Są takie opowieści, które nie wdzierają się do naszego życia z hukiem, lecz wchodzą do niego boso, cicho, niemal niezauważalnie, by po chwili zająć w nim całą dostępną przestrzeń. Najnowsza powieść Mélissy da Costy, francuskiej autorki, to właśnie taka lektura. To nie jest zwykła proza obyczajowa, a literackie studium odradzania się, które chłonie się każdym porem skóry.
Mélissa da Costa stworzyła historię, która w swojej konstrukcji przypomina naturalny cykl przyrody. Poznajemy Amande w momencie, gdy jej świat zastyga w martwym punkcie. Autorka z ogromnym wyczuciem odmalowała stan emocjonalnego odrętwienia - ucieczkę w mrok, ciszę i całkowitą izolację. Decyzja bohaterki o wyjeździe na wieś, do domu, który zdaje się być zawieszony poza czasem, staje się punktem wyjścia do powolnej, mozolnej rekonstrukcji własnej tożsamości.
To, co w tej książce najpiękniejsze, to stylistyka. Da Costa pisze w sposób niezwykle sensoryczny. Czytając, niemal czuje się zapach wilgotnej ziemi, chłód starych murów i dotyk słońca na twarzy. Autorka nie spieszy się. Pozwala nam trwać w „pomiędzy” - w tym dziwnym stanie, gdzie sekundy odmierzane są nie przez zegary, których Amande tak bardzo nienawidzi, ale przez proste, codzienne czynności.
Niewątpliwą siłą powieści jest postać Amande. Jej żałoba nie jest wystylizowana na potrzeby literatury; jest surowa, brzydka, pełna apatii i buntu przeciwko światu, który śmie kręcić się dalej. Kolejnym atutem jest fenomenalnie poprowadzony motyw starych kalendarzy poprzedniej właścicielki. Te banalne z pozoru zapiski o podlewaniu kwiatów czy pracach w ogrodzie stają się dla bohaterki swoistą kotwicą, łącznikiem ze światem żywych. Autorka w mistrzowski sposób wykorzystuje metaforę ogrodu - miejsca, które, aby zakwitnąć, musi najpierw przejść przez okres obumarcia.
Jeśli miałabym wskazać słabszy punkt, to dla czytelników oczekujących wartkiej akcji i nagłych zwrotów wydarzeń, tempo tej powieści może wydać się zbyt nużące. To książka „wolno sącząca się”, wymagająca od nas uważności i cierpliwości. Niektóre opisy natury są tak drobiazgowe, że mogą sprawiać wrażenie statycznych, jednak moim zdaniem są one niezbędne, by w pełni poczuć proces przemiany, jaki zachodzi w sercu głównej bohaterki.
Przyznam, że lektura „Co przyniesie jutro” była dla mnie doświadczeniem niemal terapeutycznym. Zachwyciło mnie, jak autorka definiuje na nowo pojęcie rodziny i wsparcia. To nie są wielkie deklaracje, ale drobne gesty - obecność mruczącego kota, cierpliwość otoczenia, która nie narzuca się z pocieszeniem, lecz daje przestrzeń na ból. To opowieść o tym, że każdy ma prawo przeżywać swoją stratę na własnych warunkach i w swoim tempie. Da Costa przypomina nam, że choć śmierć jest ostateczna, życie ma w sobie niezwykłą, niemal bezczelną siłę przetrwania.
„Co przyniesie jutro” to literacki plaster na rany, których nie widać gołym okiem. To książka mądra, empatyczna i do bólu prawdziwa, unikająca taniego sentymentalizmu. Mélissa da Costa udowodniła, że jest mistrzynią psychologicznej głębi, potrafiącą ubrać najtrudniejsze emocje w słowa pełne światła.
Wydawnictwo: Znak
Data wydania: 2026-05-06
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 336
Dodał/a opinię:
auraliteracka
Los łączy ludzi w momencie, w którym najbardziej tego potrzebują Émile pragnie przeżyć ostatnie chwile na własnych zasadach. Joanne chce się uwolnić...