Kiedy zaczęłam czytać Szpital Bellevue, od pierwszych stron wiedziałam, że Robin Cook zabiera mnie w podróż, która nie będzie tylko zwykłą medyczną intrygą. Choć nazwisko autora zawsze kojarzyło mi się z dynamicznymi thrillerami, tym razem poczułam, że historia ma inny ciężar – taki, który wciąga nie tylko napięciem, ale i atmosferą niepokoju. I nie chodziło już tylko o same medyczne tajemnice, ale o poczucie, że coś złowrogiego kryje się w murach tego słynnego szpitala.
Michael „Mitt” Fuller to bohater, z którym od razu weszłam w emocjonalny kontakt. Dwudziestoczteroletni rezydent chirurgii, spadkobierca rodzinnej tradycji, dźwiga na barkach ogromne oczekiwania – i swoje, i cudze. Jego pradziadek, dziadek oraz ojciec już wcześniej pracowali w Bellevue, więc Mitt miał niemal zapisane w genach, że trafi właśnie tam. Wydawałoby się, że to wymarzony początek kariery – w prestiżowej placówce, z historią, w miejscu niemal legendarnym. A jednak od samego początku coś zaczyna się psuć. Jego pacjenci umierają zbyt często, zbyt niespodziewanie, zbyt podobnie. To nie są normalne zgony, choć wszystko w dokumentacji sugeruje przypadkowość.
To właśnie wtedy poczułam, że ta książka jest o czymś więcej niż o rezydentach i procedurach. Mitt zaczyna przeczuwać, że w Bellevue dzieje się coś niewytłumaczalnego – i to nie tylko medycznie. Ma wizje, które przyprawiły mnie o ciarki: dziewczynki w zakrwawionych sukienkach, cienie w korytarzach, krzyki, które wydają się płynąć z murów. Z początku nie wiedziałam, czy to metafora jego przemęczenia, czy faktyczny element fabuły. Ale im dalej, tym bardziej czułam, że twórca świadomie igra z granicą między światem realnym a nadprzyrodzonym.
I właśnie to uderzyło we mnie najmocniej. Przywykłam do Cooka jako autora mocno zakorzenionego w medycynie i nauce. A tutaj – tak, medycyna wciąż była podstawą, ale pojawiła się jeszcze inna płaszczyzna: horror psychologiczny i niemal gotycka aura starych budynków Bellevue, które zdawały się żyć własnym życiem. To miejsce – ze swoją historią jako szpital psychiatryczny, pełen mrocznych opowieści i zapomnianych tragedii – stało się dla mnie równoprawnym bohaterem. Czytając, miałam wrażenie, że te ściany oddychają, że ukrywają więcej, niż można by znieść.
Mitt jest bohaterem, który wzbudził we mnie zarówno empatię, jak i irytację. Empatię, bo jego wrażliwość i podatność na emocje były mi bliskie. To nie jest zimny lekarz nastawiony na procedury. To młody człowiek, który przeżywa każdą śmierć, każde niepowodzenie, a równocześnie zmaga się z cieniem rodzinnej legendy. Irytację – bo momentami wydawał mi się naiwny, zbyt łatwo dający się prowadzić przez swoje lęki i wizje. A jednak to właśnie ta jego kruchość sprawiła, że z zapartym tchem śledziłam jego los.
Najbardziej poruszyła mnie warstwa psychologiczna powieści. Mitt staje się kimś rozdwojonym: lekarzem, który chce być racjonalny i opierać się na nauce, i człowiekiem, który coraz mocniej doświadcza czegoś, czego nie potrafi wytłumaczyć. To rozdwojenie przypominało mi moje własne chwile w życiu, gdy rozum mówi jedno, a intuicja drugie – i trudno zdecydować, której ścieżce zaufać.
Thrillerowe tempo akcji trzymało mnie w napięciu, ale przyznaję, że najbardziej zapadały mi w pamięć nie tyle same medyczne tropy, ile atmosfera: mroczne korytarze, nagłe wizje, wrażenie, że coś obserwuje bohatera, a razem z nim mnie, jako czytelniczkę. Były momenty, w których odkładałam książkę wieczorem, bo nie byłam w stanie czytać jej przy zgaszonym świetle. To dla mnie najlepszy dowód, że autorowi udało się wykroczyć poza klasyczny thriller medyczny i wejść w rejony, które działają na podświadomość.
Kiedy dotarłam do finału, poczułam mieszaninę ulgi i melancholii. Ulgi – bo napięcie zostało rozładowane, a część tajemnic rozwiązana. Melancholii – bo Mitt nie wyszedł z tej historii taki sam. I ja też nie. Zostałam z pytaniami o dziedzictwo, które nosimy, o to, czy przeszłość może wciąż w nas żyć, a także o to, jak cienka bywa granica między medycyną a metafizyką.
Szpital Bellevue nie jest lekką rozrywką. To książka, która przytłacza atmosferą, zmusza do zatrzymania się i pozwala poczuć klaustrofobię miejsca, w którym jednostka traci kontrolę. Ale dla mnie właśnie w tym tkwi jej siła. Mitt Fuller stał się dla mnie bohaterem symbolicznym – młodym lekarzem, który musi stawić czoła nie tylko chorobom pacjentów, ale i duchom przeszłości, zarówno własnej, jak i całego szpitala.
Zamykając książkę, miałam wrażenie, że Cook zrobił coś niezwykłego – połączył thriller medyczny z horrorem psychologicznym, tworząc historię, która działa nie tylko na intelekt, ale i na emocje. Dla mnie była to lektura, która zostanie we mnie na długo. Bo choć to opowieść o Michaelu Fullerze, tak naprawdę jest też o każdym z nas – o tym, jak próbujemy znaleźć swoje miejsce w świecie, w którym granice między rozumem a lękiem bywają zaskakująco płynne.
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2025-08-12
Kategoria: Kryminał, sensacja, thriller
ISBN:
Liczba stron: 368
Tytuł oryginału: Bellevue
Dodał/a opinię:
Ewelina Białogołąbek
Z psychologiczną wnikliwością autor opowiada o wyzwaniach stawianych młodemu człowiekowi, nim stanie się prawdziwym lekarzem. Czy wobec okrucieństwa śmierci...
Doktor George Wilson stawia pierwsze samodzielne kroki w zawodzie, który - jak się okazuje - stoi u progu przełomowej, rewolucyjnej zmiany: całkowitego...