Recenzja książki: Naprawiacz

Recenzuje: Anna Szymczak

Są książki, które czyta się szybko i bez większego wysiłku — wciągają fabułą, zapewniają kilka godzin rozrywki i równie szybko ulatują z pamięci. Są jednak i takie, które od pierwszych stron budzą lekki niepokój. Nie dlatego, że próbują szokować, ale dlatego, że dotykają tematów trudniejszych, mniej wygodnych, takich, nad którymi zostaje się z myślami na dłużej. Naprawiacz Piotra Kuźniaka zdecydowanie należy do tej drugiej grupy. To nie jest powieść, po którą sięga się wyłącznie dla przyjemności czytania. To książka, która wchodzi pod skórę powoli i bez pośpiechu — i zostaje tam jeszcze długo po odłożeniu.

Nie miałam wobec niej jasno określonych oczekiwań. Wiedziałam, że będzie mrocznie i momentami brutalnie, że autor nie zamierza oszczędzać czytelnika. Nie spodziewałam się jednak, że największy ciężar tej historii nie będzie wynikał z samych opisów przemocy, lecz z narastającego poczucia moralnej niepewności, które ta powieść konsekwentnie buduje. Bo Naprawiacz nie skupia się wyłącznie na pytaniu, kto stoi za zbrodniami. Znacznie ważniejsze wydaje się to inne: dlaczego tak łatwo przyjmujemy narracje, które potrafią nadać złu sens i sprawić, że zaczyna ono wyglądać niemal logicznie?

Wejście w świat, który nie chce nas przyjąć

Już od pierwszych rozdziałów widać, że Naprawiacz nie jest książką, która próbuje ułatwiać czytelnikowi zadanie. Narracja nie spieszy się z wyjaśnieniami, nie porządkuje rzeczywistości na potrzeby odbiorcy i nie oferuje natychmiastowego poczucia bezpieczeństwa. Zamiast tego zaprasza do stopniowego oswajania świata przedstawionego — świata, który nie jest przyjazny, ale też nie odrzuca wprost. Raczej sprawdza, na ile jesteśmy gotowi wejść głębiej, uważniej, bez oczekiwania, że wszystko zostanie nam podane wprost. To doświadczenie bywa wymagające, ale jednocześnie bardzo uczciwe. Kuźniak nie próbuje manipulować emocjami czytelnika ani sztucznie podkręcać napięcia. Pozwala historii rozwijać się własnym rytmem, zostawiając przestrzeń na niepewność i chwilowe zagubienie. Dzięki temu relacja z tą książką buduje się powoli, ale trwale — oparta nie na efekcie, lecz na atmosferze i konsekwencji.

Warszawa, którą odnajdujemy na kartach powieści, daleka jest od znanych, literackich obrazów miasta. Nie ma tu efektownych kontrastów ani kryminalnej stylizacji. To raczej przestrzeń chłodna i anonimowa, w której łatwo się zagubić, a jeszcze łatwiej pozostać niezauważonym. Miasto nie reaguje, nie komentuje, nie bierze udziału w wydarzeniach — trwa obok, obojętne wobec ludzkich dramatów. I właśnie ta obojętność czyni je tak przekonującym tłem dla historii, w której empatia nie jest dana raz na zawsze, lecz podlega ciągłym próbom.

Autor nie próbuje łagodzić obrazu rzeczywistości ani nadawać mu bardziej przystępnej formy. Surowość tej przestrzeni nie wynika z chęci epatowania mrokiem, lecz z potrzeby spójności. Trudno byłoby opowiedzieć historię o przemocy, kontroli i naruszaniu granic w świecie, który wyglądałby zbyt bezpiecznie. Dlatego nawet jeśli momentami ten klimat przytłacza, trudno uznać go za niepotrzebny. Jest integralną częścią opowieści — cichą, ale znaczącą.

Brutalność, która nie jest celem samym w sobie

O Naprawiaczu nie sposób mówić bez odniesienia do przemocy. Jest jej dużo, jest wyraźna i momentami naprawdę trudna w odbiorze. To nie są sceny, obok których można przejść obojętnie. A jednak bardzo szybko staje się jasne, że nie została ona użyta po to, by epatować okrucieństwem czy szokować za wszelką cenę. Brutalność w tej powieści ma swoje uzasadnienie i pełni konkretną funkcję — staje się narzędziem opowieści o potrzebie kontroli, o obsesyjnym dążeniu do „naprawiania” świata według własnych, głęboko wypaczonych zasad. Autor wykorzystuje przemoc jako język, którym opowiada o granicach przekraczanych w imię idei. O tym, jak łatwo przekonanie o własnej racji może usprawiedliwiać działania, które z zewnątrz wydają się niewyobrażalne. Dzięki temu brutalne sceny nie są tu pustym dodatkiem do fabuły, lecz elementem większej całości — konsekwencją sposobu myślenia bohatera, a nie jego chwilowego impulsu.

Naprawiacz jako postać literacka wykracza poza schemat znanego z popkultury seryjnego mordercy. Nie jest figurą czystego chaosu ani bezrefleksyjnego szaleństwa. Przeciwnie — działa według własnej, wewnętrznie spójnej logiki, która staje się przerażająca właśnie dlatego, że w jego oczach ma sens. Jego działania są zaplanowane, podporządkowane określonemu systemowi przekonań i poczuciu misji. To nie przypadkowa przemoc, lecz przemoc wynikająca z przekonania o słuszności własnych działań.

I właśnie to sprawia, że lektura Naprawiacza bywa tak niekomfortowa. Znacznie łatwiej potępić czyste, niekontrolowane szaleństwo niż zło, które potrafi się wytłumaczyć, nazwać i ubrać w logiczne argumenty. Kuźniak zmusza czytelnika do konfrontacji z tym niewygodnym faktem, nie pozwalając schować się za prostą oceną. To brutalność, która nie daje się łatwo odrzucić — bo jej źródłem nie jest chaos, lecz przekonanie o porządku.

Czytanie jako doświadczenie cielesne

Podczas lektury książki wielokrotnie łapałam się na tym, że reaguję nie tylko emocjonalnie, ale też fizycznie. To napięcie, które powoduje mimowolne wstrzymanie oddechu, to dyskomfort, który każe na chwilę odłożyć książkę, to niepokój, który zostaje gdzieś w ciele, nawet gdy na moment odrywamy wzrok od tekstu. Kuźniak pisze w sposób, który angażuje czytelnika całościowo — nie tylko na poziomie wyobraźni, ale także zmysłów. Jego opisy są sugestywne, ale dalekie od dosłowności. Nie epatują detalem dla samego efektu, nie próbują szokować nachalnością. Zamiast tego budują atmosferę, w której wyobraźnia sama dopowiada to, co pozostaje nienazwane, a przez to jeszcze bardziej niepokojące.

To właśnie dlatego nie jest to książka „na jeden wieczór”. To lektura, która domaga się przerw — chwili ciszy, oddechu, emocjonalnego dystansu. Nie dlatego, że jest źle napisana czy nużąca, ale dlatego, że działa aż za dobrze. Intensywność tej historii sprawia, że trudno przejść przez nią obojętnie, a czytanie staje się doświadczeniem, które trzeba dawkować. Jednym z najbardziej intrygujących elementów powieści jest sposób, w jaki autor balansuje na granicy dehumanizacji antagonisty. Z jednej strony Naprawiacz jawi się jako uosobienie zła — chłodnego, bezlitosnego, pozbawionego empatii. Z drugiej jednak Kuźniak konsekwentnie przypomina, że za tą figurą nie kryje się potwór z legend, lecz człowiek. I właśnie ten fakt bywa najbardziej niepokojący.

Bo jeśli uznamy go za monstrum, możemy bezpiecznie odsunąć go od siebie, zamknąć w kategorii „innych” i poczuć ulgę. Jeśli jednak dopuścimy myśl, że jest „tylko” człowiekiem, zmuszeni jesteśmy zmierzyć się z pytaniem znacznie trudniejszym — jak cienka potrafi być granica między normalnością a obłędem. I czy na pewno dzieli nas od niej tak wiele, jak chcielibyśmy wierzyć.

Pierwsze wnioski, które bolą

Po pierwszej części Naprawiacza — tej, w której stopniowo oswajamy się z klimatem powieści, jej bohaterami i narastającym ciężarem historii — jedno staje się wyraźne: to nie jest książka, która oferuje proste odpowiedzi ani szybkie ukojenie. Nie uspokaja, nie porządkuje świata przedstawionego w sposób, który dawałby czytelnikowi poczucie bezpieczeństwa. Zamiast tego konsekwentnie podważa nasz moralny komfort i zmusza do pozostania w stanie niepewności.

To powieść, która prowokuje do zadawania pytań niewygodnych, a czasem wręcz bolesnych. O granice ingerowania w cudze życie, o potrzebę poprawiania świata według własnych wyobrażeń, o to, jak łatwo ideologia — nawet ta pozornie „dobra” i naprawcza — może stać się narzędziem przemocy. Kuźniak nie podsuwa gotowych odpowiedzi ani ocen. Pozwala, by te pytania wybrzmiewały w czytelniku długo po zamknięciu kolejnych rozdziałów.

A to dopiero początek tej drogi.

Im głębiej wchodzimy w powieść, tym wyraźniej widać, że autor nie miał ambicji napisania kolejnego thrillera o seryjnym mordercy, opartego wyłącznie na napięciu i zagadce kryminalnej. Owszem, obecne są tu śledztwo, kolejne odkrycia i wyścig z czasem, ale pełnią one raczej rolę konstrukcyjnego szkieletu. Na nim autor buduje opowieść znacznie cięższą — o odpowiedzialności, o granicach ingerencji i o tym, gdzie kończy się troska, a zaczyna przemoc usprawiedliwiana hasłami „dobra” i „porządku”. W wielu kryminałach rozwój śledztwa przynosi stopniowe uspokojenie — im bliżej rozwiązania zagadki, tym wyraźniejsze poczucie ładu. Tutaj dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Każdy kolejny krok w dochodzeniu nie porządkuje rzeczywistości, lecz ją komplikuje. Zamiast jasnych odpowiedzi pojawiają się kolejne pęknięcia: w systemie, w relacjach między ludźmi, a nawet w samym pojęciu sprawiedliwości.

Szczególnie poruszający jest sposób, w jaki Piotr Kuźniak przedstawia osoby próbujące rozwikłać tutejszą zagadkę. To nie są bohaterowie pomnikowi ani nieomylni śledczy, którzy jednym błyskotliwym wnioskiem rozwiązują wszystko. To ludzie zmęczeni, czasem zagubieni, uwikłani we własne ograniczenia, emocje i wątpliwości. Ich niedoskonałość sprawia, że stają się wiarygodni i bliscy — a całe śledztwo nabiera ludzkiego, nieidealnego wymiaru. W Naprawiaczu dochodzenie nie jest triumfem rozumu nad złem. Jest raczej próbą zachowania resztek kontroli w świecie, który coraz wyraźniej wymyka się wszelkim schematom i prostym definicjom.

Bohaterowie z krwi, nie z kartonu

Jedną z największych sił powieści jest sposób, w jaki pisarz konstruuje postacie drugoplanowe. To nie są bohaterowie istniejący wyłącznie po to, by popychać fabułę do przodu. Każdy z nich wnosi do historii coś własnego — drobne pęknięcia, niepewności, lęki, czasem tylko krótką myśl albo gest, który mówi o nich więcej niż rozbudowany opis. Dzięki temu świat powieści zyskuje głębię i wiarygodność. Autor nie próbuje swoich bohaterów idealizować. Pozwala im błądzić, wątpić, podejmować decyzje pod wpływem emocji. Zdarza się, że ich wybory irytują, że chciałoby się, by zachowali się „lepiej”, rozsądniej, odważniej. Ale właśnie ta frustracja sprawia, że stają się prawdziwi. Bo w zderzeniu z realnym złem rzadko działamy tak, jak podpowiadają nam wyobrażenia o samych sobie. Wraz z kolejnymi fragmentami odsłaniającymi postać Naprawiacza coraz wyraźniej widać, że nie jest on jedynie jednostką. Staje się nośnikiem idei — chorej, wypaczonej, ale wyjątkowo niebezpiecznej właśnie dlatego, że ubranej w język porządku, sensu i „naprawy”.

Naprawiacz nie funkcjonuje w chaosie. On porządkuje świat według własnych zasad. Segreguje, ocenia, przypisuje wartość. I to właśnie w tym tkwi największy horror tej postaci. Jego sposób myślenia nie jest bowiem całkowicie obcy naszej codzienności. W mniejszej skali spotykamy go przecież na co dzień — w łatwych osądach, w wykluczaniu, w przekonaniu, że „wiemy lepiej”, jak ktoś powinien żyć, wyglądać czy funkcjonować. Autor bardzo subtelnie, ale konsekwentnie pokazuje, jak narracja „naprawy” może stać się narzędziem przemocy. Jak cienka bywa granica między troską a kontrolą. I jak groźne jest myślenie, w którym cel zaczyna usprawiedliwiać wszystkie środki.

Na szczególną uwagę zasługuje również sposób, w jaki autor traktuje ofiary Naprawiacza. Nie są one jedynie statystyką ani pretekstem do podkręcania napięcia. Każda z nich ma własną historię, swoje motywacje, swoje powody. Nawet jeśli poznajemy je jedynie fragmentarycznie, to wystarczająco, by przestały być „kolejnym przypadkiem”. To bardzo istotne, bo dzięki temu powieść nie popada w fetyszyzowanie przemocy. Ciężar opowieści nie spoczywa na samym akcie zbrodni, lecz na jej konsekwencjach — na tym, co zostaje po niej w ludziach, w śledczych i w przestrzeni, która po takim doświadczeniu już nigdy nie jest neutralna.

Tempo, które nie pozwala uciec

W drugiej części Naprawiacza tempo wyraźnie przyspiesza. Narracja staje się gęstsza, napięcie skondensowane, a kolejne wydarzenia niemal popychają czytelnika do przodu. Mimo to autor nie rezygnuje z chwil refleksji. Wręcz przeciwnie — im szybciej toczy się akcja, tym częściej jesteśmy zmuszeni do zatrzymania się, spojrzenia na całość i zadania sobie pytania: dokąd to wszystko prowadzi? To nie jest thriller, w którym można schować się za fabułą. Każdy rozdział wciąga, ale jednocześnie obciąża emocjonalnie. I właśnie ta równowaga między dynamiką a ciężarem treści sprawia, że książka działa tak intensywnie, że trudno przejść przez nią obojętnie. Pod koniec tej części staje się jasne, że nic tu nie zmierza ku prostemu rozwiązaniu. To nie opowieść, w której złapanie sprawcy przywraca porządek świata. Wręcz przeciwnie — im bliżej finału, tym wyraźniej widać, że pewne granice zostały już przekroczone i nie da się ich cofnąć. Zostaje pytanie: co właściwie da się naprawić? I czy każdy, kto uważa się za „naprawiacza”, nie staje się w końcu niszczycielem?

Kiedy zamknęłam książkę, nie poczułam ulgi. Nie było tego charakterystycznego westchnienia, które często towarzyszy lekturze typowego thrillera: dobrze, sprawa rozwiązana, można iść dalej. Zamiast tego pozostał ciężar — taki, który nie znika po kilku minutach, ale zostaje w myślach, jak echo niewypowiedzianego pytania, które wraca w najmniej spodziewanym momencie.

Bez zdradzania szczegółów fabularnych można powiedzieć jedno: zakończenie Naprawiacza jest konsekwentne. Nie efektowne, nie „filmowe”, nie pod publiczkę. To finał, który logicznie domyka historię, ale emocjonalnie pozostawia ją otwartą. I właśnie dlatego jest tak trafny. Piotr Kuźniak nie próbuje na siłę „naprawiać” świata swojej powieści. Nie przywraca równowagi tylko po to, by czytelnik mógł odłożyć książkę z poczuciem ukojenia. Zamiast tego pokazuje, że pewne rzeczy — raz ujawnione, raz zobaczone — pozostają z nami na długo. Że zło, nawet jeśli zostanie zatrzymane, zostawia trwały ślad. To odważna decyzja narracyjna. I niezwykle uczciwa wobec czytelnika.

To książka, która świadomie wprowadza czytelnika w stan dyskomfortu moralnego. Nie pozwala odgrodzić się od historii grubą kreską ani zasłonić oczu. Zmusza do zmierzenia się z pytaniami, które nie mają prostych odpowiedzi. I nie chodzi tu wyłącznie o klasyczne „dlaczego on to zrobił?”. Znacznie trudniejsze jest pytanie: dlaczego jego narracja bywa tak niepokojąco przekonująca? To jedna z tych powieści, które pokazują, jak łatwo język „dobra”, „naprawy” czy „porządku” może stać się narzędziem usprawiedliwienia przemocy. Jak cienka jest granica między prawdziwą chęcią pomocy a potrzebą kontroli. Jak niebezpieczne potrafi być przekonanie, że mamy prawo decydować o cudzym ciele, wyborach, życiu — nawet jeśli robimy to w imię „lepszego świata”.

Pisarz nie moralizuje. Nie stawia się w roli kaznodziei ani sędziego. Raczej prowokuje. Pozostawia nas sam na sam z pytaniami i pozwala, byśmy sami poczuli ich ciężar. I właśnie ta swoboda interpretacji sprawia, że książka nie znika po odłożeniu na półkę — zostaje w głowie i powraca w najmniej spodziewanych momentach. Język Naprawiacza jest surowy, chłodny, pozbawiony zbędnych ozdobników. Styl podporządkowany jest treści, nie na odwrót. Nie ma tu literackich fajerwerków ani prób popisywania się warsztatem. Jest za to konsekwencja, dyscyplina narracyjna i precyzja w budowaniu atmosfery.

Ten sposób pisania może nie trafić do wszystkich. Osoby szukające lekkiej, dynamicznej rozrywki mogą poczuć się przytłoczone. Dla mnie jednak właśnie ta powściągliwość działa na korzyść książki.

Czy to dobra książka?

Tak, to dobra książka — ale nie w tym prostym, reklamowym sensie, który da się zamknąć w jednym zdaniu na okładce. Naprawiacz broni się nie efektownością ani łatwą przystępnością, lecz konsekwencją i uczciwością wobec własnej wizji. To powieść, która dokładnie wie, czym chce być, i ani przez moment nie próbuje udawać czegoś lżejszego czy bardziej „przyjaznego” dla czytelnika. Kuźniak nie schlebia odbiorcy, nie łagodzi krawędzi, nie omija tematów trudnych i niewygodnych. Zamiast tego prowadzi narrację w sposób spójny, świadomy i momentami bezlitosny, zostawiając po sobie wyraźny ślad emocjonalny — taki, który nie znika wraz z ostatnią stroną.

Jednocześnie warto powiedzieć to jasno: nie jest to książka dla każdego. Jeśli ktoś szuka lekkiego thrillera na jeden wieczór, historii, która pozwala się zdystansować i szybko zapomnieć, fabuły opartej głównie na akcji albo lektury, która oszczędza czytelnika emocjonalnie, Naprawiacz może okazać się męczący, a nawet zniechęcający. To nie jest opowieść, która daje komfort ucieczki. Ona raczej zmusza do pozostania w niewygodnej przestrzeni i zmierzenia się z tym, co tam czeka. Ale jeśli interesują Cię mroczne rejony ludzkiej psychiki, jeśli nie boisz się literatury, która konfrontuje zamiast bawić, jeśli cenisz książki pozostawiające więcej pytań niż odpowiedzi i potrafisz zaakceptować dyskomfort jako pełnoprawny element doświadczenia czytelniczego — wtedy ta powieść może stać się bardzo mocnym przeżyciem. Naprawiacz wymaga zaangażowania, ale w zamian oferuje coś znacznie cenniejszego niż chwilowe napięcie.

Ta książka zostaje ze mną na dłużej nie dlatego, że była „najlepsza” ani dlatego, że zachwyciła mnie stylistycznie. Zostaje, bo dotknęła czegoś realnego. Zmusiła mnie do myślenia nie tylko o fikcyjnym mordercy, lecz także o mechanizmach działających tu i teraz — o naszej skłonności do oceniania, o potrzebie naprawiania innych bez pytania ich o zgodę, o cienkiej granicy między troską a przemocą ukrytą pod szlachetnymi hasłami. Naprawiacz nie daje poczucia bezpieczeństwa, ale daje coś znacznie ważniejszego: uczciwe literackie doświadczenie, które nie kończy się wraz z lekturą. I właśnie za to cenię go najbardziej.

Tagi: Thrillery i suspens

Kup książkę Naprawiacz

Sprawdzam ceny dla ciebie ...

Zobacz także

Zobacz opinie o książce Naprawiacz
Książka
Naprawiacz
Piotr Kuźniak
Reklamy