Przesiedlenia. Fragment książki „Maluchem do raju"

Data: 2020-11-17 16:19:57 Autor: Piotr Piekarski

W zjawisku podróżowania przegląda się kawał PRL-owskiej rzeczywistości: społecznej, obyczajowej, gospodarczej, a nawet politycznej. Książka Maluchem do raju to opowieść o sposobach i celach podróżowania Polaków przez 5 pierwszych powojennych dekad. Jak pospiesznie zaadaptowane do przewozu pasażerów ciężarówki zamieniano na autobusy i dlaczego rekordy popularności bił przez lata ogórek? W jaki sposób międzynarodową karierę zrobiły polskie rowery, i jak fiat 126p, zwany pieszczotliwie maluchem, uczynił przysłowiowego Kowalskiego królem krajowych szos? Czym kusiły sanatoria i jakie warunki panowały na szkolnych koloniach, w domach wczasowych FWP czy na kampingach. I w końcu – w jaki sposób podróżowało się za granicę, co oznaczała ,,delegacja dyrektorska" i co przywożono z wycieczek do Turcji czy Nepalu?

Obrazek w treści

Czytaj także: Większy kawałek świata. Jak podróżowano w PRL-u?

Do lektury książki Maluchem do raju zaprasza Wydawnictwo Bellona. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Maluchem do raju. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Podróże przesiedleńcze organizował i nadzorował PUR – Państwowy Urząd Repatriacyjny, już w październiku 1944 roku powołany do życia przez PKWN, potem parokrotnie przekształcany. Od połowy listopada 1945 roku jego organem nadrzędnym stał się nowy „zadaniowy” superresort kierowany przez Władysława Gomułkę. Ministerstwo Ziem Odzyskanych powołano do przeprowadzenia planowej akcji osiedleńczej, regulowania jej zakresu i tempa, planowego zagospodarowania tych ziem oraz – koordynowania na ich terenie prac wszystkich innych ministerstw i urzędów.

PUR dysponował rozległą siecią swoich przedstawicielstw terenowych, a zwłaszcza przeszło 250 punktami etapowymi. Wlotowe mieściły się przy nowo ustanowionej granicy wschodniej. Przeładunkowe specjalizowały się w przeładunkach z radzieckich kolei szerokotorowych do naszych – o europejskich standardach torowych. Przelotowe rozstawiono wzdłuż magistrali kolejowych. Docelowe zaś sytuowano w pobliżu planowanych miejsc osiedlenia. PUR w sumie dobrze się zasłużył. Dla setek tysięcy przesiedleńców przedstawiciele PUR byli niczym symboliczna pomocna ręka, na ogół pierwsza, jaką w ojczyźnie spotykali. Niepewnym swojej przyszłości ludziom służyli informacją i wsparciem materialnym, wiktem i poradą, także prawną.

Działalność PUR, a potem Generalnego Pełnomocnika Rządu ds. Repatriacji, wspomagała grupa wybitnych uczonych skupionych w Radzie Naukowej dla Zagadnień Ziem Odzyskanych przy Biurze Studiów Osadniczo-Przesiedleńczych. Ich główną ideą było wdrożenie takiego planowania, żeby przesiedlani rolnicy trafiali na tereny zbliżone do tych, jakie opuścili – pod względem klimatu, typu gleby, rodzaju ich zagospodarowania. Przy czym najlepiej, by przenosili się w zwartych, zżytych wcześniej grupach, to bowiem ułatwiałoby procesy ich społecznego przystosowania i przyspieszało też aktywizację produkcyjną. W praktyce te światłe idee okazywały się trudne do urzeczywistnienia, ale jednak. Z grubsza realizowano więc zamierzoną rejonizację. Od lata 1945 roku najczęściej przesiedleńców z Ukrainy kierowano na Śląsk. Z Białorusi – na ziemię lubuską oraz do województw wrocławskiego i szczecińskiego. Z Litwy – do województw olsztyńskiego i gdańskiego. Przy czym niejednokrotnie udawało się także spełniać kolejne wskazanie naukowców, by repatrianci ze wschodu przybywali w zwartych grupach, niekiedy nawet razem ze swoim księdzem i wiejskim nauczycielem. By zasiedlali całą wieś, podobnie jak Pawlak z Kargulem, odtwarzając dawny układ sąsiedzki. I wówczas cała wieś na zachodzie, jak w Samych swoich, mówiła kresową gwarą z tak charakterystycznym jej śpiewnym akcentem.

Przesiedleńcom przyznawano z reguły gospodarstwa w granicach 10–12 ha, co wielu zdawało się i tak Ziemią Obiecaną. Na domiar, zwłaszcza w pierwszym okresie, zastawali często gospodarstwa wyposażone w sprzęt domowy i narzędzia, o jakich u siebie nie mogli marzyć. Halina, która po wojnie trafiła w Olsztyńskie, jeszcze trzydzieści lat później podejmowała mnie herbatą i ciastem w zachowanym bez żadnego uszczerbku poniemieckim serwisie. Tam natomiast nie dałoby się już znaleźć sierpa, jaki Pawlak zabrał ze sobą i potem niczym relikwię pokazywał Johnowi – Jaśkowi, przybyłemu po latach z Ameryki. Znacznie wyższa aniżeli w miejscach opuszczonych okazywała się też infrastruktura zachodnich wsi i miasteczek, i to pomimo zniszczeń wojennych, sowieckiego rabunku i polskiego szabru. „Dom mam murowany, piwniczny, z dachem krytym dachówką, nie słomą jak w Krużewnikach” – chwalił się Kaźmirz Pawlak swemu bratu. Tylko babka, wierna starym przyzwyczajeniom, wtrąciła z przekąsem: „E, co to za dom, nawet pieca ni ma. Upiec upieczesz, ale spać ni ma gdzie”. No bo przecież dawna tradycyjna wieś nie znała lepszego miejsca do spania niż na piecu; leżeć na piecu i tłustość łyżką jeść – to był bajkowy ideał wiejskiego sybaryty!

Kiedy mówimy o zwartych grupach przesiedleńców, trzeba zauważyć, że to zjawisko dotyczyło nie tylko wsi. Koronnym przykładem jest Wrocław, który stał się głównym kierunkiem podróży lwowskich repatriantów, ich szansą i wyzwaniem. Tam lwowianie spotykali się co krok. Jak w starej piosence: „Ta joj, ta Józku, ta dawaj pyska, ta z twojej gęby widzę Lwów”. W ślad za byłym rektorem lwowskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza prof. Stanisławem Kulczyńskim, który objął początkowo rektorat dwóch nowo organizowanych we Wrocławiu placówek, uniwersytetu i politechniki, pojawiła się tam – zdziesiątkowana wprawdzie przez Niemców – kadra znakomitych uczonych, którzy wcześniej utrzymywali Lwów w ścisłej czołówce polskich uczelni. Nad Odrę przeniesiono też po wojnie Ossolineum, jeden z najstarszych i najważniejszych ośrodków kultury polskiej. Tamże – traktując tę lokalizację już jako oczywistą – usytuowano Panoramę Racławicką, tyle że obawy polityczne (Polacy biją Rosjan, wprawdzie pod carskimi sztandarami, ale jednak…) spowodowały, iż unikalne dzieło Styki i Kossaka udostępnione zostało dopiero w połowie lat 80. Lwowskich śladów do dziś w dolnośląskiej stolicy jest pełno i wciąż łatwo spotkać w niej ludzi kultywujących te tradycje.

Z końcem wojny na wschód od Odry, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, znalazło się prawie 600 tys. polskich robotników przymusowych przewiezionych tam przez Niemców do niewolniczej pracy. Wielu marzył się powrót do dawnego domu, ale okazywało się to niemożliwe, skoro pozostawał on na Kresach, teraz już w Związku Radzieckim, albo też działania wojenne zrównały go z ziemią. W takiej sytuacji organizowali sobie nowe życie na miejscu.

Po kapitulacji III Rzeszy i ustanowieniu na jej terytorium alianckich stref okupacyjnych podobne prawie sześciusettysięczne zbiorowisko Polaków znalazło się w strefie radzieckiej. Byli to znów robotnicy przymusowi, ale także więźniowie obozów koncentracyjnych oraz jeńcy wojenni, więźniowie żołnierskich stalagów i oficerskich oflagów. Oni rozpoczęli masowy powojenny exodus rodaków z zachodu na wschód. Na wielu czekali najbliżsi, więc spieszyli się, korzystając z każdego dostępnego środka lokomocji. Zatłoczone chwilami drogi stanowiły niezwykłą, kuriozalną wręcz mozaikę rozmaitych pojazdów.

Ponad milion rodaków znalazło się w tym momencie w zachodnich strefach okupacyjnych. Oni stanęli przed trudnym wyborem: wracać do swoich, do ojczyzny – zrujnowanej przez wojnę, wyzwolonej od Niemców, ale w sowieckich kleszczach? Czy też szukać sobie poza nią nowego miejsca na ziemi? Oba rozwiązania gotowa była ułatwić im UNRRA (Administracja Narodów Zjednoczonych do spraw Pomocy i Odbudowy), która brała pod swe skrzydła tak zwanych dipisów (skrót od angielskiego określenia osób, które w wyniku wojny znalazły się poza swoim państwem i chciały albo wrócić do kraju, albo znaleźć nową ojczyznę, lecz bez pomocy uczynić tego nie dałyby rady). Były to częstokroć wybory dramatyczne, poprzedzały je zazwyczaj próby kontaktów z bliskimi w kraju i długie nocne rodaków rozmowy.

Podobnie jak tysiące polskich rodzin, miałem w swym otoczeniu przykłady obu wersji. Witold Różycki – więzień stalagu od kampanii wrześniowej aż do końca wojny, i jego żona Krystyna – żołnierz Armii Krajowej, powstaniec warszawski, wywieziona do Niemiec po upadku powstania. Poznali się w Niemczech po ich kapitulacji, pokochali, wzięli ślub i parę miesięcy się zastanawiali. Po czym wrócili do Polski, podobnie jak 70% dipisów. Mieli podróż do ojczyzny zorganizowaną sprawnie, również kolejową, lecz w warunkach cywilizowanych, dalekich od prymitywu podróży ze wschodu.

Odmienny przykład z rodzinnego kręgu: Marian Więckowski, funkcjonariusz Polskiego Państwa Podziemnego, wpadł na terenie Niemiec podczas kolejnej swojej misji. Po wyzwoleniu w angielskiej strefie nie mógł wyobrazić sobie powrotu pod sowiecką kuratelę. Podobnie jak 30% rodaków z alianckich stref okupacyjnych, wybrał drogę na zachód. Zasilił jakże liczną Polonię londyńską. Po zwinięciu „żelaznej kurtyny” odwiedzało go wielu członków rodziny, jednak pozostał niezmienny w swych poglądach. Dożył polskiej transformacji ustrojowej, lecz uznał, że dla niego na powrót już za późno. W zachodniej Europie pozostała zdecydowana większość żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych oraz znaczna część elit intelektualnych i politycznych.

Kolejną rzeszę przesiedleńców stanowili demobilizowani żołnierze. Niespełna dwa miesiące po bezwarunkowej kapitulacji III Rzeszy marszałek Michał Rola-Żymierski rozkazem nr 0141 nakazał wszystkim dowódcom jednostek rozpocząć akcje osiedlania na Ziemiach Zachodnich wojskowych i ich rodzin. Miało to swoją długą tradycję, by na rubieżach Rzeczypospolitej lokować jej obrońców. Tak czynił marszałek Józef Piłsudski, nie inaczej Jan III Sobieski i wielu jego poprzedników.

Ten rozdział podróżowania na Ziemie Zachodnie także zyskał filmowe uwiecznienie. Pod koniec lat 60. Henryk Przybył nakręcił komedię Rzeczpospolita babska, opartą na motywach autentycznej historii 1. Samodzielnego Batalionu Kobiecego im. Emilii Plater. Część jego żołnierek zaraz po wojnie osiedliła się w dolnośląskiej wsi nazwanej potem Platerówką, w sąsiedztwie ulokowanej tam jednostki męskiej. Choć obie grupy były już zdemobilizowane, przez dłuższy czas utrzymywały jednak dotychczasową hierarchię i porządki wojskowe. Najpierw ze sobą rywalizowały, potem współpracowały, aż do kończącego opowieść… korowodu ślubów. Mimo autentycznych korzeni trudno ten film – w przeciwieństwie do Samych swoich – uznać za świadectwo czasu. Przybył zrobił widowisko w stylu rozśpiewanych i roztańczonych komedii sprzed wojny, obfitujące w rzewne i naiwne scenki, okrasił je za to obsadą pełną młodych podówczas, a znanych później aktorek, z Ireną Karel i Teresą Lipowską, Krystyną Sienkiewicz i Elżbietą Starostecką, Zofią Merle i Aleksandrą Zawieruszanką, do których w konkury uderzali między innymi zaczynający aktorską karierę bracia Damięccy i 30-letni wówczas Jan Machulski. Smak historii w tym filmie to co najwyżej transport dzielnych żołnierek towarową „salonką” albo ceremonialne powitanie honorowych gości przez starostę i funkcjonariusza PUR z identyfikującą opaską na ręku, przy akompaniamencie strażackiej orkiestry. No i, rzecz jasna, opłakany stan pałacyku, który dano w posiadanie zdemobilizowanemu żeńskiemu batalionowi; taka była wówczas norma.

Akcja osiedleńcza żołnierzy miała jednak bardzo poważny wymiar. Wedle rozkazu z samej góry każda jednostka, do pułku włącznie, miała już do końca miesiąca zabezpieczyć zamieszkanie na Ziemiach Zachodnich kilkudziesięciu rodzin i objęcie przez nie opustoszałych gospodarstw rolnych. Wyznaczono w tym celu 12 powiatów przygranicznych, od Kamienia Pomorskiego na północy po Zgorzelec na południu, zaś administracja państwowa wstrzymała napływ na te tereny osadników cywilnych. Jakie przypisywano temu znaczenie, świadczy powołanie Generalnego Inspektoratu Osadnictwa Wojskowego, na czele którego stanął generał broni Karol Świerczewski, ten, co się „kulom nie kłaniał”, ale zginął od kul w Bieszczadach, gdzie toczyły się walki z oddziałami UPA (Ukraińskiej Powstańczej Armii), a na jego zastępcę wyznaczono Piotra Jaroszewicza, późniejszego premiera w ekipie Edwarda Gierka. Trzeba przyznać, że punkty rozdzielczo-przesyłkowe osadnictwa wojskowego powstały błyskawicznie, a wojsko pomagało swoim osiedleńcom, od organizowania podróży koleją i taborem samochodowym, aż po wręczenie symbolicznych kluczy do domostwa i całego gospodarstwa. Czym wyróżniało się to żołnierskie podróżowanie? Może trochę większym udziałem zmotoryzowanych środków transportu. I przede wszystkim lepszym zorganizowaniem, większą dyscypliną podróżników. Summa summarum faktem się stało, że w wielu przygranicznych miejscowościach dwunastu wydzielonych powiatów zdemobilizowani żołnierze razem z rodzinami stanowili w roku 1948 ponad 30% ogółu polskiej ludności, a wojskowe porządki i żołnierski styl utrzymywały się tam jeszcze przez lata. Co nie znaczy, że ludzie z mundurami schowanymi w szafach osiedlali się jedynie tam. Na całych tak zwanych Ziemiach Odzyskanych do końca roku 1948 rozmieściło się około 170 tys. żołnierskich rodzin, łącznie dobrze ponad pół miliona osób, co stanowiło około 12% całej tamtejszej polskiej społeczności.

Jednakże to nie rodacy zza Buga i zdemobilizowani żołnierze z rodzinami stanowili większość na Ziemiach Zachodnich, ale mieszkańcy terenów wpisanych w nasze stare granice aż do linii Buga. Mimo spowodowanych wojną i okupacją niemiecką strat ludnościowych polska wieś była przecież znacznie przeludniona i ogromnie zbiedniała, także w województwach centralnych, na Mazowszu, w Świętokrzyskiem, a tymczasem na zachodzie i północy małorolny czy nawet bezrolny chudeusz miał teraz szansę stać się gospodarzem całą gębą. Podobnie człowiekowi miastowemu, któremu wojna zabrała dom i pracę, otwierała się możliwość korzystnego urządzenia się na nowo. Rządowa odezwa jednoznacznie zachęcała wszystkich tymi słowy: „Chłopi! Nie musicie już emigrować za morze, nowa Polska ma dla was dosyć ziemi w ojczyźnie na własność. Chcecie chleba na Zachodzie jest chleb. Chcecie ziemi – na Zachodzie jest ziemia [...]. Miejska ludność znajduje na Zachodzie porzucone przez Niemców placówki rzemieślnicze i sklepy, inteligencja zawodowa – pracę w biurach i urzędach [...]. Planowo zorganizowanymi grupami i gromadami ruszajmy na Zachód! Do swoich wsi i miast! Po pracę i dostatek”.

Już w maju 1945 roku, zaraz po kapitulacji Niemiec, wyruszyły więc pierwsze kolumny osadnicze. Z dalszych województw, jak krakowskie czy rzeszowskie, dowoziły je wahadłowo kursujące pociągi. Z rejonów sąsiedzkich na drogach spotykały się samochody ciężarowe wypełnione przesiedleńcami i ich skromnym dobytkiem, z zaprzężonymi w konie wozami, a nawet piechurami, którzy wszystko, co im zostało, ciągnęli na prymitywnych wózkach. Spieszyli się do swego Eldorado w przekonaniu, że kto pierwszy, ten lepszy. Obraz był jak na wojnie, jedyny w swoim rodzaju. Statystycy dokładnie wyliczyli i odnotowali, że do końca 1945 roku na poniemieckie ziemie przesiedliło się z Polski centralnej 1 630 838 osób, najwięcej z województwa warszawskiego – 369 067, z krakowskiego – 256 192, i z łódzkiego – 228 680.

Mój stryj, prawnik Stanisław Kunicki, przeniósł się do Kłodzka, gdzie podobnie jak przed wojną w Białostockiem objął funkcję prokuratora. Gdy w końcu lat 40. pojechałem do niego na kawałek wakacji, patrzyłem z podziwem – z perspektywy warszawskich gołodupców – na jego przestronne mieszkanie, na stylowe biedermeierowskie meble, na zasobne wyposażenie domu. Niestety, stryja wkrótce ciupasem z Kłodzka wyrzucili, no bo przedwojenny prokurator musiał być obcy klasowo, ale to już całkiem inna historia.

Bywali też przesiedleńcy podróżujący i zasiedlani na specwarunkach. Nie tylko przedstawiciele władz, ale między innymi także szczególnie pożądani ludzie kultury i nauki, traktowani przez rządzących z rewerencjami. Tak działał między innymi nazwany „przyjacielem poetów” pierwszy wojewoda szczeciński Leonard Borkowicz, który zaoferował ludziom pióra lokum w dzielnicach willowych i pracę w lokalnej rozgłośni Polskiego Radia lub redakcjach miejscowych. W ten sposób „uwiódł” między innymi Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego, który z pokoiku w oficynie legendarnego dziś już domu literatów na Krupniczej w Krakowie przeniósł się razem z rodziną do luksusowej willi na Pogodnie. I pisał w wierszu Szczecin:

„Tutaj mój port, tu słońce mam na czole I dom, i sad, i kota – nie do wiary! Natalia na werandzie. Kira w szkole.

A babci wchodzą sny pod okulary”.

Nie zagrzał tam wprawdzie miejsca zbyt długo, przeniósł się do Warszawy, do czego walnie przyczyniła się choroba, ale odwdzięczył się miastu nie tylko poezją, także – wespół z hołubionym wówczas przez władze autorem Popiołu i diamentu Jerzym Andrzejewskim, który też przejściowo zamieszkał w Szczecinie – animacją Klubu 13 Muz, do dziś funkcjonującego jako dom kultury.

Masowe i intensywne podróżowanie na tak zwane Ziemie Odzyskane trwało do końca lat 40. W roku 1950 – jak podaje ich historyk Andrzej Sakson – zaludniało je niemal 6 milionów ludzi, w tym ponad milion autochtonów, którzy przetrwali bardzo dla nich ciężkie zawirowania polityczne, z górą półtora miliona repatriantów ze Związku Radzieckiego, głównie z naszych dawnych Kresów Wschodnich, i trzy miliony ludzi z różnych dzielnic Polski.

Książkę Maluchem do raju kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?
Tomasz Ławecki, Kazimierz Kunicki0
Okładka książki - Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?

W zjawisku podróżowania przegląda się kawał PRL-owskiej rzeczywistości: społecznej, obyczajowej, gospodarczej, a nawet politycznej. Ta książka to...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo