Przeżyj jeszcze raz swoją pierwszą miłość! „Nie jest za późno" Agnieszki Olejnik

Data: 2022-01-26 11:04:01 Autor: Piotr Piekarski
udostępnij Tweet

Taka miłość nie zdarza się dwa razy

Po raz pierwszy rozmawialiśmy w Nowy Rok. Właściwie tamtego styczniowego dnia zaczęła się nasza historia, choć oczywiście dla mnie to był ciąg dalszy. Bo widzieliśmy się już wcześniej.

Już wtedy wiedziałam.

Teraz tu wracam. Wiem, że nikt na mnie nie czeka, a jednak czuję tremę. Serce wali mi jak oszalałe, jakby pewne, że jesteś blisko. Minęło kilka lat, a ja wciąż nie zdołałam się od Ciebie uwolnić. Może to już czas, Bruno?

Czy kiedykolwiek wybaczysz mi to, co Ci zrobiłam?

Ta historia sprawi, że w Twoim sercu zawita wiosna.  

Anna Ficner-Ogonowska

Obrazek w treści

Ona - dziewczyna z bogatego domu, zawsze w grupie koleżanek, ciesząca się życiem. On - musi walczyć o siebie i bliskich. Po raz pierwszy spotkali się w liceum, kiedy wszystko było jeszcze możliwe. Nigdy wcześniej nie byli szczęśliwsi. I nigdy później...

„Nie jest za późno" to interesująca powieść, ukazująca konieczność podejmowania trudnych wyborów przez młodych ludzi.  

- recenzja książki „Nie jest za późno"

Do lektury powieści Agnieszki Olejnik Nie jest za późno zaprasza Chilli Books. – Miłość wnosi do naszej codzienności element absolutnie magiczny, nieracjonalny. Kiedy człowiek się zakocha, nie może już sobie przypomnieć, jak to jest nie kochać, nie tęsknić, nie pragnąć drugiej osoby – mówiła Agnieszka Olejnik w naszym wywiadzie. Dziś na łamach serwisu Granice.pl znajdziecie premierowy fragment książki Nie jest za późno:  

maj 2018

Pociąg zakołysał się gwałtownie, zakolebał z boku na bok, jakby tracił równowagę. Doskonale znałam tę trasę. Wiedziałam, że to stary rozjazd – miejsce, gdzie kiedyś odchodziły tory w stronę starej cegielni na Zalesiu, od dawna już nieczynnej – i że licząc od tego momentu, za jakieś siedem minut zatrzymamy się na stacji. Wstałam i sięgnęłam po torbę, włożyłam kardigan i poprawiłam włosy. Niby wiedziałam, że nikt nie wyjdzie po mnie na stację, ale i tak odczuwałam coś w rodzaju tremy. Serce tłukło mi się w piersiach dziwnie mocno – miałam wrażenie, że wszyscy to słyszą.

Wyszłam z przedziału na korytarz i oparłam się ramieniem o okno. Gdyby nie to, że trochę kropiło, otworzyłabym je, żeby poczuć zapach pobliskich glinianek. W takie dni jak dzisiejszy zawsze intensywnie pachniało – trochę wilgocią i trzciną, a trochę czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Wakacjami? Swobodą? Beztroską?

Nie odwiedzałam Nosiczyna od czasu, gdy dostałam się na studia. Właśnie wtedy mój świat połamał się na kawałki i definitywnie skończyło się dzieciństwo. Przynamniej tak to widziałam z perspektywy czasu. Minęło tylko pięć lat, a ja czułam się dojrzałą, zmęczoną kobietą. Z głupiutkiej, beztroskiej dziewczyny, którą wówczas byłam, nie zostało już nic. I wcale nie zabił jej rozwód rodziców ani rozpad rodziny. W każdym razie nie tylko.

Kiedy dostałam się na studia, musiałam wybrać między Wrocławiem a Warszawą i ostatecznie wybrałam ten pierwszy wyłącznie dlatego, że ojciec przeniósł swoje biznesowe imperium do Częstochowy, a ja chciałam się znaleźć jak najdalej od niego i jego młodej żony, która mogłaby być moją starszą siostrą. Mama, zdruzgotana, nagle jakaś poszarzała i nieatrakcyjna, zdecydowała, że zlikwiduje sklep i przeniesie się do babci do Goleniowa. Ten mój Wrocław był więc całkiem niezłym wyjściem – daleko i od ojca, i od mamy, to mnie uwalniało od obowiązku częstych odwiedzin u rodziców. Nie miałam na nie ochoty. Oczywiście z dwojga złego wolałam bywać u mamy, ale nawet to mnie sporo kosztowało, ponieważ jej wieczny zły nastrój był zaraźliwy. No i zaczęła popijać. Dwa lata po przeprowadzce umarła na raka trzustki.

Z tatą rozmawiałam ostatni raz właśnie wtedy – na pogrzebie. Od tamtej pory żadne z nas nie dążyło do kontaktu.

Wreszcie zgrzyt kół na szynach – a więc zaczęliśmy hamować. Miałam żołądek zupełnie ściśnięty, ale jednocześnie jakby wypełniony powietrzem. Dziwne uczucie, jak przed wizytą u dentysty albo trudnym egzaminem. Tylko trema czy coś jeszcze? Przecież powinnam się cieszyć. Spotkam się z dawnymi znajomymi, zaszaleję na wieczorze panieńskim Patrycji, odwiedzę ulubione zakątki z dzieciństwa, zobaczę, jak się wszystko pozmieniało, kupię sobie lody pistacjowe w budce za kościołem… Będzie fajnie, myślałam. Dlaczego więc tak się denerwowałam, jakby czekał mnie trudny test, jakby ktoś miał mnie oceniać i rozliczać?

Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że po prostu przeczuwałam, kogo spotkam. Nie, jeszcze inaczej. Miałam nadzieję, że go spotkam, choć przecież nie miałam pojęcia, czy wrócił do Nosiczyna.

Kiedy znalazłam się na peronie i ruszyłam w stronę małego budynku z czerwonej cegły, serce ścisnęło mi się z żalu i tęsknoty. Gdyby tylko można było cofnąć czas… Tyle rzeczy zrobiłabym inaczej… Pięć lat wcześniej

Natalia szarpała mnie za rękaw kurtki. Nie znosiłam, gdy się tak zachowywała, ale oczywiście przez mój brak asertywności nigdy jej tego nie okazywałam. Nie potrafiłam wyrazić własnego zdania ani dać do zrozumienia, że coś, co jest dla niej ekscytujące, mnie wydaje się nieciekawe.

Miała ogromne rumieńce, których nie zdołała ukryć nawet gruba warstwa podkładu matującego.

– Który to? – spytałam dla świętego spokoju.

Tak naprawdę nie byłam szczególnie zainteresowana nowym podbojem miłosnym przyjaciółki. Chłopcy w jej otoczeniu zmieniali się niczym obrazki w teledysku. W podstawówce uważałam ją za słodką idiotkę, której jedynym celem życiowym jest błyszczeć w towarzystwie. Dopiero w gimnazjum zaczęłyśmy się przyjaźnić. Zaakceptowałam fakt, że kolejni przystojniacy towarzyszą jej na imprezach, które urządzała Patrycja. Traktowałam ich po prostu jak zmianę dekoracji. Wydawało mi się, że ona też ich tak traktuje.

– Ten brunet – szepnęła i odwróciła wzrok, udając, że wcale nie patrzy w jego kierunku.

Rzuciłam okiem na tyle dyskretnie, na ile to było możliwe. Chłopak wyglądał trochę jak Latynos, miał ten południowy typ urody, a przy tym jakąś pewność siebie, szeroki uśmiech i ruchy, z których emanowała rozbuchana energia. Przystojny, choć zupełnie nie w moim typie.

Zresztą – czy ja w ogóle miałam jakiś „swój typ”? Moi rówieśnicy mnie nie interesowali. Nigdy, naprawdę nigdy nie byłam zakochana. Natalia i Patrycja podśmiewały się czasem ze mnie, że albo ukrywam przed nimi jakiś zakazany romans, albo jestem niezdiagnozowaną lesbijką. Sama się przez jakiś czas zastanawiałam, czy to możliwe, aby podobały mi się dziewczyny – ale po namyśle doszłam do wniosku, że nie. Nie fantazjowałam na ich temat. Jedyne fantazje, jakie mi się zdarzały, dotyczyły mężczyzn, ale raczej dojrzalszych. Nie starych, Boże broń, tylko dorosłych. Chyba znacznie bardziej niż uroda pociągała mnie mądrość. Gdybym miała wymienić najseksowniejszą cechę mężczyzny, byłby to spokój. Nie w sensie flegmatyczności, lecz opanowania. Taki szeryf, który w chwili, gdy wszyscy biegają jak opętani i wrzeszczą, spokojnie wyciąga kolta i załatwia sprawę jednym strzałem.

Pewnie miało to związek z moim ojcem, który nigdy nie miał czasu i niespecjalnie zwracał na mnie uwagę – ale tu już musiałby się wypowiedzieć jakiś psycholog. Rzecz w tym, że nigdy do żadnego nie poszłam.

W gimnazjum podobał mi się nauczyciel historii i kto wie, może to właśnie byłaby moja pierwsza miłość, gdyby nie to, że rzucił pracę w szkole po trzech miesiącach. W każdym razie jedyny mój sen erotyczny z tamtego okresu to marzenia o tym, że mnie dotyka na zapleczu klasy od historii, wśród rulonów starych map. Do niczego więcej nie doszło, tylko rozpiął mi bluzkę i pieścił, ale jeszcze długo wspomnienie tego snu sprawiało, że rumieniłam się i przyspieszał mi oddech.

Potem, w liceum, wspomnienie młodego historyka jakoś zbladło i w końcu rozpłynęło się jak mgła. Jeśli w ogóle myślałam o jakimś mężczyźnie w ten sposób, to jedynie o aktorach z obejrzanych filmów. I wcale nie byli to faceci, których moje przyjaciółki uznałyby za szczególnie atrakcyjnych. Podobał mi się na przykład Tommy z Peaky Blinders albo serialowy Poldark. Patrycja nabijała się ze mnie, że najwyraźniej lubię facetów z bliznami, lekko poharatanych przez życie. Nie miała wówczas pojęcia, jak bardzo prorocze okażą się jej słowa.

W chwili, gdy wszystko się zaczęło, stałyśmy przed halą sportową wraz z grupą młodzieży z naszej szkoły. Tego dnia miał się odbyć mikołajkowy międzyszkolny turniej siatkówki, więc my, uczniowie nosiczyńskich szkół średnich, zostaliśmy tu spędzeni jako kibice. Natalia wciąż zerkała dyskretnie w stronę swojego bruneta, ja zaś rozglądałam się w poszukiwaniu Patrycji, która miała tego dnia urodziny. Był piąty grudnia. Łatwo było zapamiętać – po prostu kupowało się dla niej dwa prezenty: jeden na urodziny, a drugi, od razu, mikołajkowy. Od czterech lat tworzyłyśmy zgraną paczkę, uwielbiałyśmy obdarowywać się drobiazgami, a czasem urządzałyśmy sobie coś w rodzaju wymiany ciuchów i kosmetyków.

– Chodź! – Natalia pociągnęła mnie za rękę. – Wszyscy już wchodzą.

– Ale przecież czekamy na Patrycję. Zerknęła na mnie z irytacją.

– Jasne, ona się guzdrze przed lustrem, a ja mam stracić okazję, żeby pogadać z Norbertem. Bez sensu.

– To idź sama – zaproponowałam. – Zajmij nam dobre miejsca. Ja tu postoję i poczekam na Pati. Głupio wchodzić bez niej.

Skwapliwie skorzystała z mojej propozycji i już po chwili stała w tłumku chłopaków drepczących przy wejściu do hali. Niby przypadkiem potrąciła torebką bruneta.

– Oj, sorki – powiedziała, po czym konkursowo odegrała zdziwienie. – Norbert? Pamiętasz mnie? Poznaliśmy się u Kamila…

Nie słyszałam, co odpowiedział. Przestałam zwracać na nich uwagę, bo w kieszeni mojej kurtki zawibrował telefon. Wyciągnęłam go i sprawdziłam. Tak jak się spodziewałam – to Patrycja przepraszała za spóźnienie.

Będę trochę później, sorry. Mam lekką zmarszczkę na tafli czasu.

Uśmiechnęłam się. „Zmarszczka na tafli czasu” to był cytat z naszej stukniętej polonistki. No, może niedokładnie tak to szło, żadna z nas nie mogła sobie przypomnieć, czy było to zmarszczenie, zmarszczka czy fałdka. Polonistka nazywała się Krzaczor i miała potężne brwi, które zrastały się u nasady nosa. Już samo to wystarczyło, by stać się obiektem żartów nastolatków. Jednak wyznawałam zasadę, że nigdy się nie śmieję z imion, nazwisk ani z czyjegoś wyglądu, a w każdym razie z tych jego elementów, na które nie ma się wpływu. Wprawdzie Natalia twierdziła, że co jak co, ale brwi można okiełznać, istnieją przecież na świecie pincetki, a jeśli ktoś nie daje rady tą archaiczną metodą – to jest coś takiego jak laserowe usuwanie owłosienia… Ja jednak nigdy nie żartowałam z tej brzydkiej twarzy z wiecznym marsem na czole.

Natomiast nie mogłam się powstrzymać od kpin z tego, jak Krzaczorowa prowadziła lekcje i co mówiła. Wszyscy mieliśmy z tego ubaw. Przeżywała wiersze i lektury tak, jakby sama je pisała; czytała teksty – jak to określała Patrycja – „z przeżywaniem” i nie mogła zrozumieć, że ktoś może nie dostrzegać głębi w poezji Tetmajera albo nie lubić sonetów Staffa. Skąd się biorą tacy ludzie? – myślałam czasem. Czy ona nie zauważa, że świat wokół niej zmienił się od czasu, gdy była studentką polonistyki? Że nikt już nie zachwyca się Dziadami ani Panem Tadeuszem, nie mówiąc o Słowackim czy Krasińskim?

W każdym razie „zmarszczka na tafli czasu” weszła na stałe do naszego słownika klasowego po tym, jak Krzaczorowa usiłowała nas zachęcić do udziału w konkursie poetyckim.

– To nie jest takie trudne – mówiła, jak zwykle z emfazą, żarliwie, tak jakby jej życie zależało od tego, czy ktoś z nas zostanie wierszokletą. – Wierzcie mi, czasem człowiek sam siebie nie podejrzewa o wrażliwość językową… Miałam takiego ucznia w technikum gastronomicznym, pracowałam tam w ubiegłym roku na zastępstwie… Mój Boże, jakżeż on potrafi pisać! Odkryłam to zupełnie przypadkiem, właśnie dlatego, że zadałam im taką twórczą pracę klasową, mieli napisać opowiadanie albo wiersz, a Bruno jest taki, jak by to powiedzieć… bardzo lakoniczny, więc wybrał wiersz jako krótszą formę. Jakież on tworzy metafory! „Zbierałaś moje łzy do mieszków swoich dłoni”… albo „to tylko zmarszczka na tafli czasu”…

Płakaliśmy potem ze śmiechu, kiedy Jakub, nasz klasowy żartowniś, użył tego określenia jako pierwszy. Spóźnił się na chemię i zapytany o przyczynę, ni stąd, ni zowąd palnął:

– Przepraszam, pani profesor… To była taka jakby zmarszczka na tafli czasu.

Nasza chemiczka zrobiła komiczną minę i nie było rady choć wszyscy się jej baliśmy, po prostu gruchnął taki śmiech, że nie mogliśmy się uspokoić nawet wtedy, gdy za karę przepytała Jakuba z powłok elektronowych.

Powieść Nie jest za późno kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeĹźeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Nie jest za późno
Agnieszka Olejnik5
Okładka książki - Nie jest za późno

Ta historia sprawi, że w Twoim sercu zawita wiosna. Anna Ficner-Ogonowska Taka miłość nie zdarza się dwa razy Po raz pierwszy rozmawialiśmy w Nowy Rok...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo