Barwny obraz świata, który już odszedł — czasów, gdy na polach pracowały konie, a dzieci bawiły się prostymi zabawkami i przeżywały przygody w rytmie natury. Narrator, młody Adaś, opowiada o codzienności rodziny gospodarującej na kilkuhektarowym polu, o pracy, szkole, pierwszych zauroczeniach i dziecięcych przygodach w gronie kolegów z plemienia Apaczów.
Książka składa się z czterech części – jesieni, zimy, wiosny i lata – które oddają cykl życia na wsi oraz zmienność prac polowych i dziecięcych zabaw. Choć postacie i zdarzenia są fikcyjne, opis realiów życia, tradycji i atmosfery tamtych lat ma charakter wspomnieniowy i autentyczny – autor czerpie z własnych przeżyć i wspomnień przyjaciół z młodości.
To ciepła, pełna humoru i refleksji powieść o dzieciństwie, dorastaniu i o świecie, którego już nie ma – swoisty hołd dla minionej epoki i dla ludzi Ziemi Dobrzyńskiej.

Do przeczytania książki Janusza Wacławiaka Dawno temu na ziemi dobrzyńskiej zaprasza BookEdit. W ubiegłym tygodniu na naszych łamach zaprezentowaliśmy premierowy fragment książki Dawno temu na ziemi dobrzyńskiej. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii:
Po południu czekało mnie bronowanie. Brony miałem już przygotowane na wozie, ale konia trzeba było ubrać. Puszorek wziąłem w prawą rękę, a w lewą uzdę. Wyprowadziłem konia i na szyję założyłem napierśnik. Teraz trzeba było podogonie umieścić pod konia ogonem. Dopiero potem można założyć na pysk uzdę, zapiąć ją i pod brzuchem zapiąć podbrzusznik. Na szyi umieściłem naszelnik służący do kierowania wozem. Postronki zawiązałem do obu końców orczyka przy wozie i byłem gotowy do drogi na pole. Zanim ruszyłem, otrzymałem dokładne instrukcje. Była to uprawa przedsiewna, więc brony średnie. Składały się z trzech segmentów, w odróżnieniu od ciężkich (dwa segmenty) i lekkich (cztery segmenty). Gdy dojechałem na pole, zdjąłem brony, ułożyłem je obok siebie, połączyłem za pomocą łańcuchów i łącznika. Teraz wystarczyło zapiąć orczyk i rozpocząć bronowanie. Celem tego zabiegu było wyrównanie powierzchni pola po orce i tym samych przygotowanie do siewu zboża ozimego. Aby to zrobić dokładnie, musiałem wykonać przejazdy w dwóch prostopadłych kierunkach, najpierw wzdłuż pola, potem w poprzek. Do sterowania kierunkiem poruszania się konia służyły lejce i komendy: „wio” to naprzód, „prr” to stój, „nazad” – do tyłu, „chouu” – w prawo, „ksebie” – w lewo. Największym problemem były nawroty. Zbyt gwałtowny zakręt mógł spowodować wywrotkę bron na drugą stronę. Już nieraz mi się to przytrafiło, więc trzeba było bardzo uważać. Wywrócenie bron wiązało się po pierwsze z koniecznością ich odpięcia, odwrócenia i ponownego zapięcia w prawidłowy sposób, co było pracochłonne, po drugie groziło kontuzją dla konia. Gdyby brona uderzyła o nogę konia, spowodowałaby kontuzję, zadrapanie czy nawet złamanie nogi. Było więc bardzo niebezpieczne. Szczególnie przy pracy w poprzek pola, gdy nawroty były bardzo częste, praca wymagała dużej uwagi. Należało przy tym pamiętać o odpoczynku dla konia, nie była to dla niego lekka praca. Bronowanie zabrało mi około dwóch godzin, po czym złożyłem brony na wóz i mogliśmy już z Gniadą wracać na kolację, rozmyślając o wieczornej naradzie Apaczów.
Wieś Jawory, w której mieszkam, podzielona jest przez rzeczkę Brzezinkę na dwie części. W części północnej domy są blisko siebie, po drugiej stronie rozrzucone w większych odstępach. Po naszej stronie był sklep, po drugiej las, którego część też była naszą własnością. Mostek na Brzezince był punktem strategicznym, łączącym obie części, dlatego tam najczęściej się spotykaliśmy. Można było przez niego przejść pieszo lub co najwyżej rowerem. Inne pojazdy musiały jechać dookoła, mostem na szosie. Przez wieś przechodziły tory kolejki wąskotorowej, której składy jeździły zwłaszcza jesienią w sezonie zbioru buraków cukrowych. Kolejka woziła buraki do cukrowni w Chełmicy.
Było już ciemno i szybkim krokiem udałem się na mostek. Wszyscy Apacze z naszego szczepu już byli. Oprócz Tomka, mojego kuzyna i sąsiada oraz jego brata Stasia, byli jeszcze Józek i Marek. Mieszkali w naszej wsi i chodziliśmy do tej samej klasy. Ponieważ mieszkali dość blisko, często spędzaliśmy wspólnie wolny czas. Marek Witkowski miał szóstkę rodzeństwa, był z nas najwyższy i najsilniejszy, ale nigdy jeszcze nie został wodzem Apaczów. Był zły i zazdrosny z tego powodu, czasami nawet się gniewał. Po cichu mówiliśmy, że ta zaszczytna funkcja mu się należy i powinien zostać wodzem Winnetou. Każdy wódz miał prawo wybrać swoje imię i zawsze wybierał imię Winnetou. Lubił zwracać się do nas trochę z przekąsem, Wodzu, stąd bardzo szybko też nazywaliśmy go „wodzem”. Józek Zawadzki z kolei był najniższy, ale bardzo zwinny i sprytny. Najszybciej też biegał z nas wszystkich. Miał wadę wymowy i często się jąkał, przez co zyskał przydomek „Zamek”, bo zacinał się jak zamek. Tomek przeszedł ze Stasiem, który nie przeszedł jeszcze próby męstwa i nie był pełnoprawnym wojownikiem.
– Hasło? – usłyszałem od któregoś z chłopaków.
– Apacze nie znają strachu.
– W porządku, pamiętaj o tym, Stachu.
– A czemu wziąłeś Stasia? Nie jest jeszcze wojownikiem i nie może znać wszystkich tajemnic – zwróciłem się do Tomka.
– Toć przyjmujemy go do szczepu, a poza tym nie udało mi się go zostawić w domu odpowiedział Tomek, a do Stasia dodał: – Musisz zachować tajemnicę, jak puścisz parę z gęby, nie będziesz Apaczem.
– Nic nie powiem – zapewniał Staś.
Byłem wodzem Apaczów z poprzedniego sezonu, ale wiedziałem, że każdy chce być wodzem i będę musiał oddać tę funkcję. Ale póki co musiałem przeprowadzić nowe wybory wodza i zrobić próbę męstwa dla Stasia.
– Musimy zaplanować działania, musimy pokonać blade twarze – zwróciłem się do wojowników, a byli nimi: Orle Pióro, Długi Nóż, Szybka Ręka, no i wódz Winnetou.
– Wo… wo… wodzu, kiedy wybierzemy no… no… nowego wodza? – dopytywał Józek, czyli Szybka Ręka.
– Przygotujcie wszyscy łuki na niedzielę, zrobimy zawody w strzelaniu. Kto wygra, będzie wodzem.
– To w niedzielę zrobimy też próbę męstwa dla Stasia, niech każdy wymyśli zadanie do wykonania – wtrącił Tomek.
– To w niedzielę też zróbmy polowanie na bizony albo też na orły – dodał Marek, Orle Pióro. Bizonami były owce u Zabłockich, mieszkających po drugiej stronie rzeczki, czyli Rio Grande. Mieli też gołębie, które były dla nas orłami. Trafienie orła z łuku było nie lada wyczynem. Tylko raz udało się to Markowi, stąd jego imię, Orle Pióro. Natomiast upolowanie bizona, czyli trafienie z łuku owcy, nie było aż tak trudne i wszyscy mogli poszczycić się upolowaniem bizona. Oczywiście pomyślny przebieg polowania był uzależniony od tego, czy owce pasły się na łące u Zabłockich, czy nikt ich nie pilnował, czy latały gołębie w okolicy wielkiej rzeki Rio Grande.
W tym czasie temat indiański był bardzo na czasie. W telewizji leciał indiański serial „Złamana strzała” z wodzem Apaczów Kocisem, w czasopismach młodzieżowych, np. „Płomyczku”, drukowano artykuły poświęcone zwyczajom Indian, znaliśmy nawet niektóre słowa i zwroty w językach Indian. A kiedy dostałem w ubiegłym roku na gwiazdkę książkę Karola Maya „Winnetou”, przygoda w Indian zaczęła się na dobre. Ciągle opowiadałem chłopakom o przygodach dzielnego wodza Winnetou i jego przyjaciela Old Shatterhanda. Odtąd każdy chciał być Winnetou. Dodam jeszcze, że w każdą sobotę wieczorem był emitowany w telewizji western, gdzie Indianie często się pojawiali.
Po wszystkich ustaleniach trzeba było wypalić fajkę pokoju. Jak zwykle przyniósł ją Marek. Do fajki napchał rozkruszone liście tytoniu. U Witkowskich uprawiali tytoń, więc nie miał kłopotu, żeby kilka liści wysuszyć i przynieść na naradę. Udało się w końcu zapalić i po kolei wszyscy pociągnęli fajkę. Oprócz Staśka oczywiście, bo nie był wojownikiem. Z wielką dumą i napadami kaszlu każdy z wojowników wypuścił dym. Potem nastąpiła wymiana uwag na temat przygotowania broni, czyli łuków i noży. Zapadła decyzja, że oprócz polowania i próby dla Stacha, zrobimy porwanie squaw.
Zostało nas trzech – Tomek z bratem wrócili wcześniej do domu. Było już późno i ciemno, gdy wracaliśmy. Zbliżając się do sklepu, usłyszeliśmy dziwny dźwięk – tłuczonej szyby. Natychmiast zapadła cisza. Powoli, skradając się, podeszliśmy bliżej. Słychać było szept i łoskot narzędzi. Czołgając się, byliśmy coraz bliżej. W ciemności było widać dwie sylwetki. Ktoś próbował wyłamać kratę w okienku na zapleczu sklepu. Od razu było jasne, że to włamanie. Żaden z nas nawet nie pisnął. Patrzyliśmy przerażeni, jak włamywacze wyłamują kratę, wchodzą do sklepu i wynoszą jakieś towary. Za sklepem stał motocykl z przyczepką. Do tej właśnie przyczepki załadowano skradzione towary. Trwało to około pół godziny. Wiedzieliśmy, że grozi nam niebezpieczeństwo. Leżeliśmy spoceni, chociaż wieczór był chłodny. Postaci nie sposób było rozpoznać, ale widać było, że są to młodzi mężczyźni, szczupli i zwinni. Szybko uporali się z załadunkiem i odjechali, nie włączając świateł.
Gdy odjechali, upłynęło jeszcze z pięć minut, zanim wstaliśmy. Dopiero po chwili odezwał się Marek:
– Nie możemy nikomu nic mówić.
– Ale to byli złodzieje, mają być bezkarni? – wyraziłem swoją wątpliwość.
– Ale gdy wyda się, że to my, to nas zabiją. – Widziałem przerażenie na twarzach kolegów.
– Widzia… widziałem rejestrację na motorze, pa… pamiętam dwie piątki. Ciekawe, kto to był… – zastanawiał się Józek.
– Powiem tak, lepiej nie wiedzieć. Musimy udawać, że nic nie wiemy i nic nie widzieliśmy – upierał się Marek.
Z tym postanowieniem i głową pełną rozterek, obaw i niepokoju rozeszliśmy się do domów.
Tagi: fragment,
