Nie dostałem kamiennych tablic. Wywiad z Arturem Boratczukiem

Data: 2020-02-24 11:50:29 Autor: Sławomir Krempa

– Początkowo Wskrzesina miała być taką całkiem tradycyjną obyczajówką. Ale wyszło jak wyszło, bo moje pisanie nie bierze się z abstrakcyjnych rozważań i jakiegoś szczególnego wyrachowania. Każde zdanie powstaje tak, jak się wiesza obraz ma ścianie. Nikt przecież nie mierzy przekątnych ściany i obrazu, nie wylicza ich stosunku, nie bada kątów padania światła. Jeden człowiek trzyma obraz, drugi kieruje „w lewo, w prawo, wyżej, ciut niżej, jeszcze w prawo, ooo”! I sru! – gwóźdź w ścianę i obraz wisi. A potem następny i następny; i mamy galerię, czyli powieść – mówi Artur Boratczuk, autor powieści Wskrzesina, która ukazała się nakładem Wydawnictwa JanKa.

Obrazek w treści

Wskrzesina to przewrotna powieść o utracie złudzeń i nadziei, miłości i zemście, ludzkiej potrzebie wiary w dobro, które niespodziewanie może okazać się złem. A wszystko zaczyna się od tego, że Michał Serpina, starzejący się były sekretarz gminny PZPR we Fraudencji, miasteczku w zachodniej Polsce, nie ma komu przekazać rodzinnej pasieki. Jego ukochana żona nie żyje, córka odkryła dla siebie dwuznaczną rolę u boku proboszcza Smętka i nie chce go znać. Serpina zamieszcza więc ogłoszenie o tzw. dożywotce - dożywotniej opiece w zamian za przepisanie majątku. Spośród kilkorga chętnych wybiera czterdziestoletniego Adama, byłego informatyka. Wraz z przybyciem opiekuna do domu Serpiny we Fraudencji zaczynają się dziać dziwne rzeczy: natura i ludzie doznają impulsów, które popychają ich do czynów dwuznacznych, zmieniających dotychczasowe relacje i układy.

Historia Boratczuka przypomina powieści Wiesława Myśliwskiego. Zakotwiczamy we Fraudencji i czytamy jej prawa, podziwiamy rozmywające się ramy świata i przyjmujemy przedstawioną rzeczywistość. Bardzo dobra polszczyzna, umiejętne stosowanie estetyki kiczu, doskonałe dialogi, przeniesienie Universum do małej Fraudencji tworzy intrygującą całość, możliwą do odczytania na wielu poziomach. To opowieść o mistycyzmie, o zbrodni, o wielkiej niespełnionej miłości i udany zapis życia na prowincji w jednym. Niezwykłe połączenie decyduje o szerokich możliwościach interpretacyjnych tego utworu. Polecam go szczególnie tym czytelnikom, którzy szukają świeżości w polskiej prozie.

- recenzja książki „Wskrzesina"

 W naszym serwisie prezentowaliśmy Wam już fragmenty Wskrzesiny. Dziś czas na rozmowę z autorem, którą przeprowadziła Janina Koźbiel.

Wprawdzie czas akcji wyraźnie nie jest określony, ale ma się wrażenie, że wydarzenia w Pana powieści mają miejsce teraz w okolicach Szczecina...

Ależ czas wydarzeń jest określony bardzo dokładnie! Nie podaję co prawda na każdym kroku dat, ale odniesienia do milenium czy katastrofy smoleńskiej pozwalają bez problemu ustalić, że akcja  Wskrzesiny rozgrywa się w roku 2017. Podobnie jest z miejscem akcji. Na samym początku wspominam o Nowej Marchii. To kraina historyczna – wschodnia, zaodrzańska część Brandenburgii, która po roku 1945 przypadła Polsce. Akcja dzieje się więc w Nowej Marchii, gdzieś nad rzeką Myślą, której nazwa też jest wzmiankowana. Jest też kilka innych wskazówek, nietrudnych do odcyfrowania dla osób stąd, jak choćby nazwisko von Soldin – jednego z bohaterów – oraz prawdziwe nazwy geograficzne wielu mniejszych miejscowości w pobliżu fikcyjnej Fraudencji, gdzie rozgrywają się wydarzenia. To jest gdzieś na styku obecnego województwa zachodniopomorskiego i lubuskiego oraz Niemiec.

Obdarza Pan sympatią swoich bohaterów? Autor okładki, który książkę czytał, pozytywnie ocenił tylko Serpinę, byłego sekretarza PZPR, reszta wydała mu się bardzo niesympatyczna. Czy taki był Pański zamysł?

Hmm, to nie jest dla mnie nowina, że Serpina budzi sympatię. Jedna osoba, której dałem do przeczytania tekst, też mnie o tym poinformowała. Nie starałem się specjalnie o to, ale jeśli tak jest – okej. Co do pozostałych... Ja patrzę, ogólnie rzecz biorąc, na ludzi z wielkim ciepłem i sympatią, ale zbyt wysokiego mniemania o nich nie mam. Pewnie to jakoś objawia się w kreowaniu postaci. Kategoria sympatyczności jest bardzo infantylna i niewiele wnosi do oceny człowieka. Hitler na przykład był człowiekiem bardzo sympatycznym. Kochał zwierzęta, był wegetarianinem, głaskał dzieci po głowie, całował kobiety w rękę, potrafił być hojny dla przyjaciół. I nie była to żadna poza, on taki naprawdę był. We wspomnieniach jego sekretarek, które przebywały w jego obecności przez lata, wyczuwa się autentyczne zauroczenie. Ale co z tego? Miał też inne oblicze.

Jakie inne cechy ważne są dla Pana w ocenie człowieka?

Te, które ten człowiek posiada i które uda mi się dostrzec.

Na przykład? Może Pan przeanalizować pod tym względem dwóch wybranych bohaterów „Wskrzesiny”?

Raczej nie. Nie jestem typem analitycznym. Uważam to równocześnie za jałowe zajęcie.  Po to jest książka, żeby postaci pokazane były w sposób możliwie najpełniejszy. Wyciąganie ich stamtąd niczemu nie służy. Nie przepadam w ogóle za interpretacjami i mieleniem tekstów literackich. Szkoła obrzydziła mi to już całkowicie.

Świat w powieści odbiera się jako świat w kryzysie. To projekcja, fantazja czy opis rzeczywistości współczesnej?

Książka jest, owszem, próbą opisu rzeczywistości. Po to właśnie piszę, aby samemu sobie jakoś poukładać we łbie to wszystko, co do mnie dociera. Nie stawiam jednak tezy o kryzysie. Uważam, że żyjemy w momencie wielkiej przemiany. Jedni będą ją odbierać jako kryzys, inni jako źródło nadziei. Wskrzesina powstała przede wszystkim z pobudek jak najbardziej intymnych.

Może Pan o nich opowiedzieć?

Musiałem określić swój stosunek do Boga.

Trudno to było odgadnąć, zwłaszcza kiedy się czytało książkę w pierwszej wersji. Interesujący wydał się przede wszystkim obraz  ludzi z pokrzywionymi życiorysami i miejsca, w którym załamały się zasady regulujące ich życie przez lata.

Początkowo miała to być taka całkiem tradycyjna obyczajówka. Ale wyszło jak wyszło, bo moje pisanie nie bierze się z abstrakcyjnych rozważań i jakiegoś szczególnego wyrachowania. Każde zdanie powstaje tak, jak się wiesza obraz ma ścianie. Nikt przecież nie mierzy przekątnych ściany i obrazu, nie wylicza ich stosunku, nie bada kątów padania światła. Jeden człowiek trzyma obraz, drugi kieruje „w lewo, w prawo, wyżej, ciut niżej, jeszcze w prawo, ooo”! I sru! – gwóźdź w ścianę i obraz wisi. A potem następny i następny; i mamy galerię, czyli powieść.

Ciąg dalszy rozmowy znajdziecie na stronie internetowej Wydawnictwa JanKa. Książkę Artura Boratczuka kupicie w popularnych księgarniach internetowych:

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Wskrzesina
Artur Boratczuk2
Okładka książki - Wskrzesina

„Wskrzesina” to przewrotna powieść o utracie złudzeń i nadziei, miłości i zemście, ludzkiej potrzebie wiary w dobro, które niespodziewanie...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo