Uciekajcie! Fragment książki "Szczęśliwy zegar z Freiburga"

Data: 2021-04-07 07:59:32 Autor: Piotr Piekarski

Trzynastoletni chłopiec Karol mieszka na wsi pod Suwałkami. Kiedy jego ojciec trafia do szpitala w Warszawie, chłopiec jest przerażony. Sądzi, że życie ojca jest związane ze starym rodzinnym zegarem. Chłopiec za wszelką cenę pragnie odzyskać pamiątkę.

W poszukiwaniach pomagają mu koleżanki ze szkoły. Razem odkrywają niezwykłe właściwości zegara z pozytywką. Okazuje się, że zegar wyprodukowano we Freiburgu jako… zegar szczęścia. Czy muzyka płynąca z pozytywki rzeczywiście może sprawić, że będziemy szczęśliwi? I czy twórca zegara Johann Krebs był tylko genialnym zegarmistrzem, a może kimś więcej?

Obrazek w treści

Szczęśliwy zegar z Freiburga to trzymająca w napięciu książka przygodowa: zwroty akcji, pościgi, zaskakujące wynalazki. Ale nie tylko. To także opowieść o relacjach między dziećmi: przyjaźni, ale także wrogości i uprzedzeniach, które warto przezwyciężać. Do lektury najnowszej powieści Roberta M. Rynkowskiego zaprasza Wydawnictwo Dwukropek. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy oraz drugi fragment powieści, tymczasem już dziś zachęcamy Was do lektury kolejnej jego części: 

Rozdział 18  – Północ

– Karol, nie przesadzaj, nic wielkiego się nie stanie. Po prostu nie pójdziemy na fizykę i tyle.

– Tak? A co powiesz swojej mamie, jak się o tym dowie? Że dlaczego masz nieobecność? Na dodatek na klasówce?

– O mnie się nie martw, jakoś sobie z nią poradzę. A klasówka… Po prostu napiszemy na następnej lekcji.

– O ile pan Bagieła się zgodzi. Zresztą jak będziemy mieli nieusprawiedliwione nieobecności, to pały mamy gwarantowane.

– Sam dobrze wiesz, że inaczej nie zdążymy. Musimy zwiać z ostatniej lekcji…

– Zaraz, moment, czy ja dobrze słyszę? Nasza uczennica z pasją i jej nowi przyjaciele chcą zwiać z fizyki? Słyszeliście? Może jakąś czarną mszę chcą odprawić? – teatralnym głosem wołał Sobkiewicz, który nie wiadomo kiedy znalazł się przy rozmawiających. – Co to będzie, jak Królowa o tym się dowie? Może zmieni zdanie…

– Nic nie będzie – przerwała mu Chomica, która właśnie podeszła do nich z drugiej strony. – Ostatnia lekcja odwołana, bo pan Bagieła jest chory.

Ulga, która odmalowała się na twarzach Karola, Kasi i Jolaki, nie byłaby większa, gdyby okazało się, że pani Jagiełło wygrała na loterii i postanowiła natychmiast wyruszyć w rejs dookoła świata. Już sam pomysł wagarów wydawał się ryzykowny, a opuszczenie lekcji fizyki i klasówki tym bardziej. Szczęśliwy zbieg okoliczność zdawał się zbawienny.

Dotrwanie do ostatniej lekcji było o wiele łatwiejsze niż poprzedniego dnia. Nauczyciele pilnie nadrabiali zaległości będące skutkiem ubocznym przedłużenia przerwy świątecznej. Oceny sypały się gęściej niż śnieg w czasie ostatnich śnieżyc i najczęściej nie wpływały dobrze na średnią. Ani Karol, ani dziewczyny nie mieli więc czasu, żeby myśleć o tym, co czeka ich po lekcjach. To, że nie wracają od razu do domu, ale mają do wykonania trudne zadanie, dotarło do nich dopiero wtedy, gdy znaleźli się w zatłoczonej szatni. Nawet Karol ubierał się znacznie szybciej niż zazwyczaj. Może pomagało mu w tym również to, że Sobkiewicz, Wyszyński, Walicka i paru ich kumpli, gapili się na niego i dziewczyny i nerwowo coś szeptali.

– Czy my mamy w ogóle jakiś plan? – zapytał, gdy znaleźli się na schodach, na których tłoczyli się już inni uczniowie wychodzący ze szkoły.

– Plan? – zdziwiła się Kasia. – Po prostu pojedziemy na Północ i znajdziemy ten zakład Krzysztofa Chomicza.

– I co potem? Wejdziemy i zapytamy: „Czy to pan napadł na doktora Sknerskiego i ukradł mu zegar?”.

Gdyby spojrzenia mogły paraliżować, Karol nie mógłby ruszyć ani ręką, ani nogą.

– Najpierw tam dojedźmy i się rozejrzyjmy, dobra? Nie jest powiedziane, że go w ogóle znajdziemy. Może wcale nie ma tam już tego jego zakładu.

– Kasia ma rację – włączyła się Jolaka.

Karol nie był przekonany do propozycji koleżanek. Jednak w głośnym wyrażeniu wątpliwości przeszkodziło mu to, że gdy doszli do przystanku komunikacji miejskiej na ulicy Kościuszki, niemal od razu pojawił się autobus. Ledwie udało im się do niego wsiąść. Tłok był taki, że można było pomyśleć, że tego dnia był to jedyny pojazd, który kursował na linii numer 19. Między Karola a dziewczyny jakimś cudem wepchnęła się jeszcze pani o posturze sztangistki wagi superciężkiej. Kiedy po awanturze z tyłu autobusu, w trakcie której starszy pan i starsza pani przekonywali, że współczesna młodzież jest zupełnie niewychowana, i pytali retorycznie, po co się tak wpychać, skoro nie ma miejsca, drzwi pojazdu wreszcie się zamknęły, Karolowi nie pozostało nic innego, jak unikać zgniecenia i patrzeć na ciągle jeszcze białe miasto. Na płaskich dachach uwijali się mężczyźni usiłujący łopatami uwolnić je od ciężaru zalegającego śniegu. Zrzucany śnieg tworzył coraz to wyższe hałdy na chodnikach. A przez te ostatnie i bez tego w niektórych miejscach trudno było przebrnąć, gdyż ich zarządcy najwidoczniej zapomnieli o ciążącym na nich obowiązku odśnieżania. Karol nie chciał sobie nawet wyobrażać, co myśleli brnący po kolana ludzie. Ale nawet tam, gdzie administratorzy przyłożyli się do pracy, chodniki były wąskie. Śniegu było po prostu za dużo.

Autobus w końcu dotarł do właściwego przystanku na ulicy Pułaskiego, a z jego wnętrza wysypało się sporo pasażerów. Przystanek ledwie ich pomieścił, bo chociaż był oczyszczony, to tylko w centralnej części, a na obu jego końcach wznosiły się dwie góry śniegu zmieszanego z piaskiem. Karol zdziwił się nieco, bo wydało mu się, że w tłumie mignęły mu biała kurtka Walickiej i bordowa czapka z długim pomponem jej przyjaciółki Czupryńskiej. Co tu robiły, skoro o ile pamiętał, nie mieszkały na Północy? Z zamyślenia wyrwały go Kasia i Jolaka, którym w końcu również udało się wydostać z autobusu.

– Gdzie teraz? – zapytała Kasia chyba jeszcze nieco oszołomiona po podróży w takim ścisku.

– Wydaje mi się, że to będzie gdzieś tam, gdzie są te szyldy „Instrumenty muzyczne” i „Zakład pogrzebowy” – odpowiedziała Jolaka wpatrzona w ekran smartfonu.

– Niezły zestaw – mruknął Karol, choć on akurat zerkał na ledwie widoczne w śniegu wydeptane ścieżki prowadzące do budynków, do których prawdopodobnie mieli dotrzeć. Świadomość, że będą musieli je pokonać, powodowała, że zaczynał czuć się głodny.

– Czy tu musi być tak zimno? – odezwała się Kasia, szczękając zębami.

– W autobusie było gorąco, to teraz musi być zimno – odpowiedział Karol. – Chodźmy już, bo zamarzniemy – westchnął ciężko.

Dziewczyny posłuchały jego rady i niebawem we trójkę podążali wąziutkimi ścieżkami. Niekiedy musieli schodzić w nieudeptany śnieg, by umożliwić przejście idącym z naprzeciwka. Po chwili Kasia miała kozaki pełne białego puchu, który z łatwością wpadał do środka przez szerokie cholewy. Jolaka i Karol byli w lepszej sytuacji, bo dziewczyna miała sznurowane glany, a chłopak przezornie wyciągnął nogawki na wierzch butów. Gdy w końcu dotarli do chodnika, Kasia poczuła, że musi się zatrzymać.

– Zaczekajcie, wytrzepię buty. Jolaka, poczekaj, oprę się o ciebie.

– Może lepiej zrobić to w pizzerii – zauważył Karol.

– A ty już myślisz o jedzeniu? – oburzyła się Kasia, która podtrzymywana przez Jolakę i stojąc na jednej nodze, opróżniała but ze śniegu.

– Myślę o tym, że z pizzerii moglibyśmy obserwować zakład pana Chomicza bez wzbudzania podejrzeń. Bo jeśli teraz jest w środku i patrzy w okno, to widzi dzieciaki, które pomagały mu wypchnąć samochód z zaspy. I pewnie zastanawia się, czy na pewno znalazły się one tutaj przypadkiem.

– Żeby to robić, musiałby mieć gdzieś tu zakład… – zaczęła Kasia, ale urwała, gdy jej wzrok powędrował za wzrokiem Karola. Wprawdzie szyld nie był tak imponujących rozmiarów jak szyld sklepu z instrumentami, a litery wypisano odręcznie, ale nie było wątpliwości, że widnieje na nim napis „Alarmy”.

– Tak, chodźmy do „Jaćwinga” – przytaknęła Jolaka. – Jeśli jest stolik przy oknie, to powinniśmy widzieć stamtąd, co się dzieje w zakładzie.

– Za wiele to nie zobaczymy… – Kasia podzieliła się na głos swoimi wątpliwościami.

– Ale przynajmniej będzie tam ciepło i nie będziemy rzucać się w oczy – powiedziała Jolaka i ruszyła w kierunku pizzerii.

Kasia, która zdążyła opróżnić ze śniegu drugi but, ruszyła za nią. Być może przekonało ją zimno odczuwane w stopach. 

W lokalu większość miejsc była wolna. Jedynie w najdalszym kącie przy stoliku z kanapowymi siedzeniami jakichś dwóch młodych mężczyzn objadało się pizzą. Kelnerka wyglądała na nieco zdziwioną, gdy podchodziła do stolika przy oknie, przy którym rozsiadło się troje dzieciaków. Wprawdzie ogrzewanie działało sprawnie i lokal był przyjemnie ciepły, ale w tym akurat miejscu, niedaleko wejścia, było najzimniej i od paru tygodni nie cieszyło się ono sympatią gości.

Z uwagi na niezbyt imponujący budżet, którym dysponowali, zamówili największą pizzę dla całej trójki i oczywiście gorącą herbatę. Po chwili każde z nich rozgrzewało dłonie parzącymi filiżankami.

– O jak dobrze – westchnął Karol. – Chyba nigdzie stąd się nie ruszę.

– Nie dla przyjemności tutaj przyszliśmy – surowym tonem powiedziała Kasia. – Patrz lepiej, czy nic się nie dzieje za oknem.

– A na co tu patrzeć? – włączyła się Jolaka. – Jesteśmy tu już ze dwadzieścia minut, a pies z kulawą nogą nie wszedł do zakładu ani z niego nie wyszedł.

– A czego się spodziewałaś? – odpowiedziała pytaniem Kasia. – Jeśli prawdą jest to, co mówiła ta dziewczyna z kiosku, to raczej niewiele osób tu zagląda. Jeszcze w taką pogodę…

– Zaraz, moment – niespodziewanie ożywił się Karol.

– Czy ja dobrze widzę? Jolaka, to przypadkiem nie pani Agnieszka Folga tam idzie?

– Tak, to ona – ucieszyła się dziewczyna. – Pewnie przyjechała do sklepu z instrumentami. Może zaprosimy ją tu, jak już wyjdzie? Właściwie to jeszcze nie wie, że dzięki niej… no, różne fajne rzeczy się dzieją.

– Pewnie – zgodziła się Kasia. – Jeśli tylko będzie chciała… Ale co ona robi? – zapytała, szeroko otwierając oczy ze zdumienia.

– Wygląda na to, że idzie do zakładu pana Chomicza – rzeczowo zauważył Karol.

Kobieta, która miała na nogach kolorowe buty na wysokim obcasie, chyba nie przewidziała, że będzie musiała pokonywać w nich tak trudną trasę. Ślizgając się na miejscami ubitym śniegu, rzeczywiście podeszła do odrapanych drzwi zakładu. Spojrzała na ekran wyciągniętego z kieszeni telefonu, jakby upewniała się, że trafiła pod właściwy adres. Po chwili schowała urządzenie do kieszeni, niepewnie się rozejrzała i z wahaniem chwyciła za klamkę.  Drzwi nie udało jej się jednak otworzyć. Nacisnęła jeszcze raz i mocniej na nią naparła. Kiedy drzwi nie ustąpiły, popatrzyła na nie skonsternowana. Lecz kiedy znowu sięgnęła do kieszeni, nagle się otworzyły i stanął w nich… mężczyzna w wielkim szaliku w kolorowe romby.

– To on! – niemal krzyknęła Kasia.

Nic więcej jednak nie powiedziała, spojrzała bowiem na wpatrującą się w okno Jolakę. Ta co prawda zdawała się wgapiać w znikającą za odrapanymi drzwiami panią Agnieszkę, ale Kasia mogłaby się założyć o wszystko, że już jej nie widziała. Przeniosła wzrok na Karola i nie musiała nic mówić ani o nic pytać, jego mina mówiła bowiem bez cienia wątpliwości, że właśnie zadaje sobie to samo pytanie co i ona. Szukali daleko, a rozwiązanie zagadki znajdowało się na wyciągnięcie ręki.

– Może przyszła w sprawie alarmu… – w końcu odezwał się Karol, któremu niemal łzy stanęły w oczach, gdy spojrzał na bladą twarz Jolaki.

– Alarmy? Nie wiedziałam, że to jeszcze działa. – Kelnerka z wielkim talerzem w dłoni stała nad ich stolikiem i wpatrywała się w okno.

– Dlaczego ma nie działać? – niby obojętnie zapytała Kasia. – Przecież szyld jest.

– Ano jest – przytaknęła kobieta. – Ale żadnych klientów dawno już tu nie widziałam. Tylko ten dziwny właściciel czasem tu się kręcił. Jakieś pudła przywoził i wywoził. Myślałam, że zabiera swoje graty.

– Taki w kolorowym szaliku? Który jeździ toyotą aygo na warszawskich numerach? – znowu jakby od niechcenia rzuciła Kasia.

– Rzeczywiście, parę dni temu przyjechał takim samochodem. Nawet pomyślałam sobie, że się do Warszawy przeprowadza, że tam sobie jakąś robotę znalazł. Ale ostatnio znowu jeździ tym swoim zardzewiałym fordem transitem. A wy skąd go znacie? – zapytała po chwili już nieco podejrzliwie.

– A, kiedyś jak tu byliśmy, to go widzieliśmy – skłamała Kasia, licząc na to, że kobieta nie jest jedyną kelnerką w „Jaćwingu”. – A czy możemy prosić o sos ostry? – Na wszelki wypadek zmieniła temat. – Dla kolegi – dodała prędko, gdy kobieta spojrzała na nią zdziwiona.

– Jaka ja jestem głupia… – mruknęła Jolaka, gdy kelnerka odeszła od stolika. – Jaka ja jestem głupia…

– Nie bardziej niż ja – pospieszył z pocieszeniem Karol i od razu zdał sobie sprawę, że raczej odniesie ono marny skutek.

– Słuchajcie, nie czas roztrząsać, kto głupi, a kto nie… – zaczęła Kasia.

– Dobrze ci mówić – ponuro rzekła Jolaka. – Ty nikogo nie naprowadziłaś na szczęśliwy zegar.

– Tego jeszcze nie wiadomo. – Koleżanka krzywo się uśmiechnęła. – Nie wiemy, kto jeszcze jest w tym zakładzie albo zaraz do niego przyjdzie. Może się zdziwimy. Ale skoro się tu schodzą, to musimy ich śledzić. Coś na pewno będzie się działo.

– Nawet jak mamy się spóźnić na autobus? – zapytał niepewnie Karol, spoglądając na zegarek. 

– Najwyżej zadzwonię do taty, to nas zabierze. Nie możemy spuścić ich z oczu.

– Patrzcie! – zawołała Jolaka.

Widok rzeczywiście był warty uwagi. Zza uchylonych drzwi warsztatu wyglądał mężczyzna w kolorowym szaliku. Lustrował zaczynający skrywać się w półmroku teren przed zakładem, jakby sprawdzał, czy nikt go nie obserwuje. Dzieci miały nawet wrażenie, że spojrzał w okno pizzerii, dlatego schowały się za stojącymi na parapecie kwiatami. Widocznie ich nie zauważył, bo wyszedł z zakładu, starannie zamykając drzwi na klucz. Pochylając głowę przed zacinającym śniegiem, przeszedł pod oknem pizzerii.

– Może teraz? – ożywił się Karol. – Wpadniemy do zakładu i zobaczymy, co tam jest. Agnieszka jest sama…

– Nie wiesz, czy sama – skontrowała Kasia. – Poza tym zamknął drzwi na klucz. Jak je otworzymy?

– Trochę dziwne, że je zamknął – zastanowiła się Jolaka.

– Pewnie nie chce, żeby ktoś im pomieszał szyki.

Agnieszka raczej nie da rady jakimś bandziorom z konkurencji, gdyby tam się pojawili. Zresztą i tak nie pozostaje nam nic innego jak czekać, bo przecież nie otworzymy tych drzwi.

– A może wyjdziemy i sprawdzimy, czy z tyłu nie ma jakiegoś okna czy wejścia. Albo zajrzymy przez okno od frontu – zaproponowała Jolaka.

– Od frontu lepiej nie. Mówiłem już, że lepiej, żeby nikt nas tu nie widział. A Agnieszka na pewno nas rozpozna.

– To dobry pomysł, żeby rozejrzeć się od tyłu. Jeśli po wyjściu skręcimy od razu w lewo, nikt nie powinien nas zobaczyć. Skryjemy się za budynkami. Wystarczy wejść w to przejście, które jest między ruderami. Wydaje się, że tam jest jakieś podwórko czy plac.

– Może – mruknął Karol. – Ale to się źle skończy.

– Ty byś lepiej skończył tę pizzę – odparowała Kasia. – Żujesz, jakby ci nie smakowała.

– Bo mnie ten ostry sos w język pali.

– To po co go lałeś, skoro ci nie smakuje?

– Żeby nie wzbudzać podejrzeń kelnerki.

Dziewczyny patrzyły na chłopaka z mieszaniną podziwu i wesołości. Ten z poświęceniem wepchnął do ust wielki kawał pizzy, a oczy omal nie wyszły mu z orbit. Ale zaraz przełknął i dołączył do koleżanek, które już wkładały na siebie kurtki. Ledwie otworzyli drzwi, owiało ich zimne powietrze.

– Pieroński mróz – burknął Karol, ale dzielnie ruszył przodem, żeby utorować drogę. Na szczęście do przejścia między budynkami nie było daleko i już za moment wchodzili w półmrok jakby bramy.

Po kilku krokach Karol niespodziewanie się zatrzymał. Dziewczyny były przekonane, że albo się zmęczył, albo utknął w śniegu. Dopiero nieco później zorientowały się, że przyczyna była zupełnie inna. Przed Karolem stał Sobkiewicz, a zza załomu muru po kolei wyłaniali się Wyszyński, Walicka, Czupryńska, Chmielewski i Jabłoński – jego najwierniejsi kumple.

– Dzięki, że ułatwiliście nam zadanie – zakpił Sobkiewicz. – Nie będziemy musieli was gonić i żadnych monitoringów.

Kasia zorientowała się, że chłopak ma rację. Na zapuszczonym i zagraconym podwórku oświetlonym pojedynczą żarówką raczej nie było żadnej kamery, a na ucieczkę mieli bardzo małe szanse, bo napastnicy podchodzili coraz bliżej i otaczali swoje ofiary. Karol znalazł się w najgorszej sytuacji, już niemal przyciśnięty do ściany.

– To teraz się policzymy, zaraz odechce wam się robienia z nas głupków. – Sobkiewicz wykrzywił twarz w złośliwym uśmiechu i wysunął w kierunku Karola zaciśnięte pięści.

– Nie trzeba z ciebie robić głupka, bo już nim jesteś! – odważnie odparował Karol.

Tego, co nastąpiło potem, nikt jednak się nie spodziewał, a najmniej Sobkiewicz. Karol zanurkował pod wyciągniętymi rękami przeciwnika i z całej siły uderzył go głową w okolice splotu słonecznego. Nie wiadomo, czy uderzenie trafiło w czułe miejsce, czy zadziałało śliskie podłoże, dość, że Sobkiewicz runął jak długi na stojących za nim kolegów. Wyszyński, Walicka i Czupryńska się wywrócili, a Chmielewski i Jabłoński oparli się o przeciwległą ścianę przejścia.

– Wiejemy! – zawołał Karol.

Kasi i Jolace nie trzeba było dodatkowych zachęt. Natychmiast się obróciły i wybiegły z ciemnego, wąskiego przejścia. Karol ruszył za nimi. Kiedy jednak dziewczyny po paru krokach nieco zwolniły, żeby zastanowić się, dokąd biec, i spojrzały za siebie, okazało się, że sytuacja chłopaka nie wygląda różowo. Usiłował bowiem wyrwać nogę z rąk Wyszyńskiego, który wprawdzie nie zdołał jeszcze się podnieść, ale udało mu się przytrzymać uciekiniera. Pozostali podnosili się i z zaciśniętymi pięściami zmierzali ku Karolowi.

– Uciekajcie! – wrzasnął. – Ja ich zatrzymam!

Próba ucieczki zdawała się jednak z góry skazana na niepowodzenie. Wszędzie było pełno śniegu, a ścieżki były wąskie i śliskie. Do przystanku autobusowego, który był dość daleko, musiałyby brnąć przez zaspy. Poza tym Kasia ani myślała zostawiać przyjaciela na pastwę rozjuszonego Sobkiewicza i jego kolegów. Tym bardziej że sytuacja Karola nadal była beznadziejna. Udało mu się wprawdzie wydostać z bramy, ciągnąc za sobą przyczepionego do nogi Wyszyńskiego, ale Chmielewski i Jabłoński już ich doganiali. Z kolei Walicka i Czupryńska ruszyły w kierunku Kasi i Jolaki.

– Kasia, błagam cię, uciekaj! – wrzasnął Karol z całych sił.

Dokąd jednak miała uciec? Mogła jeszcze spróbować ukryć się w pizzerii, ale zanim dobiegłaby do drzwi, już by ją dopadły. Jeszcze raz się rozejrzała i dopiero wtedy zobaczyła coś, co musiało się tu pojawić wtedy, gdy była w bramie. Przed zakładem Krzysztofa Chomicza stała biała furgonetka! Na dodatek miała wpółotwarte tylne drzwi, a przy samochodzie nikogo nie było. Gdyby udało się do niej dobiec i wskoczyć do środka, łatwiej byłoby jej się bronić niż na otwartej przestrzeni.

– Jolaka, biegniemy do samochodu! – zawołała i pociągnęła za rękę zdezorientowaną koleżankę.

Biegły ile sił w nogach i po chwili znalazły się przy pojeździe. Nie zastanawiając się, szerzej uchyliły jedno skrzydło drzwi i wskoczyły do środka. Znalazły się w zawalonym kartonami wnętrzu. Kiedy obróciły się, żeby zamknąć drzwi, z przerażeniem zobaczyły, że Walicka i Czupryńska są od nich o kilka kroków, a zaraz za nimi biegną Chmielewski i Jabłoński. Dopiero wtedy zdały sobie sprawę z tego, że być może znalazły się pułapce. Na wydostanie się z niej było już jednak za późno. Ścigający ich też to chyba sobie uświadomili, bo na ich twarzach pojawiły się złośliwe uśmiechy. Zaraz jednak zniknęły, ustępując bezgranicznemu zdziwieniu.

– A wy tu czego, gówniarze?! Won mi stąd, ale już! Żebym was tu więcej nie widział! – zabrzmiał podniesiony głos, a głuche uderzenie wskazywało, że czyjaś ręka oparła się na przymkniętym skrzydle drzwi.

Kasia i Jolaka instynktownie cofnęły się, żeby nie zdradzić swojej obecności. Przez niewielką szczelinę między skrzydłami drzwi samochodu druga ręka wrzuciła wielki foliowy worek, prawdopodobnie z jakimiś szmatami, bo miękko wylądował na podłodze tuż obok. Ta sama ręka nerwowo zatrzasnęła drugie skrzydło drzwi.

Sparaliżowane strachem dziewczyny spojrzały na siebie.

Nie miały wątpliwości, że zarówno głos, jak i ręce należały do Krzysztofa Chomicza. Zegarmistrz prawdopodobnie właśnie wsiadł do samochodu, gdyż z przodu z lewej strony dobiegł głośny szczęk drzwi. Po chwili usłyszały hałas uruchamianego silnika. Jeśli miały wydostać się z tej ciemnej pułapki, to była to ostatnia szansa. Kasia wzięła oddech, żeby krzyknąć z całej siły, ale Jolaka chwyciła jej dłoń i pociągnęła w kierunku podłogi. Nagle wyczuła coś pod palcami i omal nie wrzasnęła z przerażenia.

Książkę Szczęśliwy zegar z Freiburga można kupić w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Szczęśliwy zegar z Freiburga
Robert M. Rynkowski0
Okładka książki - Szczęśliwy zegar z Freiburga

Trzynastoletni chłopiec Karol mieszka na wsi pod Suwałkami. Kiedy jego ojciec trafia do szpitala w Warszawie, chłopiec jest przerażony. Sądzi, że życie...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo