Nie wierzę w predestynację. "Sługa Krwi. Materia Secunda"

Data: 2021-05-27 09:47:35 Autor: Piotr Piekarski

Świat leczy rany po wojnie z Przeklętymi, ludzie zaczynają zapominać o niebezpieczeństwie. Ale Szepczący – istoty, które niegdyś kroczyły po ziemi jako bogowie, nie zapomnieli o ludziach. I mają własne plany...

W chwili nieuchronnej klęski Olaf Rudnicki zgadza się zapłacić własną wolnością z życie swojej rodziny. Dumny, potężny alchemik trafia do świata, w którym jest jedynie niewolnikiem. Bezlitosnym, posłusznym narzędziem w rękach nowego pana. Rozpoczyna się wojna, której zasad Rudnicki nie zna, ale wie jedno: od tego, jak wywiąże się ze swojej przysięgi zależy życie. Jego, jego rodziny, jego świata. Jeśli zawiedzie, choćby przeżył, nie będzie już miał gdzie wracać.

Obrazek w treści

Do lektury najnowszej książki Adama Przechrzty Sługa Krwi. Materia Secunda zaprasza Wydawnictwo Fabryka Słów. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment książki, tymczasem już dziś zachęcamy do sięgnięcia po kolejną jego część:

***

Rudnicki przebudził się, czując, że w pokoju znajduje się ktoś obcy. Kiedy otworzył oczy, zauważył klęczącego przy posłaniu mężczyznę w szarej szacie. Sługa ciała, zidentyfikował odruchowo.

Kiedy służący zorientował się, że alchemik już nie śpi, skłonił głowę i powiedział coś niepewnym, niemal przepraszającym tonem. Dopiero po chwili do Rudnickiego dotarło, w czym rzecz: książę Nin zapraszał go na śniadanie.

Po półgodzinie, wykąpany, wymasowany i odziany w przyjemnie chłodzące skórę jedwabie, podążył za służącym. Przeszli niemal pół kilometra, zanim sługa zatrzymał się przed niepozornym drewnianym pawilonem. Wejścia pilnował wujek Franko z kijem w dłoni.

Franko powitał alchemika ukłonem, co wywołało grymas przerażenia na twarzy służącego, ale ogrodnik odesłał sługę stanowczym gestem, zanim tamten zdążył cokolwiek powiedzieć.

Rudnicki odwzajemnił powitanie i spojrzał pytająco na wejście do pawilonu.

– Zapraszam – powiedział Franko. – Proszę zachowywać się swobodnie, nie zapominając jednak o pozycji gospodarza. Książę Nin jest jedną z dziesiątki, może dwudziestki najbardziej wpływowych osób w cesarstwie.

– Są i inne państwa?

– Owszem, ale o tym porozmawiamy kiedy indziej.

Rudnicki przestąpił próg i znalazł się w pawilonie. Książę Nin ubrany był w szatę w kolorze zgaszonego brązu, u jego pasa wisiała ozdobna nefrytowa tabliczka, pokryta nieznanymi alchemikowi znakami, przypominającymi nieco chińskie ideogramy. Ukłoniwszy się, Rudnicki opadł na kolana, zajmując miejsce za niewysokim stolikiem.

Gładka, pozbawiona zmarszczek twarz księcia sugerowała, że mężczyzna liczy sobie nie więcej niż trzydzieści lat, jednak otaczająca go aura władzy i kompetencji poddawała w wątpliwość pierwsze wrażenie. Gospodarz przypatrywał się alchemikowi długą chwilę, po czym skinął głową w wyrazie aprobaty.

– Herbaty? – zapytał.

– Poproszę.

Książę napełnił mu czarkę, po czym podniósł swoją do ust. Rudnicki poszedł za jego przykładem.

– Jak pan się czuje?

– Dziękuję, dużo lepiej – odparł alchemik.

– Czy jest pan gotów dotrzymać umowy zawartej z mistrzem Lingiem?

– Oczywiście.

Wąskie, zmrużone w wyrazie intensywnego skupienia oczy wpatrywały się intensywnie w Rudnickiego, wreszcie książę ponownie sięgnął po czajniczek z herbatą.

– Wujek Franko jak zwykle miał rację – mruknął.

Alchemik w ostatniej chwili ugryzł się w język, aby nie zapytać, w jakiej sprawie, podejrzewał, że podobna poufałość w stosunku do gospodarza nie byłaby dobrze przyjęta.

– Ma pan jakieś życzenia?

– Żadnych – odpowiedział Rudnicki przez zaciśnięte zęby.

Wątpił, żeby arystokrata dobrze przyjął jego troskę o rodzinę. Nie teraz, nie w tych okolicznościach, a wnioskując z informacji uzyskanych od Franko, Rudnicki mógł mieć tylko jedną szansę. Lepiej poczekać, aż książę będzie mu coś winien.

– W takim razie proszę kontynuować leczenie. Kiedy poczuje się pan lepiej i będzie chciał wyjść do miasta, wystarczy powiadomić służbę. 

– Nie bardzo rozumiem – wymamrotał alchemik.

– Potrzebni będą panu eskorta i przewodnik – wyjaśnił książę. – Dopóki nie zostanie pan oficjalnie wpisany na listę moich domowników, pański status jest nieokreślony, co mogłoby sprowokować moich wrogów do jakiejś reakcji. Tu nikt nie patrzy obojętnie, kiedy konkurent sprowadza sojuszników ze starego świata, bo tacy ludzie cieszą się określoną reputacją. A pan jest dość znaną osobistością, szczególnie po tym, czego dokonał pan razem z mistrzem Lingiem. Mistrz był zobowiązany złożyć szczegółową relację na dworze – dodał na widok zakłopotania we wzroku Rudnickiego. – My zawsze bacznie obserwujemy poczynania Przeklętych.

– Co tam się stało? – nie wytrzymał alchemik. – W starym świecie? Jakim cudem tylu potężnych theokataratos nagle pojawiło się w enklawach? Dlaczego padły bariery, a podróż przez korytarze nie osłabiła Przeklętych? Bo myślę, że to wydarzyło się nie tylko w Toledo, prawda?

– Nie tylko – przyznał książę. – Odpowiedź jest banalnie prosta: Szepczący.

Alchemik wzdrygnął się jak smagnięty batem.

– Wy dogadaliście się, żeby ograniczyć szerokość korytarzy, co uniemożliwiło podróż potężniejszym bytom, oni porozumieli się i zmusili do ucieczki przez korytarze setki tysięcy słabszych od siebie istot, jednocześnie osłaniając ich w czasie podróży. To właśnie dlatego padły bariery, dlatego wasz świat przeżywa inwazję.

– Dlaczego to zrobili? Z zemsty?

– To także – przytaknął poważnie arystokrata. – Ale nie tylko. Jeśli Przeklęci odepchną was od enklaw, stworzą własne państwa, prędzej czy później rozwiążą problem korytarzy, umożliwiając przybycie Szepczącym. To kwestia setek, a może nawet tysięcy lat, ale Szepczący mają czas, całą wieczność.

– Co ja zrobiłem, co ja zrobiłem... – wymamrotał Rudnicki.

– Pomógł pan uratować swój świat – odparł szorstko Nin. – A że nie na zawsze? Nie jest pan wszechmocny. No i może pan walczyć dalej.

– A to w jaki sposób?! – warknął Rudnicki, tracąc panowanie nad sobą.

Książę westchnął lekko, jakby ubolewając nad manierami alchemika, lecz nie wyglądał na obrażonego.

– Rozumiem, że sytuacja nie jest dla pana komfortowa, ale przybywając do naszego świata, otrzymał pan jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną szansę. Władamy magią w stopniu znacznie przewyższającym możliwości theokataratos, bo w odróżnieniu od nich możemy ją swobodnie badać. My niczego nie zapomnieliśmy, tyle że nie jesteśmy nieśmiertelni. No, w każdym razie większość z nas – mruknął ciszej. – Kiedy zostanie pan moim domownikiem, otrzyma pan możliwość nauki u najlepszych mistrzów w cesarstwie. Reszta zależy jedynie od pańskich zdolności i wysiłków. Za trzy lata powróci pan do siebie. Rzecz jasna, jeżeli będzie pan chciał.

– I jeśli będę miał do czego wracać – uzupełnił z goryczą Rudnicki.

Książę skinął głową, ale nie skomentował, przez chwilę małymi łykami popijał herbatę.

– Życie i śmierć to dwie strony tej samej monety – powiedział wreszcie. – Ktoś, kto zapomina, że oprócz awersu istnieje rewers, jest zwyczajnie głupi. I nie ma antidotum na śmierć, a żaden dom, żaden choćby najpotężniejszy ród nie jest przed nią zabezpieczony. Rodzimy się, żyjemy, umieramy, to naturalny cykl, jak przypływy i odpływy oceanu. No i jest jeszcze los, coś, co w waszym świecie nazywają karmą.

– Los? – parsknął gniewnie alchemik. – Nie wierzę w predestynację.

– To nie to samo – odparł spokojnie Nin. – Nic nie jest z góry przesądzone, lecz istnieją określone okoliczności i predyspozycje: wzrost, siła mięśni, możliwości umysłu, środowisko, w jakim się rodzimy i w jakim żyjemy. To wszystko określają nasze czyny z poprzednich wcieleń.

– Wierzycie w reinkarnację? Myślałem, że...

– To skomplikowana sprawa – przerwał Rudnickiemu książę. – A ja nie jestem teologiem. Tak, wierzymy w kołowrót wcieleń. Nawiasem mówiąc, czy wiedział pan, że niektóre odmiany chrześcijaństwa w waszym świecie akceptowały istnienie preegzystencji dusz? Tę koncepcję odrzucono dopiero po Piątym Soborze Powszechnym w Konstantynopolu.

Oszołomiony Rudnicki zaprzeczył gestem.

– Ale dajmy spokój teoriom. Dobrze by było, gdyby obejrzał pan kilka treningów. Pomogłoby to panu dokonać wyboru.

– Wyboru?

– W naszym cesarstwie istnieją setki szkół, wszystkie jednak można podzielić na trzy grupy. Pierwsza zajmuje się manipulowaniem czystą energią, myślę, że można by to nazwać magią bojową. Jej adepci potrafią spalić wroga, zamienić go w bryłę lodu albo zatrzymać mu serce. Odrębna grupa to mistrzowie run. Ci uczą się tworzyć glify i za ich pomocą wpływać na rzeczywistość. W sumie to ta sama energia, tylko poddana większej kontroli. Wreszcie wojownicy koncentrują się na osiągnięciu mistrzostwa we władaniu orężem i własnym ciałem. To bardzo schematyczny i nieprecyzyjny podział, bo wszystkie te sfery przenikają się wzajemnie, istnieją też ludzie utalentowani w dwóch albo i trzech dziedzinach, choć to ostatnie należy do rzadkości.

– Jak mistrz Ling?

– Jak mistrz Ling – zgodził się książę. – Najlepiej chyba będzie, jeśli oprowadzi pana wujek Franko. Wujku Franko? – odezwał się arystokrata dziwnie proszącym tonem.

Ogrodnik natychmiast pojawił się w drzwiach i choć z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji, Rudnicki był pewien, że polecenie mu się nie spodobało.

– Jak sobie życzysz, panie – powiedział. – Idziemy! – rzucił szorstko pod adresem alchemika.

Ogrodnik poprowadził Rudnickiego poprzez meandrujące wśród drzew i kwiatów alejki, później przeszli przez potężną, strzeżoną przez kilkunastu żołnierzy bramę, po czym stanęli przed sporym drewnianym budynkiem.

– To Srebrny Pawilon – wyjaśnił lakonicznie Franko. – Tu dzieci uczą się podstaw.

– Dzieci? A może zaprowadziłby mnie pan tam, gdzie trenują dorośli?

Zamiast odpowiedzi, ogrodnik wywrócił oczyma i sapnął niecierpliwie.

– No dobrze! Miejmy już to za sobą, bo inaczej będziesz się dąsał jak czterolatek! – warknął, rezygnując z konwenansów. – Atakuj!

– Słucham?

– Atakuj! – powtórzył Franko. – Użyj całej swojej siły!

– Pańskie bezpieczeństwo...

Rudnicki nawet nie zauważył ciosu, po prostu w jednej chwili stał, w drugiej leżał kilka metrów dalej. Jego nie do końca uzdrowione ciało zareagowało bólem.

– Atakuj! – rozkazał Franko.

Alchemik, nie myśląc nawet o konsekwencjach, poderwał się na nogi jednym płynnym ruchem i uderzył. Uderzył nagle, nie sygnalizując ciosu, z szybkością, o jaką nigdy się nie podejrzewał. Uderzył celnie, tyle że czarne ostrze zatrzymało się kilka centymetrów nad barkiem Franko, jakby napotkało niewidzialną barierę. Ogrodnik uśmiechnął się wzgardliwie i odrzucił Rudnickiego oszczędnym gestem dłoni, wywołując w powietrzu efekt podobny do przypływu sztormowej fali.

– Co to... Jak to możliwe? – wymamrotał oszołomiony i obolały alchemik. – Nawet mnie pan nie dotknął!

– To efekt użycia chi – odparł łagodniejszym już tonem Franko. – Energii zawartej w materia prima.

– Ale jak... – Rudnicki z trudem skoncentrował wzrok: przez chwilę widział tylko ciemne plamy.

– Materia prima jest wszędzie – przerwał mu ogrodnik. – To podstawowy budulec wszechświata. Wszechświatów – poprawił się natychmiast. – Wy u siebie wykorzystujecie ją w dość prosty, żeby nie powiedzieć prostacki sposób, my uczymy się nią kierować. Jak? Proponuję, żeby obejrzał pan zajęcia dla najmłodszych. Wtedy zrozumie pan, na czym to polega, bo dzieciom objaśnia się wszystko od podstaw – powiedział, wracając do ugrzecznionego tonu.

– Czy mogę liczyć na to, że i w przyszłości udzieli mi pan kilku wskazówek? – spytał pokornie Rudnicki. – Mistrzu Franko?

Ogrodnik popatrzył na niego zdziwiony, nieoczekiwanie roześmiał się serdecznie. 

– Poradzisz sobie tutaj – powiedział. – Instynktownie rozumiesz rzeczy, których zrozumienie zajęłoby innym miesiące lub lata. Poradzisz sobie – powtórzył. – I nazywaj mnie wujkiem Franko, jak wszyscy.

Alchemik ukłonił się w odpowiedzi.

– A teraz chodźmy obejrzeć, jak radzą sobie dzieciaki – zaproponował Franko. – Jestem pewien, że nie okażesz się gorszy od pięciolatków. No, prawie pewien – doprecyzował. – Idziemy?

Rudnicki z westchnieniem pomaszerował w ślad za ogrodnikiem.

 

***

 

Zajęcia przypominały dziwaczny taniec: grupa kilkulatków wykonywała ruchy przypominające trzepotanie skrzydeł, tak jakby dzieci chciały oderwać się od ziemi. Młodziutkie buzie zastygły w grymasie koncentracji, a śmiertelnie poważne miny świadczyły, że to nie zabawa. Prowadząca trening szczupła, siwowłosa kobieta rzuciła krótką komendę i nagle jeden z maluchów wyskoczył w górę na dobre dwa metry, drobiąc w powietrzu tłustymi nóżkami, po czym bezszelestnie opadł na posadzkę.

– Czy mi się wydawało, czy on naprawdę spadał w zwolnionym tempie? – odezwał się z niedowierzaniem Rudnicki.

– Naprawdę – potwierdził Franko.

– Jak on to zrobił?

– To proste: najpierw poczuł, a potem opanował chi.

– A konkretniej?

– Zrób lekki wydech i przejdź powoli kilka kroków na bezdechu. Wolniej! Jeszcze wolniej!

Alchemik wykonał polecenie, czując dziwne mrowienie w całym ciele.

– Co się dzieje? – spytał, kiedy złapał haust powietrza.

– W ten sposób łatwiej wyczuć cząsteczki pierwotnej materii – wyjaśnił ogrodnik. – To część spektrum tego, co my nazywamy chi. Kiedy to uczucie stanie się bardziej intensywne, będziesz mógł zmienić rzeczywistość albo na chwilę zawiesić niektóre prawa przyrody. Na przykład zbudować w umyśle niewidzialne schody, poczuć je pod stopami i wbiec po nich jak po prawdziwych stopniach. To zależy tylko od siły koncentracji i praktyki. Jeśli będziesz cierpliwy, za miesiąc czy dwa powtórzysz wyczyn tego dzieciaka.

– Dlaczego na bezdechu? Nie mogę zatrzymać powietrza w płucach? Czy to nie przyspieszyłoby całego procesu?

– Możesz, choć to niebezpieczne. Wstrzymanie oddechu zwiększa naszą wrażliwość na chi, a jednocześnie oczyszcza kanały, którymi energia płynie w naszym ciele. Jednak zbyt długie zatrzymanie powietrza po wdechu może mieć różne skutki uboczne, aż do krwotoków wewnętrznych włącznie. My nazywamy to zabawą z ogniem demonów. Lepiej ćwiczyć łagodniej, za to bez obawy kontuzji.

– Czyli na bezdechu?

– Na bezdechu – potwierdził Franko.

– Co mam robić?

– To proste ćwiczenie, składa się tylko z dwóch ruchów. Jeden wygląda tak, jakbyś chciał się odbić rękoma od jakiejś podpórki, dźwigając ciało w górę bez pomocy nóg, drugi polega na wejściu na wyimaginowany stopień. Najpierw jedną, później drugą nogą. 

– To wszystko?

– Tak. Jedna rada: staraj się to wykonywać jak najwolniej, bo wtedy mocniej poczujesz chi.

– A czym jest w końcu to tajemnicze chi? Energią czy materią, z której mogę zbudować wyimaginowane schody?

– Jednym i drugim. – Wzruszył ramionami Franko. – Energia przechodzi w materię, materia w energię.

Rudnicki wypuścił z ust powietrze i postąpił krok naprzód, podnosząc nogę, jakby chciał wejść stopień wyżej. Z zewnątrz musiało to wyglądać idiotycznie, ale alchemik miał cały czas przed oczyma opadającego niczym piórko malucha. Zresztą tu i teraz nikt nie powinien się z niego śmiać, w końcu wszyscy ćwiczyli to samo...


Rozdział drugi

 

Rudnicki postąpił naprzód. Pod cienką podeszwą buta wyczuwał twardy kształt, ale mimo to jego stopa opadła na ziemię. Jak zwykle. Alchemik zaklął wściekle. Mimo że całym ciałem czuł cząsteczki materia prima, czy też jak nazywali to zjawisko miejscowi – chi, nic z tego nie wynikało. Od miesiąca nie poczynił nijakich postępów, podczas gdy nawet najmniej uzdolnione maluchy potrafiły zrobić w powietrzu przynajmniej trzy kroki. 

– Może po prostu nie mam talentu do tych sztuczek? – rzucił na głos. Na pewno nie pomagała Rudnickiemu troska o rodzinę pozostawioną w innym wszechświecie ani też same myśli, że jakimś cudem został przeniesiony do obcego dlań świata.

Nagły i nieoczekiwany podmuch wiatru – dzień był wyjątkowo pogodny – przygiął młodą śliwę i wysłał obłok białych płatków w stronę alchemika. Rudnicki odruchowo osłonił twarz i kwiatowa zamieć zatrzymała się w powietrzu, jakby natrafiła na niewidzialną przeszkodę. Alchemik zmarszczył brwi i siłą umysłu wprawił płatki w wirowy ruch, formując z nich miniaturowe tornado.

– Niemożliwe – wymamrotał.

Jednak nie ulegało wątpliwości, że kwiaty podporządkowały się jego woli, Rudnicki czuł pulsowanie w dłoniach, a płatki reagowały na każdy, najmniejszy nawet ruch. 

– No, wreszcie! – odezwał się znajomy głos. – Myślałem już, że jesteś upośledzony.

Alchemik odwrócił się i ukłonił nisko, wujek Franko jak zwykle dzierżył w dłoniach kij, a jego twarz zastygła w wyrazie lekkiej dezaprobaty.

– Teraz zrób kilka kroków w górę – polecił ogrodnik.

– Nie mogę, próbowałem przed chwilą.

Franko przewrócił oczyma i westchnął ciężko.

– To było wtedy, a teraz jest teraz – powiedział. – Jak myślisz, dlaczego ogołociłem z kwiatów ulubioną śliwę księcia Nina? W każdej dziedzinie samodoskonalenia występuje kilka etapów, pierwszy z nich to wiara we własne siły, a ty przed chwilą go osiągnąłeś. Twój umysł zapamiętał moment, kiedy po raz pierwszy użyłeś chi. Kolejny raz zrobisz to bez trudu.

– Więc to pan tę śliwę...?

– A któżby inny? – odburknął Franko. – A teraz dość gadania! Do roboty!

Rudnicki zacisnął zęby i wyskoczył w powietrze, tym razem jego stopy znalazły solidne oparcie i po chwili alchemik znalazł się na wysokości paru metrów. W sekundę później z impetem zwalił się na ziemię.

– Co ty robisz?! – wrzasnął Franko. – Chcesz połamać nogi? Widziałeś, jak spadał ten dzieciak? Masz uczynić swoje ciało tak lekkim, jak tylko się da!

– To było dość niespodziewane – usprawiedliwił się alchemik. – Chyba nic mi się nie stało. Może spróbuję jeszcze raz?

– W żadnym wypadku! Wystarczy tych głupot na dzisiaj! Idziemy!

– Gdzie?

– Do księcia Nina, a gdzieżby indziej? Trzeba go powiadomić o twoich... postępach – powiedział z ironią Franko. – W końcu to ważna wiadomość: budzący grozę zabójca Przeklętych, Pan Jastrząb, dogonił w nauce pięciolatków!

– Kto taki?

– Tak cię nazywają, nie wiedziałeś? Obawiam się, że mistrz Ling nieco ubarwił swoją relację, stąd nadmierny i niczym niezasłużony respekt dla twojej osoby.

Zanim Rudnicki zdobył się na odpowiedź, stanęli pod drzwiami rezydencji księcia. Tym razem nie było żadnych czołobitnych ukłonów, Franko po prostu wszedł do środka, odganiając wartowników niecierpliwym ruchem dłoni, i poprowadził alchemika krętymi korytarzami. Gabinetu księcia pilnował tylko jeden, prawda, że uzbrojony po zęby strażnik, ale i ten odstąpił bez słowa, widząc minę Franko.

Ogrodnik powitał księcia niedbałym skinieniem, po czym usiadł za stołem i bez pytania poczęstował się herbatą. 

– On osiągnął pierwsze stadium – poinformował lakonicznie.

– Jesteś pewien? – spytał szybko książę, nie zwracając najmniejszej uwagi na naruszenie etykiety.

– Sam widziałem.

– Co proponujesz?

– Jak najszybciej przeprowadzić ceremonię.

– Zwyczaj nakazuje, aby przed złożeniem przysięgi odwiedzić pałac cesarski.

– Bzdury! – burknął niechętnie Franko. – Przepisy nie podają...

– Przepisy przepisami, a zwyczaj zwyczajem – przerwał ogrodnikowi książę. – Wiesz, że jeśli tego nie zrobimy, wybuchnie skandal.

– Jego Wysokość...

– Tak! Wiem, że Jego Wysokość nie weźmie mi tego za złe! – ponownie wszedł mu w słowo książę. – Ale inne rody i owszem! A równowaga przy dworze jest krucha, och, jaka krucha!

Franko skrzywił się, jakby rozbolał go ząb, ale nie zaprotestował.

– To ogromne ryzyko – odparł po chwili. – Co jeśli go skaptują albo zastraszą? Wiesz, jak potrzebujemy... – nie dokończył, rzucając szybkie spojrzenie na Rudnickiego.

– Za pozwoleniem – odezwał się zniecierpliwiony alchemik. – Nie znam wszystkich detali sytuacji, ale zapewniam, że zwykłem dotrzymywać słowa. A obiecałem trzyletnią służbę!

– Przepraszam, Franko nie chciał pana obrazić – zapewnił książę.

Ogrodnik zbył wyjaśnienia Nina machnięciem ręki.

– Tu intryga goni intrygę, szczególnie ostatnio – powiedział, zwracając się do alchemika. – A ty nie znasz ludzi, zwyczajów ani zasad gry.

– To mi je wyjaśnijcie – wycedził Rudnicki. – Przyrzekłem służbę, ale nie chcę być bezwolnym pionkiem.

Franko zmarszczył brwi, wyraźnie poirytowany tonem alchemika, jednak arystokrata powstrzymał go stanowczym gestem.

– On ma rację – powiedział. – Potrzebujemy wojownika, nie niewolnika.

Ogrodnik wypuścił ze świstem powietrze, najwyraźniej usiłując się opanować, wreszcie wzruszył ramionami. 

– Jak sobie życzysz, panie – powiedział formalnie. 

Tymczasem książę Nin nalał herbaty do pustej czarki i podsunął napój alchemikowi.

– Następca tronu jest małoletni, ale już teraz wszystkie znaczniejsze rody usiłują wyswatać go z jakąś swoją krewniaczką – powiedział. – Do tego dochodzą intrygi ościennych królestw. Niektóre chciałby się spokrewnić z cesarskim rodem Wielkiej Han, inne wolałyby, żeby następca nie dożył koronacji.

– Trzeba też wspomnieć o sytuacji na dworze – włączył się Franko – Ministerstwo Kar rywalizuje z Ministerstwem Sprawiedliwości, bo ich obowiązki częściowo się dublują. Eunuchowie ze Służby Zachodnich Komnat walczą z eunuchami ze Służby Wschodnich Komnat. No i jest jeszcze wyprawa...

– Wyprawa?

Rudnickiemu odpowiedziało milczenie, widać było, że ani książę, ani Franko nie mają ochoty kontynuować tematu.

– Skoro już zaczęliśmy... – powiedział wreszcie Franko.

Książę skinął głową, cedując odpowiedź na ogrodnika.

– Następca jest chory – kontynuował Franko. – Wszystkie znane nam metody leczenia nie dały rezultatu, albo co najwyżej pomogły mu chwilowo, dlatego pozostaje nam jedynie medycyna spagiryczna. Problem w tym, że u nas to wiedza niemal nieznana, do tej pory nikt nie przywiązywał większej wagi do tych teorii. Naszą uwagę zwróciły dopiero twoje sukcesy w starym świecie. Zrozum: nikt nie twierdzi, że to pomoże, ale to nasza ostatnia szansa. Jeśli książę Mu Song umrze, nasi sąsiedzi, ci sami, którzy teraz zapewniają nas o wiecznej przyjaźni, zaatakują, a wielkie rody zetrą się w walce o tron. To będzie koniec imperium. 

– Czyli jednak mistrz Ling nie spotkał mnie przypadkiem?

– Owszem – potwierdził książę. – Lecz to nie my uwolniliśmy theokataratos.

– Nie podejrzewałem was o to – mruknął alchemik. – Więc co z tą wyprawą?

– U nas nie ma enklaw – powiedział książę, łyknąwszy herbaty. – A substancji nadających się do sporządzenia leków trzeba szukać daleko, na peryferiach cesarstwa. Kłopot w tym, że tam jest niebezpiecznie. Bardzo niebezpiecznie.

– Chodzi o skoncentrowaną materia prima? – upewnił się alchemik.

– Tak. 

– Trzeba ją ekstrahować z roślin czy...

– Wystarczą rośliny, jednak to nie takie proste – stwierdził z rezygnacją Franko. – Istoty, które zamieszkują ten region, są inteligentne i śmiertelnie niebezpieczne. I bardzo nie lubią intruzów. Do tego wszystkie te ziemie są przesycone magią. Niemal nieznaną nam i nieprzewidywalną magią – uzupełnił.

– Nieznaną? – zdziwił się Rudnicki.

– Tysiące lat temu cesarstwo sięgało daleko na północ – wyjaśnił niechętnie ogrodnik. – Tam, gdzie teraz rozpościerają się zaśnieżone lasy i ugory, kiedyś tętniło życie. I budowano cesarskie grobowce. Zabezpieczone magią, pełne pułapek i niewyobrażalnych okropieństw, bo magia często przywabia istoty, dla których jesteśmy tylko zwierzyną. Być może zresztą taki był zamiar budowniczych?

– Ale można chyba ominąć te grobowce?

– Tak, chyba że natrafi się na burzę śnieżną. A te zdarzają się tam średnio dwa razy w tygodniu. Co prawda tylko w sezonie, ale sezon burz trwa tam osiem miesięcy. Wtedy trzeba szukać schronienia. Wracając do sprawy: wszyscy wiedzą, w jakim celu zostałeś tu... sprowadzony. Fakt, że będziesz w służbie naszego rodu, wywoła powszechną zazdrość, niektórzy mogą spróbować cię przekupić, inni nastraszyć, a jeszcze inni załatwić sprawę w sposób ostateczny. Dlatego wolałbym, żebyś został jak najszybciej zaprzysiężony, bo dopóki nie zostaniesz domownikiem rodu Nin, twój status jest nieokreślony. Ni to gość, ni to człowiek z ludu... Wiem, że posiadasz tytuł szlachecki, ale tutaj się to nie liczy. Niewykluczone, że gdybyś został zabity, sprawca wykpiłby się przeprosinami i grzywną.

Rudnicki poruszył się nerwowo, poczuł ciarki wzdłuż kręgosłupa.

– A przysięga coś zmieni? – zapytał niepewnie.

– Radykalnie – odparł Franko. – Zabójstwo domownika to obraza nie tylko rodu, ale i tronu, a więc ciężkie przestępstwo. Sprawiedliwości dochodziłby wtedy nie tylko książę Nin, lecz i sam cesarz. Mało kto poszedłby na takie ryzyko.

– Więc może...

– Nie – westchnął Franko. – Książę ma rację. To tylko zwyczaj, jednak nikt nie ośmielił się go naruszyć od dwóch tysięcy lat. Po prostu musisz być przygotowany na wszystko. Najlepiej z nikim nie rozmawiaj, nigdzie się nie zatrzymuj, od razu udaj się do sali audiencyjnej i złóż pokłon cesarzowi.

– On przyjmie mnie osobiście? – zdziwił się Rudnicki.

– Tak. Zgodnie z wymogami etykiety każdy kandydat na domownika, poza sługami ciała, musi złożyć hołd cesarzowi – wyjaśnił książę. – Co prawda przepisy nie określają kiedy, ale... – Rozłożył bezradnie ręce. – Jest jeszcze jedna kwestia: tu wszystko regulują przepisy i etykieta, a niezaprzysiężonemu nie przysługuje eskorta. W drodze do pałacu będzie pan bezpieczny, bo nikt nie będzie wiedział, kiedy się tam pan pojawi. Natomiast w powrotnej może być różnie. Oczywiście wyślę paru ludzi na wszelki wypadek, ale oni mogą nie poradzić sobie ze zorganizowanym atakiem.

Rudnicki otarł zimny pot z czoła.

– Dlaczego kilku? – zapytał wprost.

– Bo jeśli będzie ich więcej, wzbudzą zainteresowanie straży – wyjaśnił Franko. – Stolicę zamieszkuje ponad pięć milionów mieszkańców, na upartego można ukryć całą armię, lecz nie w ciągu dnia czy dwóch. A dłużej czekać nie możemy, bo wieści o twoim ozdrowieniu pewnie dotarły już do pałacu i zwłoka będzie traktowana jak naruszenie etykiety.

– Naprawdę nie można wyprowadzić z rezydencji kilkunastu czy kilkudziesięciu ludzi? – rzucił z niedowierzaniem alchemik.

– Ależ można! Tyle że nie niepostrzeżenie. Całe miasto podzielone jest na sektory, a każdy sektor kontroluje wieża obserwacyjna, na której dzień i noc czuwają straże. Wszystkie wieże podlegają Ministerstwu Sprawiedliwości, podobnie jak i policja. Jeśli rezydencję opuści większa grupa uzbrojonych osób, wywoła to natychmiastową reakcję odpowiednich władz. 

– To kiedy mam się stawić w pałacu?

– Jutro? – Książę spojrzał pytająco na ogrodnika.

– Jutro – potwierdził Franko. – Tymczasem odpocznij. Służba zatroszczy się o wszystko i przygotuje ceremonialny strój. Jeśli nie będziesz mógł zasnąć, Chen poda ci zioła. Rano będziesz potrzebował wszystkich sił.

 

***

 

Bram pałacu pilnowali żołnierze w srebrzystych półpancerzach i zakrywających twarze, przerażających demonicznych maskach. Przez cały czas powozowi towarzyszył ledwie słyszalny przez stołeczny gwar odgłos bębnów z którejś z napotkanych po drodze wież. Ku swojemu zdumieniu Rudnicki stwierdził, że rozumie niektóre sygnały. Co chwilę powtarzało się imię Ying Tu. To także alchemik potrafił rozszyfrować: Drapieżny Ptak Spadający na Zdobycz. Czyżby aluzja do jego herbu?

– Wysiadaj! – przywołał go do rzeczywistości Franko. – I nie zapomnij pokazać straży żetonu. Ci tam to cesarska gwardia, oni nie znają się na żartach.

Rudnicki wysiadł niezgrabnie, starając się nie zaplątać obszerne, sięgające ziemi szaty. Wbrew pozorom strój dawał znaczną swobodę ruchów, większą niż europejski garnitur, ale nieprzyzwyczajony do luźnego ubrania alchemik czuł się w nim niezręcznie.

Ledwo wysiadł z powozu, woźnica ruszył gwałtownie, ponaglony szorstkim rozkazem Franko. Najwyraźniej ogrodnik chciał jak najszybciej oddalić się od pałacu. Rudnicki przełknął ślinę i podszedł do wejścia, nerwowo ściskając w dłoni złoty żeton.

Dowódca straży zbadał dokładnie znak, po czym odstąpił z drogi, nie zdejmując dłoni z rękojeści miecza. Aleją obsadzoną nieznanymi alchemikowi drzewami przemykali słudzy, czasem można było zobaczyć grupkę ludzi w bogatych purpurowych szatach. Mimo iż nikt nie przyglądał mu się otwarcie, Rudnicki odniósł wrażenie, że każdy jego ruch jest obserwowany i oceniany.

Nie przeszedł nawet stu kroków, kiedy drogę zastąpił mu jeden z pałacowych eunuchów. Dzięki pouczeniom Franko alchemik wiedział, że ciemnofioletowa szata o szerokich rękawach jest oznaką wysokiej rangi.

– Gao Men – przedstawił się tamten krótko. – Przełożony Służby Pałacowych Pokoi. Jego Wysokość polecił mi dopilnować, żeby trafił pan od razu do sali audiencyjnej. 

– Mógłbym zabłądzić? – zdziwił się Rudnicki. – Czy ta droga nie wiedzie prosto do pałacu?

Przez okrągłą, pozbawioną owłosienia twarz eunucha przewinął się rozbawiony uśmiech.

– Czasami prosta z pozoru droga jest bardziej niebezpieczna niż najbardziej kręta i ciemna aleja – odparł. – Ale teraz nikt nie odważy się pana zaczepić, nie w mojej obecności – oświadczył rzeczowo. – Proszę za mną.

– Co oznaczają te znaki podwieszone u pasa? – zapytał alchemik, żeby oderwać myśli od czekającej go ceremonii. – Większość obecnych tu je nosi.

– To żetony oznaczające rangę – wyjaśnił eunuch, nie zwalniając kroku. – Pozwalają rozpoznać pozycję społeczną właściciela. Najczęściej spotykane w pałacu, nefrytowe, to oznaka szlachetnego urodzenia albo stanowiska na dworze. 

Tymczasem weszli do obszernego westybulu i strażnicy otworzyli przed nimi potężne wrota.

– Sala, w której Jego Wysokość przyjmuje interesantów – wyjaśnił Gao Men. – Tu wejdzie pan już sam, tylko proszę nie zapominać o etykiecie. Po złożeniu ukłonu należy pozostać na kolanach, dopóki Jego Wysokość nie pozwoli panu wstać.

Rudnicki zacisnął pięści, jednak w głosie eunucha nie było kpiny, jedynie troska przyprawiona szczyptą znużenia. 

– Dziękuję za radę – powiedział po chwili.

Gao Men skwitował te słowa lekkim skinieniem i wskazał wejście.

– Jego Wysokość oczekuje – ponaglił.

Kiedy tylko alchemik przestąpił próg, szambelan donośnym głosem – pomieszczenie było ogromne – oznajmił jego przybycie. Rudnicki zgodnie z instrukcjami odmierzył trzydzieści kroków i opadł na kolana. 

Cesarz wyglądał na krzepkiego pięćdziesięciolatka, ale w jego oczach kryła się moc sugerująca, że jest dużo starszy. Coś takiego alchemik widział wcześniej u Franko.

– Pan Jastrząb, przybysz ze starego świata wita Jego Wysokość – zaintonował jeden z pałacowych eunuchów. 

Rudnicki skłonił się, niemal dotykając czołem marmurowej posadzki. Podniósłszy głowę, nieoczekiwanie poczuł dziwne, zupełnie nieprzystające do sytuacji rozbawienie: jeszcze niedawno był szanowany nawet przez koronowane głowy i sam wchodził w skład arystokratycznej elity, a teraz wśród możnych innego świata zajmuje pozycję na samym dnie. Ot i odmiana!

Coś z tych uczuć musiało odbić się na jego twarzy, bo we wzroku cesarza pojawiło się zaskoczenie i władca gestem ponaglił alchemika do powstania z kolan.

– Panu Jastrzębiowi pozwala się wstać! – zaintonował eunuch.

– Dziękuję Waszej Wysokości – powiedział Rudnicki.

Jego słowa wywołały poruszenie wśród zebranych, jakby sam fakt, że potrafi się porozumieć w miejscowym języku, był dla nich zaskoczeniem. Biorąc pod uwagę to, co powiedział alchemikowi Franko, może rzeczywiście tak było?

– Mistrz Ling twierdzi, że w starym świecie jest pan uważany za wybitnego eksperta alchemii – powiedział władca dziwnie niepewnym tonem. 

– Odniosłem skromne sukcesy w tej dziedzinie – przyznał Rudnicki.

– Leczył pan ludzi czy tylko eksperymentował?

– Jedno i drugie.

– Z jakim skutkiem?

– Generalnie pozytywnym – odparł ostrożnie alchemik.

– Także szlachetnie urodzonych?

– W chorobie wszyscy są równi, ale owszem, miałem i takich pacjentów.

– Może pan podać jakiś przykład? – rzucił cesarz z akcentem wątpliwości.

– Jednym z nich był syn potężnego władcy, następca tronu. Jego państwo liczy ponad sto trzydzieści milionów poddanych.

– Wyleczył go pan?

– Ta dolegliwość uchodzi u nas za nieuleczalną, jednak zahamowałem postępy choroby i ograniczyłem do minimum skutki kolejnych ataków.

– Czy doszedł pan już do siebie po... podróży? Mistrz Ling co prawda osłonił pana, jednak często przybysze ze starego świata są oszołomieni przez wiele tygodni.

– Nie jestem zdezorientowany – odparł Rudnicki, marszcząc brwi.

– Mógłby pan zbadać pacjenta?

– Oczywiście, na każde życzenie Waszej Wysokości.

Alchemik spodziewał się, że zostanie poproszony do chorego, lecz władca jedynie skinął głową i dał znak stojącemu przy tronie eunuchowi w fioletowych szatach. Inny sługa pojawił się u boku Rudnickiego niczym dżinn z butelki i podsunął mu miękką poduszkę pod kolana. 

– Mam klęknąć? – spytał szeptem alchemik.

Eunuch potwierdził niemal niedostrzegalnym gestem. Niespodziewanie u boku cesarza pojawił się Gao Men.

– Jego Wysokość nadaje Panu Jastrzębiowi tytuł ke cyna! – ogłosił, podnosząc niewielki jedwabny zwój. – Niech się spełni wola imperatora!

Widząc, jak przez salę przechodzi fala skierowanych w stronę tronu pokłonów, Rudnicki pospiesznie schylił głowę.

– Ke cyn Pan Jastrząb żegna Jego Wysokość! – oznajmił dobitnie Gao Men.

Rudnicki pokłonił się ponownie, tym razem na stojąco i pomaszerował do wyjścia. O dziwo, nikt go nie zaczepił, choć po drodze do pałacowej bramy alchemik naliczył kilka setek dworzan. Czyżby Franko i książę Nin przesadzili z obawami? A może chodziło o nowy tytuł? Ke cyn znaczyło tyle co „uczony zaproszony na dwór”. Ranga zapewne niewysoka, choć być może dawała jakieś przywileje? Najlepiej będzie omówić to z Franko, doszedł do wniosku alchemik. I nie przyjdzie mi na to długo czekać, pomyślał na widok powozu eskortowanego przez kilkudziesięciu żołnierzy w barwach księcia Nina. Skąd tu Franko i eskorta? 

– Wsiadaj! – rozkazał ogrodnik, wychylając się przez okno.

Ledwo Rudnicki wykonał polecenie, pojazd ruszył przy akompaniamencie rytmicznego tupotu żołnierskich butów. Książęca straż otoczyła ekwipaż ze wszystkich stron.

– Po co ta eskorta? – spytał alchemik. – Przecież mówił pan...

– Sytuacja się zmieniła – przerwał mu Franko. – Jego Wysokość postanowił włączyć się do gry.

– Nie rozumiem...

– To zacznij wreszcie myśleć! Bo inaczej długo nie pożyjesz! Tu nikt nigdy nie robi czegoś ot tak – zaczął wyjaśniać już spokojniejszym tonem. – Nadając ci tytuł nadwornego uczonego, Syn Nieba upiekł dwie pieczenie przy jednym ogniu: po pierwsze, uratował ci życie, bo jako ke cyn jesteś pod opieką dworu, po drugie, zapewnił sobie twoją lojalność, ponieważ tytuł otrzymałeś przed złożeniem przysięgi księciu, tak więc na pierwszym miejscu jest twoja służba wobec imperatora.

– To dozwolone?

W odpowiedzi Franko wzruszył ramionami.

– Trudno powiedzieć – odparł po chwili namysłu. – Formalnie cesarz nie złamał prawa, bo nie złożyłeś jeszcze przysięgi krwi. Z drugiej strony nie było żadną tajemnicą, że miałeś ją złożyć. Tak więc jego postępek zdecydowanie przekracza granice dobrych obyczajów, można to nawet potraktować jako naruszenie etykiety. Jednak nie ulega wątpliwości, że uratował ci życie, a ponieważ pozostaje w dobrych stosunkach z księciem, więc... 

– Książę będzie niezadowolony?

– Na pewno. Jednak możliwe, że przyszłe korzyści wyrównają obecne straty.

– Ma pan na myśli moją służbę? – spytał alchemik bez ogródek.

– Owszem. Zarówno dla księcia, jak i cesarza. Choć trudno powiedzieć, co z tego wyjdzie i jak zareagują wielkie rody. Sam fakt, że cesarz zrobił coś takiego, poniżyło księcia w oczach arystokracji, z drugiej strony, kto wie, co wcześniej ustalili? Nie zdziwiłbym się, gdyby cała sprawa była ukartowana od początku do końca.

– Przecież jest pan zaufanym księcia, a on w czasie naszej rozmowy...

Franko spojrzał na niego z politowaniem i westchnął ciężko.

– Tu wszyscy grają – powiedział. – Teatrem jest cały świat, a przeżyć mogą tylko najlepsi aktorzy. Myślisz, że w pałacu księcia nie ma szpiegów cesarza i wielkich rodów? My wszyscy szpiegujemy się nawzajem. To wielka, niekończąca się gra, w której sztonami są losy ludzi i całych państw.

– Zaraz... – Rudnicki rzucił podejrzliwe spojrzenie na Franko. – A skąd pan to wszystko już wie? Przecież cała sytuacja wydarzyła się niemal przed chwilą.

Ogrodnik popatrzył na alchemika dwuznacznie.

– Tutaj wieści szybko się rozchodzą... 

– Jak pan może tu żyć! – wybuchnął Rudnicki.

– Przyzwyczaiłem się – zarechotał Franko. – I ty przywykniesz, choć z początku będzie ci trudno. Nieważne! Zobaczymy, co przyniesie los, a tymczasem ciesz się, że przeżyłeś kolejny dzień.

Alchemik skwitował wypowiedź ogrodnika sceptycznym pomrukiem, lecz nie podjął tematu. Nieoczekiwanie poczuł, jak ciążą mu powieki, w sumie nic dziwnego, bo dzień był intensywny, a wyłożone miękkimi poduszkami siedzisko wygodne. Zasnął, zanim przejechali kolejne sto metrów.

Książkę Sługa Krwi. Materia Secunda kupić można w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Sługa Krwi. Materia Secunda
Adam Przechrzta 0
Okładka książki - Sługa Krwi. Materia Secunda

"W wojnie między bogami nie będzie zwycięzców, zostaną tylko zgliszcza ludzkiego świata." Świat leczy rany po wojnie z Przeklętymi, ludzie zaczynają...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Szpetnicy
Maciej Kapuściński
Szpetnicy
Przyjdę, gdy zaśniesz
Agnieszka Lingas-Łoniewska
Przyjdę, gdy zaśniesz
Każde twoje słowo
Marta Reich
Każde twoje słowo
Tango
Ewa Cielesz
Tango
Na zawsze w lodzie
Owen Beattie; John Geiger
Na zawsze w lodzie
Cień Debory
Magdalena Mosiężna
Cień Debory
Pocztówki z Portugalii
Jolanta Kosowska
Pocztówki z Portugalii
Pani Cisza
Arkady Saulski
Pani Cisza
Komnata głodu i chłodu
Magda Chruścińska
Komnata głodu i chłodu
Pokaż wszystkie recenzje