Kobiety w służbach specjalnych. "Tajne blizny. O czym milczę od lat. Officium"

Data: 2021-05-13 09:40:03 Autor: Piotr Piekarski

Patrząc wstecz na swoją służbę w jednej z formacji resortu spraw wewnętrznych, Agnieszka nie ma wątpliwości, że gdyby wiedziała, jak ojczyzna podziękuje jej za te wszystkie trudne lata, zapewne wybrałaby inny zawód. Swoją decyzję podjęła zaraz po studiach i bardzo szybko przekonała się, że praca w służbach specjalnych wygląda zupełnie inaczej, niż sobie to wyobrażała. Zwłaszcza, kiedy jest się kobietą…

Za czasów ustroju słusznie minionego pomijaną przy podwyżkach, premiach, awansach na wyższe stopnie, w najlepszym razie traktowaną jak wyrobnica lub maskotka łagodząca obyczaje, w najgorszym – narażona na molestowanie i mobbing. Potem nastąpiły demokratyczne zmiany, surowe komisje weryfikacyjne, a także nowe formacje. I było już tylko… po staremu.

Obrazek w treści

Tajne blizny to pełne refleksji, ale także humoru i autoironii wspomnienia kobiety, która odkrywa przed czytelnikiem mało znane realia pracy w służbach specjalnych, przedstawiając je z jeszcze nieznanej, nie-męskiej perspektywy. Do lektury powieści zaprasza Wydawnictwo NovaeRes. Koniecznie przeczytajcie także wywiad z autorką. Tymczasem już teraz zachęcamy Was do przeczytania premierowego fragmentu książki Anety Wybieralskiej:

Słówko o niefartach

Bracia i Siostry!

Nie jestem urodzona w czepku, nad czym niezmiernie ubolewam. To bowiem, co mi się czasami przydarza, nie jest pasmem szczęścia i radości. Dziwne zdarzenia można nazwać niefartem. Ostrożnie. 

Przesadzam? Nie. W ogóle. Histeryzuję? Może tro­szeczkę. Jak tu bowiem pominąć fakt, że urodziłam się kobietą? Płeć jest pierwszym i zasadniczym niefartem, który zdarzył się w moim życiu. I zdeterminował charak­ter wszystkich kolejnych. 

Niektóre z tych niefartownych zdarzeń pamiętać będę chyba do końca moich dni. 

Wchodzi to coś do głowy niczym wredny upierdli­wiec kornik, drąży, nadgryza, wywołuje świąd jak owsiki. I nie daje spokoju. Śni się po nocach, powraca, przypo­mina o swoim istnieniu w najbardziej niestosownych momentach. 

Mózg pokręconej wariatki, czupurnej i od urodzenia krnąbrnej baby, przetwarza te zdarzenia na swój równie pokręcony, niepojęty sposób. Takie obrobione chowa do maleńkiej szufladki i trzyma latami. Hołubi. Pielęgnuje. 

Normalny, zdrowy na umyśle człowiek raczej nie chce, aby te szufladki były otwierane. Najchętniej zaspawałby je, potem zamurował podwójnie zbrojonym żelbetonem, na końcu utopił w zimnym oceanie gdzieś w okolicach Rowu Mariańskiego. Ale ja nie jestem normalna, o czym przekonacie się wkrótce. 

Własnymi niepowodzeniami lepiej się nie chwalić. Przynajmniej publicznie. Nic w nich śmiesznego ani nic pouczającego. To nie jest narobiona głupota czy błąd, aby ktoś na tym mógł się czegoś uczyć. Niewiele to warte, a w towarzystwie nie uchodzi się chełpić. Ponieważ w ro­dzimym bliźnim niefart nie rodzi ani współczucia, ani zazdrości. Zero wsparcia. Najwyżej zgryźliwe złośliwości i wytykanie palcami. 

A tu, panie, jedna wielka chała. Można sobie chcieć. Albo nie chcieć. Próbować wyprzeć z pamięci i zapo­mnieć na wsiegda. Schowek otwiera się wrednie w letnią parną noc, wspomnienia wyłażą sobie, frywolnie drążą. Człowiekowi pospolicie robiąc na złość. 

Obawiam się też, że niektóre nabyte blizny nigdy nie zabliźnią się do końca. Zwłaszcza te powstałe na ranach, które niegdyś uznałam za tajne. Spróbuję jednak czymś je zasmarować. Farmacja i medycyna stwarzają niebywałe możliwości. Może już nie będą tak strasznie uwierać i jątrzyć. 

Tyle. 

Postanowiłam zatem coś z tym zrobić. Na starość. 

W ramach autoterapii, chyba, wymyśliłam sposób na pozbycie się paru zagwozdek. Uważam, że pisanie wspo­mnień na papierze jest czynnością o wiele lepszą niż klę­czenie przy konfesjonale albo bieganie do psychologa i wywnętrzanie się na kozetce. A papier przyjmie wszystko. Nadto jest wielofunkcyjny. Po jakimś czasie można rozpa­lić nim drwa w kominku, podłożyć pod kiwający się stół albo podetrzeć sobie to i owo. 

Upewniłam się, że wszelkie tajemnice żyją swoim ży­ciem. Zwłaszcza cudze. Przebiegają łagodnie albo burz­liwie, trwają krócej lub dłużej. W każdym razie dłużej niż własne, ale tak w ogóle to raczej krócej. Przybierają różnorakie niekontrolowane formy. Potem przewalają się publicznie i powszednieją w natłoku innych ujawnianych faktów i sekretów. Newsów i hejtów. Na końcu przechodzą w niebyt, stają się nieważne. 

Albo może być tak, że wyparte zostają błyska­wicznie przez aktualnie ważniejsze, gorące oraz, co najistotniejsze – cudze. 

Jeden z pionierów fantastyki naukowej, czeski pisarz Karel Čapek, ten sam, który po raz pierwszy użył i spopu­laryzował słowo „robot”, napisał: „Człowiek nigdy nie po­zbędzie się tego, o czym milczy”. Coś w tym stwierdzeniu jest. Jakaś głębsza treść. Mądrość. Może też element filo­zofii egzystencjalnej? Podoba mi się i wykorzystam na po­trzeby mojej opowieści. Postaram się pozbyć jakoś trochę tego, o czym milczę od lat. 

Postanowiłam zatem otworzyć się i pisać. Albowiem jakiś czas temu wybrałam inną drogę. Publiczną. 

Od zalegających moją głowę mózgowych szufladek i schowków istnieją przecież odpowiedni specjaliści. U nas też. Wyszkoleni, badający i interpretujący te ludzkie za­gracone zakamarki. Można sobie z nimi porozmawiać, leżąc wygodnie na kozetce, siedząc zadem w miękkim foteliku. Im siedzisko miększe, tym więcej kosztuje po­gawędka. Wiadomo. 

Albo można wywnętrzać się inaczej. Na przykład klę­cząc na niewygodnej desce i wsadzając nos w okratowa­nie drewnianej budki. Ludzkie słowa rozchodzą się po zakamarkach mózgu wszechwiedzącego terapeuty, który potem ordynuje lek na całe zło. Tym lekiem jest pokuta. Cielesna, duchowa lub finansowa. I nieistotne, że nie wy­znano żadnego grzechu, tylko odczucie cierpienia i em­pirię wyrządzonej krzywdy. Per saldo i tak trzeba kiedyś odpokutować. 

Powtarzam się. Ale czasami należy po trzykroć i na głos, aby w końcu samemu zrozumieć, o co chodzi. 

Przyznam szczerze, że pomimo jakiegoś w miarę słusz­nego dorobku wiekowego nie dojrzałam, aby zwierzać się specjaliście. Pojedynczo bądź grupowo, za darmo albo za pieniądze, których nie mam w nadmiarze. Jeszcze nie teraz. 

Poza tym sądzę, że żaden z nich nie zrozumiałby, o czym mówię, ponieważ nigdy nie bywał w moich śro­dowiskach. Nie widział tego co ja. Nie doświadczył. Teoria zaś nijak nie koreluje z praktyką. 

Skoro już nie da się zapomnieć, wyprzeć i wydalić, zaspawać i bezczelnie podarować w prezencie komuś in­nemu, można napisać książkę. O pechach i niefartach. O przemilczanych latami grzechach i grzeszkach. O nie­wykrzyczanych kalumniach. O niezagojonych bliznach. Swoich, nawet cudzych. 

A co! Niech idzie w świat! Niech mój czytelnik uśmiech­nie się i ubawi. Niech naigrawa się z cudzego antyfarta. To znaczy z mojego. Niech się ucieszy, że takie okropieństwa nie spotkały Jej. Albo Jego. 

Wystarczy przekuć to cokolwiek zezowate szczęście, diabelski chichot ludzkiego losu, na dziwną przygodę, z której po jakimś czasie jedynie będziemy się śmiać. 

Zupełnie jak ja teraz. 

I co? Pomogło?

Na zakończenie wstępnego wywodu wspomnę tylko mimochodem, jak to u mnie się zaczęło. Gwoli prawdy historycznej. 

Jak już wspomniałam, jestem kobietą. Od urodzenia, nie z wyboru. Jak większość dziewczyn poszłam do szkół, potem osiągnęłam pełnoletność. Uczyłam się nadal, tro­chę dorabiałam sobie na waciki. 

Lata temu zaczęłam pracować zawodowo. Na etacie. Stało się to zaraz po moich pierwszych studiach i uzy­skaniu zaszczytnego tytułu naukowego. Także pierwszego. Zarazem ostatniego. W związku z moją długoletnią profe­sją, ówczesną i późniejszą, polegającą między innymi na tworzeniu bardzo ważnych dokumentów, nakazano mi sygnować owe wytwarzane przeze mnie pisma inicjałami. Dokładniej dwiema literami, w moim zaś przypadku tylko pierwszymi literami nazwiska, ponieważ wtedy byłam już mężatką dwojga nazwisk. 

Wyszło z tego pospolite WC. Czyli, powiedzmy sobie szczerze, na końcu każdego z pism pojawiał się kibel, wy­chodek, klozet, względnie publiczny szalet. Instytucja była publiczna, to szalet także. Co do zasady. 

Wdepnęłam z tymi inicjałami. Na całego. Cóż, chyba trafił mi się pierwszy klasyczny i służbowy niefarcik. Dwuliterowy. 

Wiem. Mogło być gorzej. Inni mają bardziej pod górkę. 

A że w poważnych instytucjach (publicznych) nie uchodzi za bardzo podpisywać się w ten sposób, znaczy wulgarnym klozetem, wymogłam na przełożonych ini­cjały AW. 

Tak mi zostało. Nazywam się bowiem Agnieszka Wallicht-Chmielewska. Nie moja wina. I nic na to nie poradzę. Chociaż? To znaczy trochę chyba moja, w drugim ka­wałku, bo wyszłam za mąż za Chmielewskiego, zapoży­czając przy okazji jego nazwisko. 

W naszym kraju Chmielewskich jak mrówków. Dumna byłam ponadto z noszenia godności znakomitej powieś­ciopisarki, autorki poczytnych kryminałów. Po otrzy­maniu informacji, że to tylko pseudonim literacki pani Barbary vel Joanny, moja prawie narodowa duma lekko sflaczała. Ale zadowolenie zostało. Nazwisko jest bowiem niebrzydkie. I polskie. Do tego szczęśliwie kojarzące się z cudownym napojem. Rozweselającym i orzeźwiającym. Ot co!

Aha. Jeszcze coś. Zapomniałabym o najważniejszym, co wywarło znaczący wpływ. Na moją późniejszą egzystencję w państwie europejskiego środka. 

Jestem Wam winna maleńkie wyjaśnienie. 

Wzmiankowaną wyżej poważną instytucją publiczną była jedna z formacji resortu spraw wewnętrznych. Często kiedyś nazywana „zbrojnym ramieniem partii”. 

Moja pierwsza praca była natomiast służbą. Dla oj­czyzny. Cokolwiek znaczyło to w zamierzchłych czasach, i cokolwiek znaczy obecnie. 

Nic miłego, nic wesołego. Zapewniam. Wszystko zaś, co wychodziło spod mojej ręki, było tajne bądź nadawa­łam temu klauzulę „tajne specjalnego znaczenia”. Na po­czątku. Potem było „ściśle tajne”. 

Hmm…

Ale teraz mogę już o tym napisać. Przynajmniej troszeczkę. 

Obecnie to wszystko byłe i tak nie ma znaczenia. Ani specjalnego, ani nawet historycznego. Sentymentalnego także nie. Najwyżej społeczno-polityczne. Dla mnie nad wyraz ekonomiczne oraz poniekąd zdrowotne. Pozostał pulsujący ból głowy, nocne demony, oszczędzanie na wszystkim oraz kilka dokuczliwych blizn. Tajnych. 

Patrząc z drugiej strony na kwestię mojej pierwszej pracy, nie miałabym teraz o czym opowiadać. Zapewne także nie uważałabym się za osobę uszlachetnioną baga­żem doświadczeń. 

Nadmienię jednak uprzejmie, aczkolwiek stanowczo, że gdybym wtedy wiedziała, co mnie czeka za kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, i jak mój kraj ukochany, umiłowany, podziękuje mi i moim branżowym kolegom za ciężką służbę, stanowczo poszłabym pracować gdzieś indziej. Albo wybrałabym ekonomiczną wolność za granicą. W ra­mach szeroko pojętej bohaterskiej służby dla kraju. Teraz opływałabym w luksusy i byłabym kimś ważnym. Nie śni­łyby mi się koszmary, blizn byłoby zdecydowanie mniej. Tajnych blizn nie byłoby w ogóle. 

Ale to już zupełnie inna histeria. 

 

ROZDZIAŁ I

Pola Bitewne

Aby wyjaśnić skomplikowane stosunki służbowo-towa­rzyskie w officium, czyli w mojej byłej firmie, powinnam wrócić pamięcią do przeszłości. Zasadniczo dalekiej. Ale ten fakt jest kwestią względną. Cofnąć się w rozważaniach do początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, czyli o jakieś trzydzieści lat. Wstecz. 

Wyjaśniam, uzupełniam i dodaję to nieszczęsne „wstecz”, ponieważ coraz częściej wielcy (sic!) politycy współczesnego świata cofają się do przodu. Przy okazji cofają się w rozwoju i do czasów uznanych za słusznie minione. Normalnemu, średnio rozgarniętemu człowie­kowi proceder cofania do przodu wydaje się absurdalny i niemożliwy, a z punktu widzenia polonisty oraz po­wieściopisarza niepoprawny językowo oraz nielogiczny. W Polsce jednak istnieje i ma się coraz lepiej. 

Pewien znamienny okolicznościowy niefart z szybą samochodową w tle, skutkujący komplikacją kilku moich służbowych relacji, zdarzył się w kwietniu ty­siąc dziewięćset dziewięćdziesiątego pierwszego roku. Poprzedzony został paroma służbowymi wydarzeniami, które wywarły nań znaczący wpływ. Zresztą na mnie także. 

(Większość zdarzeń, w których uczestniczymy, wy­wiera jakiś wpływ. Wydaje się, że tak nie jest. Czasami nie chcemy. Bronimy się, walczymy, warczymy. Ale tak jest. I już!). 

Właśnie w konsekwencji owego zdarzenia organicznie znielubiłam pana pułkownika Malca. Ale, co pokazały późniejsze kontakty z tym człowiekiem, z założenia tylko i wyłącznie służbowe, on bardzo polubił mnie. Prywatnie. Służbowo byłam mu poniekąd obojętna. 

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że patrzy na mnie niczym na towar, który najpierw trzeba przelecieć, do­słownie, potem dopiero wyrobić sobie opinię. 

Mogę stwierdzić z całą stanowczością, że miłosne re­akcje obu stron potoczyły się odwrotnie proporcjonalnie. Im ja mniej, tym on więcej. A ja nie mogłam na to nic poradzić. 

Nie tak. Może i mogłam, chciałam bardzo, ale w owym czasie nie wymyśliłam nic mądrego, stosownego do oko­liczności, jak też odpowiedniego. 

 

Krajobraz po bitwie

 

Byłe europejskie demoludy nadal lizały rany po trans­formacjach ustrojowych. Robiły dobrą minę do złej gry, jednak to lizanie wychodziło różnie. 

Jedne rany zabliźniały się szybciej, nawet bez zbytniego wylizywania, inne wolniej. Bywały też takie, które z róż­nych względów zabliźnić się nie chciały. Same nie chciały, stawiając lizaniu bierny opór. Lub czynny. 

U Niemców przebiegło to burzliwie i rewolucyjnie. Ale bardzo porządnie oraz metodycznie, jak to u nich. Ordnung. Poza tym Niemcy się zjednoczyli. Bogatsi wspierali biedniejszych, i jakoś szło. 

Czesi zostawili sobie po komunie wszystko to, co wyda­wało im się społecznie użyteczne. I słusznie. Po co psuć do­bre? Wystarczy, że bez żalu rozstali się ze Słowakami. Ustrój ustrojem, przemiany są wskazane, ale bez przesady. Dorobek społeczeństwa i ciężko pracujących ludzi nie mogą iść na marne. Nasi południowi sąsiedzi wiedzą, że lepsze może być niekiedy wrogiem dobrego. Wylizywali tylko to, co należało. 

U nas, uznanego na świecie prekursora zmian dziejo­wych, solidarnościowego performera, bywało różnie. Na pewno nie porządnie i nie metodycznie. Czasami lizaliśmy chaotycznie i bez przekonania, że pomoże. I bynajmniej niczego sobie nie zostawiliśmy. 

Nie, przepraszam, coś jednak zostało: przyrodzona skłonność do martyrologii dziejowej i do masowej produkcji nowych bohaterów narodowych. Przez trzy­dzieści lat wypinamy piersi po medale, które się nie na­leżą. Odbieramy jednym, by przyozdobić innych. I medale, i zaszczyty, zasługi i emerytury. 

Historię najnowszą interpretujemy w sposób, który odpowiada nam najbardziej. Nie wspominając o maleń­kim szczególe, że polską historię powojenną kreują i piszą ignoranci oraz zaściankowi politycy, a nie doświadczone pokolenia i prawdziwi uczeni historycy. 

Właśnie takiej Polsce przyszło mi służyć. 

Książkę Tajne blizny kupić można w popularnych księgarniach:

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Tajne blizny. O czym milczę od lat. Officium
Aneta Wybieralska1
Okładka książki - Tajne blizny. O czym milczę od lat. Officium

Kobiety w służbach specjalnych. Patrząc wstecz na swoją służbę w jednej z formacji resortu spraw wewnętrznych, Agnieszka nie ma wątpliwości, że gdyby...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Skręcona historia
Jakub Ostromęcki
Skręcona historia
Zaginiona apteka
Sarah Penner
Zaginiona apteka
Strażnik Klejnotu
Katarzyna Rygiel
Strażnik Klejnotu
Król Myszy
Zuzanna Orlińska
Król Myszy
Cienie Paryża
Paulina Kuzawińska
Cienie Paryża
Pokaż wszystkie recenzje