W "Zielonych wzgórzach Afryki" wielki pisarz chciał opowiedzieć o kraju, który zafascynował go całkowicie, o przygodach łowieckich, o ludziach i zwierzętach - i przy tej okazji stworzył swój własny znakomity, soczysty, chwilami ironiczny, bardzo prawdziwy autoportret. I to jest jedna z najcenniejszych rzeczy w tej książce, którą tak lubił i która jest, jak sam powiedział, książką "absolutnie prawdziwą", dającą wierny obraz kraju i przygód autora, wielkiego pisarza, wielkiego myśliwego, wielkiego miłośnika Afryki.
Wydawnictwo: Muza
Data wydania: 1999 (data przybliżona)
Kategoria: Biografie, wspomnienia, listy
ISBN:
Liczba stron: 250
Tytuł oryginału: Green Hills of Africa
Język oryginału: angielski
Tłumaczenie: Bronisław Zieliński
Hiszpańską corridę Hemingway po raz pierwszy na własne oczy obejrzał w Pampelunie w lipcu 1923 roku. Niemal od początku swojej fascynacji walkami z bykami...
- Kot w deszczu- Coś się kończy- Trzydniowa zawierucha- Bardzo krótka historia- Powrót żołnierza- Pan i pani Elliot- Mój stary- Ojcowie...
Przeczytane:2025-11-18, Ocena: 5, Przeczytałam,
Jak długo można wytrzymać w napięciu podążania za operatorem kamery, który przez ponad 250 stron przedstawia nam "tu i teraz"? Zielone wzgórza Afryki zdają się hemingwayowszczyzną do kwadratu - nie tylko tematy bardzo w jego stylu (polowanie, męska przygoda, picie przy ognisku), ale także nieskrywana autofikcja (bo przecież nie relacja jeden do jeden). Stężenie maczystowskiego Hema na stronę osiąga w tej książce maksymalne wartości, a zatem mamy lekturę dla fanów prozy noblisty oraz myśliwych (zbiory mogą się pokrywać).
Hemingway tworzy w tej quasi-reportażowej książce dokładny zapis swojego wyjazdu na safari, gdzie podziwia uroki afrykańskiej przyrody oraz poluje. Kudu, anylopowce, bawoły czy nosorożce padają pod strzałami ze sztucerów i strzelb, a narrator zachwyca się ich pięknem, ze szczegółami opisując wygląd zwierząt; z tego zachwytu wyłania się jednak uczucie zgoła odmienne, lecz często z nim powiązane - żądza. Hem pożąda piękna, majestatu natury, który drzemie w zwierzętach, i stara się posiąść to piękno, by stało się jego trofeum. Podziw zatem ma swoje ciemne oblicze, czyli posiadanie i odbieranie. Dochodzi do tego także rywalizacja, by zdobyć największe, najsilniejsze, robiące największe wrażenie.
Autorowi udaje się uchwycić siebie w momentach triumfu, ale także niepowodzenia - Hemingway tak samo często się śmieje, jak zgrzyta zębami; bywa sfrustrowany i zmęczony, jowialny i wielkoduszny, małostkowy i złośliwy. Jego nastrój jest ściśle powiązany z sukcesem łowów i wielkością ubitego zwierza. Polowanie zresztą wydawało mi się przytłaczające swoją intensywnością - nagromadzenie czasowników następujących po sobie jeden po drugim, wyczuwalne napięcie i skupienie się na każdej czynności po wielekroć nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń.
Zielone wzgórza Afryki są także wspaniałym zapisem kolonialnych wpływów i głęboko zakorzenionego rasizmu, który pozostaje ukryty za zasłoną braterstwa pomiędzy białymi myśliwymi, a czarnymi tropicielami i przewodnikami. To braterstwo krwi jest jednak złudne, bo jak pisze w posłowiu autorka nowego przekładu, Anna Dzierzgowska: "To on [biały mężczyzna] decyduje, których spośród urasowionych Innych dopuścić bliżej i obdarzyć uznaniem, których potraktować jako figury w tle, których zamienić w postaci komiczne i żałosne". Biali bohaterowie mają prawo głosu, są osobami biorącymi udział w dyskusji, tubylcy zaś istnieją na tyle, na ile Hemingway im pozwala, są swoją funkcją i cechą, ale nie są traktowani tak samo.
Ta książka Hemingwaya nie będzie na pewno jedną z tych, do których będę chciał wrócić - zbyt wiele tu upajania się przemocą wobec bezbronnych i systemowego rasizmu jak dla mnie. Niemniej jednak lektura Zielonych wzgórz Afryki daje wgląd do lepszego poznania autora i pozwala zrozumieć działanie niektórych mechanizmów i zachowań, które dla Papy były całkowicie naturalne. Dodatkowo, dzięki świetnemu przekładowi Anny Dzierzgowskiej treść nabiera odpowiednich barw i tempa.