Jan Dobraczyński: zapomniany wizjoner

Autor: mh

Zapomniany wizjoner

            Na niepamięć został skazany w dwójnasób. Po raz pierwszy, gdy zniechęcenie do swojej osoby (ale pośrednio także pisarstwa) sprowokował sam, popełniając dramatyczne – a może tylko żenujące - „błędy starości”. Drugi raz – kiedy został skreślony przez salon i zabrakło dla niego miejsca w „komputerze Gazety Wyborczej”. Jednak warto go czytać na nowo – mało który polski autor XX wieku tak bardzo wyprzedzał swój czas.

Jan Dobraczyński jako pisarz praktycznie dziś nie istnieje. Zapytałem kiedyś o jego twórczość doktorantkę w zakładzie literatury współczesnej jednego z uniwersytetów, osobę specjalizującą się w najnowszej prozie i funkcjonującą w ogólnopolskim obiegu jako krytyk literacki. Specjalistkę od postmodernizmu, od „gejów i przegiętych”, od narkotyków i erotyzmu w literaturze współczesnej, od rozmaitych Sufinów i Bawołków. Nie czytała nic. Namówiłem więc, by sięgnęła po „Najeźdźców”.

W jakimś sensie czyściec Dobraczyńskiemu się należał – za kolaborację w stanie wojennym, kiedy stanął na czele Patriotycznego Ruchu Odrodzenia Narodowego, mającego legitymizować „juntę” Jaruzelskiego. Lecz być może pokutę odbył już wtedy – ubrany w generalski mundur zniedołężniały starzec wyglądał groteskowo. A śmieszność i wynikający z niej brak szacunku bywa przecież największą karą. Jednak – Dobraczyńskiemu czytelnicy książek nigdy nie odsyłali, jak to działo się w przypadku innego gorliwca czasu stanu wojennego Wojciecha Żukrowskiego. Może także dziś nie należy karać Czytelników, pozbawieniem ich twórczości Dobraczyńskiego. Oczywiście nie całej - produkował niemal tyle samo książek, co w swojej epoce Kraszewski (a w jego czasach Bratny). Jednak wśród nich trafiły się arcydzieła, czy też konkretniej – dzieła wyprzedzające czas o 20-40 lat. W XX wieku to bardzo dużo.

Skreślony za PAX

            Kiedy zaczniemy już (to zawiązanie poczucia lekturowej wspólnoty dotyczy Czytelników od wieku średniego wzwyż) wywoływać postać Dobraczyńskiego z pamięci, to stanie on przed nami jako pisarz katolicki związany z Instytutem Wydawniczym PAX. Zresztą określenie „związany” to złe słowo – on był PAX-u autorem sztandarowym, niemal znakiem rozpoznawczym. A po 1989 roku – jakiekolwiek więzi z PAX-em skutkowały wykluczeniem, przemilczaniem, wyautowaniem. Literaturą zaczął na półtorej dekady rządzić „komputer Gazety Wyborczej”, a w nim rozszerzenie „PAX” połączone zostało z funkcją „delete”. Bo dla michnikowszczyzny „paxowiec” oznacza automatycznie narodowca, a więc - antysemitę, spadkobiercę ONR-u, falangistę, złoczyńcę i zło wszelakie. Dlatego właśnie w „III Rzeczypospolitej” (PRL-bis) z czytelniczej świadomości wyrugowani zostali twórcy naprawdę wybitni – z prozy Dobraczyński, a z poezji Bryll, który tak właściwie do dziś ponosi konsekwencje wydawania swoich książek w PAX-ie (inna rzecz, że gdzie indziej pewnie by ich publikować nie mógł). Aż dziw bierze, że nie wyklęto także „Małego Księcia” Exupery’ego”, na wydawanie którego licencję w czasach komunizmu miał IW PAX.

            Jan Dobraczyński zawrotną karierę zrobił przede wszystkim „Listami Nikodema” – powieścią o życiu Jezusa Chrystusa, opowiadanym z punktu widzenia Nikodema, owego dostojnika żydowskiego, którego rozmowę z Nauczycielem zanotował Jan w trzecim rozdziale swojej Ewangelii i który wspólnie z Józefem z Arymatei pochował zdjęte z krzyża ciało Jezusa. Znam opinie krytyków, według których jest to jedna z najwybitniejszych nie tylko polskich, ale wręcz europejskich powieści XX wieku. Muszę przyznać jednak, że to nie „Listy Nikodema” wydają mi się dziś najbardziej frapujące z twórczości Dobraczyńskiego. Więcej – z jego powieści biblijnych bardziej interesujący wydaje się „Cień ojca” – poświęcony postaci oblubieńca Maryi, świętego Józefa, cieśli. Tego, którego osobę ewangeliści kwitują kilkoma zdawkowymi zdaniami, tak bezbarwnymi, że o jego uczucia upomniał się „poeta przeklęty” Andrzej Bursa: „Ze wszystkich świętych katolickich / najbardziej lubię świętego Józefa / bo to nie był żaden masochista / ani inny zboczeniec / tylko fachowiec / zawsze z tą siekierą”.

            Zrozumieć Niemców

            Pochylenia i wnikliwej lektury warte są dziś nade wszystko dwie powieści Dobraczyńskiego – „Najeźdźcy” i „A znak nie będzie mu dany”. „Najeźdźcy” to powieść pisana jeszcze w trakcie wojny, a więc w środku wydarzeń, na gorąco – zaskakuje w tym kontekście obiektywizmem i dystansem. Powieściopisarz stawia sobie karkołomne wręcz zadanie: zrozumieć Niemców. Dlaczego karkołomne? Z tego prostego powodu, że zrozumieć – znaczy zawsze w jakiejś części zaakceptować, uznać racje. Żeby próbować rozumieć Niemców w latach 40. trzeba było być kolaborantem, szaleńcem, albo wizjonerem – człowiekiem myślącym w innym rytmie. W takim, jakim potrafią tylko najwybitniejsi: wielcy pisarze i historiozofowie. W warstwie fabularnej „Najeźdźcy” są opowieścią o przyjaźni dwóch żołnierzy (a z czasem asów) Luftwaffe: Huberta Köstringa i Hugona Kostrzewy. Pierwszy jest reprezentantem niemieckiej rodziny z tradycjami, która do nazizmu podchodzi z dystansem, jednak dystans ten w żaden sposób nie oznacza dopuszczenia myśli o niewykonaniu rozkazów, czy historycznej powinności. A jednak – w tle pozostanie iskra sceptycyzmu i niezależnego myślenia. Z kolei Kostrzewa – to używając dzisiejszego języka – „,młody wilk” NSDAP. Ich losy Dobraczyński rozgrywa jak rasowy pisarz: Hubert zakocha się Polce, Oli, która zginie w czasie Powstania Warszawskiego (może od bomby zrzuconej przez niego samego?). Hugon okaże się tyleż żarliwym neofitą, co janczarem: jego rodzina z dziada pradziada osiadła na Mazurach mówiła po polsku, zresztą rękopisy nie płoną, a nazwiska nie kłamią... Hugon zginie, Herbert dostanie się do niewoli sowieckiej – inne węzły dramatyczne pomijam, bo nie o streszczenie tu chodzi. Warto dodać, że równocześnie z „Najeźdźcami” Dobraczyński pisał „W rozwalonym domu” – kapitalną powieść o zrywie Warszawy w 1944 roku.

            Współczesna lektura „Najeźdźców” może – zwłaszcza młodemu czytelnikowi – przynieść wrażenie „cegłowatości” książki. Bo tak naprawdę do swojej prozy Dobraczyński włożył drugą książkę – rozpisaną na głosy quasifilozoficzną rozprawę o tożsamości narodowej Niemców. „A znak nie będzie mu dany” jest już pozbawiony takich obciążeń: nawet dziś, znając dni Szakala i tożsamości Bourne’a, możemy potraktować tę powieść jako niezłą sensacyjną lekturę. Lata 50. XX wieku: Hubert Köstring jest katolickim księdzem (dlaczego, zrozumiemy doskonale), drugim bohaterem jest bratanek Hugona Kostrzewy Franz – znów użyjmy dzisiejszego języka – „pies wojny”, komandos, po epizodzie w Legii Cudzoziemskiej. Ich losy się zatkną... – ale nie o streszczenia przecież chodzi.

Europa chrześcijańska

            Nie waham się stwierdzić, że powieści Dobraczyńskiego były wizjonerskie, wyprzedzające swój czas. Jeżeli jakiś utwór literacki torował drogę wielkim i wielkodusznym słowom polskiego Episkopatu „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie” – to byli to właśnie „Najeźdźcy”. Jako bodaj pierwszy zwrócił też uwagę na coś, co dzisiaj nazywa się „śląską (czy mazurską) krzywdą” – los autochtonów, żyjących od pokoleń na terenie państwa niemieckiego, a jednak wciąż utrzymujących i pielęgnujących polską tożsamość, którzy w 1945 roku przez Polskę (użyjmy tego słowa jako symbol) potraktowani zostali jak Niemcy i wysiedleni. Lub – w najlepszym przypadku – traktowani byli jak obywatele drugiej kategorii.

Jeżeli w jakiejś napisanej po polsku powieści pisarz sformułował proroczą wizję czegoś, co dziś nazywamy „zjednoczoną Europą” – to uczynione zostało to już w 1957 roku w książce „A znak nie będzie mu dany”. Z jedną tylko różnicą – ta Europa miała być zjednoczona na silnym fundamencie: swych chrześcijańskich korzeniach. Dzisiejszą – chorą - wizję wspólnej Europy wielu chce zasadzić na negacji chrześcijaństwa w imię absurdalnie pojętej wolności. I kto wie, czy po 50 latach słowa z powieści Dobraczyńskiego nie powinny znaleźć się w kanonie aktualnych przesłań – takich, które tyleż diagnozują sytuację współczesną, co szkicują nadzieję. Bo oto na uwagę o tym, iż cywilizacja chrześcijańska się rozkłada, Köstring odpowiada: „Bez przerwy. Nawet popełnia samobójstwa (...). A jednak odzyskuje na nowo wolę życia, przełamuje wewnętrzne sprzeczności. Odradza się, zmartwychwstaje.

            Dobraczyńskiego wciąż czytać warto. Na pewno miał nam do powiedzenia więcej niż na przykład Konwicki, czy agent-Szczypiorski. A skoro przed chwilą wspomnieliśmy o rozkładzie i odrodzeniu. Sam pisarz w ostatnich latach życia dokonał autodestrukcji, legitymizując juntę Jaruzelskiego, wybierając - na płaszczyźnie postaw obywatelskich – kolaborację. Odrodzenie tej postaci może dokonać się, gdy starając się nie zrazić wspomnieniem groteskowego starca-generała na czele PRON-u, zaczniemy znów czytać jego powieści.

MARCIN HAŁAŚ

Pierwodruk: Gazeta Polska, 13 VI 2007

1

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Avatar użytkownika - zyzian
zyzian
Dodany: 2007-10-27 08:20:07
0 +-
Wielu wspaniałych ludzi w tych ciężkich czasach musiało podejmować nieraz trudne i sprzeczne ze swoim wyobrażeniem wolności decyzje.I nie zawsze w podeszłym wieku byli.Myślę,że jak nie Dobraczyńskiego to władza na to miejsce wsadziła by innego,równie znanego polaka.Moim zdaniem nie może to mieć wpływu na ocenę twórczości tego wspaniałego pisarza.Jego ksiąki przynajmniej te które znam zrobiły na mnie ogromne wrażenie i chętnie wracam do lektury.
Avatar użytkownika - NINA
NINA
Dodany: 2007-08-21 17:36:04
0 +-
Właśnie skończyłam ,,Cień Ojca''.Mam w głowie tyle wirujacych myśli.To książka ucząca pokory,wiary,miłości do Boga,do ludzi,rodziców budząca też lęk przed jutrem,przed złem które nas otacza i z którym MUSIMY walczyć.Jednak dzięki bohaterom wiemy jak sobie radzić z tym ,,złem''.Polecam lektura warta przeczytania, szczególnie w dzisiejszym zabieganym życiu 29-latki.
Avatar użytkownika - POKORNA
POKORNA
Dodany: 2007-08-21 17:33:32
0 +-
Właśnie skończyłam ,,Cień Ojca''.Mam w głowie tyle wirujacych myśli.To książka ucząca pokory,wiary,miłości do Boga,do ludzi,rodziców budząca też lęk przed jutrem,przed złem które nas otacza i z którym MUSIMY walczyć.Jednak dzięki bohaterom wiemy jak sobie radzić z tym ,,złem''.Polecam lektura warta przeczytania, szczególnie w dzisiejszym zabieganym życiu 29-latki.
Avatar użytkownika - MH
MH
Dodany: 2007-07-01 21:53:21
0 +-
Zdajmy więc Dobraczyńskiego na Boże Miłosierdzie. Miło, że ktoś jeszcze czyta jego książki. Pozdrawiam. MH
Avatar użytkownika - jadwiga
jadwiga
Dodany: 2007-07-01 00:23:42
0 +-
mam 49 lat Listy Nikodema przeczytane w wieku 20 lat ztrobiły na mnie ogromne wrażenie, mam w domu ponad 20 książek Dobraczyńskiego,skrzętnie przeglądam antykwariaty i uzupełniam swój księgozbiór,udział Dobraczyńskiego w PRON-ie uważam za głupotę, którą zrobił być może z racji swojego wieku, mało kto z nas nie zrobił nic głupiego, na pewno trzeba te rzeczy w jakiś sposób odpokutować pozdrawiam Jadwiga

Warto przeczytać

Recenzje miesiąca
Dzieci, których nie ma
Renata Piątkowska;
Dzieci, których nie ma
Zamieć
Gabriel Dylan
Zamieć
Raptus
Magdalena Kulus
Raptus
Złodziejka truskawek
Joanne Harris
Złodziejka truskawek
Piętno dzieciństwa
Katarzyna Kielecka;
Piętno dzieciństwa
Indigo
Patrice Lawrence
Indigo
Baba Blaga
Joanna Wachowiak
Baba Blaga
Nasz azyl
Marta Józefczyk
Nasz azyl
Pokaż wszystkie recenzje