Okładka książki - Making Faces

Making Faces

Wydawnictwo: Editio
Data wydania: 2017-01-05
Kategoria: Obyczajowe
ISBN: 978-83-283-1949-3
Liczba stron: 344
Tytuł oryginału: Making Faces
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Joanna Sugiero
Dodał/a książkę: Karolina Marek

Ocena: 5.45 (11 głosów)

W małym, cichym miasteczku mieszkała grupa przyjaciół. Wśród nich Ambrose Young — błyskotliwy i śmiały, młody zapaśnik ze sporymi szansami na sportową karierę. Nic dziwnego, że nie zwrócił uwagi na Fern Taylor. Zawsze miła i pogodna, nie rzucała się w oczy. Nie zauważył, że obdarzyła go uczuciem szczerym i silnym — to dla niego za mało. Ich wspólna historia mogłaby nigdy nie powstać, gdyby pewnego dnia nie wybuchła wojna. Ambrose wraz z czterema przyjaciółmi z miasteczka wyruszył do Iraku. Wrócił sam, ciężko ranny. Stracił nadzieję, ale nie Fern. Jej uczucie do niego wciąż trwało, choć już wkrótce okazało się, że miłość do mężczyzny ze złamaną duszą nie jest prosta. To historia małego miasteczka, piątki przyjaciół i opowieść o wojnie, z której wrócił tylko jeden. To piękna bajka o miłości jak z kart romansów, o zwykłej dziewczynie, która pokochała zranionego wojownika. Tej historii nie można było piękniej napisać. Czy masz odwagę spojrzeć w utraconą twarz?

Kup książkę Making Faces

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Opinie o książce - Making Faces

„Bo czasami zakochujemy się w twarzy, a nie w tym, co się pod nią kryje”

Amy Harmon skradła moje serce powieścią „Prawo Mojżesza”, która była piękną i poruszającą historią. Następna także okazała się hitem, dlatego, gdy usłyszałam o nowej książce tej autorki, to sięgnęłam po nią bez zastanowienia. Czy „Making Faces” także mnie poruszyła?

Fern nigdy się niczym nie wyróżniała, dlatego też Ambrose nie zauważył, że ta cicha i spokojna dziewczyna obdarzyła go silnym uczuciem. Fern kryła się ze swoją miłością, bo z góry było przesądzone, że tak popularny i przystojny chłopak nie zwróci na nią uwagi.

Ambrose wraz z czterema kolegami wyrusza do Iraku, by służyć swemu kraju, jednak wojna zbiera swoje żniwo i do domu powraca tylko on. Mimo że został ciężko ranny, to najbardziej boli go utrata przyjaciół. W tych trudnych chwilach może liczyć jedynie na Fern, która stara się małymi kroczkami nawiązać z nim bliższe relacje. Tylko ona jest przy nim w tym bolesnym czasie i nie zraża jej to, że został on oszpecony na całe życie.

„Kiedyś bałem się, że pójdę do piekła. Ale teraz w nim jestem i wcale nie wydaję się takie straszne”

Amy Harmon potrafi zawładnąć sercem i duszą. Wszystkie jej powieści są przepełnione uczuciami, które czytelnik przeżywa z każdą kolejną strona coraz mocniej. W „Making faces” nie wszystko jest idealne, a niektóre sceny są wręcz boleśnie smutne, mimo to książka jest na swój sposób piękna. Historia w niej zawarta jest niezwykle poruszająca a uczucie, jakie rozkwitło między bohaterami, było cudowne i prawdziwe.

Ważnym wątkiem była dla mnie przyjaźń między Fern i Baileyem. Łączyły ich mocne i niezniszczalne więzy mimo tego, że chłopak był całkowicie niesprawny przez swoją chorobę. Fern robiła wszystko, aby choć trochę uszczęśliwić życie przyjaciela.
Nie raz pękło mi serce ze smutku i wylałam wiele łez nad tą powieścią. Autorka ma niezwykłe wyczucie co do dawkowania emocji i pozostawiła mnie z tak wielkim niedosytem, że już nie mogę się doczekać kolejnej powieści spod jej pióra.

„Nie ma smutku, jeśli wcześniej nie było radości. Nie odczułabym tej straty, gdybym go nie kochała. Nie mogłabym wyleczyć się z tego bólu, nie wyrzucając Baileya z mojego serca. Dlatego wolę ten ból, niż gdybym miała nigdy go nie poznać”

Link do opinii
Avatar użytkownika - nieoceniam
nieoceniam
Przeczytane:2017-05-09, Ocena: 6, Przeczytałam, Mam,
Akcja książki rozgrywa się w Hannah Lake, a kluczowy wątek obraca się wokół głównych bohaterów Fern Taylor i Ambrose'a Young'a. To właśnie oni on grywają pierwsze skrzypce w Making faces. Ona córka pastora, mało popularna w szkole i niezbyt lubiana. Nie grzeszy urodą. Ruda burza loków, aparat ortodontyczny i okulary powodują, iż jest traktowana jak cień. On - obiekt westchnień każdej dziewczyny, nieziemsko przystojny i dobrze zbudowany aktywny zapaśnik. To właśnie w tym sporcie pragnie spełniać się w przyszłości. Często podróżuje i dużo trenuje, w związku z tym ma mało wolnego czasu i jego niedostępność czyni go jeszcze bardziej atrakcyjnym. Ponadto poznajemy również przyjaciół głównego bohatera - Jess'a, Beans'a, Paulie'a i Grant'a, a także kuzyna i zarazem najlepszego przyjaciela głównej bohaterki Bailey'a, który jest niepełnosprawny i choruje na dystrofię mięśniową... Fern od dłuższego czasu zadurzona jest w Ambrose. Niestety chłopak jest jej niespełnionym marzeniem, i nieustającym obiektem westchnień. Dziewczyna z powodu swojej niskiej samooceny, kompleksów nie ma odwagi ,,zagadać" do chłopaka. Pogrąża się w świecie książkowych romansów, a codzienność spędza ze swoim kuzynek Bailey'em Życie wszystkich bohaterów zmienia się diametralnie, kiedy 11 września 2001 roku, ma miejsce zamach na WTC. Ambrose wraz z czwórką swoich przyjaciół decydują się na odważny krok. Nie wybierają się na studia... Zaciągają się do wojska i od razu zostają wysłani do Iraku. Po wielu miesiącach do rodzinnego miasta wraca tylko Ambrose. Niestety nie jest już tym samym chłopakiem, jakim był kiedyś. Jako jedyny spośród swoich przyjaciół przeżył. Wojna odciska trwały ślad w jego psychice... Ciężko ranny i mocno oszpecony, próbuje poukładać swoje życie. Fern pragnie mu w tym pomóc. Dziewczyna jest bardzo zdeterminowana. Dąży do tego, aby przywrócić swojej miłość wiarę w to, iż ma szansę jeszcze godnie i normalnie żyć. Każdego dnia stara się, aby usunąć z jego życia poczucie winy, a także bez sensu egzystencji. Konstruktywnie udowadnia mu, iż jego twarz wcale nie jest najważniejsza. Tylko czy chłopak będzie w stanie dopuścić do siebie potęgujące uczucie od dziewczyny, którą kiedyś zdecydował się odrzucić? Czasami w życiu czytelnika są takie książki, które pozostają w sercu na zawsze. Czasami pojawiają się również takie historie, które nie wywierają w nas żadnego wpływu, i mamy ochotę rzucić książką w kąt. Z pewnością, są też takie historie, po których nie możemy się pozbierać, mamy mieszane uczucia, popadamy w nostalgię. Tak właśnie miałam z Making faces. Po skończonej lekturze, nie bardzo wiedziałam co mam myśleć o tej książce... Zdania nie chciały się układać w spójną całość. Książka poruszyła moje najgłębiej skrywane zakamarki duszy. *** Bohaterowie zostali pięknie wykreowani, ich poczynania są w pełni realistyczne. Postać Ambrose'a zrobiła na mnie duże wrażenie. Wiarygodny, mimo że poturbowany przez życie, to z silną osobowością. Dobroć bohaterów,aż bije ze stron książki. To naprawdę piękna i mądra książka, która z pewnością pozostawi wydźwięk na długie lata u niejednego czytelnika. Sugestywnie uświadamia czytelnikowi, że nie wygląd jest najważniejszy, że liczy się wnętrze. Uczy, że warto otwierać się na miłość, że naprawdę warto kochać. Do gustu przypadł mi również styl i język, jakim jest napisana cała książka, dzięki temu bardzo szybko mi się czytało. Moje zaangażowanie w lekturę rosło z każdą stroną. Serdecznie polecam. http://nie-oceniam-po-okladkach.blogspot.com/2017/05/47-making-faces-amy-harmon-recenzja.html#more
Link do opinii
Avatar użytkownika - posredniczkaa
posredniczkaa
Przeczytane:2017-05-08, Ocena: 5, Przeczytałam, 52 książki w 2017, Mam,
O ,,Making faces" słyszałam wielokrotnie. Spotkałam się z wieloma opiniami wychwalającymi dzieło Amy Harmon. Gdy nadarzyła się okazja przeczytania tej książki, nie wahałam się ani chwili i z niecierpliwością zabrałam się za jej lekturę. "Każdy jest dla kogoś głównym bohaterem..." Niestety, jak to często bywa przy wygórowanych oczekiwaniach, już pierwsze rozdziały ostudziły mój zapał. Licealne wielkie i mniejsze miłości mają to do siebie, że zostały już opisane na wszelkie możliwe sposoby, czym więc Amy Harmon zdobywa tak wielkie rzesze fanów? Amy Harmon (ur. 17 września 1968r) mówca motywacyjny, nauczycielka i mama. Dorastała na wsi, a pisanie od zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność. ukończyła dziennikarstwo na University of Michigain. Zdobyła nagrodę Pulitzera w kategorii ,,dziennikarstwo wyjaśniające". Jej książki opublikowano w siedmiu krajach. W Polsce do tej pory ukazały się dwie powieści ,,Prawo Mojżesza"oraz ,,Pieśń Dawida". Jak już wspomniałam, fabuła na początku lektury nie zachęca do kontynuacji czytania. Jesteśmy w liceum, w małym miasteczku i obserwujemy jak Fern ,,ślini się" na widok szalenie przystojnego Ambrose'a, który notabene, nawet jej nie zauważa. Śledzimy poczynania chłopaka w drużynie zapaśniczej. Obserwujemy, jak zdobywa kolejne odznaczenia i uwielbienie płci pięknej. Losy bohaterów przecinane są retrospekcjami z przeszłości, które są dość irytujące, gdyż początkowo niewiele wnoszą do książki i wydawałoby się, że nie mają kompletnie sensu. Sytuacja zmienia się gdzieś w połowie książki, gdy po ataku terrorystycznym na World Trade Center, Ambrose postanawia wyjechać do Afganistanu. Fabuła diametralnie zawraca i po długim wstępie, przy którym lekko się wynudziłam, autorka przeszła do meritum swojej książki, od którego już oderwać się nie mogłam. Po zakończonej lekturze wszelkie moje wcześniejsze zarzuty nie mają racji bytu. Płaskie charaktery bohaterów równoważy postać Baileya, a retrospekcje okazują się idealnie dopełniać fabułę powieści. "Kiedyś bałem się, że pójdę do piekła. Ale teraz w nim jestem i wcale nie wydaje się takie straszne." Nie jest mi łatwo wyrażać opinie o tej książce, kiedy po jej przeczytaniu mam w głowie całkowity mętlik. ,,Making faces" jest tak naładowana emocjami, że jej czytanie aż boli. Niezbyt często zdarza mi się płakać przy lekturach, czasami oczy mi się zaszklą ze wzruszenie, ale przy powieści Amy Harmon wyłam (bo inaczej tego nazwać nie można) nieprzerwanie przez chyba godzinę. Łzy bardzo utrudniają czytanie, ale nie mogłam przerwać. Bohaterowie ,,Making Faces" są bez wątpienia realni, ale brakuje w nich głębi i wyrazistości, wszystkim poza jednym. Bailey jest jedyną postacią w całej książce, która udowadnia, że talent autorki do kreowania swoich bohaterów literackich, jest naprawdę imponujący. Swoją bezpośredniością i specyficznym poczuciem humoru bardzo szybko sprawił, że bardzo go polubiłam i z ogromnym zainteresowaniem śledziłam jego poczynania. ,,Making faces" pod fasadą błahego romansu nastolatków i przewidywalnej fabuły, kryje w sobie niewyobrażalny ładunek emocjonalny, który wręcz przygniata czytelnika. Jeżeli szukasz lekkiej powieści, o której zapomnisz zaraz po przeczytaniu, to ta lektura nie jest dla Ciebie odpowiednia. ,,Making faces" jest książką, którą odczujesz każdą komórką ciała i każdym nerwem, a po zakończonej lekturze spojrzysz na życie w całkiem inny sposób.
Link do opinii
Fern już jako mała dziewczynka miała niezwykle bujną wyobraźnię i wraz ze swoim kuzynem Barleyem uwielbiała oddawać się najróżniejszym zabawom. Z burzą rudych loków, aparatem na zębach oraz dużymi okularami dziewczyna nigdy nie czuła się wyjątkowo ładna i niejednokrotnie miała w związku z tym spore kompleksy. Fern od kiedy tylko pamięta jest szalenie zakochana w Ambrosie Youngu - jednym z najbardziej popularnych chłopaków w jej szkole, który należy do lokalnej drużyny zapaśniczej. Chłopak wydaje się jednak w ogóle jej nie zauważać i wszystko wskazuje na to, że jej szczere oraz silne uczucie nie zostanie przez niego odwzajemnione. Ich drogi nigdy by się nie przecięły, gdyby nie pewno wydarzenie, które wstrząsnęło całym miasteczkiem oraz bezpowrotnie odmieniło bieg wydarzeń... ,,Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia." Abrose'a wychowywał jedynie ojciec, który za wszelką cenę starał się wynagrodzić mu brak matki. Chłopiec już od najmłodszych lat wyróżniał się spośród swoich rówieśników niezwykle masywną budową ciała, która zapewniała mu ogromną przewagę w prawie każdej dziedzinie sportu. Zapasy bardzo szybko stały się jego ogromną pasją i nie minęło wiele czasu, kiedy chłopak stał się jednym z najlepszych zawodników w całym stanie. Spore oczekiwania ze strony mieszkańców miasta, trenera oraz całej drużyny sprawiała, że chłopak cały czas żył pod ogromną presją, która krok po kroku go zżerała. Po dramatycznych ataku na World Trade Center Abrose z czterema przyjaciółmi postanawia wstąpić do wojska oraz całkowicie poświęcić się służbie ojczyźnie. ,,Nie ma smutku, jeśli wcześniej nie było radości." Chłopcy wyruszają do Iraku i bardzo szybko muszą stawić czoła niezwykle brutalnej rzeczywistości. Żaden z nich nie zdawał sobie sprawy z jak wielkimi wyzwaniami będą musieli się zmierzyć oraz jak wiele poświęceń będzie ich to kosztować. W wyniku pewnego tragicznego wypadku do miasteczka powraca jedynie Ambrose, który pod żadnym względem nie przypomina już pogodnego oraz uśmiechniętego chłopaka, jakim był przed służbą w wojsku. Młodemu zapaśnikowi nie tylko przyjdzie się zmierzyć z przytłaczającą pustką wywołaną stratą najbliższych przyjaciół, ale także z poważnymi obrażeniami jakich doznał w Iraku. Czy pomimo bolesnych wspomnień oraz dręczącego go poczucia winy chłopakowi uda się odzyskać kontrolę nad swoim życiem. Czy pogodna oraz zawsze uśmiechnięta Fern będzie w stanie pomóc mu w uwolnieniu się od dręczących go demonów przeszłości? ,,Kiedyś bałem się, że pójdę do piekła. Ale teraz w nim jestem i wcale nie wydaje się takie straszne." To było moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki i zdecydowanie mogę zaliczyć je do bardzo udanych. To, co autorka zaserwowała swoim czytelnikom całkowicie przerosło moje oczekiwania i nie ukrywam, że jestem szczerze zakochana w tej niesamowitej historii. To, co najbardziej urzekło mnie w tej książce to niezwykle oryginalni oraz inspirujący bohaterowie, którzy prawie na każdym kroku imponowali mi swoją odwagą oraz wewnętrzną siłą, która pomagała im zwalczyć wszelkie przeciwności losu. Moim zdecydowanym ulubieńcem okazał się Barley - kuzyn Fern, który już od najmłodszych lat zmaga się z dystrofią mięśniową, przez co większą część swojego życia musi spędzić na wózku. Jego niezwykle pozytywne nastawienie do życia oraz nieustający optymizm niejednokrotnie zrobiły na mnie ogromnie wrażenie. Bardzo spodobał mi się również styl autorki, który jest niezwykle lekki oraz plastyczny, dzięki czemu czytanie tej książki to prawdziwa przyjemność. Mimo że akcja nie pędzi w zawrotnym tempie, to przy tej pozycji naprawdę nie można się nudzić. Przedstawiona historia do głębi porusza czytelnikiem i niejednokrotnie wywołuje łzy zarówno szczęścia, jak i smutku. ,,Making faces" to słodko-gorzka opowieść o sile przyjaźni, akceptacji oraz o miłości, która potrafi uleczyć nawet najbardziej połamane serce. Obok tej książki naprawdę nie można przejść obojętnie. Gorąco polecam!
Link do opinii
Avatar użytkownika - justyna929
justyna929
Przeczytane:2017-03-24, Ocena: 4, Przeczytałem, 52 książki 2017, Mam,
Making Faces to książka, która nie zawróciła mi w głowie, może miałam wobec niej większe oczekiwania, może te wszystkie recenzje i zdania, że książka to emocjonalna bomba z rewelacyjnym stylem Harmon, sprawiło, że chciałam prawdziwej bomby, czegoś do płaczu, czegoś, co poruszy mnie do głębi i zostawi z pustką w głowie. Tak się jednak nie stało. http://ksiazkomiloscimoja.blogspot.com/2017/02/making-faces-kolejna-ksiazka-amy-harmon.html
Link do opinii
Avatar użytkownika - rudablondynkarec
rudablondynkarec
Przeczytane:2017-01-09, Ocena: 6, Przeczytałam, 2017, Mam,
Jedno wydarzenie, a zmienia nasze myślenie oraz życie. Tak było też w przypadku Ambrose Younga. Razem ze swoimi przyjaciółmi - Jesse, Paul, Connor "Beans" i Grant - wyruszają na wojnę, która wszystko zmienia. Po drastycznym zamachu do domu powraca tylko Ambrose, który niestety nie potrafi odnaleźć się w swoim starym życiu. Jednak dzięki uporowi Fern i Bailey'a chłopak rozumie, że życie toczy się dalej i nigdy nie będzie takie jak dawniej. Ta zwykła dwójka przyjaciół dała mu do zrozumienia, że przeszłości i wspomnień nie można zamazać, bo wtedy na zawsze stracilibyśmy obraz osób, które pojawiły się w naszym życiu i których kochaliśmy, a wtedy na pewno było by jeszcze gorzej niż teraz.  Czy Ambrose powróci do zajęć z życia przed wojną? Czy Fern będzie tą, która przyniesie mu ukojenie? Czy odnajdą swoją miłość?  Tego wam nie zdradzę, ponieważ to wszystko wyjaśni wam się, gdy sięgnięcie po "Making faces". Moim zdaniem książka bardzo realistycznie ukazuje obrazy wojny i zmagań na froncie. Dodatkowo bardzo odczuwalny jest smutek, żal, ból i cierpienie, a zakończenie doprowadza do łez. "Making faces" to rewelacyjna książka trzymająca w napięciu i do ostatniej strony czytelnik nie wie, co jeszcze się wydarzy. Największym plusem jak dla mnie są wątki wspomnień, choć czasami nie pasowały do obecnie rozgrywającej się akcji. Minusem natomiast jest prolog książki, który zapowiada, że na następnych stronach znajdziemy całkiem inną historię niż zapowiada opis książki. Pomimo tego jednego minusa książkę gorąco polecam wszystkim, a szczególnie tym, którzy nie rozumieją, że wojna potrafi nieść spustoszenie w życiu rodzin, którzy na froncie tracą swoich bliskich. 
Link do opinii
Avatar użytkownika - silwana
silwana
Przeczytane:2017-02-05, Ocena: 5, Przeczytałam, 100 książek - 2017,
Bardzo dobra książka. Pełna uczucia, w trakcie czytania uroniłam kilka łez. Zakończenie bardzo dobre.
Link do opinii
Avatar użytkownika - barwinka
barwinka
Przeczytane:2017-01-31, Ocena: 6, Przeczytałam, Mam, Recenzenckie,
Pamiętam tamto popołudnie, kiedy po powrocie ze szkoły zderzyłam się z rzeczywistością. Dopiero po czasie zrozumiałam, jak bardzo znacząca data to była. Transmisja na żywo, której byliśmy wtedy świadkami wydawała nam się nierealna, nikt do końca nie wierzył, że te wydarzenia mają miejsce, że zginie tyle ludzi i że będzie to w pewnym sensie początek nowej epoki - 11 września 2001 roku. Fern od zawsze kocha się a Amosie, choć jak to w takich wypadkach bywa jest to uczucie niezwykle platoniczne i prawie niemożliwe do spełnienia. Ona - brzydkie kaczątko, późne dziecko pastorostwa, wielka marzycielka. On - gwiazda szkoły, zapaśnik, przystojny i rozrywany. Żyją w zupełnie innych światach i praktycznie nie ma możliwości, żeby to się zmieniło. Do czasu... Wydarzenia z 11 września, relacja na żywo, którą oglądają w szkole. Strach Amosa o rodzinę, niedalekie eksplozje samolotów. A potem piątka młodych chłopaków, którzy idą do wojska i jadą do Iraku. To zmienia nie tylko dwoje głównych bohaterów ale również całe miasteczko, w którym przyszło im żyć. Niezwykle mocno podobały mi się dwie poprzednie powieści autorki "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida", ale powyższy tytuł powalił mnie na kolana. Historia, która początkowo zapowiadała się na lekką powieść młodzieżową, romans w którym trzeba pokonać przeszkody, zmieniła się w piękną historię o walce, traumie, inności, pokonywaniu przeszkód i godzeniu się z prawdą. Obok tego tytułu nie można przejść obojętnie. W powyższym opisie historii zabrakło jednego bohatera, którego historia zajmuje jedno z ważniejszych miejsc - Bailey. Kuzyn Rity, który choruje na dystrofię mięśniową Duchenne'a. Jego walka, to że się nie poddaje, choć jest całkowicie zależny od innych, niesamowicie silny charakter - takiego bohatera nie da się zapomnieć. Podziwiam autorkę, że w tej historii poruszyła tak wiele tematów, trudnych i nieprzyjemnych, i udaje jej się bardzo zgrabnie je połączyć. Co więcej, ta książka ostatecznie daje nadzieję. Pokazuje odwagę i męstwo. Piękno i brzydotę. Spojrzenie na drugiego człowieka nie przez pryzmat urody, a tego co ma we wnętrzu. Kwestię przemocy w rodzinie. Brzydkiego Kaczątka i księcia. Wojny i walki o wolność. Terroryzmu. Poczucia winy. Trudnej choroby. Wydaje się, że te wszystkie kwestie są nie do pogodzenia w jednej historii, a jednak autorce się to udało. Fern to młoda dziewczyna, która nie dostrzega swojej urody i dlatego nie wierzy, że ktoś przystojny może się nią zainteresować. Okazuje się jednak, że jej zauroczenie, a może miłość nie mija, że uroda nie jest najważniejszym elementem tego uczucia. Dziewczyna widzi to, co w środku drugiego człowieka. Ambose - chłopak który ma wszystko, urodę, sławę, przyjaźń. Wydawało by się idealne życie. A jednak ono również ma swoje cienie. Ambrose wychowuje się tylko z ojcem, matka odeszła w poszukiwaniu lepszej przyszłości. To on pierwszy decyduje się zaciągnąć. To on pociąga kolegów i przyjaciół. I nie może sobie tego darować, poczucie winy jest nie do zniesienia. Bailey - chłopak, który cieszy się tym co ma, choć jest tego tak niewiele. Całkowicie uzależniony od innych, praktycznie nieruchomy, a jednak jego umysł wyprzedza wszystkich innych. Dopiero na końcu zwróciłam uwagę na nazwy rozdziałów. Marzenia młodego mężczyzny, który tak niewiele może mieć od życia. Być może książka jest mi bliska również na wiek bohaterów, który pokrywa się z moim. W tym samym czasie byliśmy świadkami przerażających wydarzeń. Nie potrafiliśmy uwierzyć w tak wielkie cierpienie ludzi. Wyprawa na wojnę jest bezpośrednią kontynuacją tych przeżyć. Chęć pomocy swojemu narodowi, sprawienia, że podobna tragedia nigdy więcej się nie wydarzy. O tej historii można pisać bardzo wiele. Ale najlepiej jest samemu poznać bohaterów i świat, w jakim przyszło im żyć. Ta wspaniała historia pokazuje, że w literaturze wiele może nas jeszcze zaskoczyć. Bardzo podobała mi się twórczość Amy Harmon, teraz stał się ona jedną z moich ulubionych pisarek. Z niecierpliwością czekam na każdą kolejną książkę, która wyjdzie spod jej pióra. Sięgnijcie po ten tytuł, choć tematy, jakie porusza nie należą do łatwych, jest to historia, którą warto poznać i przemyśleć.
Link do opinii
Nie ukrywam, iż książka wypełniła ciepłem moje serce. Niejednokrotnie też w moich oczach pojawiły się łzy, których nie byłam w stanie powstrzymać. Czułam silną wieź z bohaterami powieści. Fern Taylor to dziewczyna, która ma złą samoocenę, choć jest niezwykle inteligentna i mądra, wciąż uważa się za brzydką, przez co chłopaki wciąż się z niej wyśmiewają. Jedyną postacią, która docenia ją jest jej kuzyn, a zarazem najlepszy przyjaciel Bailey. Bailey porusza się na wózku inwalidzkim, gdyż jest dotknięty chorobą, która każdego dnia postępuje. Ale on, to niezwykle pozytywnie nastawiony do życia młodzieniec, z którego mógłby brać przykład niejeden uczeń. Ambrose Young, młody i utalentowany zapaśnik, do tego niezwykle przystojny. Nie zauważa, że Fern się w nim kocha, w ogóle jej nie zauważa do pewnego momentu... Głównym motywem powieści jest niezwykła przyjaźń pomiędzy Fern i Baileyem, a także między Ambrose i jego przyjaciółmi zapaśnikami. To taka przyjaźń, której z całą pewnością niektórzy z nas mogliby pozazdrościć. Widać, że jeden za drugim poszedłby w ogień. To przyjaźń, która uskrzydla, nadaje sens ich istnieniom i sprawia, że życie staje się łatwiejsze. "- Są takie chwile, Bailey. Kiedy myślisz, że już więcej nie zniesiesz. Ale potem odkrywasz, że jednak dajesz radę. Zawsze dajesz radę. Jesteś twardy. Bierzesz głęboki oddech, zaciskasz mocniej zęby, pokonujesz kolejne przeszkody, aż w końcu wiatr znów zaczyna ci wiać w żagle - powiedziała, choć jej niepewny uśmiech i mokre od łez oczy zaprzeczały tym słowom." W życiu często wyznaczamy sobie jakieś cele, a później dążymy do ich realizacji. Ale bywa i tak, że nasze priorytety się zmieniają. Pojawia się w naszym życiu jakaś wizja i czujemy, że musimy ją zrealizować. Ambrose postanowił zaciągnąć się do wojska, ale nie chciał iść sam, więc próbował do tego przekonać czworo swoich przyjaciół. Tak się stało, wspólnie wyruszyli na tę misję, z której zamiast piątki, wróciła tylko jedna osoba. Pytanie zatem brzmi: jak pogodzić się ze śmiercią przyjaciół, skoro ja nadal tutaj jestem? Czy nie powinienem być razem z nimi? Dlaczego oni, a nie ja? Ciężko znaleźć odpowiedź na te pytania. Po takim przeżyciu, życie się zmienia, nawet nie mamy pojęcia jak bardzo. Zamykamy się w sobie, pragnąc odgrodzić się od wszystkich w koło, nawet od tych, którzy nadal w nas wierzą. Traumatyczne przeżycia odciskają piętno na naszym życiu. Spotkamy się tutaj z brakiem wiary w siebie, ale nie brakiem wiary w drugiego człowieka. Nikt nie potrafił tak doskonale, wierzyć w kogoś, kiedy większość się od tego kogoś odwróciła, tak jak Fern. To niezwykła postać, którą powinien naśladować każdy z nas. Jej serce biło dobrocią z każdej możliwej strony, zawsze starała się być pomocna dla wszystkich, zwłaszcza dla Baileya. I kiedy ona troszczyła się o niego, to tak naprawdę on bał się o nią. Bał się, jak ona sobie poradzi, kiedy jego już zabraknie. Będziemy świadkami niezwykłej miłości, która z początku zostaje odrzucona, a dopiero później zauważona. Poczucie własnej wartości, dlaczego tak często nam jej brak? Co takiego wpływa na to, że nie wierzymy w siebie samych? Wydaje nam się, że wszystko co spotyka nas, dzieje się za karę. Ale tak nie jest. Wszystko ma swój sens, o czym przekonali się nasi bohaterowie. "- Prawdziwe piękno, takie, które nie blaknie i nie umiera, wymaga czasu. Wymaga napięcia. Wymaga niewiarygodnej wytrwałości. To krople, które jedna po drugiej budują stalaktyt; to trzęsienia ziemi, które tworzą łańcuchy górskie; to fale uderzające nieustannie o brzeg, które łamią skały i wygładzają twarde krawędzie. A z tej gwałtowności, wrzawy, wściekłego wycia wiatru i szumu wody rodzi się coś lepszego, coś, co w innych okolicznościach nie mogłoby zaistnień." Making faces to niezwykle wartościowa powieść o sile przyjaźni, niezwykłej odwadze i odkrywaniu piękna w samym sobie. To powieść, która uświadamia nam, iż "to nie szata zdobi człowieka". Najważniejsze jest to, co skrywamy wewnątrz siebie. Bo cóż nam po bezużytecznym opakowaniu, skoro towar w środku może okazać się zepsuty? W każdym człowieku jest ukryte jakieś piękno, ale czy ujrzy je ktoś poza nami, zależy od nas samych. Zachęcam do przeczytania.
Link do opinii
Avatar użytkownika - kasiatuszek
kasiatuszek
Przeczytane:2017-02-05, Ocena: 6, Przeczytałam,
Kilka miesięcy temu miałam ogromną przyjemność poznać wydane na rynku polskim książki Amy Harmon: „Prawo Mojżesza” oraz „Pieśń Dawida”, które wywarły na mnie niesamowite wrażenie, a w trakcie lektury każdej z nich doświadczyłam przepięknych uczuć oraz niepowtarzalnych emocji, których chwilami nie potrafiłam nazwać, a tym bardziej ubrać w słowa. To powieści, które za pomocą ukazanych w nich historii, przekazują mnóstwo cennych wartości, wnoszą coś istotnego a zarazem cudownego do życia każdego z nas, niosą niejedno wartościowe przesłanie, a przede wszystkim zapadają w pamięć i sprawiają, że ma się ochotę jeszcze do nich wrócić i przeżyć jeszcze raz te wszystkie wspaniałe chwile (choć często smutne i poruszające). Gdy dowiedziałam się, że na początku 2017 w księgarniach pojawi się nowa książka autorki, to wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Prawdę mówiąc, zdecydowałam się na jej zrecenzowanie w ciemno, nawet nie zapoznałam się z opisem. Byłam pewna, że się nie zawiodę. I miałam rację. Zapraszam na moją opinię :) Amy Harmon - mama, mówca motywacyjny, nauczycielka oraz autorka bestsellerowych powieści. Pochodzi z Levan, w stanie Utah. Zajmuje się dziećmi oraz pisze. Pisanie od zawsze sprawiało jej ogromną przyjemność i radość. Autorka napisała osiem powieści, które zostały opublikowane w siedmiu krajach. Zdobyły mnóstwo wyróżnień i nagród (Wall Street Journal Bestseller, New York Times Bestseller, Whitney Award, Swirl Award i inne). W wolnych chwilach Harmon śpiewa w chórze Saints Unified Voices. W Polsce dotychczas ukazały się: Prawo Mojżesza oraz Pieśń Dawida. W jednym z małych miasteczek w Pensylwanii mieszka grupa przyjaciół. Jednak najbardziej lubianym i podziwianym jest chłopak o imieniu Ambrose - przystojny mistrz zapasów. Od kilku lat zakochana w nim jest Fern - miła, serdeczna i uprzejma, ale bardzo zakompleksiona dziewczyna (niska, ruda, w okularach), której tak naprawdę nikt nie zauważa. Poza jej kuzynem poruszającym się na wózku inwalidzkim i wymagającym opieki. Pewnego dnia świat obiega wiadomość o ataku na World Trade Center. Ambrose oraz jego kumple postanawiają zaciągnąć się do wojska, aby walczyć o sprawiedliwość i bronić kraju. Kiedy przebywają w Iraku dochodzi do dramatycznego wypadku, w wyniku którego ginie czterech młodych chłopaków. Brosey powraca ranny do rodzinnego miasteczka. Ukrywa się przed ludźmi, nie pokazuje twarzy, unika dziennych wędrówek po mieście. Tym zachowaniem wzbudza jednocześnie ciekawość i niezrozumienie, a wśród niektórych uznawany jest nawet za winnego tragedii. Chłopak tylko wieczorami i nocami opuszcza dom, wówczas pomaga ojcu w piekarni. Któregoś dnia przypadkiem spotyka Fern, której uczucie do niego nigdy nie wygasło. Dziewczyna pragnie mu pomóc i wpada na pewien pomysł... „Making faces” pochłonęłam kilka dni temu i od tamtej pory próbowałam napisać o niej opinię i podzielić się wrażeniami po lekturze tejże powieści, ale niestety nie udawało mi się. Za każdym razem, gdy zasiadałam do laptopa i otwierałam dokument, wówczas okazywało się, że nie mogę złożyć jakiegokolwiek zdania. Ślepo patrzyłam przez kilka minut na migający kursor i tyle. A potem zamykałam plik i wracałam do domowych obowiązków. Dlaczego tak się działo? Otóż nie dlatego, że nie miałam weny czy nie wiedziałam, co miałabym napisać, bo akurat w przypadku książek Amy Harmon jest o czym mówić i pisać, to nie podlega dyskusji. Aczkolwiek obawiałam się, że nie będę potrafiła odzwierciedlić wszystkich targających mną uczuć, przelać na papier wszystkich kotłujących się w mojej głowie myśli. Pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się przekazać za pomocą słów, choćbyśmy bardzo tego chcieli. Nie wszystkie emocje, uczucia można ubrać w słowa. Trzeba to po prostu przeżyć. Do lektury „Making faces” podchodziłam dwukrotnie. Za pierwszym razem, krótko mówiąc, przebrnęłam przez czterdzieści stron, nie wiedząc, o czym czytam. Kompletnie nie mogłam się skupić, a nawet zaangażować, bowiem doświadczyłam kaca książkowego po innej powieści - całkowicie odmiennej gatunkowo, która we mnie wsiąknęła, zawładnęła moim umysłem. Z tego też powodu przerwałam czytanie książki Amy Harmon i wróciłam do niej po paru dniach, zaczynając oczywiście od początku. I wtedy przepadłam. Nie mogłam i nie chciałam się oderwać. Chłonęłam każde słowo, zdanie, kartkę. Odnosiłam wrażenie, jakby opisana historia była rzeczywistością, jakby to działo się naprawdę. Wielokrotnie czułam, jakbym uczestniczyła w życiu bohaterów. Wraz z nimi się śmiałam, płakałam, przeżywałam zaistniałe sytuacje. W połowie książki moje oczy zaszły łzami, które następnie odnalazły ujście i spływały strumieniami po policzkach przez ostatnie sto stron. Nie potrafiłam nad nimi zapanować ani się uspokoić. Moje serce rozpadło się na milion cząsteczek, po czym powoli zaczęło się sklejać, aby wreszcie stworzyć dopasowaną całość. Powieść skończyłam czytać w nocy i po przewróceniu ostatniej strony, a potem zamknięciu książki, jeszcze przez kilkanaście minut nie mogłam się ruszyć, wykonać żadnego kroku czy gestu. Popadłam w zadumę. I długo nie mogłam zasnąć. Wtedy przypomniałam sobie chwilę sprzed kilku miesięcy, kiedy to poznałam historię Mojżesza ("Prawo Mojżesza") - dokładnie tak samo zareagowałam po lekturze tej publikacji autorki. Niewątpliwie Amy Harmon posiada dar tworzenia ujmujących opowieści w pięknym stylu. Chwytają one bowiem za serce, skłaniają do refleksji, pozwalają otworzyć oczy na pewne kwestie, spojrzeć z ciekawością i wrażliwością na wiele ważnych spraw, zrozumieć uczucia ludzi doświadczonych przez życie, widzieć ich oczami otaczający ich świat, odczuwać i przeżywać wraz z nimi wszystkie momenty, które zaistniały w ich niełatwym życiu. To wielki talent i umiejętność przekazywania niesamowitych emocji za pomocą prostych słów i wyrażeń. W tejże powieści pisarka nawiązuje do tragicznych wydarzeń z jedenastego września 2001 roku, kiedy to miał miejsce atak terrorystyczny na World Trade Center. Pokazała reakcje ludzi na tę wiadomość, ich zachowania wobec tego, co wówczas się stało, ich uczucia, ból, rozpacz, strach, a także chęć walki o sprawiedliwość i bezpieczeństwo kraju, a poniekąd też pragnienie zemsty i służenie w obronie ojczyzny. Porusza też istotne problemy ludzi młodych, będących świadkami drastycznych zdarzeń, które zdecydowanie odcisnęły na nich piętno i którzy podjęli decyzję o zaciągnięciu się do wojska, tym samym wyjeździe do Iraku na wojnę, z której tylko jeden z grupy przyjaciół powrócił żywy, ale okaleczony (nie tylko fizycznie, ale przede wszystkim emocjonalnie). Ponadto traktuje też o życiu nastoletniego człowieka, zmagającego się z dystrofią mięśniową Duchenne'a, mającego świadomość, że jego dni są policzone, zdającego sobie sprawę z tego, że nie uniknie śmierci, mimo, iż bardzo pragnie żyć i walczy o każdy kolejny dzień. Mimo, iż sam wymagał opieki i wsparcia, pomagał innym na tyle, na ile potrafił i na ile wystarczało mu sił. Jego podejście do świata wzbudza szacunek i podziw. Jego postawa i radość z każdej przeżytej chwili uświadamia, że należy docenić własne życie i czerpać przyjemność z każdego dnia, nie myśleć o przyszłości, na którą nie mamy wpływu, nie analizować, tylko żyć dniem dzisiejszym i w pełni korzystać z każdej danej nam chwili. Szczerze przyznaję, że od początku obdarzyłam sympatią wszystkich bohaterów „Making faces” (może poza jednym wyjątkiem o imieniu Becker, który wzbudzał same negatywne uczucia). Polubiłam Fern - córkę pastora, dziewczynę zakompleksioną, nieśmiałą, opiekuńczą, niepewną siebie, zamkniętą w sobie, nieszczęśliwie zakochaną, wielbicielkę romansów, które też sama pisała, ale ukrywała je głęboko w szufladzie, poświęcającą każdą wolną chwilę choremu kuzynowi i będącą wspaniałą przyjaciółką. Również uwielbiałam Ambrose - uznawany za szkolną gwiazdę, czterokrotny mistrz w zapasach, wychowywany przez ojczyma, przystojny, cieszący się powodzeniem wśród dziewczyn, aczkolwiek małomówny, skryty, wrażliwy (choć tego nie okazywał), zdeterminowany, ambitny i oddany pasji. Podjął decyzję o wyjeździe do Iraku po tym, kiedy świat obiegła informacja o zamachu na WTC (w jednej z wież siedzibę miała firma, w której pracowała jego mama). Namówił swoich najlepszych przyjaciół, aby również zaciągnęli się do wojska, co uczynili. Niestety zginęli podczas powrotu do bazy, a zraniony Ambrose wrócił do rodzinnego miasta z poczuciem winy, lękiem przed odrzuceniem i brakiem akceptacji. Jednak najpiękniejsze uczucia wywołała we mnie postać Bailey'a - młodego mężczyzny poruszającego się na wózku inwalidzkim w wyniku ciężkiej i śmiertelnej choroby, cudownego człowieka wykazującego ogromną chęć życia, nastolatka pełnego empatii, miłości, niesienia pomocy innym, pasjonującego się historią, oddanego przyjaciela. Każda z tych (i wielu innych) osób została dokładnie wykreowana przez autorkę, ze wszelkimi wadami i zaletami, bez zbędnego idealizowania. Każdy z bohaterów zmagał się z problemami, walczył z kompleksami, wstydem i brakiem pewności siebie, ale też pragnął być kochanym i akceptowanym przez otaczające go środowisko. Wszyscy w pewnym sensie zostali doświadczeni przez życie i wielokrotnie musieli radzić sobie z przeciwnościami losu i przeszkodami napotykanymi na ich drodze. „Making faces” to opowieść o przepięknej przyjaźni, prawdziwej miłości, niesprawiedliwej śmierci, utracie bliskich osób, spełnianiu marzeń, akceptowaniu siebie, odwadze, walce z chorobą, nadziei, a także o przemocy fizycznej. To pięknie napisana, urzekająca, nadzwyczajna, poruszająca i wzruszająca historia przyjaciół. To też niezwykle mądra, wartościowa, emocjonalna, pouczająca, uświadamiająca, zmuszająca do rozważań, życiowa powieść, która na długo zapada w pamięć, a przede wszystkim osadza się głęboko w sercu. To pozycja, która na pewno będzie widniała na mojej liście najlepszych książek przeczytanych przeze mnie w dotychczasowym życiu (zresztą jak wszystkie Amy Harmon). Gorąco polecam. Warto poznać tę porywającą historię i spróbować inaczej spojrzeć na życie, a może nawet coś w nim zmienić.
Link do opinii
Avatar użytkownika - Psotka88
Psotka88
Przeczytane:2017-01-29, Ocena: 6, Przeczytałam, 52 książki 2017,
Kolejna książka Amy Harmon, którą zaraz jak zobaczyłam to musiałam zdobyć. Dlaczego? Bo po dwóch poprzednich, które zrobiły na mnie na prawdę duże wrażenie postanowiłam nie odpuszczać i czytać kolejne. Z wiarą i nadzieją, że będą równie dobre jak nie lepsze... Właśnie taki wiersz pisze główna bohaterka. Wylewając swoje uczucia i emocje na papier tworzy coś co pewnie siedzi w głowie wielu z nas. "Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy się śmiał, gdy stworzył mnie? Czy stworzył nogi, które nie chodzą, i oczy, które widzą źle? Czy kręci loki na mojej głowie, tworząc z nich dziką burzę? Czy zatyka uszy głuchemu, robiąc to wbrew ludzkiej naturze? Czy mój wygląd to przypadek, czy okrutne zrządzenie losu? Czy mogę obwiniać Go za to, czego u siebie nie znoszę? Za wady, które mnie prześladują w najgorszych snach, Za brzydotę, której nie znoszę, za nienawiść i strach? Czy czerpie z tego jakąś przyjemność, ze wyglądam aż tak źle? Jeżeli Bóg wymyślił nam twarze, to czy śmiał się, gdy tworzył mnie?"* Fern Tylor to zawsze miła, uśmiechnięta i chętna do pomocy dziewczyna. Niestety świadoma tego, że choć jest inteligentna i łatwo ją polubić to ładna nie jest. Dlatego choć bardzo boli ją fakt, że zakochana jest bez wzajemności to nie skarży się i żyje z tym tak jak potrafi. Ambrose Young to błyskotliwy i śmiały chłopak, który wyrasta na zapaśnika z szansami na sukcesy sportowe. Jak niczego w życiu świadom jest swojej urody i nie waha się tego wykorzystywać. Ona zakochana po uszy, a on zupełnie nieświadomy jej uczuć. Do czasu... Po zakończeniu szkoły Brose postanawia coś zmienić. Zaciąga się do wojska. Wraz z nim idzie czwórka jego najlepszych przyjaciół. Choć wszyscy świadomi tego co może stać się na wojnie, to chyba żaden nie dopuszczał do siebie konkretnych myśli. Niestety Beans, Paulie, Grant oraz Jesse wracają w trumnach, a Ambros jest mocno okaleczony. Jest jeszcze Bailey - chorujący na zanik mięśni przyjaciel Fern, syn trenera pod którego skrzydłami rozwijał się swego czasu Brose. Chłopak niezwykle dzielny mimo trudności jakie los przed nim stawiał. "Gdy się komuś długo przyglądasz, przestajesz widzieć doskonały nos albo proste zęby. Przestajesz widzieć bliznę po trądziku i dołek na brodzie. Te cechy zaczynają się zamazywać, a ty nagle widzisz kolory i to, co kryje się w środku, a piękno nabiera zupełnie nowego znaczenia."** Między tą trójką rodzi się przyjaźń, a Ambros wreszcie zaczyna doceniać Fern nie tylko jako przyjaciółkę. I choć przed nimi wiele przeszkód, gór i pagórków to wszyscy walczą tak jak potrafią. Dopingują się nawzajem, wzajemnie dają sobie kopa w tyłek jeśli sytuacja tego wymaga. Bo przyjaciele są nie tylko po to by pocieszać, ale też po to by postawić do pionu, gdy jest to potrzebne. Choć czytając książkę pokochałam każdego bohatera w inny sposób to moim prawdziwym BOHATEREM w "Making Faces" został Bailey. To on zagościł w moim sercu na specjalnym miejscu i w nim pozostanie pewnie jeszcze długo. Sama pozycja przepełniona jest przyjaźnią i walką, ale przede wszystkim bólem. Jest piękna i wartościowa. Ma przesłanie, ale jej czytanie nie jest lekkie. To co towarzyszyło mi podczas lektury to wzruszenie i łzy, ale też śmiech i radość. Tą książkę warto przeczytać i nie ważne czy jesteś chłopakiem czy dziewczyną. Nastolatkiem czy dorosłym. Może nie każdy będzie zachwycony, ale wierzę, że każdy wyłapie z niej przesłanie. Ja czekam na więcej spod pióra Amy Harmon. * - Cytat z "Making Faces" Amy Harmon, str. 81 ** - Cytat z "Making Faces" Amy Harmon, str 232
Link do opinii
Inne książki autora
Pieśń Dawida
Amy Harmon0
Okładka ksiązki - Pieśń Dawida

Amy Harmon Autorka bestsellerów "New York Timesa" Czasem najważniejsze walki to te, których nie spodziewamy się wygrać. Dawid...

Prawo Mojżesza
Amy Harmon0
Okładka ksiązki - Prawo Mojżesza

Amy Harmon Bestsellerowa pisarka „New York Timesa” Znaleziono go w koszu na pranie w pralni Quick Wash. Miał zaledwie kilka godzin i był...

Recenzje miesiąca
Dobry pies
Rafał Witek
Okładka książki - Dobry pies
Na gigancie
Peter May
Okładka książki - Na gigancie
Lata powyżej zera
Anna Cieplak
Okładka książki - Lata powyżej zera
Pokaż wszystkie recenzje
Reklamy