Wydawnictwo: inne
Data wydania: 1996 (data przybliżona)
Kategoria: Literatura piękna
ISBN:
Liczba stron: 223
Sięgnęłam (z polecenia) po ,,Jesień w Pekinie" Borisa Viana z umiarkowaną ciekawością. Niestety, już od pierwszych stron miałam poczucie dystansu wobec tej lektury. Powieść, będąca kwintesencją surrealizmu, groteski i absurdu, okazała się dla mnie frustrująca. Rozumiem, że ten pozorny nonsens stanowi narzędzie krytyki społecznej i egzystencjalnej, ale w moim przypadku to po prostu nie działa. Zamiast refleksji odczuwam raczej bezradność wobec chaotycznego, nieprzewidywalnego świata, który autor kreuje. Brak jasnych ram i sensu, a także groteskowe ujęcie miłości oraz śmierci, nie wzbudzają mojej empatii. Język powieści, pełen neologizmów, gry słów i absurdalnych dialogów, chociaż czasami może być zaskakujący, ciekawy i kreatywny, w nadmiarze był męczący. To książka, która z całą pewnością znajdzie swoich entuzjastów wśród miłośników eksperymentów formalnych i literackiego absurdu. Dla mnie jednak lektura ta okazała się rozczarowaniem.
Dotychczas w Polsce ukazały się jego następujące utwory: "Napluję na wasze groby" (1946), "Jesień w Pekinie" (1947), "Piana złudzeń" (1947), "I wykończymy...
Napisany w 1946 czarny kryminał "Napluję na wasze groby", wywołał obyczajowy skandal - pisarz został oskarżony o pornografię i niemoralność, a sprawa skończyła...
Ocena: 4, Przeczytałam,
Ktoś mi kiedyś doradził, że jak lubię książki Kurta Vonneguta, to może spodobać mi się twórczość Borisa Viana. Nie dałam się długo namawiać. „Jesień w Pekinie” jest uznawana za jego największe dzieło. Spróbujmy więc z najwyższej półki. Biorę się za tą „Jesień...”.
Książka z kategorii „nie wiem o co chodzi, ale jest czad”. Boris Vian uprawiał pisarski surrealizm, a w tej powieści wzniósł się na wyżyny gatunku. Trafiamy do świata, gdzie absurd goni absurd i nikogo one nie dziwią. Są umocowane w prawie, a nawet maja dla bohaterów logiczne uzasadnienie.
Osią fabuły jest budowa linii kolejowej na pustyni. Różne postacie w wyniku dziwnych wydarzeń trafiają do Egzopotamii i zostają zaangażowane w to przedsięwzięcie. Jednak, w moim odczuciu, to nie książka jako całość bawi/intryguje, a jej poszczególne sceny. Przyznam się, że ja fabuły nie ogarnęłam wcale, ale poszczególne epizody, dialogi to był fantastyczny pokaz absurdu oraz wspaniała zabawa słowem. Jedna ze scen, która utkwiła mi w głowie dzieje się w szpitalu. W sali stoi trzeszczące krzesło, na które pacjent się skarży. Co słyszy w odpowiedzi: „Jest chore. Leczymy je. Szpital to szpital.”[1] Pozazdrościć służby zdrowia.
„Jesień w Pekinie” nie przyćmiła mojej miłości do Kurta Vonneguta. Jest to powieść ciekawa, a Boris Vian zaskakuje pomysłem i inteligencją. Dla mnie jednak to wszystko jest zbyt abstrakcyjne. Lubię absurd, groteskę, satyrę, jednak stwierdzam, że wolę również, kiedy zarys fabuły jest wyraźniejszy. „Jesień w Pekinie” to nie opowieść, a czysta zabawa. W sumie warto było do niej dołączyć.
[1] Boris Vian, „Jesień w Pekinie”, przeł. Krystyna Dolatowska, wyd. Siedmioróg, Wrocław 1992, loc. 725-727.