Liga Sprawiedliwości od lat chroni Ziemię i jej mieszkańców przed inwazją obcych. Czujnie obserwuje niebo w poszukiwaniu oznak kolejnego zagrożenia. Ale co, jeśli wrogowie od dawna są wśród nas? Jeśli ukrywają się na widoku i... czekają na odpowiedni moment, by uderzyć?
Z szalonych pomysłów wielokrotnego laureata nagrody Eisnera Jamesa Tyniona IV (,,Miły dom nad jeziorem", ,,Joker. Polowanie na klauna"), Matthew Rosenberga (,,Batman", ,,Batman Detective Comics") i Ottona Schmidta (,,Green Arrow") zrodziła się apokaliptyczna historia o prawdziwym heroizmie, haniebnej zdradzie i zaciętej walce o przetrwanie.
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach ,,DC vs. Vampires" #1-12.
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 2026-04-08
Kategoria: Komiksy
ISBN:
Liczba stron: 304
Tytuł oryginału: DC vs. Vampires
Bohaterowie stopniowo odkrywają machinacje Pariasa, ale Wielka Ciemność nadal rzuca cień na multiwersum - chce sobie podporządkować i przedefiniować wszystkie...
Osiedle Bogów to fascynująca historia pełna przygód, niespodziewanych zwrotów akcji i dobrego humoru. Asteriks i Obeliks po raz kolejny stawiają czoła...
Przeczytane:2026-05-11, Ocena: 6, Przeczytałem,
POPKULTUROWY KOCIOŁEK: DC kontra Wampiry to tytuł, który od samego początku gra na bardzo prostych instynktach czytelnika. Mamy znanych bohaterów, mamy wampiry i mamy apokalipsę. Muszę przyznać, że kiedy po raz pierwszy usłyszałem o projekcie, poczułem lekki powiew wtórności. Przecież mieliśmy już genialne „DCeased”, gdzie autor pokazał, jak z klasą zdemolować uniwersum za pomocą wirusa zombie. Obawiałem się więc, czy kolejna apokalipsa, tym razem z wampirami w rolach głównych, ma rację bytu. James Tynion IV oraz Matthew Rosenberg szybko rozwiali jednak moje wątpliwości, udowadniając, że droga krwii i przerażania jaką wybrali jest naprawdę mocno angażująca.
Największą siłą komiksu jest atmosfera niepewności. Moment, w którym zaczynasz zastanawiać się, kto jeszcze jest sobą, a kto skrywa swoją krwiożerczą wampirzą naturę (pod maską zwykłego człowieka), angażuje jak mało co. Scenarzyści nie boją się tu szybkich i brutalnych zmian status quo. Śmierci i przemiany są tu częste, czasem wręcz zbyt częste, ale trudno odmówić im efektu zaskoczenia. To nie jest historia, która pozwala się rozsiąść i spokojnie analizować każdy wątek.
Pierwsze rozdziały to czysty majstersztyk budowania napięcia. Scena, w której Andrew Bennett desperacko próbuje przekazać informację o spisku, a my jako czytelnicy powoli orientujemy się, że jest już za późno, uderza w bardzo czułe struny. Tynion doskonale czuje tu dynamikę Batmana, to on, jako jedyny, zdaje się przygotowany na scenariusz, w którym jego przyjaciele przestają być ludźmi. Sceny z herbatą z wody święconej czy testowanie Bat-rodziny pod kątem wrażliwości na krzyże to momenty, które mocniej wgniatają w fotel.
Jednak, jak to w przypadku tak ambitnych crossoverów bywa, im dalej w las, tym więcej… krwi, ale też i chaosu. Scenariusz w drugiej połowie albumu zaczyna wyraźnie przyspieszać, momentami wręcz gubiąc rytm. Przeskok czasowy, który następuje po upadku starego porządku świata, jest ruchem odważnym, ale pozostawia pewien niedosyt. Nagle dowiadujemy się o wydarzeniach, które miały miejsce „poza kadrem”, a które wydają się kluczowe dla zrozumienia nowej hierarchii sił.
Największy zarzut, jaki mam do tej opowieści, dotyczy mechaniki samej przemiany. Wampiryzm w tym świecie działa jak natychmiastowy przełącznik „dobry/zły”, bez większych niuansów. Brakuje mi tutaj wewnętrznej walki, momentu, w którym moralność Supermana czy Wonder Woman ściera się z nowo nabytym głodem krwi. Wyjątkiem jest kilka postaci, ale większość po prostu zmienia stronę i zaczyna planować eksterminację ludzkości.
Genialnie prezentuje się tu za to warstwa graficzna. Rysunki są mroczne, stylizowane i bardzo klimatyczne. Otto Schmidt świetnie odnajduje się w łączeniu superbohaterskiej estetyki z horrorową deformacją. Postacie wyglądają znajomo, ale jednocześnie niepokojąco inaczej. To ważne, bo właśnie wizualnie ten komiks sprzedaje swoją tożsamość najlepiej. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że gościnne występy artystów, jak Simone Di Meo czy Francesco Mortarino, choć warsztatowo sprawne, odróżniają się od rewelacyjnego stylu Schmidta i troszkę wprowadzają pewien wizualny dysonans....