To był Dziki Zachód. Fragment książki „Biskup. Nawrócony gangster"

Data: 2020-10-12 14:40:23 Autor: Piotr Piekarski

Paweł Cwynar był gangsterem nietypowym. Nie urodził się w patologicznym domu, nie doświadczył przemocy domowej czy emocjonalnego odrzucenia. Był młodym, inteligentnym, oczytanym i wysportowanym chłopakiem z peerelowskiej Legnicy, który świadomie wybrał drogę przestępczą. Zaczynał od rozbojów i drobnych kradzieży nie dlatego, że w rodzinie brakowało pieniędzy czy ciepła. Po prostu podobało mu się to. Kiedy trafił do domu poprawczego, a potem do pierwszego więzienia, dodatkowo utwierdził się w wyborze tej „ścieżki zawodowej".

Tak jak jedni pną się po szczeblach kariery w korporacjach, on postanowił zrobić dokładnie to samo, ale w świecie przestępczym. Kiedy był młodym sportowcem, chciał być najlepszy. Potem - analogicznie - chciał zostać najpotężniejszym gangsterem. Kolejne, w oczywisty osób tragiczne, doświadczenia – odsiadki, zamachy na życie, alkoholizm, rozstania z partnerkami – traktował jako cenę, jaką musi zapłacić za to dążenie do bycia najlepszym. Dopiero nawrócenie, które stało się jego udziałem w więzieniu, pozwoliło mu krytycznie spojrzeć na całe swoje życie. Doszedł do wniosku, że wybrał złą drogę, i postanowił z niej zawrócić. Nauczył się pokory, której mu brakowało.

Zawsze był człowiekiem wiernym zasadom, które – choć kontrowersyjne (w więzieniu należał do grupy grypsujących) – trzymały go przy życiu. I trzymają do dzisiaj, kiedy odmienił swoje życie o 180 stopni.

Obrazek w treści

W ostatnim czasie Wydawnictwo Bellona opublikowało książkę Biskup. Nawrócony gangster, będącą wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez Marcina Klimkowskiego z Pawłem Cwynarem. Ostatnio mogliście przeczytać premierowy fragment książki. Dziś czas na kolejną odsłonę historii byłego gangstera:   

Grypsowanie to same przywileje?

Raczej obowiązki i brak przywilejów. Przynajmniej wobec administracji więzienia, która staje się największym wrogiem. Do grypsujących przyjmowane są najsilniejsze jednostki, twardzi ludzie, którzy gwarantują swoją postawą, że nie pękną i będą przestrzegać określonych zasad. Grypsujący nie mają łatwiej, bo nie dostają warunkowego zwolnienia, paczek, mają większy rygor i przerąbane u administracji. Są bowiem członkami subkultury, która jasno daje do zrozumienia: jesteśmy przestępcami, nie chcemy się poprawić, mamy w nosie więzienną administrację i nie będziemy z nią współdziałać. Nie zamierzamy się poddać resocjalizacji. Z automatu się przekreślamy jako budzący nadzieję na poprawę.

Wiedziałeś o tym?

Zostałem o tym wszystkim poinformowany i ostrzeżony, ale dla kogoś mającego krew wojownika to nie było przerażające, a raczej ekscytujące. A ja się za takiego kogoś miałem, stąd taka, a nie inna decyzja. Dopiero po tym nastąpiło sprawdzanie. Musiałem wyjść na spacer, żeby inni aresztowani i osadzeni mi się przyjrzeli. Ci z mojej celi krzyczeli, że wjechał do aresztu Paweł Cwynar z Legnicy. Reszta, która była w celach, podeszła do okien, zaczęła odpowiadać, że mnie znają, wiedzą, kim jestem, skąd jestem. To był glejt, że jestem w porządku. No i nie należy zapominać, że siedzieli już tam moi wspólnicy.

Machina ruszyła.

To sprawdzanie jest w ogóle wielowymiarowe. Więźniowie mają swoje sposoby na weryfikację akt sprawy, rozpisują grypsy, które krążą po dużym więzieniu, jakim była Kleczkowska, ale też trafiają do innych zakładów karnych. Dopiero zebranie wszystkich informacji z różnych źródeł pozwala im na przyjęcie człowieka do grypsujących. W moim przypadku to trwało dwa tygodnie, o ile pamiętam. W tym czasie byłem na etapie przejściowym – ani swój, ani wróg. Dopiero kiedy przyszły wszystkie grypsy, mogłem zacząć się uczyć więziennego życia.

Kolejna szkoła, już chyba trzecia.

Tym razem uniwersytet. Zaparzyli mi czaj, powiedzieli, że mogę grypsować, nikt do mnie nic nie ma i jestem czysty. To znaczy wówczas tak naprawdę skończył się okres próbny, bo samo zakwalifikowanie do grona grypsujących nastąpiło od razu, już w momencie zgłoszenia, że chcę do nich należeć. Dlaczego? Ano dlatego, że grypsujący muszą unikać pewnych rzeczy, dotykania pewnych przedmiotów (np. kibla), rozmawiania z pewnymi ludźmi (np. frajerami). I gdybym w okresie próbnym popełnił błąd, mógłbym zostać wykluczony. Czyli zanim cokolwiek by się zaczęło, już bym mógł wylecieć, a na tym nikomu nie zależało.

Co jest istotą grypsowania i przynależności do grypsujących?

Walka z więzienną administracją. To fundament. Reszta to po prostu zasady regulujące życie więzienne. Grypsowanie funkcjonowało w komunie, przyszło do Polski z Rosji, jeszcze carskiej, doskonale sprawdzało się w łagrach. Kiedyś służyło ratowaniu życia, potem stało się więzienną subkulturą.

No dobrze, to wielka zasada grypsowania. Ale skąd ten cały zestaw małych reguł, dotyczących niemal każdego aspektu siedzenia?

U zarania każdej z setek reguł leżał jakiś powód, i to zazwyczaj rozsądny. Zakazy i nakazy nigdy nie były czyimś widzimisię. Musiał być powód. Przykładowo zasada dotycząca niedotykania toalety wynikała z potrzeby utrzymania higieny. A zasada dotycząca niedopuszczania do grona osób z zewnątrz z tego, żeby nie dać wniknąć kapusiom. Znam wszystkie zasady, nie znam genezy wszystkich, ale wiem, że grypsowanie powstało z racjonalnych pobudek. Czyli – tak jak wyjaśniłem żeby stawić opór administracji.

Klawisze wiedzieli, że grypsujesz?

Od początku. Po wjechaniu do aresztu miałem spotkanie z wychowawcą, którego pierwsze pytanie tego dotyczyło. On wpisał w moje akta, że grypsuję, jednocześnie przypisał mnie tym do określonej grupy: człowieka subkultury, z którą nie jest łatwo. Moja odpowiedź, że grypsuję, w rzeczywistości oznaczała, że jestem bandytą i chcę zostać bandytą. Że będę się w tym fachu szkolił. Ktoś z boku, nieznający realiów, może pomyśleć: „ale po co to robić?”. No właśnie po to, żeby być w jakiejś grupie i żyć według jej zasad. W sumie grypsujący są cały czas na wojnie, mają „wojskowe” obowiązki. Tylko wroga innego – administrację, którą utożsamiają z całym złem. A całym swoim życiem udowadniają, jakimi są żołnierzami, jak bardzo silnymi. Mnie to bycie komandosem, żołnierzem, imponowało. Chciałem stać się częścią tego.

Nawet nie miałeś jeszcze wyroku, a już tak bardzo tego chciałeś?

Tak. Tym bardziej że siedziałem w areszcie ze starymi recydywistami, którzy już odsiedzieli mnóstwo wyroków, a czekali po prostu na kolejne. Ta nauka, ten nowy uniwersytet, to nie było jednak coś, czego się spodziewałem. Przede wszystkim nie miałem pojęcia, że tego tyle jest. Budzili mnie w nocy, odpytywali: „zasada taka i taka”, „reguła taka i taka”, „jak się zachowujesz w takiej sytuacji”, „jak się zachowujesz w innej sytuacji”. Miliony pytań, a ja musiałem tego się nauczyć i odpowiadać bez zająknięcia.

Gorzej niż w szkole.

Gorzej, bo mogłem się nie uczyć, ale wtedy bym też wyleciał z grupy grypsujących. Tam nie ma miejsca na błędy. Skoro się nie jesteś w stanie nauczyć, to albo jesteś debilem, albo po prostu się do tego nie nadajesz. Z drugiej strony nauczenie się daje gwarancję, że gdziekolwiek i kiedykolwiek trafisz do więzienia, to zostaniesz uznany przez tę grupę za swego i to bez sprawdzania. Grypsujesz – to oznacza, że grypsujący wszystko o tobie wiedzą, kim jesteś, jakie masz zasady, bo jesteś jednym z nich. Wiedzą, że mogą na ciebie liczyć, ale jednocześnie gwarantują, że ty możesz liczyć na nich. Proste, jak kucharz spotyka się z innym kucharzem, to sobie pewnych rzeczy tłumaczyć nie muszą. Albo snajper ze snajperem. No i tak samo grypsujący z grypsującym.

Wyrok dostałeś szybko?

Stosunkowo. Trzy i pół roku, z czego odsiedziałem dwa lata. Siedziałem na recydywie, choć pierwszy raz, to i tak dostałem kategorię „R”. Te dwa lata zdecydowanie mnie wzmocniły i utwierdziły w wyborze drogi życiowej. Zacząłem skakać do klawiszy, pić zacier [rodzaj bimbru, wykonywany z resztek jedzenia], piąć się w więziennej hierarchii i przede wszystkim uczyć, słuchając opowieści. Przeżyłem kilka zadym z klawiszami, nawet uderzyłem jednego z nich. Podawałem grypsy i otrzymywałem je, tysiące historii, wbrew pozorom działo się w więzieniu dość dużo. Wyszedłem po dwóch latach, ponieważ sąd penitencjarny wziął pod uwagę, że byłem „nielatem” z normalnego domu, że rodzina systematycznie mnie odwiedzała i kontynuowałem w pudle edukację.

Czym się różniło więzienie w początku lat dziewięćdziesiątych od tego w późniejszych czasach?

To był Dziki Zachód. Świat bez reguł, zapomniany przez władze i ludzi. Kiedy trafiłem do półświatka, obowiązywał jeszcze jakiś rygor, ale potem to się wszystko rozluźniło i przekształciło w patologię. Było chlanie, podpalanie cel, tłuczenie szyb, bunty, skakanie do klawiszy. Rzeczy nie do pomyślenia kilka lat wcześniej. Więzienia są zawsze na końcu, taka sama sytuacja jak w „kajdanowie”, rozkład systemu. Na Kleczkowskiej klawisze przebijali numery kradzionych samochodów, ze złodziejami robili imprezy, zapraszali prostytutki i bawili się razem z recydywistami. Chodzili tam moi koledzy, to był kompletny cyrk, a nie więzienie. Osadzeni, którzy robili grube numery i byli bogaci, żyli w symbiozie z klawiszami, którzy też popełniali przestępstwa. Szmuglowanie wszystkiego, co możliwe. Handlowało się nawet krwią z HIV.

Grypsujący też?

Klawisze nas w pewien sposób szanowali. Chociaż byliśmy wrogami, to w jakiś sposób się ze sobą układaliśmy. Pamiętasz, jak tłumaczyłem, że milicjanci szanowali recydywistów i odwrotnie? Tak samo klawisze szanowali grypsujących, bo wiedzieli, że mamy swoje zasady, których nigdy nie łamiemy, a na dodatek nie robimy głupot typowych dla świrów. Woleli ludzi z zasadami niż bez zasad, bo ci dopiero byli niebezpieczni. Frajerzy (niegrypsujący) się okradali, a ludzie (grypsujący) nigdy. Dla klawiszy to już była wystarczająca wiedza, na dodatek budząca szacunek. Takich przykładów było więcej. W pewnym sensie klawisze pozwalali nam rządzić się swoimi prawami, zresztą nie mogli nam tego zabronić, bo uznawali te prawa za rozsądne. Choć bywały wyjątki za jakieś przewinienia. Po latach podczas kolejnej odsiadki wsadzili mnie na przykład do celi bez grypsującego. A tego zasady zakazywały. W jednej celi musiało siedzieć co najmniej dwóch grypsujących, żeby jeden drugiemu patrzył na ręce. Ale klawisze złośliwie mnie wsadzili samego, chcieli mnie za coś ukarać. Próbowałem protestować, ale bez skutku, więc podciąłem sobie gardło, byleby tylko zmienić swoją niewesołą sytuację. Klawisze wiedzieli, że to się źle skończy, znali zasady, ale wtedy chcieli coś osiągnąć. No i właśnie tak to było: klawisze wiedzieli, co możemy zrobić my, my wiedzieliśmy, co oni. Sytuacja była jasna. Wojna trwała, ale na określonych zasadach, a nie bez żadnych zasad.

Zasady pomagały?

U nas sprawy były jasne. Co klawiszom też ułatwiało pracę. Był taki rozkład jazdy, gdzie każdy wiedział, jak ma się poruszać. Dla mnie drugi grypsujący był jak brat. Mogłem go lubić czy nie lubić, ale musiałem zawsze szanować zasady. Na przykład klawisz wiedział, że jak mnie zostawi samego w celi, to ja nic nikomu nie ukradnę. Nie będę też szperał po rzeczach, czytał cudzych listów lub oglądał zdjęć. A tam, gdzie nie grypsowali, była wolna amerykanka i jak komuś coś zginęło, to sprawa zaraz szła do prokuratury i taki klawisz miał awanturę, że zostawił kogoś samego w celi. Kiedy grypsujący się pobili, to sprawa zostawała między nimi, a w innych przypadkach pisali na siebie donosy do prokuratury i skargi do naczelnika. Wtedy każdy dostawał po dupie: dyrektor, wychowawca, klawisz. Takich przykładów mógłbym mnożyć tysiące. Minusem dla klawiszy było to, że my potrafiliśmy się jednoczyć i wspólnie walczyć przeciwko nim. Głodówki, bunty, zadymy były w naszym wykonaniu niebezpieczne. Działaliśmy wspólnie. Ale wciąż zasady były jasne.

Może walczyliście z nudów?

Walczyło się, kiedy trzeba było się wykazać. Nie było czegoś takiego jak spoufalanie się z klawiszami. Zawsze był zachowany pewien dystans. Zresztą z psami to samo. Tutaj dużą rolę odgrywała również kultura osobista. Kiedyś na klawiszy zatrudniali zwykłych bandytów i oprawców, którzy nie potrafili pisać i czytać, czego więc można się było spodziewać. Jednak czasy się zmieniały, milicja się zmieniała, klawisze się zmieniali i grypsowanie się zmieniało.

Do klawiszy, jak do policjantów, też był swego rodzaju szacunek?

Znów za dużo powiedziane. Szacunek nie, ale świadomość, że oni muszą być, tak. Recydywiści tłumaczyli mi konieczność istnienia psów, podobnie tłumaczyli konieczność istnienia klawiszy. Bez nich nie ma świata. Nie ma więc sensu rzucać się na nich non stop, bo to oznaczałoby wojnę i mogło narobić wiele złego. Chodziło o to, żeby nie zachowywać się głupio, zarówno na wolności wobec policjantów, jak i w więzieniu wobec klawiszy.

Klawisze też byli różni?

Jeden był „po torbie” [w porządku], czyli szło z nim gadać, ale przeważnie ich mankamentem było to, że nie byli słowni.

Owszem, przymrużał oczy na pewne przewinienia, jednak jak się czegoś potrzebowało, to mogło się czekać godzinami. Drugi był służbistą, nic się u niego nie przemyciło i było zero luzu. Ale jak coś trzeba było załatwić, to ściśle trzymał się regulaminu i to, co się należało, było załatwione. Trzeba było ich po prostu poznać, żeby wiedzieć, co, z kim i jak.

Książkę Biskup. Nawrócony gangster kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Biskup. Nawrócony gangster
Paweł Cwynar , Marcin Klimkowski0
Okładka książki - Biskup. Nawrócony gangster

Paweł Cwynar był gangsterem nietypowym. Nie urodził się w patologicznym domu, nie doświadczył przemocy domowej czy emocjonalnego odrzucenia. Był młodym...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo