynił – odezwał się nagle Pistorius i spojrzał w zielone oczy z otwartością, która odebrała Sawie złudzenia. – To, co się stało, nie stało się z mej przyczyny…

– Tedy z czyjej?

– Dzieci tunel rozwarły…

– Dzieci? Zawżdy one – rzekła Sawa głucho.

– Władcy czasu.

– Co rzekłeś?

– Takowe miano im nadałem, kiedym pojął, że choćby lata upłynęły, one się nie przemienią. Nie dorosną. Pragnąłem być jako one wieczny. Tunel mnie wessał i wypluł – mówił w zadumie alchemik. Okrutny czas odebrał mi wszytko, com miał najdroższego… Cudem tylko tu się wróciłem. Tu mój dom i żywot prawdziwy. Nie pragnę innych czasów, to juże za mną.

– Nie wierzę!

– Nie miej mi za złe, waćpanna, żem jej nadzieje zawiódł. Przecie człek tyle jeno uczynić może, na ile mu wiedzy i eksperiencji 4 starczy.

– Eksperiencji! – wykrzyknęła z ogniem w oczach. – Od tego winnam zacząć! O tem mistrz Baltazar prawił. Waść w alchemii biegły, a alchemia bliższa jest magii niźli suknia ciału.

– Cóż stąd? Alchemia jest nauką, nie magią.

– Kto wie, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga?

– Nikt, kto magii nie poznał. Ty…

– Ja poznałam – wyznała Sawa cicho. – Ale moc we mnie osłabła i znikła. Mistrz Mons powiadał, że ty mi ją wrócić możesz.

Powieść Jeden dzień kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Jeden dzień
Katarzyna Rygiel0
Okładka książki - Jeden dzień

Ula i Felek mają za sobą już dwie podróże w czasie. Ona z niechęcią patrzy na zegary, bo wolałaby nie trafić więcej do przeszłości. On skrycie marzy, że...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Alfabet polifoniczny
Tomasz Jastrun
Alfabet polifoniczny
Cienie dawnych grzechów
Mieczysław Gorzka ; Michał Śmielak
Cienie dawnych grzechów
Megamonstrum
David Walliams
Megamonstrum
Morderstwo z malinką na deser
Monika B. Janowska
Morderstwo z malinką na deser
Witajcie w Chudegnatach
Katarzyna Wasilkowska
Witajcie w Chudegnatach
Sekrety domu Bille
Agnieszka Janiszewska
Sekrety domu Bille
Freudowi na ratunek
Andrew Nagorski
Freudowi na ratunek
Do roboty!
Katarzyna Radziwiłł
Do roboty!
Pokaż wszystkie recenzje