Co tak naprawdę jest motywem przewodnim tej historii? Krew, władza, sława… a może perfekcyjnie wyprasowana fasada, za którą czai się czyste zło?
To pytanie towarzyszyło mi od pierwszych stron i wracało jak echo, im głębiej wchodziłam w świat wykreowany przez Marcina Łozińskiego.
Do tej książki skusił mnie sam tytuł, jest mocny, obiecujący mrok i coś więcej niż zwykły kryminał. Okładka tylko dolała oliwy do ognia, bo od razu sugerowała, że nie będzie to lekka rozrywka do poduszki. A opis? On przypieczętował wszystko. Bracia, idealni celebryci, seryjni mordercy prowadzący podwójne życie, FBI, prywatne śledztwo i czarny humor balansujący na granicy groteski… wiedziałam, że to książka dokładnie w moim klimacie.
„Dynastia krwi” to historia o rodzinie Kingów – ikonach sukcesu, medialnych pupilach, ludziach, których życie wygląda jak spełnienie amerykańskiego snu. Tyle że ten sen jest przesiąknięty krwią. Najmocniejsze w tej książce jest to, że każdy z braci jest potworem na własnych zasadach, a jednocześnie żaden z nich nie wie, że pozostali skrywają dokładnie tę samą tajemnicę. Ta ironia losu i absurd sytuacji robią ogromne wrażenie i nadają całej historii specyficznego, momentami wręcz perwersyjnego humoru.
Równolegle poznajemy Jasmine Turner – kobietę w żałobie, która nie godzi się na oficjalne wersje wydarzeń. Jej prywatne śledztwo to nie tylko pogoń za prawdą, ale też emocjonalna podróż przez stratę, gniew i determinację. Bardzo podobało mi się to, jak autor zestawił jej perspektywę z bezwzględnym światem Kingów. Z jednej strony widać ból i potrzeba sprawiedliwości, z drugiej potężna władza, pieniądze i poczucie bezkarności.
Najciekawsze momenty? Dla mnie zdecydowanie te, w których pęka braterska lojalność. Gdy każdy zaczyna grać wyłącznie na siebie, atmosfera gęstnieje do granic możliwości. Czy więzy krwi są w stanie przetrwać, gdy stawką jest własne życie? Kto okaże się myśliwym, a kto ofiarą? I czy sława naprawdę potrafi ochronić przed konsekwencjami?
Autor serwuje czytelnikowi całą paletę emocji od niepokoju, przez obrzydzenie, po momenty, w których łapiesz się na tym, że czarny humor wywołuje uśmiech w najmniej odpowiednim momencie. Akcja przyspiesza stopniowo, ale gdy już ruszy, nie pozwala się oderwać. Są tu sceny brutalne, są psychologiczne gierki, jest napięcie i ciągłe poczucie, że coś zaraz wymknie się spod kontroli.
To, co najbardziej spodobało mi się w „Dynastii krwi”, to kontrast. Idealny obraz medialny kontra brutalna prawda. Ofiara i oprawca, których granice nie są wcale tak oczywiste. No i styl, bez zbędnego lukru, momentami bezlitosny, a jednocześnie inteligentny i świadomy tego, co chce czytelnikowi pokazać.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią thrillery kryminalne z pazurem, nie boją się czarnego humoru i chcą czegoś więcej niż klasycznego „kto zabił”.