Początek. Fragment książki „Apetyt na miłość"

Data: 2019-08-12 10:34:54 Autor: Sławomir Krempa

Weź dwóch amerykańskich nastoletnich szefów kuchni, dodaj szklankę Paryża, dorzuć szczyptę romansu i zamieszaj….

Rosie święcie wierzy w to, że szczęście można znaleźć na dnie miski do wyrabiania ciasta. Jednak nigdy nie spodziewała się, że ona, przeciętna dziewczyna z prowincjonalnego East Liberty w stanie Ohio, zostanie przyjęta do najbardziej prestiżowej na świecie szkoły gastronomicznej dla nastolatków, prowadzonej w Paryżu przez celebrytę i szefa kuchni Denisa Laurenta. Gotowanie fascynuje także Henry’ego Yi, który praktycznie wychował się w restauracji swojego ojca w Chicago. Inaczej jednak niż w przypadku Rosie, szkoła Laurenta była wręcz pewnikiem na jego ścieżce kariery.

W Paryżu para nastolatków szybko nawiązuje znajomość, ale szkoła to nie tylko ptysie i crêpes. Nawał obowiązków, nacisk ze strony rodziny i zazdrość o Rosie, która coraz bardziej zaprzyjaźnia się z bardzo atrakcyjnym cukiernikiem Bodie’em, sprawiają, że Henry zachowuje się na tyle arogancko, że odsuwa od siebie wymarzoną dziewczynę. Desperacko starając się udowodnić swoją wartość, Rosie i Henry gotują, jak nigdy przedtem, podczas gdy między nimi cały czas iskrzy. Kiedy oboje docierają do przełomowego momentu, zaczynają wątpić, czy aby na pewno nadają się na szefów kuchni…

Do lektury powieści Apetyt na miłość zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. Dziś w naszym serwisie możecie przeczytać jej premierowe fragmenty: 

Maksowi.

Nie ma w zasadzie nikogo innego, z kim chciałabym jeść.

Rozdział pierwszy

Henry

Dziewczyna siedząca po drugiej stronie przejścia wpatrywała się w niego.

W pierwszej chwili Henry pomyślał, że to przypadek. Może po prostu patrzyła w jego stronę, bo jej wzrok pobłądził, a może Henry tylko to sobie wyobraził. Ale to nie był przypadek i on niczego sobie nie wyobraził. Zdecydowanie się w niego wgapiała. Cóż, możliwe, że w niego nie do końca odpowiadało prawdzie, niemniej stanowczo blisko niego. Utkwiła wzrok w okolicach jego dłoni, w których trzymał najświeższe wydanie magazynu „Lucky Peach”. To było dziwne.

Nie zwróciła na niego uwagi, gdy wszedł do samolotu. Już tam siedziała, co było zrozumiałe, bo Henry zjawił się jako jeden z czwórki ostatnich pasażerów zajmujących miejsca. Uznał, że minioreosy i cynamonowe herbatniki świetnie nadadzą się jako przekąska, dlatego zawrócił do kiosku, żeby je kupić, i niewiele brakowało, a spóźniłby się na lot.

Wpadła Henry’emu w oko nie dlatego, że była ładna – choć rzeczywiście była. W pierwszej chwili zobaczył jedynie dziewczynę mniej więcej w swoim wieku, siedzącą po drugiej stronie przejścia, ale kiedy spojrzał ponownie, zwrócił uwagę na jej szaleńczo duże piwne oczy i gruby warkocz w kolorze toffi, spoczywający na jej ramieniu. Był to dokładnie taki sam kolor, jaki miało masło orzechowe o smaku toffi, które kupił kiedyś w markecie Wicker Park Farmers i nie znalazł go już nigdy więcej. Zwrócił na nią uwagę, bo zwyczajnie siedziała. Spokojnie. Cierpliwie. Jakby na coś czekała. Nie bawiła się telefonem, iPodem ani nie kartkowała magazynu, jak prawie wszyscy, których mijał. Ona po prostu siedziała. I teraz nadal siedziała, tyle że wpatrywała się w niego, a raczej – no cóż – w miejsce blisko niego.

Henry próbował odsunąć się jak najdalej od ludzi siedzących w jego rzędzie. Wprawdzie z tego powodu stewardessa zdążyła już dwa razy uderzyć go w łokieć, ale posiniaczony łokieć to nic w porównaniu z tym, co działo się obok niego na miejscach 22A oraz 22B.

– Jesteśmy w podróży poślubnej – oznajmili 22A i 22B z dumą.

Pani 22B podsunęła Henry’emu pod nos pierścionek z gigantycznym brylantem. Zaraz potem wszczęli procedurę niemal dosłownego stopienia się w jedno, chichotali, całowali się, a Henry czuł się jak piąte koło u wozu.

Kurczę. Osiem godzin to długi lot niezależnie od okoliczności, ale utknięcie obok 22A i 22B to czyste okrucieństwo losu i coś całkiem niezwykłego. Nie był to najdłuższy lot, jaki Henry odbywał – leciał kiedyś z rodziną na wakacje na Hawaje, i to także była koszmarna podróż. Jego młodsza siostra Alice wygrała „Półmetek do Hawajów” i nie przestawała się chwalić, że za podanie poprawnego czasu lotu dokładnie w połowie drogi dostała w nagrodę torbę orzechów makadamia w czekoladzie. Nie poczęstowała go nawet jednym i ostatecznie zostawiła je na tylnym siedzeniu wynajętego samochodu, gdzie zmieniły się w gigantyczną stopioną czekoladową breję. Mama je wyrzuciła. W czasie powrotnego lotu do Chicago, kiedy Henry zasnął w samolocie, Alice narysowała mu na ramionach fioletowe zwierzaki z zoo. Flamastrem.

Jednak teraz przez osiem godzin lotu najprawdopodobniej nic mu nie groziło. A potem będzie już w Paryżu. Paryż. Henry nadal nie mógł uwierzyć, że naprawdę leci do Paryża. I to nie na wakacje, ale żeby się tam uczyć. Tam mieszkać. Tam gotować. Przez następne dziewięć miesięcy nie będzie tylko kolejnym przypadkowym uczniem przedmaturalnej klasy z Chicago. Będzie szefem kuchni-stażystą w École Denis Laurent, na najbardziej prestiżowym na świecie kursie gotowania dla uczniów. Kiedy o tym myślał, wydawało mu się, że to miejsce nie może istnieć naprawdę. Ale ono istniało i on właśnie tam jechał. Nie mógł się doczekać, kiedy zamiast brązowego ryżu i bulgogi, przyrządzanych w restauracji rodziców, zajmie się wołowiną po burgundzku i beszamelem. Nie żeby było coś złego w bulgogi – dojrzał już po prostu do czegoś innego.

Henry’emu nie brakowało dyżurów przy kasie przez cały weekend, każdy weekend, ale tęsknił już za kuchnią. W najwcześniejszych wspomnieniach siedział na blacie i machał nogami. Spróbuj – mówił tata, a Henry otwierał buzię przed widelcem z solidnym kęsem parującego boczku wieprzowego albo cierpkim kawałkiem marynowanej marchewki, albo słonawej, na wpół surowej krewetki. To ojciec nauczył go jeść, a potem gotować. Bo trzeba wiedzieć, jak jeść, zanim posiądzie się wiedzę o gotowaniu.

Ojciec był pierwszą osobą, której Henry powiedział o kursie w Paryżu, kiedy odkrył, że szef kuchni Laurent zgodził się przyjmować co roku dwudziestu uczniów do szkoły gotowania w stolicy Francji, gdzie mieli mieszkać i się uczyć. Podekscytowany Henry wszedł na stronę internetową, a serce waliło mu jak młot, jakby znalazł na ulicy los na loterię. I do pewnego stopnia tak było. Na stronie znalazł mnóstwo nazwisk znamienitych osób, które ukończyły ten kurs, także tych szczycących się nominacjami do nagrody Jamesa Bearda. Prezentowano tam też zdjęcia z Food & Wine Classic w Aspen i mających świetne recenzje restauracji, których nazwy Henry dobrze znał, a w których trzeba rezerwować stolik z rocznym wyprzedzeniem. To miejsca, o których marzył i które dałby radę poprowadzić, bo ukończenie kursu w École gwarantowało możliwość odbycia stażu w każdej kuchni, o jakiej by pomyślał, i zapewniało pozycję w przyszłości. Henry nadal czuł dłoń ojca na ramieniu i niemal prąd elektryczny, który przebiegał między nimi, kiedy razem oglądali tamtą stronę internetową.

Ojciec uwielbiał szefa kuchni, Denisa Laurenta. Może nawet bardziej niż Henry.

– Jedyna osoba z Food Network, która nadal gotuje – mówił z dumą, jakby szef Laurent był jego drugim synem.

Henry i ojciec bardzo często oglądali Food Network. Mama nie miała do tego cierpliwości.

– Ostatnia rzecz, jaką chciałabym oglądać, to inni ludzie, którzy coś gotują – mawiała i z niedowierzaniem kręciła głową. – Nie dość się codziennie na to napatrzymy?

Mama lubiła programy o przestępczości. Henry zaś nie rozumiał, jakim cudem oglądanie poćwiartowanych zwłok, upchniętych potem w pudłach, może być bardziej odprężające niż obserwowanie szefa kuchni blanszującego na parze cebulę w przestronnej kuchni na francuskiej farmie. Czasami Henry miał wrażenie, że nie wie bardzo wielu rzeczy o mamie.

Wiesz, wcale nie musisz tam jechać. Tak właśnie powiedziała. Na te słowa zdecydowała się, gdy Henry usiłował uścisnąć Alice na co niechętnie mu pozwalała – a cała rodzina stała przy odprawie na lotnisku O’Hare i żegnała się z nim. Jakby Henry miał zamiar zawrócić i wsiąść z powrotem do samochodu. Jakby to nie było wszystkim, czego chciał kiedykolwiek. Szybko wycofała się z tego, mówiąc, że nawet jeśli pojedzie, to po prostu będzie bardzo dobrze wyglądało w podaniu o przyjęcie na wyższą uczelnię. Że on wcale nie musi zostać szefem kuchni. Nie chciała, żeby Henry dał się uwięzić w restauracji na resztę życia – to jej słowa, nie jego. Henry nie rozumiał, jak ktoś, kto świadomie wyszedł za mąż za szefa kuchni, mógł mieć tak niejasne pojęcie o prowadzeniu restauracji, ale – jak lubiła powtarzać mama – człowiek nie rządził restauracją, to restauracja nim rządziła. Mama chciała, żeby Henry robił coś, cokolwiek, co nie miało nic wspólnego z siekaniem warzyw. Henry był święcie przekonany, że wolałaby, żeby utylizował toksyczne odpady zakładając oczywiście, że najpierw ukończyłby odpowiednie czteroletnie studia. I najlepiej by było, gdyby nosił przy tym garnitur.

To nie był pierwszy raz, kiedy się pokłócili z tego powodu, i na pewno nie ostatni. Wiedział, że to będzie się powtarzało, niczym refren w ohydnym kawałku na wiolonczelę, który Alice ćwiczyła w nieskończoność. Czego byłoby trzeba, żeby mamę przekonać? École nie wystarczała. Etat w restauracji Alinea? Nagroda Jamesa Bearda? Własny program w Food Network? Książki kucharskie z jego portretem na okładkach albo narzędzie kuchenne z jego nazwiskiem i restauracja na lotnisku O’Hare? Cokolwiek to było, on tego dokona. A wtedy ona przejrzy na oczy.

Henry przewrócił stronę w magazynie, a dziewczyna zachłysnęła się powietrzem na tyle głośno, że usłyszał ją mimo buczenia silników i mlaszczących odgłosów wydawanych przez 22A i 22B. Zerknął w jej stronę i ich spojrzenia się spotkały. Dziewczyna się zarumieniła i jej policzki nabrały dokładnie takiego samego koloru, jakie miały ostatnie już w tym sezonie maliny, które kupił z farmy Micka Kluga na targu w niedzielę przed wylotem. Dlaczego wszystko, co dotyczyło tej dziewczyny, kojarzyło mu się z jedzeniem? Na pewno kupił za mało przekąsek do samolotu.

– Przepraszam – powiedziała, choć mówiła tak cicho, że bardziej przypominało to szept. – O rety, przepraszam.

Henry stłumił śmiech, jaki wywołało w nim to „o rety”. Nie umiał sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz słyszał, jak ktoś powiedział „o rety”.

– Wszystko w porządku – odparł.

– Nie. Wcale nie jest. O rety.

– Serio. Nie ma się czym przejmować.

– Czytałam ci przez ramię i to było niegrzeczne, i paskudne, prawdopodobnie, i absolutnie nie powinnam tego robić. Naprawdę przepraszam.

– Nie ma o czym mówić. Słowo. Przestań przepraszać.

– Przepraszam – powiedziała ponownie. – To znaczy nie przepraszam. Przepraszam. Och! Przepraszanie za to, że się przeprosiło przypomina węża zjadającego własny ogon. Nie da się tego skończyć. To językowe ruchome piaski.

Popatrzyli na siebie wzajemnie, a Henry’ego ponownie uderzył wygląd jej oczu – dokładnie koloru temperowanej czekolady. Idealnie temperowanej czekolady. I znowu skojarzenia z jedzeniem? Co z nim było nie tak? Musiał być głodny. Zbyt głodny. Sięgnął do otwartej torebki z minioreosami, znajdującej się w kieszeni oparcia, nabrał ich garść i wepchnął je sobie do ust.

Błąd. Zaczął żuć zawzięcie, ale najwyraźniej nie da się zapanować nad ciastkami. Dziewczyna pomyślała pewnie, że jest wariatem. Dlaczego nie mógł połknąć tych oreosów? Jak to się stało, że było ich tak dużo? Henry gryzł w panice i nie odrywał wzroku od dziewczyny. Co powinien teraz zrobić? Powinien ją poczęstować. Prawda? Oczywiście. To było jedyne uprzejme rozwiązanie. W przeciwnym razie wyszedłby na gbura.

Henry wyciągnął nad przejściem rękę z torebką. Uśmiechnął się i w tej chwili zdał sobie sprawę, że jego zęby są pooblepiane okruchami, dlatego szybko zamknął usta. Zerkał na dziewczynę niczym chomik z wypełnionymi policzkami i w życiu nie czuł się tak głupio. Ale chyba nie do końca pogrążył się w jej oczach, bo oto ona sięgnęła ostrożnie do torebki i wyjęła z niej dokładnie trzy miniciastka. Jak każdy normalny człowiek.

W końcu Henry’emu udało się przełknąć to, co miał w ustach, i zaczął desperacko szukać w myślach nowego tematu do rozmowy. Wcisnął torebkę w kieszeń na oparciu – były spore szanse, że całkiem niedługo znowu po nią sięgnie – i spojrzał w dół na magazyn. Jego magazyn! To było coś, o czym mogliby pogadać.

– O! – I aż zagwizdał. – To jest dopiero ciasto. Też bym się zachłysnął powietrzem.

Henry nigdy wcześniej nie widział, żeby ktoś dosłownie się rozpromienił, a to właśnie zrobiła dziewczyna. I teraz to on się gapił. Co powinien natychmiast przerwać. Dlatego ponownie spuścił wzrok na magazyn. To rzeczywiście było ekstraciasto. Trzy warstwy biszkoptu przełożone dżemem i lukrem – nie, nie lukrem, cytrynowym sernikiem, jak zaznaczono w podpisie – i udekorowane polewą z marynowanych truskawek i paskiem czegoś, co wyglądało na okruchy herbatników. Boki pozostały odkryte, żeby było widać smakowite warstwy.

– To… to Christina Tosi, prawda? – zapytała dziewczyna nieśmiało. – Odsłonięte boki ciasta. To jest znak rozpoznawczy. I mleczne okruchy na górze. Widziałam je w książce kucharskiej Mamofuku Milk Bar.

Henry przyjrzał się uważniej – miała rację. To nie były herbatniki.

– Mleczne okruchy? – zapytał, usiłując wyobrazić sobie, co to może być.

– Są zrobione z mleka w proszku i białej czekolady. Naprawdę dobre. Tyle że nie powinno się ich jeść samych, jak mi się wydaje, i najczęściej są do czegoś dodawane, ale tak świetnie smakują, że zawsze odkładam ich trochę i zjadam potem. Jaki ma smak to ciasto?

– Truskawkowo-cytrynowy. – Henry ponownie się w nią wpatrywał. Nigdy wcześniej nie widział twarzy, która tak by wyglądała, kiedy rozmawiało się o wypiekach cukierniczych. Nawet u ojca, kiedy mówił o drożdżówkach cynamonowych w restauracji Ann Sather.

– O… Truskawkowo-cytrynowy. Brzmi nieźle. Tego ciasta nie ma w książce kucharskiej. Upiekłam jedynie szarlotkę i rzecz jasna, tort urodzinowy. Co roku piekę tort na urodziny Owena. Mojego brata – wyjaśniła. – Chociaż… – Zagryzła wargę w roztargnieniu. – Nie bardzo wiem, co on zrobi w tym roku. Ma urodziny w listopadzie. Może mama upiecze mu ciasto konfetti. Wiesz, takie z proszku. Ja też tak robiłam. Zanim dowiedziałam się o Christinie Tosi.

Znowu zagryzała wargę. Henry nie miał pojęcia, że gryzienie wargi może być aż tak rozpraszające.

– Weź sobie – wymamrotał.

– Co? – zapytała.

– Ten magazyn. Możesz wziąć mój magazyn. – Henry ochoczo podał go jej przez przejście. Zbyt wyrywnie.

– Och, nie, nie mogłabym…

– Proszę…

– Nie, nie mogę…

– Weź go. – Pomachał przed nią gazetą.

Nagle to, żeby wzięła od niego magazyn, stało się niesłychanie, niewiarygodnie ważne.

– Weź go. Proszę, weź.

– Ja… ja… Jak skończysz go czytać – powiedziała stanowczym tonem. – To „Lucky Peach”, prawda? Nigdy wcześniej nie widziałam papierowego egzemplarza. Czytam go w necie.

Henry skinął głową i położył magazyn z powrotem na stoliku przed sobą. Zastanawiał się, jak miałby go czytać, wiedząc, że ona będzie czytała po nim. A jeśli poplami kartki swoim potem? A jeśli na wcześniejszych stronach już były plamy z czekolady? Może ślinił się nad tym magazynem? Kto wie, jakie straszliwe ślady zostawił na czyściutkich stronach. Czy można było czytać magazyn w obciachowy sposób? Prawdopodobnie tak. A on najpewniej robił to przez cały czas.

– Przepraszam… ale mam tylko jedno pytanie.

Henry podniósł wzrok. Dziewczyna uśmiechała się do niego ujmująco. Henry odwzajemnił uśmiech, bez wątpienia w żałosny sposób. Dlaczego wszystko, co robił, było żałosne?

– Zapytam tylko o jedną rzecz, zanim będziesz mógł czytać dalej. Przepraszam. To znaczy nie przepraszam. – Odchrząknęła i pokręciła głową. – Jestem po prostu ciekawa. Czy jest tam napisane, że ona używa łopatki do rozprowadzenia lukru na górze ciasta? Firmy Ateco? W jakim rozmiarze?

I właśnie w tym momencie Henry zaczął się martwić, że mógł się zakochać.

Rozdział drugi

Rosie

Rosie nie mogła sobie przypomnieć sytuacji, kiedy rozmawiała z nieznajomym chłopakiem. Wszystkich chłopców ze swojej klasy znała od przedszkola albo jeszcze wcześniej. Oczywiście nie było tak, że East Liberty to na tyle małe miasteczko, że rozpoznawała każdego, kto ją mijał w alejce w supermarkecie, niemniej w ten czy inny sposób miała kontakt z bardzo wieloma mieszkańcami. Rosie nie była w stanie czegoś załatwić, wyskoczyć dokądkolwiek albo nawet iść do skrzynki pocztowej przed domem, żeby się nie natknąć na kogoś, kto zatrzymałby ją i zapytał „Jak się miewa mama?” lub „Kiedy w końcu ten twój brat przestanie grać w piłkę nożną i przejdzie do drużyny futbolu amerykańskiego?”. Którego z braci to dotyczyło, nie miało znaczenia. Wszyscy byli przekonani, że każdy z czterech braci Rosie był brakującym elementem, który zagwarantuje drużynie z East Liberty od dawna oczekiwane zwycięstwo w mistrzostwach. Nawet Owen, choć zanim pójdzie do liceum, musi upłynąć wiele lat.

Może dlatego była taka zdenerwowana, kiedy rozmawiała z tym chłopakiem. Może dlatego tak często przepraszała. I zbyt często powtarzała „o rety”, zupełnie jak jej babcia. Rosie nigdy nie denerwowała się w czasie rozmowy z chłopakami w szkole, nawet kiedy Brad Gill zaprosił ją na zjazd absolwentów, w końcu był o rok starszy. Ale znała go dobrze, bo grał w piłkę nożną z Cole’em i Rickym, jej starszymi braćmi, i w rozmowie z nim nie było nic szczególnie ekscytującego czy peszącego. Chłopcy w szkole stali się wyżsi, niż byli w przedszkolu, to pewne, części z nich urosły mięśnie, których zdecydowanie im brakowało, kiedy mieli po pięć lat. A poza tym? Byli zupełnie tacy sami.

Ale ten chłopak ją zaskakiwał. Oczywiście magazyn „Lucky Peach” intrygował, ale Rosie zafascynowała się nim. Był takim ciachem, że z trudem przychodziło jej patrzenie na niego bezpośrednio. Przyłapywała się jednak na zerkaniu na najbardziej przypadkowe szczegóły, jak linia krótko ostrzyżonych ciemnych włosów na karku, gdy pochylił głowę, żeby czytać. I obrys jego przedramion, kiedy podwinął rękawy. I jego długie, zwężające się na końcach palce, poznaczone bliznami po dawno wygojonych oparzeniach i budzących grozę skaleczeniach. Prawdę powiedziawszy, jej dłonie wyglądały bardzo podobnie.

Jego ręce. Magazyn. Puls jej przyśpieszył, dziwne uczucie lepkiego gorąca rozeszło się od skroni do szyi, bo nagle wstrząsnął nią domysł, że ten chłopak niemal na pewno jechał do Paryża, do École szefa kuchni Laurenta. Nie mogło być inaczej, prawda? Podobne ręce widywała jedynie u facetów, którzy pracowali w restauracji Cracker Barrel z jej mamą. To były typowe ręce kucharza.

Mężczyzna siedzący obok Rosie zmienił pozycję, gdy dziecko śpiące mu w ramionach zaczęło się wiercić. Maluch o jasnych włosach i pucołowatych, różowych policzkach ślinił się obficie na kołnierzyk koszuli ojca. Serce Rosie ścisnęło się na myśl o Owenie, najmłodszym bracie. Większość jej najwcześniejszych wspomnień łączyła się z nim jako niemowlakiem. Była zafascynowana tą pulchną, różową istotką, która śliniła się w nieskończoność. Bardzo podobnie do tego malca.

Zajmując fotele obok Rosie, rodzice chłopczyka wielokrotnie ją przepraszali. Torby z pieluchami i butelki ze smoczkami zostały upchnięte w każdym możliwym miejscu.

– Jesteś na nas skazana! – zaćwierkała młoda matka, podczas gdy ojciec oznajmił formalnie:

– Gratulacje. Oficjalnie przegrałaś w loterii samolotowej. Czeka cię międzynarodowy lot z jedenastomiesięcznym niemowlęciem.

Rosie machnęła tylko ręką w odpowiedzi. Bardzo długo opiekowała się dzieckiem, dlatego teraz była pewna, że ten maluch nie zrobi niczego, co by jej przeszkadzało. Szczerze mówiąc, była zadowolona, że ma miejsce obok niego, bo odwracał jej uwagę.

Zanim rodzina z dzieckiem zjawiła się w samolocie, Rosie siedziała w fotelu niemal sparaliżowana. Nie dlatego, że bała się katastrofy samolotowej – w każdym razie niespecjalnie – lecz dlatego, że nie wiedziała, co się wydarzy, jakie to wrażenie, gdy samolot wzbije się do góry, jak będzie się czuła, pędząc tysiące metrów na ziemią. To właśnie niewiedza zawsze budziła w niej największy strach. I dlatego Rosie uwielbiała robić wypieki. Pieczenie nie miało przed nią tajemnic. Jeśli postępowało się zgodnie z przepisem, otrzymywało się dokładnie to, czego się oczekiwało. Szarlotka nigdy niespodziewanie nie zamieniała się w połowie pieczenia w cytrynową tartę. A może niewiedza sprawiła też, że żołądek zacisnął się jej w supeł z niepokoju w czasie pięciogodzinnej jazdy samochodem na lotnisko w Chicago. Bo co tak naprawdę wiedziała o Francji? Poza kulinariami? Przerażająco mało. Może dlatego przeżywała tak trudne chwile, gdy usiłowała sobie wyobrazić, uwierzyć, że to rzeczywiście się działo, że naprawdę za kilka godzin będzie już mieszkała w obcym kraju. Kiedy w duchu próbowała zobaczyć się w Paryżu, nic innego nie przychodziło jej do głowy poza obrazem samej siebie idącej wybrukowaną uliczką, w berecie na głowie, choć Rosie była pewna, że nie miała niczego, co choćby z kształtu przypominało to nakrycie głowy.

Zabawne, ale od kiedy sięgała pamięcią, rozpaczliwie chciała wyrwać się z East Liberty. Desperacko marzyła o znalezieniu się gdzieś, gdzie wszystko było inne, gdzieś, gdzie ludzie nie znaliby jej na wylot. Albo nie wydawałoby im się, że dobrze ją znają.

Kiedy naprawdę nadeszła pora wyjazdu, było jej znacznie trudniej, niż się tego spodziewała. Wydawało się jej, że popędzi jak na skrzydłach na terminal lotniska i rzuci się od razu w wir przygody, która pachniała jak masło i cukier. Ale nigdzie nie pędziła jak na skrzydłach. Uściskała Cole’a, potem Ricky’ego, potem Reeda, potem Owena, a potem pożegnała się z mamą, cały czas tłumiąc nieprzyjemne pieczenie oczu i ucisk w gardle. Żadnych łez. Nie tego dnia. Rosie nie chciała niczego więcej.

Kiedy mama po raz pierwszy wspomniała o École, Rosie leżała akurat na brzuchu na łóżku i oglądała na YouTube stare nagrania z pierwszego programu telewizyjnego szefa kuchni Laurenta, Laurent du Jour. Mama zapukała do drzwi jej pokoju, a kiedy weszła, Rosie nawet nie podniosła wzroku i nie spojrzała na nią aż do chwili, gdy mama rzuciła obok niej plik papierów i oświadczyła:

– Szef kuchni Laurent.

Mama wiedziała wszystko o obsesji Rosie na punkcie Laurenta. No dobrze, Rosie nie nazwałaby tego obsesją – choć wszyscy inni tak mówili. Miała wszystkie jego książki kucharskie, czytała jego blog z nabożnym skupieniem i widziała wszystkie jego programy zarówno te, które teraz nadawano, jak i starsze, które mogła znaleźć w necie. No więc może miała niewielką obsesję na jego tle. Co tak naprawdę nie miało sensu, bo on nie był cukiernikiem, a taki właśnie zawód marzył się Rosie. Niemniej było w nim coś, sposób, w jaki od niechcenia rzucał dowcipami w kuchni, równie łatwo, jak obracał naleśniki, coś, co sprawiało, że Rosie czuła się bezpiecznie i ciepło, jakby siedziała z nim przy jednym stole i miała zamiar zjeść idealnie upieczonego kurczaka albo sałatkę liońską. Jednak sam pomysł, że mogłaby naprawdę znaleźć się z nim w jednej kuchni, był dla niej czymś niewyobrażalnym.

Rosie od razu przeczytała formularz zgłoszeniowy i to sześć razy z rzędu, a mama siedziała obok niej i podekscytowana, ściskała jej dłoń. Gdy Rosie rano się obudziła, przeczytała go ponownie. I kiedy wróciła ze szkoły. I każdego wieczora przed zaśnięciem. Przeczytała go tak wiele razy, że nauczyła się go na pamięć. Zapamiętała wszystkie odpowiedzi z teorii. Mogłaby teraz wziąć udział w jakimś teleturnieju z tego tematu, mogłaby wyrecytować formularz w formie dramatycznego monologu. Ale nie złożyła papierów. Przez całe tygodnie zwlekała z wysyłką.

Rosie toczyła ze sobą walkę wewnętrzną, bo czuła się bardziej cukiernikiem niż szefem kuchni. Zakładała, że prawdopodobnie nie będą zainteresowani kimś, kto na pierwszym miejscu stawia wypieki, ponieważ program kursu obejmował gotowanie jako takie. Niemniej Rosie też gotowała, cały czas, ale to, że chciała w przyszłości zostać cukiernikiem, nie oznaczało, że nie chciała nauczyć się sztuki gotowania od szefa kuchni Laurenta w Paryżu.

Perspektywa przebywania tak daleko od domu przerażała ją i przejmowała dreszczem emocji. Ale przynajmniej coś czuła.

Chybiasz celu w stu procentach, jeśli nie zaryzykujesz.

Jako pierwszy powiedział to Wayne Gretzky. Ale Cole powtarzał to bez przerwy. I tata też tak mówił. A potem Rosie słyszała to w głosie taty, gdy siedziała przed komputerem w ciemnym pokoju i wpatrywała się w kwestionariusz na dzień przed ostatecznym terminem jego wysłania. No i Rosie wiedziała, że w czasie szesnastoletniego pobytu na tej planecie ryzykowała bardzo rzadko. I wtedy pomyślała o mamie, która znalazła ten kwestionariusz, wydrukowała go, prawdopodobnie mając nadzieję, że Rosie zacznie robić coś poza przesiadywaniem w pokoju, czytaniem książek kucharskich i oglądaniem starych programów kulinarnych na YouTube. Zresztą Rosie też chciała robić coś więcej. Miała wrażenie, że jej palce żyją własnym życiem, kiedy wpisywała do formularza odpowiedzi, które od miesięcy znała na pamięć, a potem wcisnęła „Wyślij”.

Maluch poruszył się przez sen, sprowadzając Rosie z powrotem na ziemię. Rozczapierzył palce niczym mała różowa rozgwiazda, otworzył na chwilę oczy, popatrzył na nią, a potem znowu je zamknął i mocno zacisnął.

Rosie przeżywała katusze, gdy wyobrażała sobie własne życie pozbawione obecności braci. Jak to jest? Nie być „jednym z dzieciaków Radeke’ów” albo „córką Radeke’ów” i stać się jedynie Rosie? Nauczyciele w École nie będą jej nazywali siostrą Cole’a albo siostrą Ricky’ego. Będą mówili do niej po prostu Rosie. Taka sytuacja była dla niej wielką niewiadomą. Rosie zaskoczyło, że była tym mniej podekscytowana, niż się spodziewała. Czuła się za to bardziej zawieszona w próżni.

Żeby odzyskać dobry nastrój, zamknęła oczy i zaczęła myśleć o maśle, w taki sposób, w jaki większość ludzi myśli o idyllicznych tropikach, żeby się odprężyć. Jej najbardziej ulubioną rzeczą na świecie było kręcenie masła z cukrem, obserwowanie, jak te dwa oddzielne składniki się łączą i tworzą coś nowego. Potrafiła zobaczyć to oczami wyobraźni i znowu była w domowej kuchni, patrzyła na żółtawy kolor masła, starą drewnianą łyżkę i pękniętą brązową miskę. Masło miało w sobie magię. To był punkt wyjściowy do upieczenia ciasteczek, ciast, babeczek i wszelkich pyszności.

– Skończony.

Rosie była tak bardzo zaprzątnięta myślami, że przestała wpatrywać się w chłopaka i nieźle zaskoczył ją jego widok, gdy wyciągał ku niej nad przejściem rękę z magazynem.

– Mam na imię Rosie – wymamrotała.

– A ja Henry. – Uśmiechnął się.

– Ha – wypowiedziała to słowo, choć powinna się roześmiać.

– Oszczędź mi śmiechu z litości.

– To nie był śmiech z litości. To było po prostu… dziwne. Po prostu dziwne?! Co za kuriozalne wyrażenie. Ona była po prostu dziwna.

– Czy nadal… hm… go chcesz? – Opuścił nieznacznie magazyn w dłoni.

– Tak, poproszę. – Wzięła magazyn i położyła ostrożnie na rozkładanym stoliku.

W tej samej chwili zgasło światło, pogrążając kabinę w łagodnym półmroku, co Rosie uznała za sygnał do spania.

– Kurczę – wymamrotał Henry pod nosem. – Myślę, że możesz sobie zapalić światło.

Rosie wcisnęła guzik z ikonką żarówki, znajdujący się nad jej głową. Snop światła, który śmiało mógłby służyć za flarę na autostradzie, spłynął na jej fotel. Zażenowana tym, natychmiast je zgasiła.

– Jest w porządku – powiedziała szybko. Miała wrażenie, że trzymanie zapalonego światła byłby czymś niegrzecznym, nawet jeśli siedząca obok niej rodzina spała od chwili, gdy ogłoszono komunikat o osiągnięciu wysokości przelotowej.

– To światło jest tu z jakiegoś powodu. To twoje światło. Możesz je włączyć.

– Prawdopodobnie lepiej zrobię, jak się prześpię – odpowiedziała Rosie, mając nadzieję, że Henry nie usłyszał niechęci w jej głosie. – Proszę – dodała. Podniosła magazyn ze stolika. – Możesz go wziąć z powrotem.

– Nie. W ogóle się tym nie przejmuj. – Nacisnął guzik i odchylił do tyłu oparcie fotela. Przeciągnął się, niemal dotykając ramionami guzika służącego do przywołania stewardessy. – Zatrzymaj go. Już cały przeczytałem.

– Nie mogę go wziąć. – Rosie stanowczo pokręciła głową.

– To prezent. Od jednego pasażera z dwudziestego drugiego rzędu dla innego pasażera z tego rzędu.

– Nie mogę brać od ciebie prezentów. Nie znam cię.

– Oczywiście, że znasz. Jestem Henry.

Uśmiechnął się, a Rosie czuła, że się rozpływa – podobnie jak wtedy, gdy przerzucała błyszczące strony nowej książki kucharskiej, ale znacznie przyjemniej. Chłopak wyglądał jeszcze ładniej, kiedy się uśmiechał, i w tym momencie zrobiłaby wszystko, żeby nie przestawał się do niej uśmiechać.

– I tak ci go oddam – powiedziała Rosie, ale mimo wszystko wetknęła magazyn w kieszeń na oparciu fotela. – Jak tylko przeczytam. Jutro rano. Albo kiedy zapalą światło. Przeczytam i ci go zwrócę.

– O rany, Boże Narodzenie to musi być u ciebie w domu niezły odlot. Czy Świętego Mikołaja też tak czołgasz?

– Święty Mikołaj nie istnieje.

– NIE. – Henry katapultował oparcie fotela do pionu, szczęka mu opadła, wyglądał jakby poczuł się zdradzony. – ŚWIĘTY MIKOŁAJ NIE ISTNIEJE?

– Ciiii – upomniała go Rosie, ale zobaczyła, że chłopak ponownie się uśmiecha. Nie umiała sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz uśmiechała się tak często w tak krótkim czasie. – Obudzisz dziecko.

– Tak, ten mały rzeczywiście wygląda, jakby się budził.

Rosie spojrzała na współpasażerów. Ojciec i maluch spali jak zabici, mając taki sam wyraz twarzy i otwarte usta.

– I kto bardziej zdenerwowałby małego? Ja, budząc go? Czy ty, mówiąc mu, że Święty Mikołaj nie istnieje?

– Nie wydaje mi się, żeby mógł to zrozumieć.

– Jeśli jego pierwsze słowa zabrzmią: „Święty Mikołaj nie istnieje”, to naprawdę powinnaś się poczuć okropnie.

– Idę spać – oznajmiła Rosie. Sięgnęła w dół po małą poduszkę, obleczoną w powłoczkę o przedziwnej fakturze, polarowy koc i przepaskę na oczy, które wyjęła z plastikowej torby. – A rano przeczytam twój magazyn i ci go oddam.

– Oddasz, no jasne! – Henry wsunął sobie poduszkę pod głowę. – A jak mnie znajdziesz? Co, jeśli zniknę na ulicach Paryża i nigdy więcej mnie nie zobaczysz? To trochę psuje twoje plany dotyczące magazynu, prawda?

– Hej, Henry – odpowiedziała Rosie. – Myślę, że będę umiała cię odnaleźć. Jadę do tego samego miejsca, co ty.  

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejny fragment książki Apetyt na miłość. Powieść Stephanie Kate Strohm dostępna jest w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Apetyt na miłość
0
Okładka książki - Apetyt na miłość

Weź dwóch amerykańskich nastoletnich szefów kuchni, dodaj szklankę Paryża, dorzuć szczyptę romansu i zamieszaj…. Rosie święcie wierzy...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Tylko dla dorosłych
Nina Majewska-Brown
Tylko dla dorosłych
Pod naszym niebem
Sylwia Kubik
Pod naszym niebem
Marzycielka
Katarzyna Michalak
Marzycielka
Cecylio, obudź się!
Dorota Wójcik
Cecylio, obudź się!
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Ojciec, czyli o Pieronku
Szymon Wróbel
Ojciec, czyli o Pieronku
Kolory pawich piór
Jojo Moyes;
Kolory pawich piór
Coco i jej mała czarna sukienka
Annemarie Van Haeringen
Coco i jej mała czarna sukienka
Pokaż wszystkie recenzje