Zegar szczęścia czy nieszczęścia? "Szczęśliwy zegar z Freiburga"

Data: 2021-03-30 22:12:02 Autor: Piotr Piekarski

Trzynastoletni chłopiec Karol mieszka na wsi pod Suwałkami. Kiedy jego ojciec trafia do szpitala w Warszawie, chłopiec jest przerażony. Sądzi, że życie ojca jest związane ze starym rodzinnym zegarem. Chłopiec za wszelką cenę pragnie odzyskać pamiątkę.

W poszukiwaniach pomagają mu koleżanki ze szkoły. Razem odkrywają niezwykłe właściwości zegara z pozytywką. Okazuje się, że zegar wyprodukowano we Freiburgu jako… zegar szczęścia. Czy muzyka płynąca z pozytywki rzeczywiście może sprawić, że będziemy szczęśliwi? I czy twórca zegara Johann Krebs był tylko genialnym zegarmistrzem, a może kimś więcej?

Obrazek w treści

Szczęśliwy zegar z Freiburga to trzymająca w napięciu książka przygodowa: zwroty akcji, pościgi, zaskakujące wynalazki. Ale nie tylko. To także opowieść o relacjach między dziećmi: przyjaźni, ale także wrogości i uprzedzeniach, które warto przezwyciężać. Do lektury najnowszej powieści Roberta M. Rynkowskiego zaprasza Wydawnictwo Dwukropek. Ostatnio mogliście przeczytać pierwszy fragment powieści, tymczasem już dziś zachęcamy Was do lektury kolejnej jego części: 

Zegary z Freiburga

Ta historia wydarzyła się pod koniec XIX wieku we Freiburgu, czyli w dzisiejszych Świebodzicach na Dolnym Śląsku, niedaleko Wałbrzycha. Pewnie nie wiecie, że wtedy miasto to było prawdziwym zagłębiem zegarowym, nazywanym Śląskim Miastem Zegarów. Od 1850 roku istniała tam fabryka Gustawa Beckera. I to tam w 1892 wyprodukowano milionowy egzemplarz. Powstawały tam prawdziwe cudeńka. Działo się tak między innymi dlatego, że fabryka zatrudniała doskonałych fachowców. Jednym z nich był Johann Krebs, młody zegarmistrz o wielkich marzeniach. Śnił o stworzeniu własnego zegara.

Oczami wyobraźni inicjały J.K. widział na mechanizmach zegarowych we wszystkich domach na Śląsku, w Prusach, we Francji, w Ameryce – słowem, na całym świecie. Tych swoich marzeń nie mógł oczywiście zrealizować tam, gdzie pracował. Dlatego odszedł z fabryki Beckera wraz z przyjacielem Karlem, którego zaraził swoimi pomysłami i pasją. W wynajętym warsztaciku w kamienicy we dwóch, a z czasem z pomocnikami, zaczęli produkcję zegara. Miał być tani, żeby stać na niego było prawie każdego, a jednocześnie dobry. Uśmiechacie się, bo wiecie, że to sprzeczność? Johann też się o tym przekonał. Ale musiało minąć trochę czasu. Skonstruowany przez niego zegar, produkowany w maleńkiej manufakturze, był bardzo solidny, ale niewystarczająco tani. Nie było więc żadnych szans, by trafił do domów na całym świecie. Do realizacji marzeń Johannowi niezbędna była wielka fabryka, a nie warsztat.

Lecz na fabrykę potrzebował pieniędzy. A o nie nie było łatwo. Dlatego Johann postanowił wyjechać do Ameryki. Sprzedał swój warsztat i popłynął do Nowego Jorku. Miał szczęście, bo trafił do laboratorium Thomasa Edisona, słynnego wynalazcy żarówki i nie tylko, który akurat poszukiwał zdolnego zegarmistrza. Ale Edison, oprócz tego, że był naukowcem, miał też niezwykłego nosa do interesów. Zarobione pieniądze inwestował w firmy, które przynosiły mu jeszcze większe pieniądze. A o to właśnie chodziło Johannowi! Uważnie podpatrywał więc, jak Edison rozwija swoje przedsięwzięcia. Wielkie wrażenie wywarło na nim zwłaszcza to, w jaki sposób jego mistrz staje się autorem kolejnych opatentowanych wynalazków.

Johann ze zdumieniem odkrył, że magik z Menlo Park nie pracuje sam nad swoimi pomysłami, ale robią to za niego ludzie zatrudnieni w jego laboratoriach, które dzisiaj uważane są za pierwszy na świecie instytut naukowo-badawczy.

Edison miał wizję wynalazku, który tworzyli za niego inni. To było to, czego szukał Johann. Wrócił do Freiburga nie tylko ze sporą sumką zarobioną za jakiś wynalazek z dziedziny zegarmistrzostwa – który notabene Edison opatentował jako własny – lecz także z własną wizją fabryki zegarów, którymi miał zadziwić świat. Tak jak magik z Menlo Park zaczął od budowy laboratorium. Zatrudnił w nim Karla, swojego przyjaciela, oraz inżynierów i zegarmistrzów, licząc na niezwykłe wynalazki. Na początek udoskonalili oni pierwszy projekt Johanna, żeby można było zacząć produkcję. Fabryka ruszyła.

Zegary były dobre i dość tanie, ale oszałamiającego sukcesu nie odniosły. Zresztą nie było na to szans. We Freiburgu w owym czasie oprócz fabryki Beckera działało kilka innych, założonych przez byłych pracowników zegarowego potentata. Nie były wielkie, ale konkurencja była bardzo silna i Johannowi trudno było pozyskać klientów. Uznał więc, że musi skupić się na wynalazkach, na czymś, czym zadziwi potencjalnych nabywców.

„A gdyby tak skonstruować zegar, którego nie trzeba by było nakręcać?” – pomyślał. No, może nie to, że wcale, ale bardzo rzadko. Jednak takie zegary już istniały. To tak zwane roczniaki, nakręcane raz na mniej więcej czterysta dni.

Wynalazca wahadła skrętnego, które pozwalało na konstruowanie takich urządzeń, Anton Harder, współpracował kiedyś z fabryką we Freiburgu. Ponieważ jednak zegary nie były udane, zrezygnowano z ich produkcji, a konstruktor przeniósł się do Szwarcwaldu. Lecz we Freiburgu zostali ludzie, którzy kiedyś je budowali, i to do nich zwrócił się Johann.

Nie mógł wykorzystać wynalazku Hardera, więc zlecił im opracowanie innego mechanizmu, który zapewniałby możliwie najrzadsze nakręcanie zegara. Zegarmistrzowie wzięli się do pracy, ale po roku rezultat ich poczynań był raczej marny. Żaden z ich pomysłów nie zapewniał choćby przybliżonej częstotliwości nakręcania jak wahadło skrętne. Na dodatek kryzys w branży się pogłębiał, a obsesyjne wręcz skupienie się Johanna na oczekiwanym wynalazku spowodowało, że w jego laboratorium nie pracowano nad niczym innym. Fabryka nie miała żadnego produktu, którym mogłaby konkurować z innymi. Johann stanął właściwie na krawędzi bankructwa. Zdał sobie sprawę, że potrzebuje szybko jakiegoś genialnego pomysłu, który uczyniłby jego zegary niezwykłymi, takimi, które każdy chciałby mieć.

Na ten pomysł wpadł Karl. Na pomysł prosty i dość łatwy w realizacji. Skoro trzeba stworzyć zegar inny niż wszystkie i skoro nie można zaskoczyć przemyślnością konstrukcji, to trzeba zegar, który już mają, solidny, dość ładny i w miarę tani, sprzedać jako zegar niezwykły. Dodanie jakichś wspaniałych ozdób nie wchodziło w grę, bo tylko zwiększyłoby koszty.

– Johann, mam! – wołał rozgorączkowany Karl, wpadając pewnego dnia do pokoju swego przyjaciela. – Znalazłem rozwiązanie!

– Jakie rozwiązanie? – zdziwił się Johann. Pochylony nad biurkiem studiował jakieś dokumenty.

– Wiem, co możemy zmienić w zegarze!

– Tak? No to mów. – Johann nawet nie oderwał wzroku od papierów.

– Zmieńmy melodię w pozytywce.

– I to ma być ten genialny pomysł? – podsumował bez entuzjazmu, nieco rozczarowany.

– Niech to nie będzie żaden Bach, Strauss czy Mozart.

Niech to nie będzie nic, co jest w innych zegarach, w innych pozytywkach. Niech to będzie coś nieznanego. Tak, wiem: ludzie lubią słuchać tego, co już znają. Ale niech to będzie melodia ładna, wpadająca w ucho, tylko że napisana specjalnie dla nas.

Johann podniósł w końcu głowę i spojrzał z zainteresowaniem na przyjaciela.

– No, brzmi ciekawie. Ale to rzeczywiście musiałoby być coś niezwykłego. Tylko że napisanie czegoś na zamówienie sporo kosztuje…

– A jeśli byłbyś kompozytorem, którego nikt nie zna i którego być może nikt nie pozna, i miałbyś szansę, żeby twój utwór usłyszały dziesiątki tysięcy, setki tysięcy ludzi, to nie zgodziłbyś się trochę obniżyć ceny tego swojego utworu tylko po to, żeby stać się sławnym?

– Być może bym się zgodził – odpowiedział coraz bardziej zaintrygowany Johann. – Tylko nadal nie bardzo rozumiem, do czego zmierzasz.

– A gdyby okazało się, że słynna fabryka zegarów, której produkty znajdą się w każdym domu, organizuje konkurs na skomponowanie melodii do swojej pozytywki, a ty byłbyś nieznanym kompozytorem, to nie wystartowałbyś w tym konkursie?

– Karl, jesteś genialny! – wykrzyknął Johann. – Jeśli twój plan się powiedzie, to cię ozłocę!

Kompozytor, a raczej kompozytorka – bo była to podobno jakaś młoda kobieta – rzeczywiście się znalazła.

Spośród nadesłanych utworów jej melodia urzekła wszystkich. Johann i Karl zadbali jednak, żeby całe przedsięwzięcie owiane było aurą tajemniczości. Nikt nie wiedział, jak nazywa się autor melodii, słyszało ją bardzo wąskie grono osób. Johann lubił jednak ją sobie odtwarzać, gdy w pobliżu nie było nikogo obcego.

– Wiesz, Karl, to był świetny pomysł – powiedział, gdy pewnego wieczoru słuchał wraz z przyjacielem muzyki z pozytywki. – Nie wiem jak ty, ale gdy ją słyszę, czuję się szczęśliwy. Wiesz, ona sprawia, że spływa na mnie jakaś błogość, szczęście, i wiem, że będzie dobrze…

– Ja też to czuję. I wszyscy to czują. I każdy, kto kupi zegar, podobnie będzie się czuł… Właśnie! – wykrzyknął nagle Karl i aż poderwał się z krzesła. – Johann, przecież możemy reklamować ten zegar jako zegar szczęścia! 

Znowu się uśmiechacie? Tak, dzisiaj w każdej reklamie słyszymy, że będziemy szczęśliwi, jeśli tylko kupimy ten samochód, te spodnie czy te czekoladki. Ale pod koniec XIX wieku nie był to jeszcze tak do końca wyświechtany slogan reklamowy. Zegar szczęścia to był zegar, który miał przynosić szczęście. A kto nie chce być szczęśliwy? Gdy więc zegary trafiły na rynek, rozchodziły się jak ciepłe bułeczki, a fabryczka Johanna nie nadążała z produkcją. Karl miał rację: każdego ujmowała niezwykła melodia z pozytywki. 

Lecz po paru miesiącach, może po pół roku pojawiła się plotka, prawdopodobnie rzucona przez konkurencję, że zegar szczęścia wcale szczęścia nie przynosi, a wręcz przeciwnie… Bo podobno komuś spalił się dom, gdy pojawił się w nim produkt z fabryki Krebsa, ktoś zachorował, komuś umarło dziecko. Plotka szerzyła się w zastraszającym tempie i na nic się zdały zapewnienia Johanna drukowane w prasie, że pogłoski o nieszczęściu płynącym z zegara nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Bo dom, który miał się spalić, stoi, jak stał, ten, kto miał zachorować, jest zdrowy jak ryba, a rzekomo zmarłe dziecko biega po podwórku. Sprzedaż zaczęła gwałtownie spadać, a nawet ci, którzy kupili zegary Krebsa, pozbywali się ich z domów.

W końcu nastąpił ostatni cios: którejś nocy spaliła się fabryka i większość zegarów – kto wie, czy w pożarze nie maczała palców konkurencja – a Johann podobno zginął w płomieniach. Teraz nie było już wątpliwości, że zegar szczęścia był raczej zegarem nieszczęścia. Kto jeszcze miał taki model, za wszelką cenę się go pozbywał. Wkrótce słynne zegary z inicjałami J.K. zniknęły z domów, a z czasem ludzie zapomnieli i o nich, i o ich twórcy.

Spodobał się Wam drugi fragment? Koniecznie przeczytajcie jego ostatnią część

Książkę Szczęśliwy zegar z Freiburga można kupić w popularnych księgarniach internetowych: 

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Szczęśliwy zegar z Freiburga
Robert M. Rynkowski0
Okładka książki - Szczęśliwy zegar z Freiburga

Trzynastoletni chłopiec Karol mieszka na wsi pod Suwałkami. Kiedy jego ojciec trafia do szpitala w Warszawie, chłopiec jest przerażony. Sądzi, że życie...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo
Recenzje miesiąca
Szpetnicy
Maciej Kapuściński
Szpetnicy
Przyjdę, gdy zaśniesz
Agnieszka Lingas-Łoniewska
Przyjdę, gdy zaśniesz
Każde twoje słowo
Marta Reich
Każde twoje słowo
Tango
Ewa Cielesz
Tango
Na zawsze w lodzie
Owen Beattie; John Geiger
Na zawsze w lodzie
Cień Debory
Magdalena Mosiężna
Cień Debory
Pocztówki z Portugalii
Jolanta Kosowska
Pocztówki z Portugalii
Pani Cisza
Arkady Saulski
Pani Cisza
Komnata głodu i chłodu
Magda Chruścińska
Komnata głodu i chłodu
Pokaż wszystkie recenzje