Pożyjemy, zobaczymy. "Orkiestra z Auschwitz"

Data: 2021-06-11 11:08:40 Autor: Piotr Piekarski

Historia kobiecej orkiestry w Auschwitz!

W roku 1943 roku w Auschwitz II - Birkenau zarządzeniem komendanta obozu Franza Hösslera, dzięki nadzorczyni podobozu Marii Mandel, powołano żeńską orkiestrę. Opowieść o niej to nadzwyczajna historia kobiecej solidarności, walki i siostrzanej miłości.

Ta niezwykła powieść przedstawia losy kilku kobiet: polskiej nauczycielki muzyki Zofii Czajkowskiej, organizatorki i pierwszej dyrygentki orkiestry; Almy Rosé, słynnej wiedeńskiej skrzypaczki; Anity Lasker, nastoletniej wiolonczelistki z Breslau; Estery Loewy, niemieckiej żydówki niepotrafiącej grać na żadnym instrumencie, której przynależność do orkiestry uratowała życie oraz skrzypaczki ze Lwowa, Zosi Anicz, której dzieje oparte są na wspomnieniach Polki, Heleny Dunicz-Niwińskiej.

W miejscu, w którym człowiek staje się człowiekowi bestią... grała muzyka.

Obrazek w treści

Do lektury książki Marcina Lwowskiego Orkiestra z Auschwitz zaprasza Wydawnictwo Świat Książki. Ostatnio naszych łamach mogliście przeczytać pierwszy i drugi rozdział książki, tymczasem już teraz zachęcamy Was do lektury ostatniego fragmentu.

Anita – Breslau, 1934

Marianne i Renate pochyliły się nad najmłodszą, dziewięcioletnią Anitką. Nastolatka Marianne chowała coś za plecami, rok starsza od Anity Renate przyglądała się siostrze spojrzeniem stawiającego diagnozę psychiatry.

– Co pan sądzi o pacjentce, doktorze? – spytała umyślnie obniżonym tonem Renate.

– Wpierw muszę ją zbadać – równie nisko odrzekła, tłumiąc śmiech, Marianne.

Zaskoczona Anita zacisnęła usta, starając się nie wybuchnąć śmiechem albo płaczem, jeszcze nie była pewna. Zerknęła w stronę drzwi, za którymi gdzieś w głębi pięciopokojowego mieszkania kryli się mama i tata.

Kłopot polegał na tym, że zarówno najstarsza, jak i średnia z córek Joachima Laskera mówiły po francusku. Nie żeby mała Anita nie rozumiała ni w ząb, przeciwnie, ale po prostu uważała tę rozmowę za niedorzeczną. „Ile języków, tyle istnień” z uporem maniaka powtarzał jej ojciec od tak dawna, że zdawało się, że od zawsze. Razem z mamą ustanowili rytuał, przeciw któremu z dziecięcym uporem się buntowała – tak zwane francuskie niedziele.

Zachichotała, Marianne włożyła jej pod koszulę zimną puszkę kalafonii, nadal udając, że jest lekarzem i musi ją osłuchać. Wszystkie naraz rzuciły się na łóżko.

– Co wy wyrabiacie, dziewczęta? – Mama wychynęła zza progu, robiąc surową minę. Na jej twarzy błąkał się uśmieszek. – Gosposia poda śniadanie, ojciec potrzebuje chwili spokoju. Pracuje dla hrabiego Königa. 

Ojciec, a właściwie papa, ojcem nazywała go mama, kiedy próbowała bez skutku straszyć nim trzy córki, był uznanym wrocławskim adwokatem, a hrabia König jego najlepszym klientem.

Naczelną dewizą rodziny Laskerów było wzajemne zaufanie. Doceniała to nastolatka Marianne. Rówieśnicy nie mogli jej wybaczyć, że jeździ swobodnie po mieście, a rodzice wymagali tylko, by się trzymała umówionej pory powrotu do domu. Wśród przyjaciół była wyjątkiem.

W domu najważniejszą regułę siostry nazwały: „Dziewczynki-nie-siedźcie-tak”. Celowała w niej mama. Gdy tylko zobaczyła, że któraś z córek marnuje czas przy książce albo

co gorsza, oddaje się marzeniom, w ciągu paru sekund dopadała Marianne, Renate czy Anitę, po czym padało legendarne: „Nie siedź tak, zrób coś”. Należało wówczas czym prędzej wstać i zacząć się krzątać ewentualnie spytać gosposię, w czym pomóc.

Poza tą drobną uciążliwością nie dało się o mamie złego słowa powiedzieć. Wszystkie siostry zgodnie przyznawały, że mogłaby służyć za wzór kobiecego piękna. To po pierwsze. Po drugie, znakomicie radziła sobie z igłą i nitką. Szyła sukienki i inne, bardziej skomplikowane części garderoby całej rodzinie. A po trzecie, wspaniała była z niej wiolonczelistka. Zresztą wszystkie kobiety w rodzinie świetnie grały.

W domowym kwartecie Laskerów papa zwykle podśpiewywał, Marianne grała na skrzypcach, Renate na fortepianie, najmłodsza zaś przyuczała się do skrzypiec, a marzyła o wiolonczeli. Wszyscy o tym wiedzieli, zamęczała ich już bowiem jako kilkulatka, imitując grę na ulubionym instrumencie mamy za pomocą kija i zmiotki.

– No dobrze, dobrze, Anitko – powtarzał ojciec. – Wszyscy zrozumieli.

Obiecał, że wkrótce zostanie wysłana do szkoły muzycznej i będzie się uczyć gry na tej swojej wiolonczeli.

Dobrze się żyło rodzinie Laskerów w Breslau, mieście ładnym, ale położonym trochę jakby z boku, jak mawiał hrabia König, sam mieszkający na wsi.

Z najbliższej rodziny dla mamy i papy najważniejsi byli ciotka z wujkiem i ich yorkshire terier Butsi, mieszkający razem z babcią, czyli mamą mamy i jej siostry. Spędzali u nich wszystkie żydowskie święta. Był też wujek Edward zza oceanu i krewni w Szwajcarii, z którymi mama i tata korespondowali. Centrum życia stanowiło ukochane mieszkanie na Kaiser Wilhelm Strasse, w okolicy zamieszkanej przez podobnych mamie i tacie – adwokatów, urzędników, lekarzy. Na oczach rodziny ulica piękniała – na wzór Wiednia po obu jej stronach nasadzono lipy i przeniesiono tory tramwajowe. W miarę upływu lat trzydziestych, najlepszej dekady XX wieku, jak mawiał tato, miasto nabierało wielkomiejskiego sznytu. Niepoprawny optymista, niedostrzegający niczego złego w świecie. „Zobaczycie”, powtarzał, „będzie dobrze”.

I było, owszem, przynajmniej w 1934 roku. 

Innym rytuałem rodzinnym prócz „francuskich niedziel” był podwieczorek połączony z głośną lekturą jakiejś ciekawej książki, zazwyczaj klasyki. Na razie pojawiały się pozycje dostosowane zwłaszcza do najmłodszej, ale mówiło się, że niedługo do repertuaru może dołączyć Goethe. Anitastale zamęczała matkę tym Goethem. Wszystko, co uzyskała, to Król Olch, a liczyła na Fausta.

– Z Faustem – orzekła mama – musimy jeszcze trochę poczekać.

Najstarsza siostra Marianne właśnie w 1934 roku zapisała się do młodzieżowej organizacji żydowskiej i w ten sposób została oficjalnie syjonistką. Często rozmawiała z rodzicami o Palestynie i planach przesiedleńczych, co ojciec zbywał: „Pożyjemy, zobaczymy”, a mama przyjmowała z troską i nieokreślonym lękiem. Marianne przenosiła do domu coraz gorętsze dyskusje toczące się wśród jej rówieśników, jednak ani Renate, ani tym bardziej Anita nie starały się ich rozumieć. Padało słowo „alija”, na które jeszcze długie lata oboje rodzice pozostawali głusi.

Anita, najbardziej związana z rok starszą Renate, narwana i zawsze wiedząca, czego chce, stanowiła zupełne przeciwieństwo siostry, kojarzącej się z zimorodkiem, stworzeniem tyleż rzadkim, co pięknym, wymagającym wszakże szczególnej troski. Czasem to właśnie ona, Anita, wydawała się starszą w tej dwójce, rezolutna i pewna siebie. Renate, oczko w głowie rodziców, była najwierniejszą towarzyszką zabaw młodszej siostry.

Zewnętrznie podobne – obie drobne bruneteczki o żywych, czarnych jak dwa błyszczące węgielki oczach, z niesfornymi, niedającymi się uporządkować kędziorami, nie wyobrażały sobie rozstania, zawsze nierozłączne. Wieczorami, kiedy gosposia pogasiła wszystkie światła i przez okno wpadał żółty blask latarni gazowych przy Kaiser Wilhelm Strasse, latorośle Laskerów leżące w jednym łóżku popłakiwały na myśl, co to będzie, jeśli Marianne rzeczywiście ucieknie im do tej Palestyny.

Książkę Orkiestra z Auschwitz kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Orkiestra z Auschwitz
Marcin Lwowski0
Okładka książki - Orkiestra z Auschwitz

Przez lata nikt o tym nie mówił! Historia kobiecej orkiestry w Auschwitz! W roku 1943 roku w Auschwitz II - Birkenau zarządzeniem komendanta obozu...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo