Początek. Fragment książki „Apetyt na miłość"

Data: 2019-08-21 11:30:09 Autor: Sławomir Krempa
News - Początek. Fragment książki „Apetyt na miłość

Weź dwóch amerykańskich nastoletnich szefów kuchni, dodaj szklankę Paryża, dorzuć szczyptę romansu i zamieszaj….

Rosie święcie wierzy w to, że szczęście można znaleźć na dnie miski do wyrabiania ciasta. Jednak nigdy nie spodziewała się, że ona, przeciętna dziewczyna z prowincjonalnego East Liberty w stanie Ohio, zostanie przyjęta do najbardziej prestiżowej na świecie szkoły gastronomicznej dla nastolatków, prowadzonej w Paryżu przez celebrytę i szefa kuchni Denisa Laurenta. Gotowanie fascynuje także Henry’ego Yi, który praktycznie wychował się w restauracji swojego ojca w Chicago. Inaczej jednak niż w przypadku Rosie, szkoła Laurenta była wręcz pewnikiem na jego ścieżce kariery.

-> Recenzja książki Apetyt na miłość

W Paryżu para nastolatków szybko nawiązuje znajomość, ale szkoła to nie tylko ptysie i crêpes. Nawał obowiązków, nacisk ze strony rodziny i zazdrość o Rosie, która coraz bardziej zaprzyjaźnia się z bardzo atrakcyjnym cukiernikiem Bodie’em, sprawiają, że Henry zachowuje się na tyle arogancko, że odsuwa od siebie wymarzoną dziewczynę. Desperacko starając się udowodnić swoją wartość, Rosie i Henry gotują, jak nigdy przedtem, podczas gdy między nimi cały czas iskrzy. Kiedy oboje docierają do przełomowego momentu, zaczynają wątpić, czy aby na pewno nadają się na szefów kuchni…

Do lektury powieści Apetyt na miłość zaprasza Wydawnictwo Zielona Sowa. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam jej premierowe fragmenty. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:

Rozdział trzeci

Henry

– Co? – zapytał Henry.

– Do École.

Henry’emu odjęło mowę.

– Kurs szefa kuchni Laurenta – wyjaśniła Rosie.

Henry zdecydowanie powinien coś powiedzieć. Zareagować. To była jak najbardziej odpowiednia chwila, żeby się odezwać.

– To znaczy… to znaczy, wydaje mi się, że tam właśnie jedziesz - dodała z wahaniem w głosie.

Oczywiście, że ona też tam jechała. To jasne jak słońce. Powinien się tego domyślić ze sposobu, w jaki patrzyła na ciasto, z tego, że wiedziała, co to szpatułka Ateco, ze śladu po niedawnym oparzeniu na wewnętrznej stronie prawego kciuka, z faktu, że nie było nic dziwnego w tym, że dwoje uczniów jechało na ten sam kurs – to prawda, niezbyt znany poza środowiskiem – i znalazło się w tym samym samolocie, startującym z trzeciego co do wielkości lotniska w Stanach.

– No cóż, Rosie – powiedział Henry tym samym tonem głosu.

– No cóż, Henry. – Został nagrodzony nieśmiałym uśmiechem.

– Cieszę się, że to słyszę.

– Ja też – powiedziała Rosie.

Henry zobaczył, że mrugnęła powiekami, potem zrobiła to drugi raz, powoli. Takie preludium przed zaśnięciem.

Henry miał do niej milion pytań. Chciał na przykład wiedzieć, z której części Chicago pochodziła. Dlaczego zdecydowała się wziąć udział w kursie? Kiedy zakochała się w jedzeniu? Ale wspaniałe było jedno, Henry wiedział, że ma czas. Nie musiał zadawać jej teraz żadnych pytań. Mógł pozwolić jej spokojnie zasnąć. Powinien pozwolić jej spać. I zdecydowanie powinien powiedzieć: „Hej, być może zakochałem się w tobie. Z powodu ciasta”. Nie, nie tak trzeba było postąpić. Tylko wariat powiedziałby coś takiego. A Henry stanowczo nie chciał wyjść na wariata. Zarówno w ogóle, jak i w określonych sytuacjach.

Henry nie pamiętał, kiedy zasnął – co było głupią myślą, bo przecież nikt nie pamięta, kiedy zasypia – ale to była pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy, kiedy zamrugały światła w samolocie i stało się jasno, co gwałtownie go obudziło. Policzek miał mokry. Poza tym Henry z niezadowoleniem stwierdził, że musiał się solidnie ślinić, bo poduszka i podgłówek oparcia były mokre. Zerknął szybko na Rosie, która na szczęście nadal spała. Otarł ręką policzek, usiłując go osuszyć, a potem jednym ruchem wsunął mokrą poduszkę pod fotel.

Henry usłyszał najpierw potok francuskich słów, których nie zrozumiał. A potem ogłoszono po angielsku, że będą lądowali w Paryżu za pół godziny. Wyciągnął szyję i zobaczył stewardessy pchające wózek. Miał nadzieję, że ze śniadaniem i czymś do picia. W suchych ustach czuł kwaśny smak. Prawdopodobnie dlatego, że śliniąc się w czasie snu, stracił sporo płynów z organizmu.

Wziął kartonowe pudełko, które podała mu stewardessa, otworzył je i znalazł w środku plastikowy pojemniczek z wodą, jogurt i spłaszczonego croissanta. Naprawdę ekscytujący zestaw na pierwszy posiłek we Francji. Oderwał jeden koniec croissanta i wsunął do ust. Nie było to zbyt smaczne, ale nie było też złe. W końcu kiedy tyle masła wtłoczy się w kilka centymetrów kwadratowych ciasta, wynik musi być zadowalający.

Henry żałował, że państwo 22A i 22B nie podnieśli osłon na oknach, bo wtedy mógłby zobaczyć lądowanie w Paryżu, ale nic z tego, bo pan 22A chrapał głośno z głową opartą o osłonę. Gdyby tych dwoje nie było tak irytujących, można by było pomyśleć, kiedy spali przytuleni do siebie, że w zasadzie są sympatyczni.

Henry obrócił się i zobaczył Rosie mrugającą powiekami. Przepaskę na oczy wsunęła na czoło, a spod niej wystawały naelektryzowane kosmyki włosów.

– Chyba ominęło cię śniadanie. Chcesz trochę? – Henry wyciągnął w jej stronę rękę z kawałkiem croissanta, odgryzioną końcówką zwróconą w jej stronę. Musiał się jeszcze dużo nauczyć.

– Nie, dziękuję. – Rosie pokręciła głową, a potem spojrzała na croissanta. – Popatrz na listkowanie. Praktycznie nie istnieje.

– Listkowanie? Dla kogoś, kto spał jeszcze pół minuty temu, to skomplikowane słowo, które robi wrażenie.

– Spójrz. – Rosie wychyliła się nad przejściem, opierając łokieć na podłokietniku. – Widzisz, że to wygląda, jakby tam były warstwy? Ale ciasto jest zakalcowate i zgniecione.

– Aha.

– To właśnie listkowanie. Dzięki niemu croissanty są puszyste. Warstwy powinny być wyraźnie widoczne, oddzielne i nigdy zakalcowate. Powinno być znacznie więcej tych warstw niż tutaj. I dlatego można powiedzieć, że to niezbyt dobry croissant.

– Och. – Henry odgryzł następny kawałek, przeżuł go i połknął. Bardzo dobry czy nie, Henry był głodny.

– Listkowanie. Już się uczę. A przecież kurs się nawet jeszcze nie zaczął.

– Ciasta niespecjalnie cię kręcą, co?

– Nie mam problemu z jedzeniem ciast…

– Tylko wolałbyś ich nie piec – skończyła za niego Rosie.

– Właśnie. W odróżnieniu od ciebie, jak się domyślam.

– Chyba masz rację. Lubię gotować, ale wypieki są dla mnie… wszystkim.

Rosie spojrzała na przejście. Po stewardessach nie było śladu.

– Chcesz mój jogurt? – zapytał Henry.

– Jasne – powiedziała Rosie, wahając się tylko przez sekundę, zanim się odezwała.

Henry podał jej pudełko, w którym był jogurt i łyżeczka.

– Dużo wiesz o croissantach – powiedział.

– Raz sama je upiekłam – powiedziała Rosie, wyjmując łyżeczkę z plastikowego opakowania.

Henry zdał sobie sprawę, że wpatrywał się w jej usta, gdy wkładała do nich łyżeczkę z jogurtem, dlatego szybko przeniósł spojrzenie na jej oczy.

– Nie było warto. Zajęło mi cały dzień, a rodzina orzekła, że wolą rogaliki „Pillsbury” ze sklepu.

– Kurczę. – Henry się skrzywił. – Jakbym słyszał swoją młodszą siostrę. Uważa, że wszystko, co gotuję, jest dziwaczne. Nie chce nawet próbować.

Rosie się roześmiała i odłożyła łyżeczkę do pojemnika po jogurcie.

– W przypadku ciast jest niemal stuprocentowa gwarancja, że wszyscy będą chcieli spróbować. W połowie przypadków i tak usłyszę, że nie powinnam sobie tym zawracać głowy, że wszystko, co upiekę, smakuje jak z proszku, ale przynajmniej kosztują. Trudno się oprzeć masłu, cukrowi i mące.

– Myślę, że to narodowe motto Francuzów.

– W takim razie chyba jadę do odpowiedniego miejsca.

Stewardessa ogłosiła, że podchodzą do lądowania. Henry dokończył croissanta i zauważył, że Rosie wykonywała jej polecenia z gorliwością, jakby się bała, że potem ktoś ją z nich przeegzaminuje. Oparcie podniesione. Stolik zamknięty. Spojrzenie wbite przed siebie. I dłonie zaciśnięte na podłokietnikach, jakby niezbyt dobrze czuła się w samolocie. Henry chciał sięgnąć ponad przejściem i wziąć ją za rękę, ale wydało mu się to śmiałym posunięciem, jak na kogoś, kto spał w nocy znacznie krócej niż normalnie. Zresztą nie był pewny, czy udałoby mu się odciągnąć jej palce od podłokietnika. Bo wyglądało na to, że całkiem mocno je zacisnęła.

Samolot usiadł na ziemi z bardzo niewielkim wstrząsem, rozległ się szmer podziwu dla pilota. Henry wyciągnął telefon i wyłączył tryb samolotowy – miał tylko jedną wiadomość z Verizonu, informującą go, jak astronomiczne były opłaty za wysyłanie i odbieranie esemesów. Przeszukał kieszeń na oparciu fotela na wypadek, gdyby o czymś zapomniał, ale nie znalazł tam niczego poza pustym opakowaniem po herbatnikach. I to by było na tyle. Zapiął suwak bluzy z kapturem, jakby dzięki temu stał się bardziej gotowy do wyjścia.

Henry zerknął w bok i zobaczył, jak Rosie pochyla się nad telefonem i uśmiecha do siebie.

– Żałosne – wymamrotała. – Zwykle nie gadam do siebie, słowo – powiedziała, kiedy zauważyła, że Henry na nią patrzył. Chodzi o… popatrz na to.

Wyciągnęła nad przejściem rękę z telefonem, a Henry wychylił się trochę, żeby popatrzeć na wyświetlacz. Było to kilka wiadomości przesłanych przez Skype’a:

Ricky Hej, Rosie, widziałaś moją bluzę?

Ricky Tę szarą

Ricky Ciemnoszarą

Ricky Z kapturem?

Ricky Tę, w której byłem na Twoim pożegnaniu

Ricky Nieważne, jest w samochodzie Brady’ego

Ricky A może wiesz, gdzie są moje adidasy?

Ricky Te szare

– Kim jest Ricky? – zapytał niby od niechcenia, jakby żołądek nie zacisnął mu się z zazdrości.

– To mój brat – odpowiedziała, a Henry poczuł, jak żołądek mu się rozkurcza. – Kocham go, ale jest zupełnie bezradny. Ricky wszystko gubi, ale i tak nikt nie jest na niego zły. W zeszłym roku zapodział puchar po zakończeniu zawodów stanowych i nie miał przez to żadnych nieprzyjemności. Puchar odnalazł się dwa tygodnie później w ubikacji, a trener powiedział: „Wszystko dobre, co się dobrze kończy” i tyle. – Rosie przewróciła oczami, kiedy Henry się roześmiał. – Jest o rok starszy ode mnie, ale można by pomyśleć, że to jeszcze dzieciak. Owen, prawdziwy dzieciak, zapamiętał, że lecę samolotem. – Ponownie pokazała mu wyświetlacz telefonu.

Owen Jesteś już za stara, żeby dostać przypinkę w kształcie skrzydeł? TAK CZY NIE

– On też nigdy wcześniej nie leciał samolotem – powiedziała Rosie, wzruszając ramionami. – Zasypał mnie pytaniami o samoloty.

– To był twój pierwszy lot? – spytał Henry.

– Aha – odpowiedziała, lekko się rumieniąc. – Chyba jesteśmy rodziną, która woli przemieszczać się samochodem.

– No to musimy mu załatwić tę przypinkę.

Zgasła sygnalizacja „zapiąć pasy”. Henry od razu zerwał się z miejsca i rozprostowywał ciało, które przez wiele godzin było ścieśnione na fotelu. Chwycił plecak i zarzucił go sobie na ramiona. I co z tego, że miał przed sobą dwadzieścia jeden rzędów? Był gotów do wyjścia. Z Rosie. I miał zamiar załatwić jej te skrzydełka.

– Henry. – Ona również już stała. Na jej fotelu leżał sfatygowany granatowy plecak z wyhaftowanym z przodu inicjałem CJR. Rosie okazała się niższa niż myślał. Jej oczy znajdowały się na wysokości jego brody. – Nie dostaniemy przypinki. One są tylko dla dzieci. Małych dzieci.

– Albo dla kogoś, kto się czuje dzieckiem – dowodził. Wystarczy powiedzieć, że to dla dziecka! – Henry wskazał na malucha trzymanego na rękach przez mężczyznę siedzącego obok Rosie.

– Nie zasunę dzieciakowi przypinki.

W tej samej chwili malec postanowił opluć ramię ojca. Henry skrzywił się ze współczuciem.

– Ten mały nawet nie wie, co to przypinka. Najpewniej próbowałby ją zjeść! Serio, uchronimy go przed niebezpiecznym zakrztuszeniem.

– Jestem za stara na plastikowe skrzydełka, Henry – powiedziała Rosie i stanęła w przejściu, bo kolejka ludzi do drzwi samolotu w końcu się ruszyła.

Do Paryża i wszystkiego, co to oznaczało.

Henry odczekał, aż dotarli na przód samolotu i podszedł do stewardessy w granatowej garsonce i kolorowej apaszce.

– Przepraszam panią – zagadnął ją.

– Chyba się nie odważysz – wymamrotała Rosie.

– Moja przyjaciółka zakończyła właśnie sukcesem pierwsze spotkanie z awiacją. – Wskazał z dumą na Rosie.

A Rosie robiła wrażenie, jakby chciała się schować w kurtce i zniknąć.

– Gratuluję – odpowiedziała stewardessa ciepłym głosem.

– Dzięki – powiedziała Rosie znacznie mniej ciepło.

– Dlatego mieliśmy nadzieję, że mogłaby dostać przypinkę, żeby podkreślić wyjątkowość tego wyczynu.

– One są dla dzieci…

– Mówiłam ci, Henry…

– Niemniej to wygląda na naprawdę wielki dzień. – Stewardessa puściła do nich oko i wyjęła przypinkę z kieszeni.

– Bawcie się dobrze w Paryżu. Oboje.

– To było strasznie żenujące – powiedziała Rosie, gdy szli rękawem, ale śmiała się przy tym.

– To wcale nie było żenujące. Co najwyżej trochę krępujące odpowiedział Henry. – I chyba jesteś zadowolona, że ją masz, prawda?

– Może.

Henry pomyślał, że jej uśmiech oznaczał więcej niż tylko „może”. A kiedy spojrzała w dół na plastikowe skrzydła trzymane w ręce, poczuł, jak coś w nim drgnęło.

– No weź. – Już na lotnisku Henry stanął trochę z boku, żeby przepuścić tłum ludzi wychodzących z samolotu. – Przypnij ją.

– To głupie. – Rosie zawahała się i obracała skrzydełka w palcach.

– Aha – zgodził się z nią. – Głupie.

Napotkał wzrokiem spojrzenie oczu koloru czekolady i dostrzegł w nich wesołe iskierki. Przypięła skrzydełka do kaptura. Henry zasalutował jej, a ona się roześmiała.

– No to wreszcie coś – powiedziała.

– Co?

– Początek.

Rozdział czwarty

Rosie

Rosie dotknęła skrzydełek przypiętych do kurtki, jakby w jakiś sposób mogły zapewnić jej bezpieczeństwo. Były jak mały plastikowy aniołek, który wisiał na lusterku w samochodzie babci, zanim mama powiedziała, że babcia nie powinna już prowadzić samochodu. Cole jeździł później tym samochodem do szkoły w Akron, ale Rosie była prawie pewna, że aniołek nie wisiał już na wstecznym lusterku.

Pokładanie wiary w kawałek plastiku wydawało się głupie. Ale Rosie raz po raz sięgała do plastikowych skrzydełek i ukradkiem pukała w nie palcami. Zerknęła na Henry’ego, który szedł przez terminal pewnym krokiem. Był szalony. To zamieszanie z przypinką graniczyło z żenadą. Ale cieszyła się, że ją ma. Może szaleństwo nie było czymś najgorszym. Na pewno było lepsze od przytłoczenia, które Rosie właśnie czuła. Gdyby nie poznała Henry’ego, pewnie zwymiotowałaby z nerwów na samym środku lotniska Charles’a de Gaulle’a. Przedstawiciel kursu powiedział Rosie i jej mamie, że ktoś z École będzie czekał na lotnisku na nią i innych uczniów przylatujących tego dnia – ale lotnisko okazało się ogromne z mnóstwem miejsc, w których można się było zgubić.

– No chodź. – Henry poszedł w lewo, jakby dobrze wiedział, dokąd zmierza, przeciskał się przez tłum meandrami, plecak miał nonszalancko założony na jednym ramieniu.

Rosie z trudem dotrzymywała mu kroku, ale bardzo uważała, żeby nie stracić z oczu ciemnych włosów i czarnego kaptura.

– Bagaże – powiedział.

– Co?

– Bagaże – powtórzył. – Musimy odebrać bagaże. Prawda?

– Prawda – zgodziła się z nim Rosie.

To oczywiste. Ale nie umiała skupić myśli, bo rozpraszał ją gwar głosów mówiących po francusku, stukot damskich obcasów na posadzce, należących do kobiet zmierzających przed siebie, ciągnących niewielkie walizki na kółkach i nonszalancko poprawiających elegancie apaszki na szyjach. Byli tam również inni Amerykanie, najczęściej ubrani w dresy, i azjatyccy turyści rozmawiający w językach, których Rosie nie potrafiła zidentyfikować, i grupa hałaśliwych Brytyjczyków, którzy pokrzykiwali: „Uważaj, kochana!”, gdy przypadkiem na nich wpadła, zapatrzona na plakat przy kiosku z napojami, na którym zamiast „Diet Coke” było napisane „Cola Light”.

To był drobiazg – naprawdę błahostka – zwykła reklama, niemal identyczna jak te, które widywała w Stanach. Poza tą różnicą, tą niewielką różnicą, która oznaczała, że Rosie znalazła się w obcym kraju. Potrzebowała całego zapasu silnej woli, żeby nie zostawić Henry’ego i nie pobiec do sklepu, by zanurkować między batony, studiować ich opakowania, przejrzeć napoje gazowane w wielkiej lodówce albo przekonać się, czyje zdjęcia są na okładkach tutejszych magazynów.

– Co? – zapytał Henry, bo Rosie na tyle zwolniła przed sklepem, że to zauważył. – Francuskie słodycze! – krzyknął wesoło i zaraz za nią wszedł do środka.

Apetyt na miłość możecie kupić w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Apetyt na miłość
0
Okładka książki - Apetyt na miłość

Weź dwóch amerykańskich nastoletnich szefów kuchni, dodaj szklankę Paryża, dorzuć szczyptę romansu i zamieszaj…. Rosie święcie wierzy...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Ta, która musi umrzeć
David Lagercrantz
Ta, która musi umrzeć
Bezmiar
Grzegorz Kapla
Bezmiar
Asiunia
Joanna Papuzińska
Asiunia
Bo trzeba żyć. Apolonia
Ewa Szymańska
Bo trzeba żyć. Apolonia
Bachor
Katarzyna Ryrych;
Bachor
Sekret antykwariusza
Paweł Jaszczuk;
Sekret antykwariusza
Łapy i ogony
Magdalena Podbylska
Łapy i ogony
Pokuta
Anna Kańtoch
Pokuta
To nie koniec świata
Ewa Maja Maćkowiak;
To nie koniec świata
Pokaż wszystkie recenzje