Kiedy sięgałam po "Na dnie i z powrotem" Agaty Pakuły, spodziewałam się książki trudnej, może nawet przytłaczającej. Historie o uzależnieniu rzadko bywają „lekkie”, a jeszcze rzadziej pozwalają czytelnikowi wyjść z nich obojętnie. Nie byłam jednak przygotowana na to, jak bardzo ta powieść mnie poruszy – nie dramatyzmem wydarzeń, lecz ich bolesną zwyczajnością.
To nie jest książka, która epatuje sensacją ani próbuje szokować. Jej siła tkwi w czymś znacznie trudniejszym: w cierpliwym, konsekwentnym pokazywaniu, jak krok po kroku człowiek osuwa się na dno. Jak jeden „niewinny” gest, jeden kieliszek, jedno odłożone „jutro” zaczynają budować całe życie oparte na ucieczce. Czytając losy Adama, wielokrotnie łapałam się na myśli, że ta historia mogłaby wydarzyć się obok mnie. Albo już się wydarzyła – tylko nikt nie nazwał jej głośno.
Najbardziej uderzyło mnie to, że autorka nie próbuje swojego bohatera ani wybielać, ani potępiać. Adam nie jest ani ofiarą losu, ani czarnym charakterem. Jest człowiekiem – słabym, zagubionym, często irytującym, czasem wzbudzającym gniew, a innym razem głębokie współczucie. Jako czytelniczka czułam wobec niego ambiwalentne emocje i uważam to za ogromny atut tej książki. Uzależnienie nie zostało tu uproszczone do jednego schematu, jednej diagnozy czy jednego „powodu”.
Bardzo poruszył mnie sposób, w jaki pokazane są relacje – szczególnie te najbliższe. Miłość nie jawi się tu jako cudowny lek, który wszystko naprawia. Jest raczej ciężarem, który trzeba nieść razem z drugim człowiekiem, często wbrew własnej sile i granicom. Czytając fragmenty dotyczące żony Adama, niejednokrotnie czułam ścisk w gardle. To właśnie te „drugoplanowe” cierpienia – ciche, niewidoczne, często ignorowane – zrobiły na mnie największe wrażenie.
Autorka nie ucieka w poetyzowanie ani patos, dzięki czemu historia zachowuje autentyczność. Narracja bywa momentami surowa, wręcz chłodna, co paradoksalnie potęguje emocjonalny odbiór. Nie ma tu moralizowania ani gotowych odpowiedzi. Jest za to przestrzeń na refleksję – i na niewygodne pytania, które zostają z czytelniczką długo po zamknięciu książki.
"Na dnie i z powrotem" to lektura, która zmusza do zatrzymania się. Do spojrzenia na własne mechanizmy ucieczki, na drobne nawyki, które mogą wydawać się nieszkodliwe, a w rzeczywistości są sygnałami ostrzegawczymi. Dla mnie była to książka bolesna, ale potrzebna. Taka, po której nie chce się od razu sięgać po kolejną historię – bo trzeba najpierw poukładać w sobie tę jedną.
Nie jest to powieść „przyjemna” w klasycznym sensie, ale jest uczciwa. A uczciwość w literaturze, zwłaszcza tej dotykającej tak trudnych tematów, cenię najbardziej. To książka, którą warto przeczytać nie po to, by się wzruszyć, ale po to, by coś zrozumieć – o innych i o sobie. Jeśli miałabym ją podsumować jednym zdaniem, powiedziałabym: to opowieść nie tyle o alkoholu, co o ludzkiej kruchości i o tym, jak trudna, ale możliwa bywa droga powrotna.
Wydawnictwo: b.d
Data wydania: 2026-01-15
Kategoria: Obyczajowe
ISBN:
Liczba stron: 207
Dodał/a opinię:
Ewelina Białogołąbek
Czy może istnieć bardziej autentyczna relacja z okrutnych doświadczeń minionego wieku, niż ta napisana przez więźnia politycznego niemieckich obozów koncentracyjnych...
1 września 1939 roku Stefania Knapczyk zaczyna rodzić swoją pierwszą córkę, a dzień później niemieckie samoloty zrzucają kilkadziesiąt bomb na niewielką...