Twoja mama też taka była... Fragment książki „Prawda przychodzi nieproszona. Osiedle Pogodne"

Data: 2020-01-21 12:19:29 Autor: Sławomir Krempa

Magdalena starannie ukrywa swoją przeszłość przed światem. Sama nie wie już, co jest prawdą, a co kłamstwem. Nie radzi sobie z nasilającymi się zaburzeniami lękowymi i naciskami męża, aby zdecydowali się na dziecko. Magdalena musi wreszcie skonfrontować się z samą sobą i historią swojej rodziny. Co tak naprawdę wydarzyło się w jej rodzinnym domu? Kto był prawdziwą ofiarą tragedii, która na zawsze odmieniła życie kobiety? 

Obrazek w treści

Prawda przychodzi nieproszona Magdaleny Majcher to książka wiarygodna, dotykająca ważnego społecznie tematu. Są tu pewne zwroty akcji, które mogą zaskoczyć, jednak fabuła pozostaje w granicach prawdopodobieństwa. Dzięki temu powieść autentycznie porusza, nie pozostawia czytelnika obojętnym. Warto po nią sięgnąć.

Przeczytajcie naszą redakcyjną recenzję książki Prawda przychodzi nieproszona oraz wywiad z Magdaleną Majcher. W ubiegłym tygodniu zaprezentowaliśmy Wam pierwszy rozdział powieści. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Gorący weekend w Barcelonie był już odległym wspomnieniem. Pogoda ułatwiła jednak powrót do rzeczywistości. Październik zaskoczył dość wysokimi jak na jesień temperaturami. Słońce przyjemnie przygrzewało.

Magdalena wracała z pracy z poczuciem dobrze wykonanego zadania. Jako tłumaczka uczestniczyła w ważnych dla firmy negocjacjach i chociaż sama uważała, że jej obecność ograniczyła się tylko do przekładu, szef uznał, że bez niej nie udałoby się podpisać umowy, i obiecał premię. Praca była czymś, co ją definiowało. Chociaż jej życie składało się z tysięcy rozsypanych elementów, odnosiła sukcesy zawodowe. One dodawały jej skrzydeł, pozwalały choć na chwilę uwierzyć, że jest warta coś więcej niż jej trudna historia. Dorastała z ogromnym piętnem. Każdego dnia czuła na sobie współczujące spojrzenia mieszkańców Wąsewa. Społeczność się podzieliła: na tych, którzy woleli trzymać się od niej z daleka, i na tych, którzy szukali z nią kontaktu, bo chcieli dowiedzieć się czegoś z pierwszej ręki. Wiedziała, że wyjedzie z rodzinnej wioski, jeszcze zanim skończyła szkołę średnią. Odliczała. Najpierw lata, potem miesiące, w końcu dni. Wydawało jej się, że kiedy w końcu opuści Wąsewo, zostawi przeszłość daleko za sobą. Nikt już nie będzie patrzył na nią przez pryzmat tego, co się stało. Dlatego uciekła i tak rzadko wracała. A mimo to piętno pozostało. Nie potrafiła się go wyzbyć. Wciąż musiała udowadniać sobie i innym, że jest coś warta, że coś znaczy, że jest po prostu dobrym człowiekiem. Sukcesy w pracy ją podbudowywały. Pracowała bardzo intensywnie, czasem ponad własne możliwości.

Zatrzymała się przed bramą wjazdową na osiedle. Wciąż nie mogła się przyzwyczaić do myśli, że mieszka w takim miejscu. Ze starej, podupadającej chaty z przeciekającym dachem, który dziadek łatał na własną rękę, na luksusowe, kameralne osiedle. Na zakup domu mogli sobie pozwolić tylko najzamożniejsi. Ewentualnie ci z największą zdolnością kredytową. Niewielka osada na zboczu góry, zaprojektowana i wybudowana przez znaną bielską firmę deweloperską, przyciągała spojrzenia wszystkich tych, którzy przejeżdżali jedynką w drodze do pracy czy do pobliskich miejscowości – Bystrej, Szczyrku i Żywca. Cztery domy były już zamieszkane, piąty kupił lokalny przedsiębiorca, który zamierzał wynajmować nieruchomość turystom. Magdalena słyszała pogłoski o tym, że deweloper zamierza rozbudować Osiedle Pogodne, ale miała cichą nadzieję, że skończy się tylko na planach. Ceniła to miejsce za spokój i swego rodzaju anonimowość. Na osiedlu mieszkali bardzo zapracowani ludzie, którzy najzwyczajniej w świecie nie mieli czasu na podtrzymywanie relacji z sąsiadami. Wiedziała, że to irracjonalne, ale przez cały czas towarzyszyła jej obawa, że zostanie rozpoznana, że ktoś skojarzy jej twarz z tamtą sprawą. Powinna spać spokojnie, odległość czterystu pięćdziesięciu kilometrów od rodzinnego domu zapewniała jej przecież anonimowość, jednak wciąż nie mogła przestać myśleć o tym, że zbudowała swoje życie na kłamstwie, a to się nigdy dobrze nie kończy.

Przywołała na twarz służbowy uśmiech na widok ochroniarza, który otworzył jej bramę, i wjechała na osiedle. Zatrzymała się przed domem. Mimo że mieli do dyspozycji dwa miejsca parkingowe w podziemnym garażu, zazwyczaj zostawiała samochód na podjeździe. Piwnica, garaż, strych – nie znosiła opuszczonych miejsc.

Wysiadła z auta i zatrzymała wzrok na domu, który kupili wspólnie z Michałem. Wprawdzie musieli wziąć kredyt, ale większą część zapłacili gotówką. Magdalenie dobrze się żyło z tą świadomością, że doszła do tego wszystkiego zupełnie sama. Bez wsparcia finansowego rodziny, bez mocnych pleców i znajomości. Odniosła sukces, bo ciężko na niego zapracowała. Ten dom był jego ukoronowaniem. Mieli być tutaj z Michałem bajecznie szczęśliwi. Bo przecież w tak luksusowych wnętrzach, z tak pięknymi widokami nie można być smutnym. Wszystkie problemy zostawia się za progiem takich domów – naprawdę w to uwierzyła, tak jak i wierzyła w to, że teraz będzie już tylko lepiej, kiedy uciekała z Wąsewa do Lublina, z Lublina do Kielc, z Kielc do Radomia, z Radomia do… W każdym z tych miejsc było jednak tak samo. W tym domu też nic się nie zmieniło. Kolejna przeprowadzka nie odmieniła jej życia jak za dotknięciem magicznej różdżki. Coraz bardziej traciła kontrolę.

Odwróciła się od domu i ruszyła w stronę wyjścia z osiedla. Po pracy miała podjechać jeszcze na zakupy, ale uznała, że dzień jest zbyt piękny, aby spędzić go za kółkiem. Postanowiła więc, że pójdzie do najbliższego marketu spacerem. Nie było daleko, może z kilometr, a ona miała kupić tylko kilka podstawowych produktów. Spacer powinien jej dobrze zrobić, przewietrzy myśli, zastanowi się nad tym, co odpowiedzieć Michałowi, kiedy on po raz kolejny zacznie wałkować ten sam temat. Dziecko.

Magdalena przewróciła oczami na samo wspomnienie rozmowy, którą mąż zaczął poprzedniego wieczoru. Nie rozumiała, dlaczego to dziecko jest mu niezbędne do życia. Jak można odczuwać tęsknotę za kimś, kogo nie ma i nigdy nie było? Dobrze im się żyło w tej bezdzietnej rzeczywistości, a przynajmniej tak jej się wydawało. Reakcja Michała sugerowała jednak coś odmiennego – że dobrze jest tylko jej. Dobrze! Gdyby wiedział… W każdym razie dzieci psocą, rozrabiają. Są emocjonalne, a wiadomo, że zbytnia emocjonalność jest zła. Ona, Magdalena, jest tego najlepszym przykładem. Nie akceptowała tego dziecka, którym kiedyś była. Jak więc mogłaby zaakceptować inne, nawet swoje? Dziecko stanowiłoby zagrożenie. Musiałaby dać prawo tej emocjonalności również sobie, jemu. Nie. To stanowczo zbyt wiele by ją kosztowało.

We wczorajszej kłótni wysunęła najcięższe działa. Sądziła, że Michał da jej spokój, przynajmniej na jakiś czas, ale on, wbrew oczekiwaniom, jeszcze bardziej się nakręcił. Krzyczał straszne rzeczy – że może to już najwyższy czas, aby poszukać pomocy. A ona nie chciała szukać pomocy, bo doskonale wiedziała, z czego wynika jej stan. Musiałaby się zmierzyć z prawdą, babrać we wspomnieniach. Nie po to tak daleko uciekła przed przeszłością, aby teraz dobrowolnie zaprosić ją do swojego życia.

Nogi same poniosły ją w kierunku marketu. Szła szybkim krokiem, oddychając płytko. Przez cały czas w myślach analizowała wczorajszą burzliwą wymianę zdań z mężem. Miała nadzieję, że zdążył ochłonąć, bo nie miała ochoty kontynuować tej kłótni. Chciała miło spędzić czas, dlatego postanowiła przygotować dla niego kolację. Zastanawiała się, czym może go zaskoczyć. Weszła do sklepu i rozejrzała się niepewnie wokół. W końcu padło na tartę ze szpinakiem i kozim serem. Wygrała praktyczność – wszystkie składniki były dostępne w niemal każdym markecie. Była z siebie dumna. Zrobienie zakupów na kolację może wydawać się prostym zadaniem, ale nie dla Magdaleny. Coraz bardziej bała się wychodzić z domu, obawiając się kolejnego ataku. Ostatnio dopadło ją na poczcie. Kiedy poczuła znajomy ból w klatce piersiowej, zamarła. Wiedziała, co to oznacza – strach już dawno przejął władzę nad jej życiem – a jednak nie potrafiła przyzwyczaić się do tego uczucia paniki. Za każdym razem była pewna, że umiera. Próbowała przekonać samą siebie, że to nic takiego, że to tylko kolejny atak, ale nie udawało jej się. Wiedziała, że tym razem jest inaczej. Oczywiście kiedy objawy ustępowały, wyzywała się w myślach od najgorszych wariatek, ale nie potrafiła zapanować nad lękiem, kiedy się zbliżał. Dlatego właśnie ogrom obowiązków spadał na Michała. Ale tym razem będzie inaczej perswadowała sobie Magdalena. Poruszała się po markecie niepewnie. Nie umiała zlokalizować poszczególnych produktów. To Michał zwykle robił zakupy, on na pewno by wiedział, gdzie co jest.

Poczuła, jak po jej karku spływają pierwsze krople potu. Miała ochotę stanąć na środku sklepu i rozpłakać się jak mała dziewczynka. Pojawiło się poczucie nierealności otoczenia, a Magdalena wiedziała, że stąd już bardzo blisko do wystąpienia kolejnych objawów. Przetarła spoconą twarz i jęknęła w duchu: Błagam, nie. Wiedziała, że nie ma dużo czasu. Nic, co działo się wokół niej, nie nosiło choćby śladu realności. Skupiła się na oddychaniu. Tylko tak mogła zapobiec uczuciu umierania, jak na własne potrzeby nazywała swoje ataki. To nie zawsze było skuteczne, ale mogła chociaż spróbować.

Nie dostrzegała zaciekawionych spojrzeń, nie słyszała pytań pracownicy sklepu, która dociekała, czy wszystko w porządku. Zamknęła oczy i wsłuchiwała się w swój oddech. Początkowo trudno jej było się na tym skupić, bo szum w uszach był nie do zniesienia, ale w końcu poczuła, że z trudem zaczyna nabierać powietrza. Powoli je wypuściła. Napotkała na blokadę w gardle, ale naparła mocniej. Udało się. Znów zaczerpnęła oddech i przytrzymała powietrze w płucach. Była uratowana, ale o żadnych zakupach nie mogło być mowy. Mocniej ścisnęła torebkę i wybiegła ze sklepu. Ktoś za nią wołał, ale nie mogła się teraz zatrzymać, bo ryzyko nadal było zbyt duże. Dopadła ławki przed marketem i osunęła się na nią z jękiem. Wspomnienie paniki, która znów niemal odebrała jej władzę nad własnym ciałem, było nazbyt żywe. Nie wiedziała już, które z tych uczuć jest silniejsze – sam strach czy też lęk przed tym strachem.

Koszmar trwał od kilkunastu lat. Zaczął się w szkole średniej. Już wcześniej zauważyła, że denerwuje się zwykłymi sprawami bardziej niż inne dzieci z klasy. Babcia uspokajała ją jednak, twierdząc, iż w ich rodzinie dziewczynki zawsze były bardzo uczuciowe.

– Twoja mama też taka była. Moja piękna i mądra księżniczka. – Otarła łzę z oka. – A ty jesteś identyczna!

W liceum zorientowała się jednak, że to, co babcia tak ładnie nazwała uczuciowością, utrudnia jej normalne funkcjonowanie. Aż w końcu przyszedł pierwszy atak, tuż przed testem z całego semestru z fizyki. Krzyczała, że umiera, błagała dziadków o ratunek. Patrzyli na nią z przerażeniem, nie wiedząc, co się dzieje, aż w końcu dziadek złapał za telefon i zadzwonił na pogotowie. Zanim erka przyjechała, objawy ustąpiły, ale dla świętego spokoju zabrano młodą pacjentkę do szpitala. Lekarze wzruszali ramionami. Nic jej nie dolegało. Mogła wrócić do domu. I rzeczywiście, przez kilka miesięcy nic się nie działo, a Magdalena uwierzyła, że faktycznie jest zdrowa. Potem pojawił się kolejny atak i znów była pewna, że umiera.

Tęskniła za czasami, kiedy objawy pojawiały się z jedynie co kilka miesięcy. Od tamtej pory bardzo się nasiliły. Najgorsze jednak było to, że nigdy nie można było przewidzieć, kiedy i gdzie się powtórzą. W pracy, w domu, w samochodzie, na spotkaniu, w sklepie – Magdalena już nigdzie nie była bezpieczna. Czasem zdarzało się kilka ataków w tygodniu, bywało też tak, że pozorny spokój trwał przez dwa, trzy miesiące.

Wyjęła telefon z torebki i drżącymi palcami wybrała numer męża.

– Halo, Michał… – wychrypiała. – Możesz po mnie przyjechać? Chciałam zrobić zakupy, ale…

– Jestem w pracy – odparł ze zniecierpliwieniem. – Co się dzieje?

– Przyjedź, proszę. Potrzebuję cię.

W słuchawce rozległo się westchnienie. Już wiedział, co się stało. I był zmęczony. Nie tym, co się działo z jego żoną, a tym, że nie pozwalała sobie pomóc.

– Dobrze, już wychodzę. Gdzie jesteś?

* * *

Magdalena udawała, że nie dostrzega rzucanych co chwilę w jej stronę spojrzeń męża. W żaden sposób nie skomentował tego, co się stało. O nic nie pytał. Po co? Wszystko rozumiał. Coraz częściej łapała się na myśli, że pokłady cierpliwości Michała mogą się kiedyś wyczerpać. I co wtedy? Zostawi ją? Pójdzie szukać szczęścia gdzie indziej? Zamknie ją na resztę życia w wariatkowie? Zasługiwał na wiele więcej, niż była mu w stanie dać. Teraz już wiedziała, że w ogóle nie powinna była się z nim wiązać. Tacy ludzie jak ona powinni być sami, nie zatruwać życia innym. Skoro sama to dostrzegała, pozostało kwestią czasu, kiedy Michał do tego dojdzie. Coraz częściej się buntował. Wspierał ją, ale zaczął też wyrażać swoje niezadowolenie. Przestał ślepo godzić się na wszystko, zgadzać z nią. 

Kiedy zadzwonił telefon, odetchnęła z ulgą. Ucieszyła się, że będzie mogła choć przez chwilę skoncentrować myśli na czymś innym. Gdy jednak zorientowała się, kto próbuje się z nią skontaktować, uleciał z niej cały optymizm.

Czasem miała wyrzuty sumienia, że praktycznie pozbyła się dziadków ze swojego życia. Oni ją wychowali, zapewnili jej dom, opiekę i wsparcie, kiedy została na tym świecie całkiem sama jako kilkuletnia dziewczynka. Gdyby nie oni, trafiłaby do bidula i mogła się tylko domyślać, jak źle by skończyła. Ale dziadkowie byli częścią poprzedniego życia, o którym bardzo chciała zapomnieć. Tymczasem babcia usilnie starała się przypominać jej o wszystkim tym, co zostawiła za sobą. Wciąż mówiła o przeszłości, wspominała, co Magdalena rozumiała, ale nie podzielała tej potrzeby. Zofia była męcząca z tą swoją wieczną żałobą, ale Magdalena nigdy nie odważyłaby się powiedzieć tego na głos. Bo przecież babcia straciła córkę. A co może być gorsze dla matki niż bierne obserwowanie, jak jej jedyne dziecko idzie do piachu? Magdalena każdego dnia dźwigała na swoich barkach ogromny ból. Nie potrzebowała dodatkowo cierpienia Zofii, która koncentrowała się wyłącznie na swoich przeżyciach. Dziadek był inny, ale on pozostawał w cieniu swojej żony. Gdyby ktoś zechciał zapytać Magdalenę o zdanie, powiedziałaby, że rozumie, dlaczego dziadek zaczął pić – życie z kobietą taką jak Zofia z pewnością nie należy do łatwych – ale nigdy nie zwerbalizowała swoich myśli. Nie śmiałaby.

– Cześć, kochanie – usłyszała w słuchawce wysoki głos babci. – Czekałam dzisiaj na twój telefon. Miałam nadzieję, że zadzwonisz!

Źrenice Magdaleny rozszerzyły się. Posłała spanikowane spojrzenie w stronę wiszącego na lodówce kalendarza. Zapomniała o jakiejś rocznicy, imieninach czy innej ważnej dacie?

– Prawdę mówiąc, dopiero przed chwilą weszłam do domu – skłamała, ignorując Michała, który już nie zerkał ukradkiem w jej stronę, a jawnie jej się przypatrywał.

– Za dużo pracujesz, za dużo – westchnęła Zofia. – Zawsze ci powtarzałam, że rodzina jest najważniejsza! A co u twojego męża?

Babcia zawsze mówiła o Michale „twój mąż”. Nigdy nie używała jego imienia, jakby nie mogła wybaczyć wnuczce, że wyszła za mężczyznę z innej części kraju, co jeszcze bardziej odcięło ją od najbliższych.

– W porządku. Zaraz będziemy jeść kolację bąknęła Magdalena, mocniej ściskając w dłoni telefon.

– No, ale przecież ja nie po to dzwonię… Wiesz, jaki dzisiaj jest dzień?

Magdalena odchrząknęła nerwowo.

– Nie kojarzę.

– Ech, no jak możesz nie wiedzieć! Dzisiaj są urodziny twojej mamy.

W słuchawce zapadła cisza. Magdalena nie wiedziała, jak mogłaby skomentować słowa babci. To nie tak, że zapomniała o mamie. Oczywiście, że nie. Do dziś odczuwała bolesne skutki jej braku. Śmierć matki bezpowrotnie zmieniła jej życie. Uczyniła innym człowiekiem, odebrała szansę na normalne dzieciństwo i dorastanie nienaznaczone traumą. Była zbyt mała, żeby pamiętać mamę. W jej głowie pozostały jedynie urywki wspomnień i obraz skrzętnie utrwalany przez babcię. W świadomości Magdaleny matka była przede wszystkim brakiem, którego nikt nie wypełnił. Nie obudziła się więc tego dnia z myślą, że dziś są urodziny jej mamy, bo nigdy w pełni ich nie świętowała. Izabela odeszła, zanim Magdalena zdążyła utożsamić ten dzień z jej świętem.

Zofia, niezrażona milczeniem wnuczki, ciągnęła:

– Byłam na jej grobie. Na tym zdjęciu jest taka piękna, uśmiechnięta, zadowolona z życia! Próbowałam sobie wyobrazić, jak wyglądałaby dziś, jako dojrzała kobieta, ale wiesz, nie potrafię… Po prostu nie potrafię! Dla mnie zawsze będzie miała trzydzieści lat. Popłakałam sobie nad jej grobem, powspominałam. Ona byłaby z ciebie taka dumna! Taka dumna! Sama daleko by zaszła, gdyby nie małżeństwo. – Ton głosu babci uległ zmianie. Zawsze tak było, kiedy mówiła o ojcu Magdaleny. – Zamknął ją w domu jak w jakiejś klatce, jeśli chcesz znać moje zdanie. Nigdy nie potrafił jej docenić, dla niego była tylko sprzątaczką, praczką i kucharką, a przecież ona była taka mądra, ta moja córka, taka mądra!

– Byłaś na cmentarzu razem z dziadkiem? Jak on się czuje? Kontroluje tę zaćmę? – Magdalena potrzebowała zmienić temat, bo czuła, że zaraz się udusi.

– Znasz go. Jak go wyślę do okulisty, to pójdzie. Ale żeby tak sam z siebie… Byliśmy razem, bo potrzebowałam jego pomocy przy niesieniu zniczy. Jak już się wybrałam na cmentarz, to obskoczyłam bliższą i dalszą rodzinę, sąsiadów, znajomych. Kiedy przyjedziesz?

– Niedługo – odpowiedziała Magdalena dla świętego spokoju. – Może wyślę ci pieniądze za kwiaty i znicze?

– Nie trzeba – odparła urażona babcia. – Bardziej bym się ucieszyła, jakbyś w końcu nas odwiedziła.

– Babciu, przyjadę, obiecuję. A teraz muszę już kończyć. Zadzwonię do ciebie w najbliższym czasie, dobrze?

Zofia westchnęła przeciągle.

– Dobrze. Ale chcę żebyś wiedziała, że nie podoba mi się to, jak traktujesz rodzinę!

Magdalena udała, że nie słyszy ostatniej uwagi, pożegnała się i rozłączyła. Babcia zawsze taka była. Mówiła wprost o sprawach, które Magdalena wolała zamieść pod dywan. Może też dlatego wyjechała i tak rzadko wracała. Wciąż miała w pamięci tę pierwszą wizytę z Michałem. Pojechali do Wąsewa już po zaręczynach. Magdalena najchętniej w ogóle nie zabierałaby ukochanego w rodzinne strony, ale ten uparł się, żeby poznać jej dziadków. Dla niego to było ważne, dla niej nieistotne, czego nie potrafił zrozumieć. Przecież to byli ludzie, którzy ją wychowali, a on miał zostać jej mężem! Jak mogliby się nie poznać? Zofia i Edward też bardzo liczyli na tę wizytę. Chcieli się dowiedzieć, kogo ich wnuczka wybrała na towarzysza życia. W głębi serca Magdalena liczyła na ich akceptację, ale nie to było najważniejsze. Liczyło się tylko to, aby Michał nie poznał prawdy, a przecież w Wąsewie mógłby się jej dowiedzieć od kogokolwiek, pierwszego lepszego przechodnia. Dziadków przekabaciła, raczej nie powinni nic powiedzieć. Nie specjalnie, ale nie mogła mieć pewności, że Zofia nie chlapnie czegoś przypadkiem, bo mówiła stanowczo zbyt dużo.

Usłyszała za sobą kroki tłumione przez dywan. Michał zatrzymał się tuż za nią. Odwróciła się i spojrzała w górę, prosto w jego ciemne oczy. Pełne ciepła, ale też troski. Włożyła telefon do kieszeni i delikatnie się do niego uśmiechnęła. Wsunęła palce w jego włosy, które przerzedziły się od momentu, kiedy go poznała, ale wcale nie podobał jej się mniej.

– Babcia? – domyślił się Michał. Skinęła głową.

– Tak. Dzisiaj są… byłyby urodziny mojej mamy. Ona nadal bardzo cierpi. To znaczy babcia. W sumie nie ma się czemu dziwić. Straciła jedyne dziecko…

– Nie tylko ona cierpi – zasugerował Michał, wbijając w nią wyczekujące spojrzenie.

Magdalena przygryzła wargę i spuściła głowę.

– Nie rozmawiajmy o tym, proszę. Nie mam na to siły.

– Martwię się o ciebie. Zastanawiam się, ile jeszcze musi się wydarzyć, żebyś w końcu przyznała, że potrzebujesz pomocy?

Poczuła, jak w jednej sekundzie uchodzi z niej całe powietrze.

– Przecież byłam u lekarza – bąknęła, uznając rozmowę za skończoną.

Przeszła do kuchni, gdzie przygotowywała kolację, zanim zadzwonił telefon. Nie spodziewała się, że Michał odpuści, choć miała na to cichą nadzieję. On jednak podążył za nią.

– Taa, u lekarza rodzinnego. Myślisz, że xanax załatwi sprawę? Zresztą, ostatnio już nie chciał ci przepisać tabletek, bo uznał, że nie jest w stanie ci pomóc.

Magdalena skuliła się w sobie. Nie powiedziała mężowi, że kiedy doktor odmówił jej wystawienia recepty, znalazła innego, który przepisał jej lek. Tajemnice, tajemnice. Zresztą nosiła xanax w torebce tylko na wszelki wypadek. Starała się go nie zażywać zbyt często, bo był silnie uzależniający, ale świadomość, że w razie potrzeby ma tabletki w zasięgu ręki, pomagała.

– Czyli co, twoim zdaniem, powinnam zrobić? Mam wymagającą pracę. Przypuszczam, że jeśli zacznę się leczyć psychiatrycznie, nikt w firmie nie będzie mnie traktował poważnie.

– Daj spokój! – Michał sapnął ze zniecierpliwieniem. – To nie średniowiecze! Poza tym nie musisz się nikomu chwalić, że się leczysz. Potrzebujesz terapii. Może zacznij od tego?

Magdalena zbyt energicznie odstawiła garnek na blat. Narobiła przy tym sporego hałasu. Obojętnie wyminęła męża i ruszyła schodami do sypialni. Straciła całą ochotę na gotowanie.

W naszym serwisie możecie już przeczytać kolejny fragment książki Prawda przychodzi nieproszona. Osiedle Pogodne. Nową powieść Magdaleny Majcher kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Prawda przychodzi nieproszona. Osiedle Pogodne
Magdalena Majcher1
Okładka książki - Prawda przychodzi nieproszona. Osiedle Pogodne

Zajrzyj za zamknięte drzwi luksusowych domów! Osiedle Pogodne – poznaj jego tajemnice. Magdalena starannie ukrywa swoją przeszłość przed...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo