Okładka książki - Larimer Street

Larimer Street


Ocena: 6 (1 głosów)
opis

Ta książka została dodana do bazy serwisu Granice.pl przez jednego z użytkowników i oczekuje na moderację

ᴛʏᴛᴜᴌ ʀᴇᴄᴇɴᴢᴊɪ: 𝗦𝗲𝗿𝗰𝗲 𝗶 𝗿𝗼𝘇𝘂𝗺

Są książki, które czyta się wyłącznie dla rozrywki, takie, które oprócz przyjemności dostarczają także wiedzy, i takie, które stają się prawdziwym pokarmem dla duszy. 𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡 Katarzyny Targosz bez wątpienia należy do tej ostatniej kategorii. To powieść, która otula czytelnika ciepłem i nadzieją, przypominając, że choć człowiek często błądzi, nie jest na swojej drodze sam. Może wydawać się lekko bajkowa, ale jej przesłanie jest głęboko prawdziwe i uniwersalne. Autorka z niezwykłą delikatnością pokazuje, że bez Boga trudno odnaleźć sens życia, a zarazem nie odbiera człowiekowi wolności, bo Bóg, który jest miłością, nigdy nie zmusza do odwzajemnienia tej miłości. 𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡 to opowieść o miłości, o ludziach, których Bóg stawia na naszej drodze, gdy się zagubimy, o powrotach i o świetle, które zawsze gdzieś czeka, nawet jeśli chwilowo tonie w mroku. To książka nie tylko dla wierzących, lecz także dla tych, którzy wątpią lub poszukują, może właśnie ona stanie się dla nich małym drogowskazem ku nadziei.

𝑇𝑒𝑔𝑜 𝑔𝑜𝑟ą𝑐𝑒𝑔𝑜 𝑙𝑖𝑝𝑐𝑜𝑤𝑒𝑔𝑜 𝑑𝑛𝑖𝑎 𝐾𝑎𝑟𝑒𝑛 𝑠𝑡𝑎łą 𝑜𝑝𝑎𝑟𝑡𝑎 𝑜 ś𝑐𝑖𝑎𝑛ę 𝑏𝑎𝑙𝑘𝑜𝑛𝑢, 𝑤𝑝𝑎𝑡𝑟𝑢𝑗ą𝑐 𝑠𝑖ę 𝑤ł𝑎ś𝑛𝑖𝑒 𝑤 𝑡𝑒𝑛 𝑠𝑘𝑤𝑒𝑟, 𝑗𝑎𝑘 𝑐𝑧ę𝑠𝑡𝑜 𝑚𝑖ał𝑎 𝑤 𝑧𝑤𝑦𝑐𝑧𝑎𝑗𝑢.

Jej życie nie obfitowało w różnorodność ani ciekawe zdarzenia, więc urozmaicała je sobie obserwacją życia innych. A do tego jej codzienność nadawała się doskonale. Karen nie stroniła od ludzi, ale też przesadnie nie zabiegała o kontakty. Nie miała problemu z wpuszczaniem kogoś do domu, choć za tym nie przepadała. Gdy czasem ktoś ją odwiedzał, nie robiła z tego tragedii, ale wolała, by nikt nie przekraczał progu jej domowego schronienia. Donikąd się nie spieszyła i donikąd jej nie gnało, więc miała mnóstwo czasu na wsłuchiwanie się w opowieści napotkanych osób, na obserwowanie ludzi i otoczenia, na wdychanie zapachów i smakowanie wrażeń. Karen nie czytała, nie oglądała filmów, fascynowało ją prawdziwe życie. Kochała je, choć tak niewiele z niego miała i w tak niewielkim stopniu w nim uczestniczyła. Nie musiała pracować, bo odziedziczyła majątek po ojcu, którym się nie interesowała. Zarządzał nim rodzinny prawnik, a jej wystarczało, że miała z czego żyć. Dobrze jej było tak, jak było. 𝑀𝑖𝑎ł𝑎 𝑠𝑤𝑜𝑗𝑒 𝑠𝑝𝑜𝑘𝑜𝑗𝑛𝑒 ż𝑦𝑐𝑖𝑒, 𝑠𝑤𝑜𝑗ą 𝑢𝑠𝑡𝑎𝑏𝑖𝑙𝑖𝑧𝑜𝑤𝑎𝑛ą 𝑐𝑜𝑑𝑧𝑖𝑒𝑛𝑛𝑜ść 𝑖 𝑠𝑤𝑜𝑗ą 𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡, 𝑏ę𝑑ą𝑐𝑎 𝑗𝑒𝑑𝑛𝑜𝑐𝑧𝑒ś𝑛𝑖𝑒 𝑗𝑒𝑗 𝑤𝑜𝑙𝑛𝑜ś𝑐𝑖ą, 𝑗𝑎𝑘 𝑖… 𝑘𝑙𝑎𝑡𝑘ą. Karen żyła tak do chwili, gdy zaczęła obserwować pewnego mężczyznę, który codziennie siadał na ławeczce przy klombie i z zaciekawieniem przyglądał się otoczeniu. Notował coś w tradycyjnym notatniku. Było to tak niecodzienne zjawisko, że ten szczegół od razu przykuł jej uwagę na tyle, by zeszła do mężczyzny i zapytała go o to, mimo że nigdy wcześniej tego nie robiła, bo unikała kontaktu z ludźmi.

Bezpośredniość dziewczyny zaskakuje chłopaka, ale jej uroda robi na nim niezatarte wrażenie. Tomek również bardzo podoba się Karen i wzbudza jej zainteresowanie. Sama jest zdziwiona swoim zachowaniem, bo wcześniej nigdy tak nie reagowała. Tomek proponuje jej mrożoną kawę w kawiarni na następnej przecznicy. Nie wie jednak, że dziewczyna tam nie pójdzie, bo… cierpi na fobię opuszczania ulicy, na której mieszka. Nie ma ku temu konkretnego powodu, nie jest to też efekt przeżytej traumy ani rygoru, który sama sobie narzuciła. Ta ulica była jej bezpieczną strefą, miejscem, w którym wierzyła, że nic złego nie może się jej przydarzyć. Czyżby ten ciemnooki Tomek z Polski miał zaburzyć jej spokój?

Tomek zaś poczuł, że ma misję do wypełnienia, by przyprowadzić tę dziewczynę do Boga. Nie przyznawał się do tego swojemu przyjacielowi, a nawet sam przed sobą, że ta nowo poznana, niezwykła kobieta aż tak bardzo go zauroczyła. Szturmem wdarła się w jego serce. Jakimś dziwnym zrządzeniem losu, a właściwie zgodnie z Bożym planem, tych dwoje ludzi się spotkało. Karen, mieszkająca na Larimer Street w Ameryce, i Tomek z dalekiej Polski.

Ż𝑦𝑐𝑖𝑒 𝑏𝑒𝑧 𝑐𝑧𝑒𝑔𝑜𝑘𝑜𝑙𝑤𝑖𝑒𝑘 𝑑𝑜𝑏𝑟𝑒𝑔𝑜, 𝑗𝑒𝑠𝑡 𝑧ł𝑒. Może ludzie kreują swoimi przypuszczeniami, obawami, oczekiwaniami to, co ich spotyka. A trzeba zaufać miłości Bożej, która prowadzi człowieka, najlepszą dla niego ścieżką. 𝑇𝑎𝑘 𝑊𝑖𝑒𝑙𝑢 𝑙𝑢𝑑𝑧𝑖 𝑑𝑒𝑘𝑙𝑎𝑟𝑢𝑗𝑒 𝑤𝑖𝑎𝑟ę 𝑤 𝐵𝑜𝑔𝑎, 𝑎 𝑗𝑒𝑑𝑛𝑎𝑘 ż𝑦𝑗𝑒, 𝑗𝑎𝑘𝑏𝑦 𝑔𝑜 𝑛𝑖𝑒 𝑏𝑦ł𝑜, 𝑠k𝑢𝑝𝑖𝑎𝑗ą𝑐 𝑠𝑖ę 𝑡𝑦𝑙𝑘𝑜 𝑛𝑎 𝑡𝑦𝑚, 𝑐𝑜 𝑚𝑜ż𝑛𝑎 𝑑𝑜𝑡𝑘𝑛ąć 𝑖 𝑧𝑜𝑏𝑎𝑐𝑧𝑦ć. 𝐴 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑐𝑖𝑒ż 𝑠𝑘𝑜𝑟𝑜 𝐵ó𝑔 𝑖𝑠𝑡𝑛𝑖𝑒𝑗𝑒, 𝑡𝑜 𝑖𝑠𝑡𝑛𝑖𝑒𝑗𝑒 𝑡𝑒ż 𝑐𝑎ł𝑎 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑜𝑔𝑟𝑜𝑚𝑛𝑎 𝑝𝑟𝑧𝑒𝑠𝑡𝑟𝑧𝑒ń 𝐽𝑒𝑔𝑜 𝑚𝑖𝑠𝑡𝑦𝑐𝑧𝑛𝑦𝑐ℎ 𝑑𝑧𝑖𝑎ł𝑎ń.

𝑊𝑖𝑒𝑟𝑧𝑦ł, ż𝑒 𝑤𝑠𝑧𝑦𝑠𝑡𝑘𝑜, 𝑐𝑜 𝑠𝑝𝑜𝑡𝑦𝑘𝑎 𝑐𝑧ł𝑜𝑤𝑖𝑒𝑘𝑎, 𝑑𝑧𝑖𝑒𝑗𝑒 𝑠𝑖ę 𝑧 𝑗𝑎𝑘𝑖ś 𝑝𝑟𝑧𝑦𝑐𝑧𝑦𝑛𝑦 𝑖 𝑤 𝑗𝑎𝑘𝑖𝑚ś 𝑐𝑒𝑙𝑢, 𝑤𝑠𝑧𝑦𝑠𝑡𝑘𝑜 𝑗𝑒𝑠𝑡 𝑐𝑒𝑛𝑛𝑎 𝑙𝑒𝑘𝑐𝑗ą 𝑖 𝑑𝑜𝑘ą𝑑ś 𝑝𝑟𝑜𝑤𝑎𝑑𝑧𝑖. Czyż jednak czasem nie mamy ochoty, jak bohater tej powieści, wykrzyczeć, że mamy gdzieś taką lekcję? Buntujemy się, wściekamy. Czasami trudno jest oddzielić własne oczekiwania i wymysły od tego, co naprawdę chce nam powiedzieć Pan. 𝑇𝑎𝑘 𝑡𝑟𝑢𝑑𝑛𝑜 𝑏𝑦ł𝑜 𝑛𝑖𝑒𝑟𝑎𝑧 𝑘𝑟𝑜𝑐𝑧𝑦ć 𝐽𝑒𝑔𝑜 𝑑𝑟𝑜𝑔𝑎𝑚𝑖, 𝑛𝑖𝑒 𝑤𝑖𝑒𝑑𝑧ą𝑐, 𝑐𝑧𝑦 𝑤𝑐𝑖ąż 𝑠𝑖ę 𝑝𝑜 𝑛𝑖𝑐ℎ 𝑝𝑜𝑟𝑢𝑠𝑧𝑎, 𝑐𝑧𝑦 𝑏𝑦ć 𝑚𝑜ż𝑒 𝑧𝑏𝑜𝑐𝑧𝑦ł𝑜 𝑠𝑖ę 𝑗𝑢ż 𝑛𝑎 𝑤ł𝑎𝑠𝑛𝑒 𝑔𝑟𝑧ą𝑠𝑘𝑖𝑒 ś𝑐𝑖𝑒ż𝑘𝑖…

Karen ma przyjaciół, którzy kierują ją na właściwe tory. Aleksiej mówił jej o przełomie w życiu, ale nawet jeśli Bóg wyciągał do niej rękę, ona nie znała Boga, więc nie wiedziała, jak ją pochwycić.

Katarzyna Targosz pokazuje, jak wciąż próbujemy kombinować, być mądrzejszymi od Boga. Chcielibyśmy nad wszystkim mieć kontrolę, zamiast zawierzyć wszystko Jemu, zamiast jak ufne dziecko chwycić dłoń Ojca i iść tam, dokąd On nas poprowadzi.

Autorka ma odwagę otwarcie krytykować szeroko pojętą dziedzinę kultury, która w sporej części jest substytutem prawdziwej sztuki. Dzisiejszy świat to zgliszcza cywilizacji łacińskiej. Na naszych oczach podeptano naturalne prawa, podeptano świętości, podeptano wzniosłe idee, podeptano odwieczny porządek. Zrobili z tego bagno, w którym toniemy. Ze świecą szukać prawdziwych artystów, którzy tworzą z powołania i z prawdziwego pragnienia. Nie pragnienia sławy, blichtru, bogactwa, tylko z potrzeby tworzenia. Trudno mi nie zgodzić się z autorką, obserwując, co dzieje się wokół. Trudno o coś prawdziwego, o coś co dotknęłoby serca, bo to tylko mdłe substytuty, udające prawdziwą sztukę.

𝐽𝑒ś𝑙𝑖 𝑘𝑠𝑖ąż𝑘𝑎 𝑚𝑎 𝑝𝑜𝑟𝑢𝑠𝑧𝑦ć 𝑑𝑢𝑠𝑧𝑒 𝑖 𝑠𝑒𝑟𝑐𝑎 𝑐𝑧𝑦𝑡𝑒𝑙𝑛𝑖𝑘ó𝑤, 𝑡𝑜 𝑝𝑖𝑠𝑎𝑟𝑧 𝑚𝑢𝑠𝑖 𝑚𝑖𝑒ć 𝑑𝑢𝑠𝑧ę 𝑖 𝑠𝑒𝑟𝑐𝑒 𝑤 𝑛𝑖ą 𝑤ł𝑜ż𝑦ć. 𝐽𝑒ś𝑙𝑖 𝑝𝑜𝑤𝑖𝑒ść 𝑚𝑎 𝑟𝑜𝑑𝑧𝑖ć 𝑒𝑚𝑜𝑐𝑗𝑒, 𝑡𝑜 𝑚𝑢𝑠𝑖 𝑡𝑦𝑐ℎ 𝑒𝑚𝑜𝑐𝑗𝑖 𝑏𝑦ć 𝑝𝑒ł𝑛𝑎. 𝑃𝑒ł𝑛𝑎 𝑧𝑎ś 𝑚𝑜ż𝑒 𝑏𝑦ć 𝑡𝑦𝑙𝑘𝑜 𝑤𝑡𝑒𝑑𝑦, 𝑘𝑖𝑒𝑑𝑦 𝑎𝑢𝑡𝑜𝑟 𝑗𝑒 𝑤 𝑠𝑜𝑏𝑖𝑒 𝑝𝑜𝑠𝑖𝑎𝑑𝑎 𝑖 𝑚𝑜ż𝑒 𝑗𝑒 𝑤 𝑛𝑖𝑒𝑗 𝑢𝑚𝑖𝑒ś𝑐𝑖ć. Katarzyna Targosz zawarła w tych słowach to, co ja sama myślę o pisaniu książek i autorach. To kwintesencja sensu pisania. Nie można było ująć tego piękniej.

Historia Karen i Tomka może na pierwszy rzut oka wydawać się bajkowa, nierealna, ale wcale taka nie jest. Pomimo że młodzi obdarzyli się uczuciem, ich droga do wspólnej przyszłości nie jest prosta. Mają wiele wątpliwości i rozterek, wszak znają się tak krótko i tak naprawdę nic o sobie nie wiedzą. Każda nietypowa sytuacja ich zaskakuje, wytrąca z równowagi, rodzi wątpliwości. Poruszają się po niepewnym gruncie, więc łatwo mogą się pomylić i dać zwieść pozorom. Nie wszystko było takie, jak zobaczyły ich oczy. Jest jednak Ktoś, kto nad nimi czuwa. Gdy oddają Mu swoje niepokoje, ich drogi się prostują, a problemy znajdują rozwiązanie.

Autorka pokazuje poprzez mądrość Aleksieja, jak złudne są ścieżki szatana. Pozornie piękne i gładkie, prowadzą w efekcie do zguby. Boża droga do łatwych nie należy, jest wąska i kręta, ale piękna i jedyna właściwa. Szatan zrobi jednak wszystko, by nas z niej zawrócić.

Moim zdaniem każdy odbierze tę książkę inaczej. W dużej mierze będzie to zależało od tego, w jakich relacjach jest z Bogiem. Jedni potwierdzą swoją wiarę, a poszukujący być może zobaczą uchylone drzwi, przez które Bóg zaprasza ich do siebie. Czułam jednak, że w książce zabrakło obecności Maryi i kultu Różańca Świętego. Bez Maryi i Jej zgody na udział w Bożym planie nie byłoby zbawienia świata Tęskniłam też za naszym, polskim podejściem do wiary, w moc modlitwy różańcowej. No ale historia dzieje się w Ameryce.

𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡 to nie tylko fobia Karen, to obraz zniewolenia człowieka przez grzech, w którym tkwi. Taka zagubiona dusza czasem potrzebuje innego człowieka, narzędzia Boga, by wskazał jej właściwą drogę i pomógł wyjść z tej matni, w którą sama się wpędziła. Książka bardzo potrzebna, bo coraz więcej ludzi porzuca nie tylko Kościół, ale i wiarę w Boga. Pozwolili omamić się szatanowi i wmówić sobie, że nic nie istnieje, ani Bóg, ani szatan. Więc hulaj dusza, róbta, co chceta i idźcie na całość. Media są wspaniałym narzędziem w ręku szatana, bo w nich nieustannie pluje się na Kościół i księży, odsuwa od Boga dzieci i młodzież. Szatan zawsze mamił prostą i równą drogą, ale jeszcze nigdy nie miał w ręku tak potężnego narzędzia jak teraz. Telewizja, internet i tendencyjnie pisane książki robią za niego „dobrą” robotę. Jak autorka wspomina, rośnie zapotrzebowanie na tak zwaną kulturę przemocy, brzydoty i zła. Ludzie się tym fascynują, a potem przypłacają to depresjami, załamaniami, uzależnieniami i nałogami, kończy się to płaczem i zgrzytaniem zębów. Pojawiają się pseudopsychologiczne artykuły o tym, jak sobie z tym wszystkim poradzić, a przecież wystarczy zwrócić się do Niego i modlić się. Ale jak, skoro Bóg jest podobno tylko dla księży, których się opluwa, oraz moherowych babć, z których się drwi. Ośmiesza się Kościół i Boga, bo wiara w Niego jest dziś niemodna, uważana za zabobon. A Bóg czeka jak dobry ojciec. Dał człowiekowi wolną wolę, więc czeka, aż powróci jak ewangeliczny marnotrawny syn. Wystarczy uklęknąć i zawołać Go na pomoc. To nic, że zapomnieliśmy już, jak się modlić, On i tak cię wysłucha. Bóg czeka, Bóg pomoże. Uchwyć się Jego ręki, a nie utoniesz. Zrób to, zanim wpadniesz w otchłań beznadziei, tam, dokąd nie chcesz trafić.

Nic nie możemy zdziałać sami. Jeśli myślimy inaczej, przemawia przez nas pycha. W każdych staraniach potrzebujemy Bożej pomocy, a On wspiera nas, często stawiając odpowiednich ludzi na naszej drodze, tak jak pokazała to historia w 𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡. I nie tylko Tomek pomaga Karen, pomagają jej także przyjaciele, a ona pomaga im. Ta historia pokazuje, że wspólnie, z Bożą pomocą, możemy poradzić sobie ze wszystkim.

𝐿𝑎𝑟𝑖𝑚𝑒𝑟 𝑆𝑡𝑟𝑒𝑒𝑡 to niezwykle ciepła, krzepiąca i skłaniająca do refleksji powieść. Historia pokazująca, że bez względu kim jesteśmy, potrzebna nam jest Boża pomoc. Tylko wtedy możemy się pozbyć naszych lęków i otworzyć się na cuda, jakie nas czekają. Ta Boża pomoc, jeśli pozwolimy, przychodzi na różne sposoby, często w postaci odpowiednich ludzi stawianych na naszej drodze. Każda osoba, która pojawia się w naszym życiu, ma jakiś cel lub lekcję do przekazania. Nawet trudne relacje mogą być częścią Bożej drogi, która pozwala nam wzrastać w miłości. Albo otrzymujemy potrzebne nam wsparcie, odpowiedzi lub jesteśmy stawiani w sytuacji do nauki.

𝑆ą 𝑟𝑧𝑒𝑐𝑧𝑦 𝑖 𝑠𝑝𝑟𝑎𝑤𝑦, 𝑘𝑡ó𝑟𝑒 𝑠ą 𝑑𝑜𝑘ł𝑎𝑑𝑛𝑖𝑒 𝑡𝑦𝑚, 𝑐𝑧𝑦𝑚 𝑠𝑖ę 𝑤𝑦𝑑𝑎𝑗ą 𝑖 𝑛𝑖𝑐𝑧𝑦𝑚 𝑤𝑖ę𝑐𝑒𝑗. 𝑇𝑟𝑧𝑒𝑏𝑎 𝑗𝑒 𝑢𝑚𝑖𝑒ć 𝑑𝑜𝑏𝑟𝑧𝑒 𝑟𝑜𝑧𝑒𝑧𝑛𝑎𝑤𝑎ć 𝑡𝑜, 𝑐𝑜 𝑛𝑎𝑠 𝑠𝑝𝑜𝑡𝑦𝑘𝑎, ż𝑒𝑏𝑦 𝑛𝑖𝑒 𝑝𝑜𝑝𝑎ść 𝑤 ż𝑎𝑑𝑛ą 𝑧𝑒 𝑠𝑘𝑟𝑎𝑗𝑛𝑜ś𝑐𝑖. Ż𝑦𝑐𝑖𝑒 𝑝𝑜𝑚𝑖ę𝑑𝑧𝑦 𝑤𝑦𝑚𝑖𝑎𝑟𝑎𝑚𝑖 𝑤𝑦𝑚𝑎𝑔𝑎 𝑤𝑖𝑒𝑙𝑘𝑖𝑒𝑗 𝑤𝑟𝑎ż𝑙𝑖𝑤𝑜ś𝑐𝑖 𝑖 𝑟𝑜𝑧𝑡𝑟𝑜𝑝𝑛𝑜ś𝑐𝑖.

Informacje dodatkowe o Larimer Street:

Wydawnictwo: b.d
Data wydania: 2025-06-27
Kategoria: Obyczajowe
ISBN: 9788397249912
Liczba stron: 370
Język oryginału: polski
Dodał/a opinię: Halina Więcek

więcej
Zobacz opinie o książce Larimer Street

Kup książkę Larimer Street

Sprawdzam ceny dla ciebie ...
Cytaty z książki

Na naszej stronie nie ma jeszcze cytatów z tej książki.


Dodaj cytat
REKLAMA

Zobacz także

Inne książki autora
Wiosna po wiedeńsku
Katarzyna Targosz0
Okładka ksiązki - Wiosna po wiedeńsku

Trudno wyobrazić sobie temperamenty, style życia, poczucie humoru i stosunek do świata bardziej odmienne niż w przypadku Katariny i Leo – artystki...

Powierzchnia. W poszukiwaniu prawdziwej siebie. Opowieści z Wiary
Katarzyna Targosz0
Okładka ksiązki - Powierzchnia. W poszukiwaniu prawdziwej siebie. Opowieści z Wiary

Czterdziestoletnia Kinga znów wkracza na szlak cudów. Opuszcza Krościenko, w którym przed pięciu laty znalazła wiarę, nadzieję i miłość...

Zobacz wszystkie książki tego autora
Reklamy