„Do domu wrócimy…” Fragment książki „Maluchem do raju"

Data: 2020-11-09 15:46:25 Autor: Piotr Piekarski

W zjawisku podróżowania przegląda się kawał PRL-owskiej rzeczywistości: społecznej, obyczajowej, gospodarczej, a nawet politycznej. Książka Maluchem do raju to opowieść o sposobach i celach podróżowania Polaków przez 5 pierwszych powojennych dekad. Jak pospiesznie zaadaptowane do przewozu pasażerów ciężarówki zamieniano na autobusy i dlaczego rekordy popularności bił przez lata ogórek? W jaki sposób międzynarodową karierę zrobiły polskie rowery, i jak fiat 126p, zwany pieszczotliwie maluchem, uczynił przysłowiowego Kowalskiego królem krajowych szos? Czym kusiły sanatoria i jakie warunki panowały na szkolnych koloniach, w domach wczasowych FWP czy na kampingach. I w końcu – w jaki sposób podróżowało się za granicę, co oznaczała ,,delegacja dyrektorska" i co przywożono z wycieczek do Turcji czy Nepalu?

Obrazek w treści

Czytaj także: Nasz naród dobrze wyszedł na turystyce handlowej. Wywiad z Janem Głuchowskim, autorem książki Na saksy i do Bułgarii

Do lektury książki Maluchem do raju zaprasza Wydawnictwo Bellona. W ubiegłym tygodniu w naszym serwisie mogliście przeczytać premierowy fragment książki Maluchem do raju. Dziś czas na kolejną odsłonę tej historii: 

Podróże tużpowojenne warszawska ulica – znana z poczucia humoru i ostrego dowcipu – prześmiewczo nazywała turystyką musową. W czym mieściła się sugestia zarówno masowości, jak i przymusu. Było to bowiem podróżowanie wymuszone ówczesnymi warunkami egzystencji i jedynie po części zależne od chęci podróżujących. Pierwsze lata po II wojnie światowej obdarzyły przecież Polskę „wędrówką ludów” o intensywności i skali, jakiej nasze ziemie wcześniej nigdy nie doświadczyły. W całych tysiącletnich dziejach! Liczoną w milionach osób!

Nie mogło być inaczej. Wiadomo, każdy front wojenny prócz zniszczeń powoduje exodusy ludności, a gigantyczny walec tej wojny przetoczył się przez nasz kraj dwa razy. Najpierw na wschód, by dotrzeć pod Moskwę, i z kolei odwrotnie, na zachód aż do Berlina. Wiele przemieszczeń ludności spowodowała niemiecka okupacja, a całkowicie nową sytuację dla milionów ludzi stworzyło powojenne ukształtowanie polskich granic. Decyzją szefów koalicji antyhitlerowskiej, czyli tak zwanej Wielkiej Trójki, podjętą na konferencji w Jałcie, potwierdzoną następnie w Poczdamie, Polska radykalnie zmieniła kształt terytorialny. Utraciła na wschodzie 47% przedwojennego obszaru, który znalazł się w granicach ZSRR. Natomiast zyskała należące przed wojną do Niemiec ziemie na zachodzie i północy, stanowiące teraz łącznie jedną trzecią naszego terytorium.

W ten sposób nieuchronnie zaczęła się wielka wędrówka. Po kapitulacji powstania warszawskiego cała ludność cywilna musiała opuścić miasto. Jako mały chłopiec razem z matką i siostrą przemierzyłem szlak ze Śródmieścia do obozu przejściowego w Pruszkowie, a potem przez trzy doby jechałem w nieznane, w październiku, w odkrytym wagonie bydlęcym. W ścisku takim, że sztuką – i ryzykiem – było siąść ze zmęczenia na podłodze. Dobrym wspomnieniem z tamtej podróży pozostały chwile, w których udawało się złapać owinięte w papier kromki chleba ze smalcem, podrzucane nam przez dobrych ludzi na niektórych postojach. Po trzech dobach niemiecka załoga pociągu okrzykami Raus! wyrzuciła wszystkich z wagonów w Starachowicach. Tam zastało nas wyzwolenie od Niemców, stamtąd dopiero po roku ruszyliśmy w podróż powrotną do zniszczonej Warszawy. Już w ludzkich warunkach, tyle że z naszego mieszkania, jak i całego domu, zostało niewiele, zagęściliśmy się więc u krewnych mających więcej szczęścia na przedmieściu. Przez obóz przejściowy noszący wówczas nazwę Dulag 121 Pruszków przeszło około 400 tys. mieszkańców stolicy wypędzonych przez Niemców po kapitulacji powstania. I z nimi wszystkimi dzieliliśmy nasz los. Tyle że i tak należeliśmy do szczęściarzy puszczonych wolno, ponieważ tysiące ludzi dorosłych i zdolnych do pracy wywieziono na roboty przymusowe do Rzeszy, a wiele pociągów z tego Dulagu trafiło wprost do obozów koncentracyjnych.

Przez trzy powojenne lata „wędrówka ludów” trwała między Bugiem i Odrą praktycznie nieustająco. Dwukierunkowy ruch zainicjowano na wschodzie kraju już w 1944 roku. We wrześniu Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN) podpisał z władzami republik radzieckich umowę o wymianie ludności i na jej podstawie do Polski mieli być repatriowani Polacy, a także Żydzi, wyrażający taką wolę, i we wrześniu 1939 roku legitymujący się polskim obywatelstwem (czy też je deklarujący, co nie zostało jednoznacznie dopowiedziane). Natomiast z Polski do narodowych republik postanowiono przesiedlić Litwinów, Białorusinów i Ukraińców. I tak do końca 1946 roku z radzieckiej Ukrainy przeniosło się 800 tys. Polaków, z Białorusi prawie 275 tys., z Litwy niespełna 200 tys. Nie wszyscy tam osiedli, nie każdy bowiem decydował się opuścić swoje gospodarstwo i zostawić dobytek, nie każdemu wydawano zgodę na wyjazd, a ponadto władze lokalne ustaliły dość ograniczone terminy. Zgodnie z umową zawartą przez Polskę w lipcu 1945 roku z władzami ZSRR, powracali do ojczyzny także rodacy z głębi Związku Radzieckiego, jednakże w trybie wyraźnie hamowanym. Najdobitniej świadczą o tym wskaźniki: do roku 1949 wróciło stamtąd niewiele ponad 260 tys. osób, podczas gdy – według oficjalnych statystyk – nadal mieszkało w ZSRR około półtora miliona Polaków, skupionych zwłaszcza w Kazachstanie. Toteż konieczne okazało się uruchomienie drugiej fali repatriacji z ZSRR po „odwilży”, w drugiej połowie lat 50.

Kilkunastoletni wówczas Wiesław Zachaczewski w końcu lat 40. razem z rodziną o jeden dzień spóźnił się na ostatni pociąg do Polski i musiał potem czekać prawie dziesięć lat na następny. A nie były to dla niego łatwe lata, czasem była to walka o życie. Powierzono mi tam rolę pastucha – opowiadał mi. – Raz zostałem ze stadem daleko od wsi, wczesnym wieczorem wiatr przyniósł gwałtowną śnieżycę, wzrok sięgał nie dalej niż parę metrów, temperatura zaczęła gwałtownie spadać. Ogarnął mnie strach. Wówczas owce ciasno zbiły się w krąg, ja znalazłem się w środku. Otoczony ich gęstymi futrami poczułem się jak u mamy pod pierzyną. Rano, jak gdyby nigdy nic, szczęśliwy znalazłem się we wsi.

O powrotach rodaków z dawnych polskich Kresów kształtujemy dziś sobie dość powszechnie pojęcie głównie z filmu, na przykład z Samych swoich, czyli pierwszej części trylogii w reżyserii Sylwestra Chęcińskiego według scenariusza Andrzeja Mularczyka. Ten obraz stał się kultowy, wymieniany bywa na każdej krajowej liście filmów najlepszych i najbardziej popularnych. Powraca wciąż na ekrany telewizyjne, zazwyczaj w czasie Świąt Wielkanocnych, toteż znają go wszystkie kolejne pokolenia. Opowiada o dwóch rodzinach, Pawlaków i Kargulów, sąsiadów z zabużańskiej wsi, których najpierw wejście krowy w szkodę, a następnie zaoranie miedzy o trzy palce za daleko, zwaśniło na śmierć i życie. A jednak nie potrafili żyć bez siebie. Andrzej Mularczyk, scenarzysta tryptyku, mówił, że inspirowały go wspomnienia rodzinne, a pierwowzorem Kaźmirza Pawlaka był jego własny stryj, który na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych osiedlił się we wsi Tymowa dlatego, że… zobaczył pasące się na łące krowy sąsiada z Boryczówki, z którym miał na pieńku.

W filmie Sami swoi oglądamy podróż Pawlaków z ich Ziemi Utraconej do Ziem Odzyskanych. Wpisujący się w krajobraz potężnym pióropuszem czarnego jak smoła dymu parowóz rodem z czasów króla Ćwieczka, a za nim długi rząd wagonów towarowych. W każdym zaś rozlokowała się jedna repatriancka rodzina z całym swoim dobytkiem. Taka była „salonka” przesiedleńców: wagon towarowy, drewniany, o konstrukcji wzmocnionej szynami metalowymi na metalowej ramie, zwanej ostoją. Z dachem łamanym, mniej lub bardziej spadzistym albo zaokrąglonym. Z szerokimi przesuwnymi drzwiami do załadunku, przeważnie w środku wagonu. I wywietrznikiem jednym lub kilkoma. Niektóre dodatkowo z wejściem od szczytu, ze stopniem. W nomenklaturze kolei europejskich taki wagon ma oznaczenie literowe G.

Przesiedleńcy nie jechali z pustymi rękami, jak sugerować mógł późniejszy dowcip o rzekomym pomniku Repatrianta, a w istocie – ustawionej przy dawnym stołecznym Stadionie X-lecia (dziś Stadion Narodowy) – rzeźbie trzech biegnących lekkoatletów. Figury sportowców były nagie, jak kazała tradycja starożytnych olimpiad. No, ale warszawska ulica od razu skorzystała z okazji. Komentowała: trzech gołych biegnie ze wschodu, więc kto to może być? Oczywiście repatrianci stamtąd! Prześmiewcza nazwa powszechnie się przyjęła, wprawdzie nikt rozsądny nie wyrwałby się z nią w szerszym, a zwłaszcza oficjalnym gronie, ale młodzież między sobą nie zawsze się krępowała.

Rzeczywistość w tym przypadku przedstawiała się nieco lepiej. W myśl polsko-radzieckiej umowy repatrianci mieli prawo zabierać ze sobą do dwóch ton bagażu na rodzinę: odzież i obuwie, żywność, umeblowanie i sprzęty domowe, a także inwentarz gospodarczy i zwierzęta hodowlane. Przy tym wszystkich wyjeżdżających zwolniono z obowiązkowych kontyngentów i wszelkich powinności podatkowych. Toteż wagon Pawlaków przypominał ni to wnętrze ich wiejskiej chałupy, ni to miniaturową arkę Noego.

Pawlakowie i Kargulowie nie zdradzają w filmie, jak długo trwało kolejowe podróżowanie z kresowych Krużewnik do dolnośląskiego Lubomierza, gdzie w zabytkowym Domu Płócienników funkcjonuje teraz ich muzeum, ozdobione od frontu figurami głównych bohaterów i drogowskazami podającymi odległości do ważnych miejsc na świecie, w tym – jakżeby inaczej? – do Hollywood. Jedno można stwierdzić na pewno: nie była to podróż ekspresowa. A po stronie radzieckiej obraz rzeczywisty wyglądał znacznie gorzej od filmowego.

Maksym Gorki w jednym ze swoich dramatów rzucił hasło, które zrobiło karierę: „Człowiek – to brzmi dumnie!”. Radzieccy komuniści, zawłaszczając Gorkiego, potraktowali je później jako wizytówkę swojego humanizmu. Natomiast nadwiślańscy prześmiewcy wkładali je w usta Stalina, Wodza Narodów, ze znamiennym dopiskiem: „Człowiek – to brzmi dumnie… ale nie u mnie!”. Stalinowska filozofia miała przełożenie na wszystkie dziedziny życia. W praktyce przesiedleńczej obowiązywała tam zasada: najpierw człowiek, potem transport. Niewtajemniczony może odczytywać to opacznie, ale naprawdę chodziło o to, że zarejestrowani i zgromadzeni na stacjach przesiedleńcy mieli nie tylko dniami, ale nieraz tygodniami czekać na swój pociąg, który potem na węzłach kolejowych był przepuszczany w ostatniej kolejności. Ich „salonkami” często bywały zwykłe odkryte wagony węglarki.

Pojęcie o przesiedleńczych odysejach na terenie Polski, innych jednak niż u Wielkiego Brata, daje internetowe wspomnienie Jerzego Łucejki o przenosinach osadniczych jego rodziny z Bielska Podlaskiego do Darłowa. „Urodziłem się w roku 1937 w Bielsku Podlaskim, dawnym miasteczku powiatowym województwa białostockiego. W domu było nas troje rodzeństwa i rodzice. W styczniu 1947 roku Ojciec przyniósł do domu wiadomość, że wyjedziemy na Ziemie Odzyskane i będziemy mieszkać nad polskim morzem […] Załatwianie wszelkich formalności przeciągnęło się do maja. Wreszcie! 17 maja 1947 roku, po załadunku do wagonu towarowego i zaopatrzeniu nas w suchy prowiant przez Państwowy Urząd Repatriacyjny, ruszyliśmy. Już w drugim dniu podróży spotkała nas niemiła przygoda. Rzęsisty deszcz poprzez dach podlał nas i niewielki dobytek w naszym wagonie. Nawet i to zdarzenie nie zakłóciło naszego entuzjazmu i humoru. Mama na dłuższych postojach – po uzgodnieniu z kolejarzami – gotowała nam, na poboczu torów, w garnku żeliwnym ziemniaki ze skwarkami. Jak nam to smakowało... Na dużych stacjach węzłowych przedstawiciele PUR-u zaopatrywali nas w wodę i uzupełniali prowiant. W wagonie nawiązała się prawdziwa przyjaźń: w dużym koszu wiklinowym przebywały razem – nasza kózka Mecia i pies Kajtek.

W szóstym dniu podróży dojechaliśmy do Torunia. Tu późnym wieczorem przeżyliśmy niemiłą przygodę. Nie wiadomo skąd rozległy się dość częste strzały. Pochowaliśmy się za koła wagonów. Potem dowiedzieliśmy się, że strzelali do siebie milicjanci z szabrownikami, którzy okradali wagony z towarami. W ósmym dniu podróży oczom naszym ukazała się stacja naszego przeznaczenia”.

Proszę spojrzeć na mapę: z Bielska Podlaskiego do Darłowa i to już prawie dwa lata po wojnie – w osiem dni!

Jakże różnie wyglądały te powojenne powroty. Marian Kunicki po wyjściu ze stalagu, jenieckiego obozu dla podoficerów i szeregowców, od pewnego momentu podróży uznał, że najlepszym wehikułem będzie trofiejny, czyli zdobyczny, rower, który pozwoli mu ruszyć na skróty. Rower wysłużony, ale sprawny. Wszakże z jednym felerem: brakowało mu gumowych nakładek na końcówki kierownicy. I to właśnie stało się przyczyną nieszczęścia. Na zdezelowanym mostku przez rzekę przednie koło roweru wpadło w głęboką szparę między deskami jezdni, zaklinowało się, nieprzygotowany na to cyklista gwałtownie runął w przód i rura kierownicy wbiła mu się w brzuch. Głęboko. Na prędką pomoc chirurgiczną nie miał szans. Przeżył wojnę, front, obóz, a zginął w drodze do niedalekiego już domu. Jego matka nigdy się po tym nie pozbierała.

W naszym serwisie przeczytacie już kolejny fragment książki Maluchem do raju. Publikację kupicie w popularnych księgarniach internetowych: 

REKLAMA

Zobacz także

Musisz być zalogowany, aby komentować. Zaloguj się lub załóż konto, jeżeli jeszcze go nie posiadasz.

Książka
Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?
Tomasz Ławecki, Kazimierz Kunicki0
Okładka książki - Maluchem do raju. Czym i jak podróżowano w PRL-u?

W zjawisku podróżowania przegląda się kawał PRL-owskiej rzeczywistości: społecznej, obyczajowej, gospodarczej, a nawet politycznej. Ta książka to...

dodaj do biblioteczki
Wydawnictwo