Jej przeznaczeniem jest burza, lecz burza szaleje również w jej sercu
Rozdarte wojną Anwyvn ogarnął strach przed plagą maegii. Półelfy tacy jak Rhya Fleetwood są zabijani na miejscu. Jednak jej egzekucję przerywa niespodziewany wybawca, jeszcze bardziej przerażający niż niedoszli zabójcy - tajemniczy dowódca Scythe. Uwięziona przez nowego wroga Rhya przemierza jałowe pustkowia Norlandii. W trakcie drogi będzie stopniowo odkrywać prawdę na temat swojego porywacza, zarazy, która pustoszy jej dom, a przede wszystkim - swojego przeznaczenia. Dziwny znak na jej piersi i umiejętność przywoływania wiatru oznaczają, że jest Reliktem, jedną z czterech dusz rozproszonych po Anwyvn, które mogą przywrócić równowagę maegii.
Jednak opanowanie tej mocy to nie wszystko. W jej sercu szaleje pragnienie mężczyzny, któremu tak boi się zaufać. Rhya musi dokonać wyboru: czy zdusić w sobie ten płomień miłości, czy dać mu się pochłonąć...
Tkająca wiatr to epicka opowieść o magii, miłości i starożytnej przepowiedni, która może uratować świat lub skazać go na zagładę.
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 2025-10-07
Kategoria: Fantasy/SF
ISBN:
Liczba stron: 544
Tytuł oryginału: The Wind Weaver
To czy książka jest dobra można poznać po zarwanej nocy, niewyspaniu i poważnym problemie z oderwaniem się od wciągającej fabuły. I tak właśnie miałam z "Tkającą wiatr". Nie potrafiłam odczepić się od niej, koniecznie chciałam poznać dalsze losy bohaterów i tak mnie porwała, że dosłownie ją pochłonęłam. Po prostu w naszym życiu trafiają się książki, które otwierasz i od razu czujesz, że coś w tobie drży. „Tkająca Wiatr” to właśnie taka historia, pełna wichru, magii i pragnień, które potrafią zrównać z ziemią nawet najbardziej odporne serce. Mamy tutaj elfy, maegię, bitwy, wędrówkę, królestwa, dobrze wykreowany i przedstawiony świat, waśnie, nie brakuje wątku romantycznego i cóż... PILNIE potrzebuję drugiego tomu, nie wytrzymam z tą niewiedzą, co dzieje się dalej. 🌪
Rhya Fleetwood nie jest zwykłą bohaterką. Półelfka, odrzucona przez świat, w którym się urodziła. Ścigana przez ludzi, którzy nienawidzą jej krwi, zostaje wrzucona w sam środek burzy, dosłownie i metaforycznie. A gdy już wydaje się, że to koniec, na jej drodze pojawia się on, Scythe, dowódca o spojrzeniu zimnym jak stal i duszy, której nie sposób odczytać. Ratuje ją, ale nie bezinteresownie. Między nimi rodzi się coś, co przypomina wicher, gwałtowne, niebezpieczne, ale nieuchronne. Jedno spojrzenie w oczy może wywołać w sercu burze.
Nie można zapomnieć też o Sorenie, tajemniczym księciu, którego namiastkę dała nam autorka. Jest fenomenalną postacią i z całą powieścią namiesza w fabule. I jak na razie to właśnie on skradł moje serce, nie Scythe. I mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Autorka tka tę opowieść niczym pajęczynę z magii, gniewu i pożądania. Świat Anwyvn jest brutalny, podzielony, skażony wojną i strachem przed maegią, a mimo to zachwyca. Powiewa w nim echo znanych już motów, ale jednocześnie trochę czegoś całkiem nowego. To właśnie ta mieszanka sprawia, że trudno odłożyć książkę, choć czasami chciałoby się potrząsnąć bohaterami, by szybciej zrozumieli, czego pragną.
Rhya to postać, którą jedni pokochają, a drudzy znienawidzą, bowiem jest silna, ale jednocześnie uparta, czasami wręcz za bardzo czym wywoływała we mnie frustrację. Jednocześnie jest mocno emocjonalna, przez co niekiedy również naiwna. Scythe natomiast to typowy „ciemny rycerz” romatasy: z tajemnicą, traumą i uśmiechem, który obiecuje więcej, niż powinien. Jego uczucia są mocno ukryte, aby stopniowo wypływać na światło dnia. Ich relacja rozwija się powoli, na pograniczu nienawiści i pożądania, i choć momentami miałam ochotę krzyczeć: „No całuj ją już, do diaska!”, to doceniam, że autorka pozwoliła temu uczuciu oddychać i stopniowo budowała namiętność i wzajemne pożądanie. Nie nadawała tej relacji niepotrzebnego lukru, raczej była to słodko-gorzka mieszanka pragnień.
Największym atutem powieści jest atmosfera, która już od samego początku jest bardzo dobrze budowana. Czuć chłód północy, szum wiatru i iskrzenie w powietrzu. Każda strona pachnie przygodą, a tempo powieści było jak dla mnie idealne. Autorka nie skupia się na nic nie wnoszących do fabuły elementach, serwuje dobrą dawkę akcji, emocji, tajemnic i maegii, jednocześnie w tym wszystkim pięknie opisując otaczający bohaterów świat i krajobraz, z należytą starannością, ale bez zmęczenia czytelnika. Jako zapalona fanka romantasy część fabularnych rozwiązań przewidziałam wcześniej, ale to wcale nie odbierało mi przyjemności z czytania, wręcz czekałam, aż wreszcie wszystko, co przeczuwałam, wybuchnie jak nawałnica. Mnie po prostu ciężko zaskoczyć, ale mimo wszystko autorka umiała we mnie wzbudzić napięcie. A kiedy już wszystko wybuchło pozostałam z pytaniem „Jak mam teraz żyć do premiery drugiego tomu?”
I może niektórzy pomyślą, że nie jest to powieść idealna, ja też tak nie uważam, ale bawiłam się przy niej świetnie. Trochę miałam zgrzyt w momencie, gdy główna bohaterka dostała piękną suknię i stwierdziła, że już nie wygląda na niedożywioną, a minęło kilka dni odkąd zaczęła jeść, a jeszcze mniej od wyruszenia z gospody, gdzie wyglądała okropnie. Czasami ten upływ czasu robił bardzo duży przeskok i nawet nie wiem kiedy. Niezgodności w słowach autorki wyłapałam też, gdy Rhyu była w lesie, a Penn zasłonił jej usta, aby nie krzyczała, bo może przywołać żyjące w nim stwory, po czym beztrosko zaczęli się kłócić. Zdarzało się, że bohaterowie dość absurdalnie się zachowywali, jak wzniecanie mocy poprzez silne emocje w Opuszczonym Lesie, gdzie Penn ma świadomość, że żyją Lodowe Olbrzymy. Generalnie wiecznie opanowany właśnie tam momentalnie traci nad sobą panowanie. I rozumiem, miało dać to dreszczyk emocji, ale nie do końca wyszło.
„Tkająca Wiatr” to romantasy z serca i z krwi, pełne magii, emocji i namiętności. To nie jest powieść idealna, ale jest prawdziwa w swoich emocjach. Ma w sobie coś z żywiołu: raz porywa, raz wycisza, a czasem zostawia po sobie spustoszenie. Wykreowany świat jest świetny, a autorka z precyzją oddaje poszczególne królestwa czy krajobraz ziem. Bardzo dobrze prowadzi również sceny walk i przede wszystkim nie kreuje głównej bohaterki jako niezwyciężonej w boju przy użyciu maegi, którą dopiero poznaje. Jeśli lubicie slow burn, świat rozdzierany wojną, elfy, magię, bohaterkę, która dopiero uczy się swojej mocy i mężczyznę, którego można nienawidzić równie mocno, co kochać, to sięgnijcie po „Tkającą Wiatr”. Bo czasem, by poskromić burzę, trzeba najpierw pozwolić jej zaszaleć.
"Największym zagrożeniem, przed jakim kiedykolwiek staniesz, najtrudniejszą bitwą, jaką kiedykolwiek stoczysz, jest walka z własnymi ograniczeniami"
Rebelia, wojna. Kiedyś tak było a teraz? Okrucieństwo, zło. Prześladowanie i śmierć. To właśnie spotyka półelfy, choć czasami śmierć jest zbawieniem, bo okazuje się, że może być coś gorszego. Rhya to półelfka i wydaje się, że ją również czeka taki los. Jest gotowa na śmierć. Nie boi się. Jednak nieoczekiwanie nie kończy martwa, bo ktoś niespodziewanie ją uwalnia. Co ją teraz czeka? Niby wybawca, ale to jednak teraz on ją więzi. Dlaczego? Jaki ma w tym cel?
Ale to była historia pełna emocji. Od początku jest bardzo ciekawie, pełno pytań, a odpowiedzi na razie brak. Rhya i Penn. Ona odważna, nie bojąca się śmierci, a jednak niepewna swojego losu. I Penn, który coś wie na jej temat, ale nie ma zamiaru się tym podzielić. Podróż bohaterów jest pełna niebezpieczeństw i niespodzianek. Na ich drodze pojawiają się tajemnicze stworzenia, do tego krok po kroku ktoś za nimi podąża. Akcja jest tutaj dosyć dynamiczna i szybko się zmienia. Wręcz trzyma w napięciu i oczekiwaniu co będzie dalej. Początkowo bohaterzy podróżują sami, ale z czasem ktoś do nich dołącza. Ekipa, która od razu wzbudziła moją sympatię, naprawdę bardzo ich polubiłam i jestem zdecydowaną fanką Jaca. A bohaterka? Znalazła rodzinę. Osoby, z którą nie łączą ją więzi krwi, a które zrobiłyby wiele dla niej.
Świat fantastyczny został bardzo dobrze przedstawiony. Uwielbiam. Wszystko zostało tutaj w bardzo dogłębny sposób wyjaśnione, a dodatkowo na końcu książki znajduje się słowniczek, który pozwala w szerszym aspekcie poznać znaczenie pewnych pojęć. Do tego pojawia się motyw przepowiedni, a sama bohaterka jest dosyć wyjątkowa.
Relikt, Tkająca wiatr. Jednak nie tylko ona, bo są trzy inne relikty– woda, ogień i ziemia, z którymi wiąże się duża nadzieja. Odpowiadają im Dwory - ognia, wody, nieba i ziemi, ale tylko dwa z nich do dzisiaj istnieją. Dlaczego?
"Cztery żywioły. Ich cztery wcielenia. Relikty noszące znaki bogów. Rozrzucone po całej krainie. Jeśli wszystkie cztery spotkają się i połączą...
Jest brutalnie, okrutnie i nie ma litości. W pewnym momencie historia trochę zwolniła i przeszło mi przez myśl, że jest za spokojnie, ale to było chwilowe, bo kilka stron później zrobiło się bardzo gorąco. I smutno. Końcówka była bardzo, bardzo dobra, wręcz nie potrafiłam się oderwać, a z drugiej strony wywołała we mnie smutek. Ile się tu działo i jak się działo. Pokazała potęgę głównej bohaterki i to, że jeszcze wiele musi się nauczyć. No i Soren. Nie było go tu dużo, ale uwielbiam go i zdecydowanie wzbudził moją większą sympatię niż główny bohater.
Scythe to to bardzo tajemnicza postać i intryguje od samego początku. Kim tak naprawdę jest? Jaki ma cel? Nie do końca go polubiłam. Nie podobał mi się jego stosunek wobec bohaterki. Nie informuje, nie udziela informacji o tym kim ona jest, cały czas milczy, nawet wówczas kiedy prawdę na swój temat bohaterka dowiedziała się od całkiem obcej osoby. W ciągu jednej, krótkiej rozmowy z obcym dowiedziała się więcej niż przez całą podróż. I mogłabym to jeszcze zaakceptować, gdyby nie to, że nawet wówczas po tym nie był chętny żeby udzielić jej jakikolwiek informacji. Co więcej, bohaterka ma umiejętności władania wiatrem, powietrzem a on? Dla niego najlepszym rozwiązaniem jest to, że ma siedzieć zamknięta w pokoju i nic nie robić. No kurcze, to po co jej taka moc? Przecież ma wrogów na pęczki, jakoś musi się bronić, prawda? Zwłaszcza, że faktycznie jak się okazuje nigdzie nie jest bezpieczna i tak naprawdę nie wszyscy są godni jej zaufania. Bohaterkę z kolei polubiłam od pierwszej strony. Nieustraszona, odważna, ale to nie jest tak, że się nie boi. Wiele zła widziała czy była świadkiem. Dobra, walcząca, nie poddająca się i przede wszystkim pomagająca słabszym.
Nie mogło zabraknąć wątku romantycznego, który jednak nie odgrywa bardzo dominującej roli. Początkowo relacja bohaterów ma formę delikatnego enemies to lovers, a później w stopniowy i naturalny sposób przekształca się w coś więcej. Stosunki pomiędzy bohaterami rozwijają się w bardzo powolny sposób, co uwielbiam. Zachowanie mężczyzny? Dosyć zmienne, bo raz zachowuje się wobec bohaterki jakby mu na niej zależało, a za chwilę ją unika, co jednak z drugiej strony miało pewne uzasadnienie w jego przeszłości.
To było naprawdę bardzo cudowna lektura. Do tego ta piękna oprawa. Zdecydowanie jedna z pięknej prezentujących się książek. Z wielkim zniecierpliwieniem będę wyczekiwać kontynuacji.
Jeśli kochasz fantastykę i nie oczekujesz powiewu świeżości, to ta książka będzie dla Ciebie. Jeśli oczekujesz jednak tego powiewu i wychodzenia poza schematy, to ta pozycja tego nie oferuje. Dla mnie to żaden problem, bo mnie mało co już zaskoczy w książkach. Człowiek mający za sobą multum przeczytanych książek wie, że ciężko jest wymyślić coś, czego nie było. Dlatego też nie jestem w tej kwestii wybredna. Jeśli uniwersum jest ciekawe, a książka wciąga i zapewnia mi przyjemne chwile, dreszczyk emocji to bez względu na to, czy widzę w niej utarte schematy, czy nie, jestem na tak.Nie zawiodłam się na pozycji ,,Tkająca wiatr" autorstwa Julie Johnson, gdyż nie miałam też wielkich oczekiwań co do niej. Mamy bardzo dobrze wykreowany świat pełen niebezpiecznej magii zwanej maegią. Niebezpiecznej, gdyż ludzie obawiają się jej, jak jakiejś zarazy. Świat ogarnięty wojną, gdzie polowania na elfy są na porządku dziennym. Jest to romantasty, dlatego też możemy zaobserwować głębię emocjonalną, która mnie akurat bardzo przyciąga. Tytuł sugeruje nam wątek z siłami natury i jest to wątek, który mnie mocno zainteresował, gdyż żywiołami władają bohaterowie. Główna bohaterka jest Reliktem Powietrza i ona jest tytułową Tkającą wiatr. Potrafi przywołać wichurę. Mało tego potrafi też nią władać. Oprócz niej występują też inni bohaterowie, którzy władają innymi żywiołami. Jak się okazuje podczas czytania moce bohaterów, nawet tych tajemniczych są odzwierciedleniem ich temperamentu, co jest, uważam ciekawym zabiegiem. Z żywiołami wiąże się też równowaga magiczna, której brakuje w świecie Anwyvn. Dopiero zjednoczenie czterech Reliktów będzie w stanie ją przywrócić i zapobiec zagładzie. Jak potoczy się ta historia? Tego Wam nie powiem.Pozycja ta to pierwszy tom serii Władza Reliktów i już nie mogę doczekać się kolejnej części. Wszystko mi się tutaj podobało. Od intrygujących relacji i dialogów, po rodzące się uczucie, wydawałoby się do nieodpowiedniej osoby, a jednak, zakończywszy na wątkach nasuwających wiele pytań. Czytanie tej książki to była dla mnie świetna przygoda, która nie skończyła się jeszcze. Nie ma tutaj żadnych zgrzytów. Autorka ma przyjemne pióro i bardzo fajne pomysły. Jestem bardzo ciekawa, co oferować nam będzie drugi tom.Polecam
,,Tkająca wiatr" to opowieść o Rhya Fleetwood, która została porwana przez tajemniczego dowódcę Scythe. Uwieziona przemierza jałowe pustkowie Norlandii. W trakcie tej tułaczki będzie powoli odkrywać prawdę o swoim porywaczu i zarazie, która zbiera żniwo.
,,Tkająca wiatr" to pełna przygód i emocji opowieść o poszukiwaniu swojego przeznaczaniu i o miłości. Rhya to postać, której nie da się nie lubić. Jest silna i odważna, a zarazem delikatna i nieufna. Wspaniale było wraz z nią przemierzać pustkowie i odkrywać kolejne tajemnice. Jest ona dość ciekawą postacią również ze względu na znak, który nosi na piersi tajemniczy symbol. Okazuje się, że jest ona jedną z czterech dusz rozproszonych po Anwyvn, które mogą przywrócić równowagę maegii. Jej zdolność to umiejętność przywołania wiatru.
Mamy tutaj wątek miłosny, który bardzo lubię w fantastce. Relacja głównych bohaterów rozwija się powoli i nie wiadomo jak się skończy. Dostarczy ona wielu emocji.
Książka napisana jest lekkim i przyjemnym stylem dzięki czemu, czyta się naprawdę szybko i zapartym tchem. Dodatkowo książka posada malowane brzegi i prezentuje się pięknie na regale.
Polecam ten tytuł każdemu kto lubi połączenie romansu i fantastyki.
Julie Johnson, światowej sławy autorka romansów w trzymającej w napięciu historii o sile przetrwania i potędze zakazanej miłości. Nie sądziła,...
To coś więcej niż przyjaźń. Może nawet więcej, niż miłość. Dwudziestoletnia Brooklyn walczy z bolesną traumą. Jako dziecko była świadkiem morderstwa ukochanej...
Przeczytane:2025-12-18, Ocena: 6, Przeczytałam, Mam, Przeczytane w 2025, Wyzwanie-wybrana przeze mnie liczba książek w 2025 roku, Przeczytaj tyle książek ile masz wzrostu, Ulubione, 52 książki 2025, 26 książek 2025, 12 książek 2025, Insta challenge. Wyzwanie dla bookstagramerów 2025, polecam, Przeczytaj tyle, ile masz wzrostu – edycja 2025, Wyzwanie - wybrana przez siebie liczba książek w 2025 roku, ze świętami w tle,
„Słowa są warte jedynie tyle, ile czyny, które za nimi stoją.”
Literatura fantasy nie jest tym gatunkiem, który wybieram najczęściej, ale jeśli jest w nim wątek romantyczny i historia nie jest przerażająca, wówczas ulegam pokusie. W przypadku książki pt.: „Tkająca wiatr” dodatkowym atutem było jej wydanie. Jej wygląd i grafika jest po prostu powalająca. Energetyczne, żywe kolory okładki, barwione brzegi, zszywany grzbiet i twarda okładka to mocny akcent zwracający na siebie uwagę.
Od pierwszych stron, bez zbędnych, długich opisów fabuła wprowadza nas w konkretną sytuację, gdy bohaterka znajduje się w niezbyt ciekawej sytuacji. Wie, że za chwilę może zginąć. Znajduje się w rękach najeźdźców, którzy polują na elfy i półelfy, a wraz z nią likwidowane są wszelkie przejawy magii nazywanej tutaj maegia.
Piękna kraina Anwyn zamieniła w miejsce targane strachem, pożogą i śmiercią popada w ruinę. Półelfka Rhya Fleetwood traci powoli nadzieję na ratunek, gdy zjawia się tajemniczy i mroczny dowódca oddziału Scythe, który niespodziewanie staje się jej wybawcą. Jednak czy na pewno? Jego postawa wobec niej - rozkazująca, nieznosząca sprzeciwu i sposób, w jaki ją traktuje nie wskazuje na dobre zamiary. Nie mówi jej dokąd zmierzają i co ją czeka. Wie jedynie, że Scythe nie chce jej skrzywdzić, a ich celem jest odległa Norlandia. Prawda wyłania się stopniowo w czasie pokonywania kolejnych etapów drogi. Wszystko wskazuje, że przyczyną tego, że Rhya jest przez niego zabrana i pilnowana łączy się ze znamieniem, jaki ona ma na swoim ciele od urodzenia. Wkrótce dowiaduje się, że jest Reliktem, kimś kto potrafi władać wiatrem. Problem w tym, że Rhya nie wie, jak nad tym wszystkim zapanować, komu zaufać i jaka jest jej rola.
Książka jest dosyć ma ponad 530 stron, ale w ogóle tego nie czuć, bo dosyć szybko przewracałam kartkę za kartką, by poznać dalszy ciąg jakiejś sceny. Autorka umiejętnie rzuca czar na czytelnika, owijając go swoimi energiami. To moc, która ogarnia coraz mocniej z każdą stroną. Początkowo wir powietrza jest niewielki, ale im dalej, im mocniej wnikamy w fabułę, tym powiewy są coraz silniejsze, aż dochodzą niemal do fazy huraganu.
Wyraźnie można zauważyć motyw od nienawiści do miłości oraz motyw literatury drogi, jednak ujęte w klimat fantastyki sprawiają, że historia nabiera nieco romantycznego charakteru. Jest to ciekawe tym bardziej, że widzimy wydarzenia oczami Rhyi, więc tak jak ona nie wiemy wszystkiego, w tym, też nie znamy powodów postępowania Scythe’a. Razem z bohaterką odkrywamy tajemnice i dowiadujemy się o niej coraz więcej, ale z jej punktu widzenia. Także wszelkie sytuacje, walki, pojawiające się zjawiska zostały opisane bardzo sugestywnie, więc mamy wrażenie bezpośredniego uczestniczenia w akcji.
W powieści „Tkająca wiatr” Julie Johnson z niezwykłą dbałością buduje fantazyjny świat, dopracowując każdy jego element, a jej dynamiczny, sugestywny styl wciąga bez reszty. Kreuje uniwersum wyjątkowe i pełne życia, które na długo zapada w pamięć. Zarówno czytelnicy dopiero rozpoczynający przygodę z romantasy i fantastyką, jak i ci bardziej doświadczeni, bez trudu zanurzą się w złożonym, pięknie wykreowanym, momentami chaotycznym, a przy tym hipnotyzującym świecie Anwyn. To znakomite połączenie epickiej fantastyki i poruszającego romansu, które z jednej strony nie unika trudnych, mrocznych tematów, a z drugiej potrafi tchnąć w historię nadzieję i optymizm.
To świetnie napisane romantasy, w którym magia i przygoda nabierają rozpędu, gdy bohaterka okazuje się być kluczem do starożytnej przepowiedni, a uwolniona przez nią siła może uratować królestwo pod warunkiem, że nauczy się nad nią panować. Pod płaszczykiem niezwykle barwnej, fantazyjnej opowieści kryją się realne zagadnienia. Przede wszystkim Rhya stopniowo odkrywa swoje prawdziwe przeznaczenie i swoją moc poprzez to, co przeżywa, czego doświadcza i co sobie uświadamia. Jest to zatem opowieść o odkrywaniu siebie poprzez własne doświadczenia, dzięki odwadze, zdobytym umiejętnościom i przyjęciu daru, jakim los ją obdarzył.
„Tkająca wiatr” to historia o dojrzewaniu i samopoznaniu, która przypomina, że każde doświadczenie – nawet to bolesne – niesie ze sobą lekcję. Droga, którą przechodzi bohaterka, pozwala jej coraz lepiej zrozumieć samą siebie, odnaleźć wewnętrzną siłę, nauczyć się panować nad emocjami i własnym losem. Z czasem dostrzega też, że świat nie jest czarno-biały: nie każdy wróg okazuje się zagrożeniem, a nie każdy sprzymierzeniec zasługuje na zaufanie. To właśnie dzięki temu, co przeżywa bohaterka, odkrywa swoją tożsamość, wzmacnia się wewnętrznie i uczy, że pozory potrafią mylić, a zaufanie bywa największym ryzykiem.
I wiecie co? Taką fantastykę zaczynam lubić, która poza barwną fabułą i wykreowanym światem oferuje również głębszą warstwę znaczeń, odkrywaną stopniowo w trakcie lektury.
Książkę przeczytałam w ramach współpracy z wydawnictwem Zysk i S-ka