„Pola makowe” autorstwa Nikki Erlick opowiadają o grupie ludzi, których losy przecinają się w miejscu naznaczonym szczególnym znaczeniem. To przestrzeń, do której trafiają osoby niosące w sobie różne ciężary: stratę, poczucie winy, niespełnione relacje, decyzje, których nie da się cofnąć.
Fabuła nie rozwija się linearnie. Zamiast jednej osi wydarzeń dostajemy przeplatające się historie kilku postaci. Każda z nich przyjeżdża tam z innym bagażem emocjonalnym i innym powodem — czasem bardzo konkretnym, a czasem trudnym do nazwania nawet dla nich samych. Wspólnym mianownikiem jest potrzeba zmierzenia się z czymś, co zostało zepchnięte na margines życia.
Jest to książka, którą odbiera się bardziej emocjonalnie niż fabularnie — i to jest jej siła, ale momentami też ograniczenie.
Czytając ją, miałam poczucie wchodzenia w przestrzeń bardzo miękką, niemal nierealną. Świat przedstawiony nie jest do końca zakotwiczony w konkretach — raczej przypomina stan pomiędzy: pomiędzy wspomnieniem a teraźniejszością, pomiędzy tym, co zostało utracone, a tym, co wciąż nie daje się nazwać. Tytułowe maki działają jak symbol uśpienia, zapomnienia, ale też dziwnego rodzaju ukojenia, które niekoniecznie jest zdrowe.
Najbardziej poruszyło mnie to, jak bohaterowie funkcjonują w swoich emocjach — trochę jakby byli od nich odcięci, a jednocześnie całkowicie przez nie pochłonięci. Ich relacje są kruche, często niedopowiedziane. Wiele rzeczy dzieje się „pomiędzy słowami”, co wymaga od czytelnika uważności, ale też gotowości na to, że nie wszystko zostanie jasno wyjaśnione.
Ta lektura ma w sobie dużo ciszy. I to nie jest cisza kojąca — raczej taka, która uwiera. Bywały momenty, kiedy miałam wrażenie, że bohaterowie krążą wokół tych samych emocji, nie potrafiąc zrobić kroku dalej. To niekiedy stawało się niekiedy frustrujące, ale jednocześnie bardzo wiarygodne. Nie każda historia prowadzi do rozwiązania. Nie każda rana się zamyka.
Styl Erlick jest oszczędny, ale podszyty poetyckością. Czasem trafia w punkt — krótkim zdaniem potrafi oddać coś bardzo złożonego. Innym razem balansuje na granicy przesady, jakby zbyt świadomie chciał być „ładny”. Wtedy narracja traci trochę autentyczności.
Po skończeniu tej powieści zabrakło mi poczucia domknięcia. Czułam raczej coś odwrotnego — jakby została we mnie pewna niedopowiedziana myśl. I może właśnie o to chodziło: nie o to, żeby dać odpowiedzi, tylko zostawić czytelnika w stanie lekkiego zawieszenia.
To nie jest książka, która prowadzi za rękę. Trzeba się na nią po prostu zgodzić — na jej tempo, na jej niejasność, na emocje, które nie układają się w prostą narrację. Jeśli to zaakceptujesz, dostajesz historię, która działa bardziej podskórnie niż wprost.