Martyna, po utracie pracy w korporacji, wyjeżdża na wieś do opuszczonego gospodarstwa dziadków. Na miejscu odkrywa, że posesja jest w gorszym stanie, niż się spodziewała. Postanawia więc posprzątać i choć częściowo ją odnowić. Nieoczekiwane zdarzenia – atak nietoperza, odnalezienie zestawu srebrnych sztućców i spotkanie dawnego znajomego – komplikują jej plany.
Hubert, który od lat mieszka w tym samym miejscu, pracuje w lokalnej przychodni. Pewnego dnia do jego gabinetu trafia Martyna. Spotkanie przywołuje wspomnienia sprzed lat, kiedy dwójkę łączył letni romans.
Czy dawne uczucie ma szansę odżyć? Dlaczego ktoś próbuje włamać się do domu po dziadkach? Jaką tajemnicę skrywają stare widelce? I co ma zrobić Martyna, by były chłopak przestał ją nachodzić?

Do lektury powieści Agaty Czykierdy-Grabowskiej Przez milion burz zaprasza Wydawnictwo Zwierciadło. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Przez milion burz. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
2
Nietoperz. Pierdolony nietoperz. Nie szczur wielkości kota, tylko inny wysłannik szatana.
– Pani Martyna? – Usłyszałam zza drzwi.
Podniosłam się natychmiast. Siedziałam w tej zapyziałej przychodni wystarczająco długo, a jad nietoperza na pewno już dotarł do mojego serca i za chwilę będzie za późno na ratunek.
– Dzień dobry – przywitałam się z lekarką, kobietą po sześćdziesiątce, z wyrazem twarzy, który mówił, że widziała już wszystko i nic nie jest w stanie jej zaskoczyć.
– Dzień dobry. – Uśmiechnęła się – W czym mogę pani pomóc?
– Potrzebuję szczepionki na wściekliznę – wyjaśniłam bez zbędnego pierdololo.
Chodziło przecież o moje życie.
Kobieta uniosła lekko brwi. Najwyraźniej nie byłam jednym z bardziej zaskakujących przypadków w jej karierze.
– Ugryzł panią pies? – dopytała.
– Gorzej. Nietoperz. – Pokazałam jej rękę, na której widniało kilka zadrapań.
Na czole, na nosie i policzku miałam kolejną porcję ran – nie musiałam ich wskazywać, bo były widoczne jak na dłoni. Każda z nich mogła być ugryzieniem nieto perza. Nie miałam pojęcia, która dokładnie, bo przecież nie miałam czasu się nad tym zastanowić. Walczyłam o życie.
– Nietoperz? – powtórzyła.
– Tak – sapnęłam.
– Czy one przypadkiem nie śpią w dzień? – Nachyliła się nad biurkiem, przyglądając mi się z zaciekawieniem.
– Ten nie spał – wysyczałam. – Rzucił się na mnie. Udało mi się uciec przez okno, zanim mnie bardziej pogryzł dodałam, żeby podkreślić dramatyzm sytuacji.
Lekarka przeniosła wzrok na moją rękę, którą wciąż trzymałam wyciągniętą w jej stronę. Ujęła ją, podnosząc nieco, i zaczęła ją oglądać z każdej strony.
– Gdzie jest to ugryzienie? – zapytała, puszczając moją dłoń.
Ręka zaczynała mi drętwieć, a w ustach zbierała się ślina. Czy to nie były pierwsze objawy wścieklizny?
– Jest pani lekarką i nie wie, jak wygląda ugryzienie nietoperza? – huknęłam.
Wzruszyła nonszalancko ramionami.
– Tutaj… – zaczęłam wskazywać, ale nie byłam pewna, która rana jest śladem zostawionym przez krwiopijcę. …gdzieś tutaj… któraś z tych. – Pomachałam ręką.
Lekarka odchyliła się na fotelu i ciężko westchnęła.
– Niestety, nie widzę tu żadnego ugryzienia, a szczepionka na wściekliznę nie jest preparatem, który stosuje się profilaktycznie – wyjaśniła. – Proszę jednak udać się do gabinetu numer trzy. Tam przyjmuje specjalista od takich przypadków, może powie coś więcej. Jeśli i on nie zidentyfikuje ugryzienia, a pani nadal będzie zainteresowana szczepieniem, możemy je wykonać. Koszt takiego preparatu to około czterysta złotych – zakończyła, kładąc na szali moje życie, bo przecież nie miałam takiej kwoty.
– Co? – pisnęłam, a lekarka zaczęła tłumaczyć od początku. Przerwałam jej. – Gdzie jest ten specjalista? – burknęłam tylko i wstałam pospiesznie.
Miałam już dosyć tego wszystkiego. Byłam zmęczona, głodna, podrapana, ugryziona i – najprawdopodobniej – zainfekowana wścieklizną, a w jedynej w gminie przychodni odmawiano mi ratunku. „To się nadaje do Sprawy dla reportera” – pomyślałam gorączkowo, wychodząc z gabinetu.
– Numer trzy – powtórzyłam pod nosem i szybko zlokalizowałam odpowiednie drzwi.
Zapukałam. Gdy usłyszałam tubalne: „Proszę”, wparowałam do środka. Ten drugi lekarz, specjalista od ugryzień nietoperzy, siedział do mnie tyłem i grzebał w jakimś urządzeniu.
Miał na sobie medyczny strój: spodnie i bluzkę w kolorze groszkowej lamperii, która zdobiła korytarz.
– Tak, słucham – burknął, nie odwracając się.
– Potrzebuje szczepionki na wściekliznę – rzuciłam pospiesznie. – I to szybko!
Dopiero wtedy się zainteresował, bo łaskawie odwrócił się do mnie. A gdy to zrobił, na moment zabrakło mi tchu.
– Na… wściekliznę? – Podniósł na mnie wzrok i na chwilę się zawiesił.
Ja też zamarłam. Przez kilka sekund po prostu gapiliśmy się na siebie.
– Tak – odchrząknęłam i uznałam, że najlepiej zrobię, jeśli udam, że go nie rozpoznałam, a on być może…
– Martyna? – rzucił z olbrzymim zdziwieniem, całkowicie niwecząc mój misterny plan.
Pokiwałam głową i z trudem przełknęłam ślinę, ale z moich ust nie wydobył się żaden dźwięk.
– Nie poznajesz mnie… – powiedział tonem, który brzmiał raczej jak stwierdzenie niż pytanie.
Oczywiście, że go poznałam. Jak mogłabym nie poznać? Zmienił się, i to bardzo, ale nie na tyle, żebym nie widziała, kto przede mną stoi. Hubert. Moja pierwsza nastoletnia miłość i jednocześnie największe sercowe rozczarowanie.
Mężczyzna, który – najwyraźniej – został lekarzem.
– Hubert – powiedział z lekkim zawodem w głosie, którego nie sposób było nie wychwycić.
– Wiem. Poznałam cię. – Próbowałam się uśmiechnąć, ale widok jego świdrujących zielonych oczu mnie sparaliżował.
A może to straszliwa choroba zaczynała się już we mnie rozlewać…
– Wścieklizna – rzuciłam. – Potrzebuję szczepionki na wściekliznę – przypomniałam sobie wreszcie, po co tu przyszłam.
– Dlaczego? – Odchrząknął i podjechał do mnie na stołku na kółkach.
Wskazał ręką kozetkę, która stała za mną. Nie mając innego wyjścia, usiadłam na niej z głośnym szelestem, bo leżał na niej papier ochronny.
– Pogryzł mnie wściekły nietoperz – wyrecytowałam, unikając jego wzroku.
– Wściekły nietoperz? – powtórzył, jakby nie dosłyszał. – Jak? Gdzie? Skąd wiesz, że był wściekły?
– A czy one wszystkie nie są wściekłe? – obruszyłam się. Nie byłam jakąś wielką znawczynią fauny, ale to jedno wiedziałam.
Hubert parsknął i chwycił moją rękę, po czym zaczął dokonywać inspekcji ugryzień. Byłam tak oszołomiona naszym spotkaniem po latach, że nawet nie próbowałam protestować.
– To nie są ugryzienia – oświadczył z wyższością. – I nie, nie każdy nietoperz jest zainfekowany. W zasadzie to duży mit – dodał, podkładając kciuk pod moją brodę.
Teraz byłam zmuszona na niego spojrzeć. Chryste, jakie on miał oczy! Zielone, okolone długimi ciemnymi rzęsami, które tylko podkreślały ich kolor. Dzięki Bogu nie wpatrywał się we mnie w sposób, w jaki ja mu się zapewne przyglądałam. Zachowywał się profesjonalnie – jak na lekarza przystało.
„Boże, Hubert został lekarzem” – myślałam skołowana. Nic tego nie zapowiadało. Nie podejrzewałam go o takie plany, ale minęło już wiele lat. To było w innym życiu.
– Posłuchaj, Martyna – zaczął, odjeżdżając na krześle do tyłu. – Nie sądzę, że ugryzł cię nietoperz. Nic na to nie wskazuje, a uwierz mi, że wiedziałabyś, gdyby tak było. To wygląda tak, jakby ktoś wbił ci w skórę dwie igiełki. Te rany są wyraźne, nie da się ich przeoczyć – mówił, ściągając lateksowe rękawiczki, po czym energicznym ruchem wrzucił je do kosza.
Patrzyłam na niego i z każdą mijającą sekundą zauważałam w nim coraz więcej zmian. Był wyższy. Szerszy w barach. Miał niższy głos. Wokół jego oczu i w okolicach kącików ust pojawiło się kilka zmarszczek mimicznych, które łagodziły twarde rysy twarzy. Ale ten uśmiech… ten uśmiech był wciąż taki sam.
Łagodny, a jednocześnie sprawiający, że moje serce łopotało niespokojnie.
– …ale jeśli nalegasz, to wiedz, że jest bolesny i… słuchasz mnie w ogóle? – zapytał, a ja drgnęłam, zmuszona do powrotu do rzeczywistości.
Musiałam mocno odchrząknąć, żeby mój głos zabrzmiał normalnie.
– Tak. Niech będzie – odparłam z przekonaniem.
Może wścieklizna już dokonywała spustoszenia w moim umyśle i stąd ten brak koncentracji?
– Jak sobie życzysz. – Uśmiechnął się pod nosem. – Ale najpierw musisz wrócić do doktor Leśniewskiej po skierowanie – dodał.
– A ty? Ty nie możesz mi go wypisać? – zapytałam skołowana.
– Nie. Tylko lekarz może to zrobić – odparł, a w jego spojrzeniu coś się zmieniło. – Myślałaś, że jestem lekarzem? – zapytał z rozbawieniem.
– No tak… specjalistą od nietoperzy… – zaczęłam dukać, jakbym postradała zmysły. – Kim więc jesteś?
– Przepraszam, ale muszę cię rozczarować – sarknął, wyraźnie urażony moim zdziwieniem. – Jestem tylko pielęgniarzem. – Odwrócił się do mnie tyłem i dodał: – Gabinet doktor Leśniewskiej jest na wprost. – Machnął ręką.
– Okej…
Opuściłam pospiesznie pomieszczenie.
„Jezu – jęknęłam w duchu. – Co to miało być?”. Pokręciłam głową, lekko zniesmaczona i jednocześnie otumaniona tym niespodziewanym spotkaniem. Nie mówiąc o grożącej mi wściekliźnie, która najpewniej krążyła już w moich żyłach.
Doktor Leśniewska z ciężkim westchnieniem wypisała mi skierowanie – a dokładniej: klikała coś w komputerze, co chwilę zadając pytanie o moje dane personalne. Po długich, trwających wieczność minutach stwierdziła, że mogę wrócić do „specjalisty od nietoperzy” na szczepienie.
Nie uśmiechało mi się konfrontować z oburzeniem Huberta na moją, przecież normalną, reakcję. Pielęgniarz? On? Chłopak, który fascynował się książkami i piłką nożną? Nigdy, przenigdy nie wyobrażałam go sobie w tej roli. Nie chciałam go urazić, ale najwyraźniej z wiekiem stał się bardzo przewrażliwiony na swoim punkcie.
Minęło mnie kilka osób, a kobieta w recepcji obserwowała uważnie, jakbym była podejrzaną klientką, a ona – ochroniarzem w Rossmannie.
– Dobra, miejmy to już za sobą – szepnęłam pod nosem, stając ponownie przed drzwiami numer trzy.
– Proszę!
Tym razem Hubert stał i grzebał w jakiejś szafce z lekami. Gdy weszłam, odwrócił się do mnie, a na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek.
– Czy to już ten etap ze światłowstrętem, czy cieszysz się na mój widok? – zapytał, a ja dopiero teraz zdałam so bie sprawę, że marszczę czoło i mrużę oczy. Czyli miałam wyraz twarzy kota srającego na pustyni, jak mawiał mój tata.
Zawsze, gdy intensywnie nad czymś myślałam albo coś analizowałam, krzywiłam się i wyglądałam, jakbym niewyobrażalnie cierpiała.
– Fajnie, że masz ze mnie ubaw. Z osoby prawie umierającej – sarknęłam. – Pacjenci muszą cię uwielbiać – dodałam i wyciągnęłam w jego stronę świstek ze skierowaniem.
Hubert przyjął kwit z tym swoim cholernym uśmieszkiem i długo go studiował, jakby nie było tam czarno na białym napisane: „Dać jej coś na wściekliznę”.
– Usiądź tutaj. – Wskazał ręką fotel do tortur z podłokietnikami.
Zrobiłam, co kazał i obserwowałam, jak z pewnością siebie porusza się po gabinecie. Musiałam przyznać, że czas zadziałał tylko na jego korzyść. Stał do mnie tyłem, więc mogłam się przyjrzeć jego szerokim barkom i tyłkowi, który podkreślał zielony strój szpitalny. Nigdy nie sądziłam, że można wyglądać dobrze w czymś takim. A jednak.
– A więc… – zaczął, siadając na stołku na kółkach, którym do mnie podjechał. – Co tutaj w ogóle robisz? – zapytał i ponownie założył lateksowe rękawiczki.
To nie było normalne, ale nawet ten ruch w jego wykonaniu mnie pobudził.
– Chcę sprzedać dom dziadków – rzuciłam i odwróciłam głowę, żeby nie patrzeć na igłę.
– Naprawdę? – spytał, po czym dodał: – Co u ciebie słychać? Jak życie w wielkim mieście? – kontynuował, dezynfekując moje ramię.
Delikatnie drgnęłam, gdy wbił mi igłę w skórę. Ta surrealistyczna chwila sprawiła, że nie mogłam skupić się na rozmowie.
– Okej. Do przodu. – Odchrząknęłam, bo kłamstwo na moment utkwiło mi w gardle. – A u ciebie?
– Doskonale – odparł i wyciągnął igłę z mojego ramienia, a potem wyrzucił wszystko do kosza.
– To dobrze – powiedziałam, zsuwając rękaw bluzki.
– Dezynfekowałaś to? – Wskazał ręką na moją twarz. Pokręciłam głową.
– Nieźle się pocięłaś. Oczyszczę to – oznajmił rzeczowo. Wymienił rękawiczki na nowe, by chwilę później ponownie się do mnie przysunąć, trzymając gazik i pewnie jakiś środek antyseptyczny.
Bardzo ostrożnie przemył każdą rankę, jaką sobie zrobiłam, wyskakując przez okno.
– Opowiesz, jak do tego doszło? – zapytał cicho, przybliżając do mnie twarz.
Pięknie pachniał. Nie mogłam się poruszyć. Moja głowa też odmówiła posłuszeństwa.
– Wypadłam… a w zasadzie wyskoczyłam przez okno, gdy nadleciał ten wysłannik piekieł. – Westchnęłam głośno i kontynuowałam: – A za oknem rośnie jakieś krzaczysko. Dodaj dwa do dwóch. – Wzruszyłam nieznacznie ramionami.
Hubert się uśmiechnął. Jezu, jak on potrafił się uśmiechać! Zrobiło mi się gorąco. Poruszyłam się niespokojnie.
– Zabolało?
– Trochę – skłamałam, żeby wytłumaczyć czymś drżenie mojego ciała.
– Już kończę – zapewnił łagodnie, a moje serce znowu załomotało, bo zabrzmiał tak, jak wtedy, gdy mieliśmy po kilkanaście lat, świat miał o wiele więcej kolorów, a ja potrafiłam je dostrzec.
Po wszystkim wstałam niechętnie.
– Zatrzymujesz się w domu dziadków? – zapytał, opierając się nonszalancko plecami o ścianę. Założył ręce na piersi i zmrużył delikatnie oczy.
– Taki był plan, ale wtedy zostałam zaatakowana. Jeszcze nie wiem, gdzie się zatrzymam. Najpierw muszę skontaktować się z kimś, kto pomoże mi pozbyć się z domu niechcianych lokatorów. – Zadrżałam na samą myśl o nietoperzach i innych możliwych okropieństwach, takich jak gryzonie.
Hubert odepchnął się od ściany.
– Nie rób tego – oburzył się.
– A niby co mam zrobić? Czekać, aż znowu mnie pogryzą?
– Nietoperze są pod ochroną, Martyna. Nie można ich zabijać. Są pożyteczne i zazwyczaj nie budzą się za dnia ani nikogo nie atakują bez przyczyny – zaczął perorować z uczuciem.
– Od kiedy stałeś się takim miłośnikiem nietoperzy? rzuciłam.
– A ty? Od kiedy pałasz takimi morderczymi zapędami wobec żywych zwierząt? – odparował.
– Nie wobec zwierząt, a wobec wysłanników diabła. To spora różnica. Poza tym jak mam sprzedać ten dom, jeśli w środku będą latać nietoperze jak w jakiejś prehistorycznej jaskini? – zapytałam z przekorą. – Masz jakiś pomysł? – dodałam, unosząc znacząco brwi.
W jednej chwili poczułam się jak podczas jednej z naszych dawnych kłótni, zanim zdaliśmy siebie sprawę, co do siebie czujemy. Wtedy byliśmy jeszcze zbyt młodzi. Żadne nigdy nie ustępowało, bywało, że nie rozmawialiśmy przez kilka dni. Ale tylko kilka, bo nie potrafiliśmy długo bez siebie wytrzymać. Chryste, jak to było dawno temu.
Hubert westchnął, a na znak chęci podjęcia negocjacji rozplótł ręce i przejechał dłonią po świeżo przystrzyżonych włosach w kolorze ciemnoblond, z jaśniejszymi pasemkami od słońca – teraz były zbyt krótkie, by je dostrzec, ale wiedziałam, że tam są.
– Wstrzymaj się do jutra. Podjadę do ciebie i zobaczę, którędy wlatują do domu. Może uda się to załatać.
– Dzięki, ale gdzie ja mam dzisiaj przenocować? Polecisz mi jakiś hotel? – zapytałam, nieco załamana perspektywą wydania ostatnich groszy z kurczących się w zastraszającym tempie oszczędności.
Hubert zastanowił się przez chwilę.
– Zajazd Antoni albo hotel Arizona, ten na wjeździe do miasta. – Wskazał ręką za siebie, jakby hotel znajdował się tuż za jego ramieniem.
– Okej, dzięki – odparłam z rezygnacją.
Znałam oba te miejsca i na myśl o wyrzuceniu w błoto kilku stówek robiło mi się słabo.
– I za to. – Wskazałam na ramię. – Dziękuję za szczepionkę.
– Akurat za to mi płacą – odparł, ponownie zakładając ręce na piersi.
– No tak. W każdym razie… miło było cię znowu zobaczyć, mimo takich okoliczności – dodałam, odwróciłam się i szybko wyszłam na korytarz.
Westchnęłam głośno i ruszyłam do wyjścia. Zatrzymałam się jeszcze na parkingu, żeby wziąć głęboki wdech. Powietrze było przesiąknięte aromatem mokrej ziemi i forsycji rosnącej w postaci wielkiego krzewu tuż przy wejściu do przychodni. Jej zapach ukoił moje nerwy, choć myśl o wydaniu ostatnich pieniędzy na nocleg wciąż mnie nieco niepokoiła. Potrzebowałam każdej złotówki.
Co mi więc zostawało?
Jednym z rozwiązań było spanie w aucie, w nadziei, że nie zamarznę – kwiecień plecień i tak dalej, a nocami temperatura wciąż spadała do pięciu stopni Celsjusza. Druga opcja, równie radosna, to przejrzenie każdego kąta w jednym z pokoi w domu i zatkanie ewentualnych dziur, przez które mogłoby się dostać to diabelskie nasienie. Zabarykadować się, obłożyć najpotrzebniejszymi rzeczami i po prostu przetrwać tę noc.
Cudownie.
Zanim wróciłam do auta, postanowiłam przespacerować się do niewielkiego marketu spożywczego, gdzie zaopatrzyłam się w kilka produktów, z których będę mogła zrobić kanapki. Wrzuciłam też do koszyka kawę, herbatę i paczkę czekoladowych cukierków. Musiałam sobie osłodzić tę nadchodzącą noc.
Wróciłam na parking i zapakowałam zakupy do bagażnika. Przed domem byłam kilka minut później. Już zapomniałam, jak szybko można dotrzeć do wszystkich najważniejszych punktów. Mentalnie wciąż tkwiłam w jednym z warszawskich korków, spiesząc się do pracy albo sunąc mozolnie do domu, odliczając topniejące minuty, które pozostały mi do tego, by zacząć przygotowywać się na kolejny dzień.
Na samą myśl poczułam zmęczenie tamtym życiem. Moim życiem. Ono wciąż było moje, nawet jeśli na chwilę je zawiesiłam.
Wysiadłam z auta i kolejny raz zdziwiło mnie to, jak inaczej od miejskiego pachniało wiejskie powietrze. Czułam w nim tyle różnych zapachów – trawę, polne kwiaty, mokrą ziemię, budzące się do życia krzewy…
Stwierdziłam, że już nigdzie nie będę się wybierać, więc zabrałam się za otwieranie bramy wjazdowej, która zarosła trawą. Szarpałam się z nią dobrych kilkanaście minut, nim drgnęła.
Byłam zgrzana i zmęczona, gdy wreszcie udało mi się rozewrzeć oba skrzydła na tyle, by móc wjechać na podwórko. Zostawiłam auto przy samych schodach – na wypadek, gdybym musiała w popłochu uciekać.
Wróciły do mnie myśli o zimnych nocach. Nie byłam pewna, czy mogę napalić w piecu kaflowym, który znajdował się w pokoju gościnnym. Odkąd pamiętam, pełnił jedynie funkcję ozdobną. Z auta wyciągnęłam więc niewielki elektryczny grzejnik, który jeszcze przed wyjazdem z Warszawy wytargałam z piwnicy. Zostawiła go ekipa budowlana, która kiedyś remontowała wynajmowane przeze mnie mieszkanie. Panowie dogrzewali tynkowane i malowane ściany oraz siebie.
Stanęłam przed drzwiami, których nawet nie zdążyłam zamknąć – tak szybko pędziłam do najbliższej przychodni. Przychodnia. Hubert. Duch z mojej przeszłości. Facet, który wciąż wyglądał… no cóż, wyglądał dobrze. Naprawdę dobrze. Bardzo dobrze.
„Na pewno jest żonaty i ma piątkę dzieci” – dodałam w myślach.
– Boże… – jęknęłam. – I to wszystko pierwszego dnia… Potarłam dłonią czoło.
Książkę Przez milion burz kupicie w popularnych księgarniach internetowych:
Tagi: fragment,
