„Pięć par rękawiczek” to naprawdę bardzo dobra książka i jedna z tych historii, w które łatwo się wciągnęłam i od których trudno było mi się oderwać.
To też moja pierwsza książka tej autorki i muszę przyznać, że zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. Już sama okładka jest przepiękna i bardzo klimatyczna, idealnie oddaje charakter tej historii.
Jest tu sporo ciekawych wątków, ale nie ukrywam, że dla mnie najważniejsze było jedno pytanie, z kim ostatecznie skończy Madeline. I przyznam, że jestem zadowolona z tego, jak to się potoczyło.
Zazwyczaj nie przepadam za motywem, kiedy bohaterka miota się między mężczyznami, ale tutaj jakoś mi to aż tak nie przeszkadzało. W moim odczuciu Madeline nie zrobiła nic złego. Oczywiście patrząc na realia tamtych czasów, mogło to być źle odebrane. Szczególnie to, że nie wspomniała jednemu z zalotników, że zaraz będzie zaręczona, to już było coś nie do końca w porządku.
Z drugiej strony potrafię ją zrozumieć. Narzeczonego wybrał jej ojciec, a ona tak naprawdę nie miała szansy go dobrze poznać. Nagle pojawia się ktoś, kto okazuje jej zainteresowanie, adoruje ją i traktuje zupełnie inaczej. Nic dziwnego, że zaczyna się w tym wszystkim gubić.
Bardzo podobał mi się też wątek przyjaźni. Takich przyjaciółek można tylko pozazdrościć. Potrafią wytknąć błędy, kiedy trzeba, ale też są obok, żeby wesprzeć, poplotkować i nawet ruszyć za tobą do innego kraju, jeśli czują, że coś jest nie tak. To była naprawdę wyjątkowa część tej historii.
To był dla mnie trochę nowy typ książki, bo nie miałam wcześniej dużego doświadczenia z romansami kostiumowymi, ale bardzo mi się ten klimat spodobał i chętnie sięgnę po więcej takich historii.
Całość ma w sobie dużo uroku, emocji i takich dylematów, które mimo że osadzone w innych czasach, nadal są bardzo aktualne.
Na pewno sięgnę po drugą część, bo już jest dostępna i bardzo jestem ciekawa, jak dalej potoczy się ta historia.